CZĘŚĆ 3.
W rezydencji Sary Duft trwało przyjęcie z okazji jej urodzin. Nie chciała chwalić się, które to już z kolei. Wejście do domu było oblegane a ogród tętnił życiem. Na trawnikach rozłożono stoliki pod namiotem ogrodowym, goście spacerowali między alejkami a w bramie pojawiał się coraz to nowszy samochód. Właśnie w jednym z nich przyjechał Daniel, pojawiając się na wyraźne zaproszenie Sary, która zaznaczyła, że nie przyjmuje odmowy. Miał ochotę z nią porozmawiać. Pewne poglądy zbliżały ich i mieli o czym dyskutować. Lubił w niej tę tajemniczość, bezwzględność, jakieś wyalienowanie, choć ilość gości temu przeczyła. Tak naprawdę Sara nie miała wielu przyjaciół, więc zdecydowana większość gości to zapewne interesanci i ludzie biznesu.
Daniel wysiadł z samochodu i oddał kluczyki chłopcu parkingowemu a potem wtopił się w tłum. Jeszcze nie widział tej rezydencji tak zaludnionej. Schował w kieszeń marynarki drobny prezent w maleńkim pudełku i wzrokiem wyłuskał z tłumu solenizantkę. Spora grupa gości zanosiła się śmiechem a w samym jej środku stała gwiazda wieczoru. Słońce dopiero zaczynało zachodzić ale pozapalano już lampiony przy ścieżkach w parku, które oblewały wszystko dookoła ciepłym, bladożółtym światem. Odbijało się ono również we włosach Sary. Miała na sobie białą koszulę z zalotnie rozpiętymi guzikami tak, aby pokazać dekolt i kawałek brzucha. Włosy luźno rzucone przez ramię, czarne spodnie, wszystko to pięknie komponowało się z otoczeniem. Trzymała w ręku kieliszek szampana i energicznie coś opowiadała. Z pierwszych obserwacji wynikało, że otaczali ją młodzi mężczyźni, co było zrozumiałe. Pewnie wśród nich nawet znajomi ze studiów.
Daniel cicho podszedł do grupy i chwilę przysłuchiwał się rozmowie, ale nie trwało to długo. Ktoś ze stojących w kręgu dał jej znać, że zbliżył się jakiś nieznajomy. Odwróciła się w jego stronę i cała się rozpromieniła. Wyminęła grupkę zebranych i przywitała gościa obejmując go serdecznie.
- Daniel! Wspaniale, że jesteś! Cieszę się z twojej wizyty! A gdzie reszta drużyny? – rozejrzała się.
- Nie wiem – uśmiechnął się zakłopotany – Odszedłem z programu jakiś czas temu...
- O, nie wiedziałam – spochmurniała i przeprosiła gości, wzięła go pod rękę i wolno ruszyli alejką.
- Zapewne pozostali dostali również zaproszenia – stwierdził.
- Jak widać, nie przejęli się nim zbytnio – odparła Sara.
- Nie miej im tego za złe. Są bardzo zapracowani i gdyby mogli z pewnością by przylecieli. Wspaniałe przyjęcie.
- Dawno was nie widziałam. Co u was? Jak sobie radzi Harriet po tych przejściach?
- Szczerze mówiąc, nie wiem – odparł i spuścił wzrok.
Sara gwałtownie się zatrzymała i spojrzała zdumiona na Daniela.
- Co się dzieje? Nie jesteście razem?
- Właściwie tak – przyznał i chrząknął zakłopotany – Harriet zaginęła bez wieści jakieś kilka miesięcy temu. Nikt nie wie, gdzie ona jest...
- Porwano ją?
- Nie... Raczej odeszła sama. Rzuciliśmy na nią niemiłe oskarżenie, więc... odeszła.
- Słusznie?
- Nie wiem – uniósł brwi i spojrzał na nią wymownie – Może ty wiesz coś na ten temat?
- Ja? Niby skąd?
- Pamiętasz naszą rozmowę wtedy, na tarasie? Zamierzałaś się zemścić na kimś, kto odpowiadał za postrzelenie Harriet – patrzył na nią uważnie, ale nawet nie drgnęła jej powieka – Wkrótce po tej rozmowie ktoś zlikwidował oficera za to odpowiedzialnego. Wiesz coś o tym?
