To ja dorzucę dwa "hity":
1. Film (prod. Hallmark) "Merlins Apprentice". Na IMDB pisali, ze to ciag dalszy "Merlina" (tak, tego z Samem Neillem i swietnymi efektami!), no to sciagnelam, szczegolnie ze w creditsach tez pojawial sie Sam Neill jako Merlin oraz Miranda Richardson.
Ojej, ojej. Jeszcze teraz mi zle, gdy sobie pomysle o tym 'czyms',bo filmem tego nazwac nie mozna. Biedna Mirande Richardson (kultowa Krolowa Maab i jednoczesnie Pani Jeziora w "Merlinie") ubrali w niebieska bluzke, kazali stac w wodzie i cos mowic. Sam Neill byl robiony chyba na dokretkach bez ani jednego z wystepujacych aktorow - a w rolach glownych obsadzono mlodziez... no, jakby to rzec delikatnie... nie do konca wyszkolona w aktorstwie.
W filmie roilo sie od burakow, nielogicznosci, schematyzmow (jak to Amerykanie wyobrazaja sobie dawna Brytanie: z zarcikami na temat gejow i rownouprawnieniem kobiet, etc.), zenujacych efektow (nie)specjalnych, gagow, ktore wcale smieszne nie sa... i innego badziewia. Stroje i uzbrojenie, ze juz o mentalnosci nie wspomne, kompletnie nie pasujace do epoki. Naprawde - zal ogladac. Lepiej pozostawic sobie w pamieci swietnego "Merlina" i nie bezczescic jego pamieci.
Osobiscie zaczelam ogladac ten film z wielkim zacieciem, po czym zmuszona bylam reszte przewinac do konca, by zobaczyc czy chocby na koncu kryje sie jakakolwiek puenta... niestety, nie doczekalam sie zadnej
2. "Yongarry -Zabojca" (
http://imdb.com/title/tt0272425/). Nie zdzierzylam tego ogladnac do konca, choc przez dobre 20min naprawde sie staralam. Wyobrazcie sobie: bierzecie kilka hitow filmowych, wycinacie z nich losowe kawalki i mieszacie, az wyjdzie... nie bojmy sie tego slowa, kupa

Byly dinozaury budzace sie do zycia, byl szalony (zly) naukowiec i ginacy w stochastycznie zmienny, acz nieprzerwany sposob robotnicy; byl stary madry archeolog ktoremu nikt nie wierzy, byla pani (prezentowana wylacznie w celach estetycznych), byly statki kosmiczne, amerykanscy Dzielni Komandosi, walki miedzy potworami... wszystko bylo, naprawde. Jak to powiedzial znajomy (ktory tez popelnil blad taktyczny ogladajac kawalek tego filmu) - temu czemus nie da sie napisac recenzji. Trzeba by bylo napisac gruba prace na temat tego, jak mozna schrzanic film wykorzystujac do niego dobre, znane, ale i ograne elementy z innych filmow (np.o dinozaurze: "on reaguje tylko na ruch!"). Zeby bola, gdy co drugie slowo w dialogach obraza inteligencje ogladajacego. Moj ulubiony przyklad: Zly Archeolog ztrudnia robotnikow na wykopkach, gdy czesc z nich ginie, on im podnosi stawke, sytuacja sie powtarza, itd. W koncu za ktoryms razem on wybucha: "pamietajcie, ze pracujecie na czarno i moge na was doniesc!". Strasznie mnie interesuje, jak by to wygladalo... pewnie przyszedlby do stosownego urzedu i powiedzial:"A, dzien dobry, bo chcialem powiedziec ze jacys ludzie zatrudniaja sie u mnie na czarno! Jak oni w ogole moga! Ja nic nie wiedzialem, chociaz im placilem!"

No, ale dosc tego gdybania.
W kazdym razie w "Yongarrym" roi sie od takich bezsensow. Przed filmem przestrzegam wszystkich - nie zblizajcie sie do niego nawet na kilometr...