Jezus był zwykłym człowiekiem. To, że Gibson widzi to inaczej nie znaczy, że tak było.
Nie tylko Gibosn widzi to inaczej, podobnie jak on uważa około 1,511 mld ludzi (czyli wszyscy Chrześcijanie+Portestanci+Prawosławni).
Taki jest problem z osobą wierzącą - ona nie wierzy, ona UZNAJE ZA OCZYWISTOŚĆ, że Bóg istnieje, Jezus był synem bożym, itd., itp. Kurde, przy takiej postawie to dyskusja nie ma sensu, bo przecież nie przekonam kogoś, że to nieprawda (to że nie można udowodnić istnienia Boga to inna sprawa...).
Castor, mała uwaga: uwierzyć w coś oznacza uznać to coś za rzeczywistość, za prawdę; zatem pisząc, że osoba wierząca nie wierzy, tylko uznaje coś za rzeczywistość piszesz mniej więcej coś w sylu: "ziemniaki nie smakują jak zmieniaki tylko jak kartofle". Na tym polega wiara, uznaje się coś za prawdziwe (czyli rzeczywiste).
Idziemy dalej: piszesz, że nie można udowodnić istenienia Boga... Tiaaaaa... W takim razie odwołuję do filozofii średniowiecza, ściślej do filozofii św. Tomasza z Akwinu który uporządkował dowody na istnienie Boga w postaci 5 dróg:
Pierwsza droga, nad inne wyrazistością górująca, wiedzie ze zjawiska ruchu. Faktem bowiem niezaprzeczalnym, świadkiem nasze zmysły, jest że na tym świecie niektóre rzeczy są w ruchu. Wszystko zaś, co jest w ruchu, wprawione jest w ruch przez coś innego. O tyle bowiem coś jest w ruchu, o ile jest w możności do tego, ku czemu jest poruszone; z drugiej strony: o tyle poruszyciel w ruch wprawia, o ile sam jest urzeczywistniony. Wszak poruszać znaczy: dobyć coś z możności [istnienia], do rzeczywistości [do aktualnego istnienia]. Przenieść zaś coś z możności, do rzeczywistości może tylko taki byt, który sam jest urzeczywistniony, [czyli już zaktualizowany]. Tak np. rzecz aktualnie płonąca, np. ogień, zapalając drewno sprawia, że to drewno, które było dopiero w możności do palenia się, staje się rzeczywiście aktualnie płonące: przez co [ogień] wprawia w ruch i przemienia drewno. Niemożliwością zaś jest, by jedna i ta sama rzecz jednocześnie była i w możności, i w rzeczywistości; [nie miała czegoś i miała coś], oczywiście pod tym samym względem, bo pod różnymi jest to dopuszczalne; co bowiem jest aktualnie rzeczywiście ciepłe, nie może być jednocześnie w możności ciepłe, ale jest jednocześnie w możności zimne. Niemożliwością przeto jest, by pod tym samym względem i w ten sam sposób, coś jednocześnie wprawiało w ruch i było w ruch wprawiane, czyli żeby siebie samego w ruch wprawiało. Tak więc: cokolwiek jest poruszane, musi otrzymać ruch od kogoś innego; ów zaś jeszcze od innego. Nie można zaś tu iść w nieskończoność [...]. Ostatecznie więc w rozumowaniu naszym musimy dojść do jakiegoś pierwszego poruszyciela, który już przez nikogo nie jest wprawiany, i właśnie, w mniemaniu wszystkich, jest nim Bóg.
Druga droga nawiązuje do przyczyny sprawczej. Stwierdzamy bowiem w świecie zjawisk zmysłowych łańcuch podporządkowanych przyczyn sprawczych. Nigdzie jednak nie spotykamy, no i to niemożliwe, by coś było przyczyną sprawczą siebie samego; istniałoby przecież wcześniej od siebie samego, co jest niemożliwe. Ciąg zaś przyczyn sprawczych nie może iść w nieskończoność. W łańcuchu bowiem podporządkowanych przyczyn sprawczych, pierwsze ogniwo jest przyczyną sprawczą pośredniego, a pośrednie ostatniego: czy tych pośrednich będzie więcej, czy tylko jedno. Usunąwszy zaś przyczynę, ginie skutek. Jeśli przeto w łańcuchu przyczyn sprawczych nie istnieje pierwsze ogniwo, nie będzie i pośredniego, no i ostatniego; gdyby więc łańcuch przyczyn sprawczych szedł w nieskończoność, nie byłoby pierwszej przyczyny sprawczej, a co za tym idzie nie byłoby i pośrednich przyczyn sprawczych, nie byłoby i skutku ostatniego: co jest jaskrawym fałszem. A więc musimy przyjąć istnienie jakieś pierwszej przyczyny sprawczej, którą wszyscy nazywają: Bóg.