- Uważasz, że ja go zlikwidowałam? – Sara wyglądała na zaskoczoną.
- Ty mi powiedz.
Patrzyła na Daniela niedowierzająco i pokiwała głową z politowaniem
- Nie wiem, co ci przyszło do głowy... Ale wniosek z tego taki, że mało mnie znasz. Jeżeli uznałeś, że to ja go zabiłam, to jesteś w wielkim błędzie.
- Może nie ty – skwitował nadal hipnotyzując ją wzrokiem – Może komuś to zleciłaś?
- Zwyczajnie mnie dobijasz... – uśmiechnęła się.
- Daj spokój, byłaś zdecydowana.
- Chwilami mnie zadziwiasz... Nie. Nie wynajmowałam nikogo.
- To kto?
- Nie wiem – rozłożyła ręce.
- I tak byś się nie przyznała – parsknął zirytowany Daniel.
- Harriet mi ufała. Dlaczego ty nie możesz?
- Może nie znała cię zbyt dobrze?
Sara posłała mu uśmiech pełen niedowierzania i oblizała wargę zakłopotana.
- Nie oskarżam cię – dodał Daniel po chwili – Staram się to zrozumieć. Oskarżenie padło na Harriet, choć było mi trudno w to uwierzyć. Aby nas odciągnąć od kłopotów uciekła, zabierając tajemnicę ze sobą. Usunęła się z drogi oszczędzając nam kłopotliwych pytań, oskarżeń, śledztwa...
- Dokąd uciekła?
- Nie wiemy. Zatarła ślady.
- A ty, Danielu, jak to zniosłeś? – miała dla niego wiele współczucia i okazała mu je poprzez zainteresowanie tym faktem. Naprawdę chciała wiedzieć, co dzieje się teraz w jego wnętrzu.
- Ciężko mi się z tym pogodzić – spuścił głowę – Wkrótce po tym odszedłem z programu, gdyż zbyt wiele złych wspomnień wiązałem z tamtym miejscem.
- Chyba cię rozumiem – przytaknęła i nagle zmieniła temat – Zostaniesz dłużej? Porozmawiamy o tym, co nam w duszach siedzi. Powspominamy.
- Zgoda. Chętnie zostanę i pozwiedzam okolicę.
- Świetnie! – rozpromieniła się – Zaraz podadzą tort, chodźmy – pociągnęła go za sobą i czy chciał, czy też nie, musiał się poddać jej nastrojowi. W ostateczności, to były jej urodziny, nie powinien ich psuć zwykłą pyskówką i wymianą zdań, która obraziłaby gospodynię.
* * *
MESA W BAZIE. GODZ.19:00 ZULU.
Jack O’Neill siedział zamyślony nad posiłkiem i bezwiednie mieszał widelcem swoją jajecznicę. Jego myśli błądziły i tylko bystry obserwator spostrzegłby chmurę melancholii unoszącą się nad jego głową. Leniwie i bez większego apetytu wsunął widelec do ust i żuł potrawę. W momencie jej przełknięcia westchnął ciężko.
Do mesy zawitała również Sam. Kiedy spostrzegła jego nastrój, wzięła tackę z zestawem posiłku i stanęła przy jego stoliku.
- Mogę się przysiąść?
Uniósł wzrok leniwie i gestem głowy zaprosił do siebie. Usiadła na wprost niego i nieśmiało spytała:
- O czym pan myśli?
- Mieliśmy sobie mówić po imieniu, Sam – wymamrotał. Na widelcu miał kawałek jajka
i przyglądał mu się z wielką uwagą – Pamiętasz?
- To prawda – przyznała z uśmiechem – Ale chyba czasem tak wypada. Inni oficerowie na nas patrzą i... wyglądałoby to na spoufalanie się. Nieprawdaż?
- Może masz rację? – odparł i wsunął kolejny kęs do ust.
- Co się dzieje? Nawet Hammond dostrzegł, że jesteś daleko myślami od tego miejsca?
- Bystre spostrzeżenie – uśmiechnął się złośliwie.
- Nie ironizuj – ściszyła głos i przysunęła się bliżej – Widzę, co się dzieje ale nie znam przyczyny tego stanu. Rozumiem, że dwoje z nas odeszło, ale tak jest w armii. Co więc tak cię deprymuje?
- Nie wiem – odłożył widelec i przetarł twarz dłońmi. – Czuję wyrzuty sumienia, jakbym wpakował Canberze nóż w plecy. Chociaż wszystkie ślady wskazywały na jej robotę, to w głębi duszy mam zadrę, która krwawi. Wydałem na nią wyrok, Carter. Po prostu wskazałem na nią.
- Cały czas myślisz o tym? Zadręczasz się niepotrzebnie.
- Doprawdy? - nie podzielił jej optymizmu.
- Oczywiście. Jeśli Harriet była niewinna, powinna była poczekać na przesłuchanie, śledztwo wyjaśniłoby wszystko. A tymczasem znikła bez wyjaśnień, jakby uciekając przed prawdą, przyznając się do winy. Niepotrzebnie.
- Wierzysz w jej niewinność? – spojrzał jej w oczy tak, że poczuła się zakłopotana.
- Oczywiście, bezwzględnie – oświadczyła.
- A ja zwątpiłem – oświadczył ponuro – Tak samo Daniel. Dwóch najbliższych jej ludzi, przyjaciół, rzuciło na nią oskarżenie. Dlatego nie mogę nic przełknąć – odstawił tackę na bok i rozłożył się wygodnie na krześle – Nawet nie dała nam szansy, aby ją przeprosić i wyjaśnić, że jej ufamy, choć zwątpiliśmy.
- To boli – przytaknęła
- Bardzo – przyznał jej ze smutkiem – Canberra jest świetnym oficerem. Bardzo doświadczona i wiele przeszła. Jakby przeżyła kilka żywotów w ciągu jednego. To straszny bagaż. Ale kiedy zawodzą przyjaciele, stanowiący jedyną nadzieję i wsparcie, wtedy traci się właściwy kierunek. Teraz jest gdzieś, nawet nie wiadomo gdzie, nie wiadomo czy żywa i czy znalazła spokój. Zamiast wsparcia i pomocy dostała wygnanie. A co, jeśli nie żyje?
Samantha nie odpowiedziała. Starała się nie urazić go nieopatrznym słowem.
- A jak ci się wydaje?
- Czuję, że żyje. Ma pewne problemy, ale żyje. Tak mi mówi intuicja – stwierdził – Choć czasem intuicja zawodzi. W jej przypadku czuję, że jest w dobrych rękach. Tylko, gdzie?
- Brakuje ci jej – zauważyła Sam i lekko się uśmiechnęła.
- Miała w sobie pewien rodzaj wrażliwości, który czynił ją wyjątkową.
- Mnie też jej brak. Od kiedy odszedł Daniel, to już nie będzie to samo – cicho przyznała i zaczęła jeść swoje danie.
- Tak, to dopiero kłopot – westchnął – Ten ofiara, którego przydzielił nam generał, kiedyś potknie się o własne nogi. A ten drugi, od papierów, napawa mnie frustracją.
- Tak samo mówiłeś kiedyś o Danielu. A dziś go nam brakuje.
- Idę spać. Rano mamy wypad. Radzę ci to samo – Jack wstał od stolika. Uśmiechnął się pod nosem i wyszedł z mesy. Przeszedł kawałek korytarzem i przypomniał sobie, jak kiedyś w tym samym miejscu spotkał Harriet. Jej osoba biła energią, dowcipem a blask jej oczu hipnotyzował. Wtedy zaskoczyła go tak, jak nikt dotąd. Powiedział jej coś osobistego, co nie zdarzało mu się często wobec innych.
„Wreszcie ktoś mojego pokroju!”
„Wiele słyszałam o tobie” – powiedziała wtedy, omijając rangi i stopnie.
„Chyba same dobre rzeczy?”
„Czytałam o samych zasługach. Ale o twoich gównianych wyczynach również”.
„Gówniane wyczyny? A cóż to znaczy, na Boga?”
Wtedy stała mu się bardzo bliska. Była sympatyczna jak nikt, kogo dotąd spotkał. Stała się dla niego kimś bardzo cennym, jakby była jego... córką. Dreszcz przebiegł mu po plecach, bo ponownie doznał wrażenia, że własnemu dziecku wbił nóż w plecy.
W głośniku zaskrzeczał głos dowódcy bazy, gen. Hammonda. Jego ton nie wróżył nic dobrego. Jack zatrzymał się i wsłuchał w treść komunikatu.