Trzecią drogę wskazuje byt przygodny i konieczny. Oto ona: Stwierdzamy na świecie rzeczy, które mogą być i nie być. Widzimy, jak jedne powstają, a inne zanikają, co świadczy o tym, że mogą być i nie być. Otóż nie do pomyślenia jest, by wszystkie takiego typu rzeczy zawsze istniały. Czemu? Bo co może nie istnieć, niekiedy faktycznie nie istnieje; jeśli przeto wszystko może nie istnieć, to ongiś nic nie istniało ze świata; a jeśli to prawda, to i dziś nic by nie istniało; co bowiem nie istnieje, nie zacznie istnieć inaczej, jak tylko dzięki temu, co już jest; gdyby więc nic nie istniało, zaistnienie czegokolwiek byłoby niemożliwe; w takim razie i dziś nic by nie istniało, co jest oczywistym fałszem. Nie wszystkie więc byty są jedynie przygodne, ale między nimi musi istnieć byt konieczny. Wszelki zaś byt konieczny albo ma przyczynę swojej konieczności skądinąd, albo nie ma; nie do pomyślenia jest, by ten łańcuch bytów koniecznych, mających przyczynę swojej konieczności skądinąd, ciągnął się w nieskończoność, podobnie zresztą jak i łańcuch przyczyn sprawczych, co wyżej udowodniono. Musimy więc uznać istnienie czegoś, co jest konieczne samo w sobie, nie ma przyczyny swej konieczności gdzie indziej, a jest przyczyną konieczności dla innych, a to wszyscy nazywają Bogiem.
Czwarta droga prowadzi z różnych poziomów czy stopni [doskonałości] rzeczy; stwierdzamy [...] w rzeczach coś więcej lub mniej dobrego, prawdziwego, szlachetnego itd. Otóż „więcej” i „mniej” orzekają o różnych rzeczach zależnie od rozmaitego stopnia ich zbliżenia się do tego, co jest [lub ma daną doskonałość] najwięcej; np. tym więcej jest coś ciepłe, im bliżej znajduje się tego, co jest najwięcej ciepłe. Istnieje więc coś, co jest najbardziej prawdziwe, dobre, szlachetne, a tym samym, co jest najwięcej bytem, bo jak mówi Arystoteles w Metafizyce, co jest w najwyższym stopniu prawdziwe, jest zarazem bytem najwyższego stopnia. Co więcej: cokolwiek w obrębie danej wartości ziszcza w sobie w najwyższym stopniu tę wartość, jest zarazem przyczyną tego wszystkiego, co ma cząstkę tej wartości i jest w jej obrębie; np. ogień, który przecież jest w najwyższym stopniu gorący, jest, jak tamże powiedziano, przyczyną wszystkich rzeczy gorących. Istnieje więc coś, co dla wszystkich bytów jest przyczyną: istnienia dobra i wszelkiej doskonałości; i tą właśnie zwie się: Bóg.
Piątą drogę wskazuje fakt kierownictwa rzeczami w świecie. Widzimy bowiem jak rzeczy pozbawione [wszelkiego] poznania, mianowicie ciała naturalne, działają celowo. Objawia się to w tym, że zawsze lub bardzo często działają jednakowo, a działają po to, by dopiąć tego, co dla nich najlepsze. Jasne więc, że nie dochodzą do celu mocą przypadku, ale w sposób zamierzony. Otóż rzeczy pozbawione [wszelkiego] poznania o tyle dążą do celu, o ile są kierowane ku niemu przez kogoś obdarzonego zdolnością poznania i myślenia, tak jak strzała przez łucznika. A więc istnieje ktoś, kto kieruje wszystkimi naturalnymi rzeczami ku celowi - i jego to zwiemy Bogiem.
Klika słów o „Pasji’
Film jest (i tu zgodzę się z Castorem – który mimo ze nie oglądał ma rację) beznadziejny. Przedstawia 12 ostatnich godzin z życia Chrystusa i powinien być to raczej film dokumentalny wyświetlany (ze względu na sceny) po 22 w telewizji. Sama wizja przedstawienia tych 12 godzin jest beznadziejna – biczowanie i inne tortury przesadzone (zaskakuje mała ilość krwi przy takich obrażeniach) Błędów reżyserskich i samych „filmowych” jest co niemiara. Sama opowiadana historia jest wszystkim znana a urozmaiceniem jej miał być oddany realizm tych ostatnich 12 godzin co okazało się jest kompletnym niewypałem.
Film ma wzbudzać emocje – je się pytam jakie. Cierpienie (może dla osób które nigdy z tym nie miały do czynienia jest to szok) – to jest w tym filmie ale sposób tego przedstawiana nie wyzwala u mnie żadnych emocji – film nie ma ducha – jest jałowy i pusty. Nie ma w nim nic oprócz przedstawienia własnej wizji historii … w beznadziejny sposób.
"Pasja" powinna być wyświetlana po 22? To ja zadam pytanie: a czemu nikt nie pisał w ten sposób o "Psach", o "Alienie", o róznego rodzaju mordobiciach, czy takich odmóżdżających filmach jak "Rambo", gdzie krew lej się gęścije niż w "Pasji"? Ponieważ tamte filmy nie bolą tak jak "Pasja". "Pasja", wbrew pozorom, jest filmem o miłości. Bóg poświęca własnego syna z miłości do nas - ludzi, z miłości do nas Jezus cierpi i zostaje ukrzyżowany. Jednak dla ateistów jest to trudne do zaakceptowania (no bo po co umierać za innych, co za to będe miał w zamian?) i dlatego uważają to za bezsens. Dlatego tak czepiają się tego filmu.