„Pułkownik O’Neill stawi się natychmiast w biurze generała! Personel techniczny w stanie gotowości bojowej!”
Jack pobiegł do windy i wjechał na poziom dowódczy. Szybko minął kilka zakrętów i wszedł z impetem do gabinetu.
- Co jest?
- Wejdź i zamknij drzwi, pułkowniku – poprosił Hammond i skończył rozmowę telefoniczną. Spojrzał na Jack’a i zaczął oficjalnie – Mamy poważny problem. Dostaliśmy informację
z wywiadu, że rasa niejakich Shutów zagraża naszemu światu i wszystkim sprzymierzonym. Wszelkim planom i programom badawczym. W naszej przestrzeni trwa mobilizacja sił powietrznych. SG1 zostali wyznaczeni do misji sabotażowej. Będziecie musieli zniszczyć bazę Shutów i wyeliminować ich możliwości łączności.
- Chwileczkę, generale – Jack wtrącił zdumiony – Mam dokonać precyzyjnego uderzenia z dwiema ofiarami losu, które mi pan przydzielił?
- Pułkowniku, nie będę teraz omawiał kwalifikacji pańskiej drużyny.
- Ale...
- Nie i już – ostro zgasił go Hammond – Wyruszacie o godzinie 8:00 czasu ZULU, to nie podlega dyskusji. Za 2 godziny odprawa i wtedy poznacie szczegóły misji.
- Tak jest – burknął niezadowolony Jack i odwrócił się na pięcie. Kiedy mijał drzwi, generał zagadnął go jeszcze, już nieco innym tonem, mniej oficjalnym.
- Jeśli musisz - masz ostatnią szansę na przeprowadzenie końcowych szlifów „nowych”, Jack.
- Jasne... – pułkownik uśmiechnął się złośliwie i wyszedł mocno wkurzony.
- Co się stało? – spytała Samantha podbiegając do niego.
- Dowiesz się na odprawie za 2 godziny – wydusił wściekły.
- Pułkowniku? – nie zrozumiała, nie wiedziała też, czemu ją tak zignorował.
* * *
Wynajęty personel kończył właśnie uprzątanie posiadłości z wszystkich mebli ogrodowych i papierów. Sara weszła do domu dopiero, kiedy pożegnała ostatnich gości i ostatnie samochody odjechały z terenu. Westchnęła zmęczona i weszła na piętro. Dojrzała w salonie Daniela, który stał na tarasie. Spoglądał na rozgwieżdżone niebo i milczał w wielkim podziwie dla jego piękna.
- Tu jesteś – odezwała się a delikatny wietrzyk rozwiał jej włosy. Zatrzepotała też jej koszula wykonana ze zwiewnego materiału. Cały park sprawiał wrażenie bardzo tajemniczego, z kulistymi lampionami umiejscowionymi wzdłuż ścieżek. W domu wszędzie stały wysokie, mosiężne stojaki z palącymi się świecami i pochodniami. Stwarzały urokliwy klimat tajemniczości, zalewały wszystko migającymi plamkami światła i cieni. Dom zdawał się żyć i oddychać. Daniel odwrócił się, aby spojrzeć na nią i zaskoczony jej pięknem w tej scenerii wstydliwie wybiegł wzrokiem
w bok.
- Tak, kiedy patrzę na niebo zalane gwiazdami, myślę o tym, ile się tam dzieje, jakie toczą się bitwy i wojny. Jednocześnie doceniam ciszę i pokój panujący dookoła. Ten dom, a nawet świat, nawet nie podejrzewa, ile razy nasza planeta mogła zamienić się w pył, kosmiczną kupę gruzu. Myślę też o ludziach, którzy ryzykują swym życiem każdego dnia, abyśmy mogli podziwiać taką noc i stać spokojnie na tarasie po udanej imprezie.
- Wspaniale to ująłeś – pochwaliła i dotknęła barierki - Choć tak naprawdę nie wiem, o czym mówisz.
- Przepraszam. Lubię czasami zastanawiać się nad sensem tego, co robiłem.
- Ryzykowałeś życiem w imię świata, jaki znamy? – zdziwiła się.
- Tak to można streścić. W kilku słowach – zaplątał się w wyjaśnieniach – Nie mogę ci powiedzieć więcej. Obowiązuje mnie tajemnica.
- Rozumiem. Naprawdę posądzałeś mnie o ten zamach na oficera?
- Nie mogłem nie zadać ci tego pytania. Musiałem się upewnić.
- Szkoda, że mi nie ufasz – uśmiechnęła się smutno.
- Nie znam cię zbyt dobrze – odparł zmieszany – Przyznanie, że ci ufam bezwzględnie byłoby kłamstwem. Nawet ty powinnaś to docenić.
- Doceniam – przyznała lodowato. Wyraz jej twarzy zmienił się i ukazał bezwzględność, która niepokoiła go zawsze w tej kobiecie.
- Wybacz, ale zanim zawrę przyjaźń, muszę kogoś poznać lepiej.
- Wiem, niektórzy mają takie zasady. Powiedz Danielu, próbowałeś znaleźć Harriet?
Odwrócił się i wyszedł z tarasu. Schował ręce w kieszenie i spuścił głowę zakłopotany.
- Próbowałeś? – ponowiła pytanie idąc za nim.
- Niby gdzie miałem jej szukać? – stwierdził – To jak szukanie igły w stogu siana.
- Ale ta igła gdzieś tam jest. Stóg też istnieje – odparła tajemnicza i nieugięta.
- To niewykonalne – stwierdził uparcie Daniel.
- Czy ty ją kochałeś? – spytała wnikliwie mu się przyglądając.
- Co to za pytanie?
- Rzeczywiste. Jak możesz żyć z myślą, że nie wiesz gdzie ona jest i czy żyje? Tak wyobrażasz sobie miłość? A może to tylko fizyczna fascynacja?
- Przestań!
Odszedł w stronę korytarza wściekły z powodu oskarżenia. Dogoniła go równie zdenerwowana.
- Powiedz, zadałeś sobie trochę trudu, aby chociaż spróbować?
- Szukałem jej! – krzyknął i potarł nerwowo czoło, zdruzgotany tym atakiem – Ale jak można znaleźć jedną osobę, kiedy ona nie chce być odnaleziona? Kiedy chce, aby ślady po niej zostały zatarte? Szukałem tam, gdzie mogłem. Krwawi mi serce z rozpaczy ale... – zamilkł a w jego oczach były łzy złości i smutku, bo nie potrafił sobie z tym poradzić.
- To ona odeszła i zostawiła mnie... – powiedział z naciskiem i dobitnie – Nie zależało jej. Albo miała pomieszane zmysły, nie wiem. Może realizuje swój prywatny plan? Nie wiem. Ale nie mów, że jej nie szukałem, bo nie kocham. Nie wiesz, co mogę czuć.
Wyszedł i szybkim krokiem skierował się do sypialni. Sara patrzyła za nim zamyślona. Wiedziała, że mówił szczerze i pokazał, co faktycznie czuje. Widocznie była jeszcze dla niego nadzieja. Wiedziała również, że kiedy wywołuje w nim poczucie winy albo zmusza do podniesienia głosu, wtedy zawsze udaje jej się wpaść na genialny pomysł i rozwiązanie problemu samo się nasuwa.
* * *
C.D.N
CZĘŚĆ 4.
Wylądowali w miejscu mało widocznym i nie zaludnionym. Gorące wydmy przeważały nad suchymi kępkami traw, jedynie na horyzoncie majaczyły masywy skalne będące urozmaiceniem krajobrazu. O’Neill dał znać, aby wszyscy ukryli się, dopóki nie zorientują się w sytuacji. Trzy drużyny rozproszyły się w równych odległościach od siebie, a O’Neill wyciągnął lornetkę i ocenił przestrzeń przed nimi. Statek transportowy włączył maskowanie i zniknął z widoku na jasnej powierzchni pustyni.
Za wzgórzami majaczyły połacie traw i niewielkie krzewy, które kontrastowały z okolicą bardziej, niż można było sobie wyobrazić. Zwyczajnie rzucały się w oczy, niczym ciemne łaty na powierzchni tkaniny. Żołnierze w swych strojach byli niewidoczni na tle barwnego dywanu piachu. Wypatrywali najmniejszego ruchu, ale nie działo się nic, co wskazywałoby na ujawnienie ich pozycji.
- Jedynka do Trójki – Jack szepnął do mikrofonu – Teren wygląda na czysty. Cel jakieś 5 000 klików od nas.
- „Zrozumiałem, Jedynka” – potwierdził dowódca trzeciej grupy – „Wszystko z godnie z planem. Idziemy obstawiać flanki. Osłaniamy was”.
- Zrozumiałem. Bez odbioru – O’Neill schował lornetkę, przygotował broń i poprawił okulary przeciwsłoneczne – Idziemy. Czeka nas spory marsz przez pustynię.
Jego drużyna podniosła się na nogi i ruszyła wolno w stronę wzgórz. Uważnie rozglądali się na boki, ale horyzont był czysty. Carter spostrzega szczególne skupienie na twarzy pułkownika. Jack bał się o jeszcze dwóch, nowych członków drużyny: porucznika Mustara i podporucznika McLoyd’a. Obaj mieli niewielkie doświadczenie w akcjach i warunkach polowych. Przeczucie mówiło mu, że wszystko może się zdarzyć.
Kiedy dotarli do skalnego wzgórza, O’Neill zarządził postój i wszyscy przylgnęli do ziemi. Podczołgali się do skarpy i zlustrowali okolicę. Pułkownik ponownie wyciągnął lornetkę i obejrzał dokładnie teren. Na pierwszym planie wyłaniał się olbrzymi, obsiany trawą kompleks. Dopiero dalej, na horyzoncie, widniały strzeliste wieże miasta. Słońce właśnie chowało się za linią widoku, oblewając pustynne połacie i wydmy krwistym blaskiem, ciemniejącym coraz bardziej. Postanowili poczekać, aż nadejdzie ciemność.
- Kiedy nadejdzie zmrok, Trójka zrobi zwiad i dobrze oceni teren. Reszta czeka – zarządził Jack.
- Tak jest – potwierdził dowódca trzeciej drużyny i cicho wyszli na połacie pustynne.
Skradali się, niczym rdzawe cienie, do konstrukcji oddalonej od nich o jakieś 100 metrów. Była to wysoka, strzelista antena, wybudowana na jednopiętrowym bunkrze. Chłopaki rozpierzchli się zgrabnie, kryjąc się za niewielkim murkiem otaczającym obiekt. Przykucnęli i przyjrzeli się zabezpieczeniom. Widzieli niezbyt skomplikowane zamki i kilku strażników patrolujących bunkier. Widocznie w środku znajdowały się ważne urządzenia do obsługi anteny. Dowódca Trójki zrobił dwa kółka ręką nad głową i dał znak do odwrotu. Wycofali się ostrożnie i wrócili za wydmy. Kiedy je przeskoczyli, por. Shate, dowodzący zwiadem, przykucnął tuż obok O’Neilla i szeptem zdał relację.
- Zamki są do pokonania. Bunkra pilnuje czterech strażników, mają broń, której nie znamy. W środku jest 1 piętro i piwnica, i pewnie w niej znajduje się sterownia anteny. Podejdziemy ich, ale musimy założyć tłumiki. Huk wystrzałów może ściągnąć uwagę. Tutaj wszystko niesie się, jak cholera.
- Dobra, ludzie – Jack spojrzał na zegarek podświetlając jego tarczę – Za godzinę zaczynamy. Założyć tłumiki. Mustara i McLoyd, będziecie osłaniać mnie i Carter. Drugi idzie na prawe skrzydło i podkłada ładunek pod konstrukcję anteny. Ja z Carter zejdziemy do piwnicy, do sterowni i podłożymy ładunki w środku. Reszta nas osłania
- Tak jest – potwierdził dowódca Dwójki.
- Tak jest – potwierdził dowódca Trójki i zajął pozycję tuż przy wydmie, aby poinstruować swoich ludzi.
GODZINĘ PÓŹNIEJ.
Ciemność osnuła cały krajobraz. Na horyzoncie widniały jeszcze słabe blaski promieni słonecznych, blednąc coraz bardziej. O’Neill siedział spokojnie i dłubał w swojej broni. Uznał, że pora jest odpowiednia na wyruszenie do akcji i dał znać, aby założyć noktowizory. Wszyscy nałożyli gogle na twarz i przygotowali się do podejścia.
O’Neill dał znak ręką. Wybiegli z wydm i podbiegli do muru okalającego bunkier. Carter sunęła tuż za pułkownikiem. Mustara i McLoyd wycelowali z karabinów snajperskich w dwóch strażników stojących na zewnątrz i zdjęli ich bezgłośnie. W lunetach zobaczyli, jak padają na ziemię nie wiedząc, co ich trafiło.
- Czysto – zameldował McLoyd przez radio.
Pułkownik dał znak ręką i Dwójka razem z Trójką rozeszli się swobodnie na swoje pozycje. A on sam podszedł do drzwi i skinął na Carter, aby zajęła się zamkiem. Samantha zdjęła osłonę urządzenia, sprytnie zwarła dwa obwody elektroniczne i drzwi z szumem otworzyły się. Dwójka obstawiała teren, Trójka zeszła do piwnicy, a Jack wszedł po kilku stopniach na piętro. Było tu mnóstwo aparatury i świecących kryształków, migających i szemrzących komputerów.
- Niezła maszyneria – podsumował – Carter, czujesz bluesa?
- Nie wiem, to wszystko jest takie obce, inne od tego, co znamy. Zupełnie nieznane oznaczenia... Przydałby się McLoyd.
- Ale nie ma go tutaj – westchnął poirytowany.
- Tu Trójka! Jesteśmy pod generatorem, ale nie możemy założyć ładunków. Otacza je jakieś pole siłowe...
- Zrozumiałem – odebrał Jack i spojrzał na Carter – Więc?
- Mam kombinować?
- Gdybyś była tak uprzejma – uśmiechnął się wymuszenie.
Dotknęła kilku kolorowych kwadracików i metodą prób i błędów starała się coś zdziałać. Po chwili kilka czerwonych diod przestało świecić. Lekko zaskoczona odsunęła ręce i powiedziała cicho:
- Chyba się udało...
- Chyba?
- Więcej wywróżyłabym z fusów herbaty, sir – uśmiechnęła się.
- Trójka, co u was? – zapytał Jack przez radio.
- Zakładamy ładunki. Już zrobione.
- Dobra. Wycofujemy się – dał rozkaz i zszedł ostrożnie po schodach, na dole spotykając się z Trójką wychodzącą z piwnicy. Szybko podbiegli w stronę wydm. Upał już dawał się we znaki. Jack schował się za wydmy i zasapany krzyknął do mikrofonu:
- Shate! Wysadzaj!
Shate załączył detonator i detonacja wysadziła konstrukcję z ogromnym hukiem, rozchodzącym się po okolicy niczym grzmot. Zadudniło aż miło, zadrżała ziemia, poleciały w górę zwały ziemi, piachu, gruzu i kawałki konstrukcji anteny. Pomimo tego, że żołnierze mieli kaski na głowach, skulili się i zakryli twarze rękoma. Gruzowisko i kurz z wolna zaczęły opadać. Jack wychylił się ostrożnie i podejrzał lornetką, jak udała się operacja. Z bunkra nic nie zostało, antena śpiewała z Elvisem, ale jego uwagę przykuło coś, co źle wróżyło. Ponad strzelistymi wieżami miasta dostrzegł unoszące się obiekty, zapewne myśliwce zaalarmowane eksplozją. Rosły szybko w obiektywie lornetki. Nerwowo oderwał od niej oczy i szybko założył noktowizor.
- Cholera! – zaklął – Zmywamy się! Wysłali patrol!
Ruszyli biegiem w stronę zamaskowanego swojego transportowca. Biegli tak szybko, jak mogli. Buty grzęzły w piachu, który tryskał na boki. Gorąca i duszna atmosfera była koszmarna dla płuc spragnionych tlenu.
Huk silników zadudnił im nad głowami. Nie mieli szans, byli odkryci jak kaczki na strzelnicy. Salwy z dział myśliwców podniosły tumany wirującego kurzu i piachu. Łapczywie wdychane powietrze było nasycone drobinami piachu, toteż McLoyd zachłysnął się nim i upadł. O’Neill cofnął się i chwycił go za kamizelkę, poderwał na nogi i pchnął do przodu. Strzały laserowych wieżyczek trafiały tuż obok, biegli więc zygzakiem. Kiedy dotarli do niewielkich wzniesień i skałek, Jack wystrzelił z karabinu do jednego z myśliwców przelatującego tuż nad jego głową. Pojazd zniżył lot, zaczął dymić i można było zobaczyć, jak pikuje w dół. Runął na ziemię eksplodując z hukiem.
O’Neill wbiegł na kamienistą połać. Chciał szybko zniknąć z pola widzenia, więc przyspieszył, ale nagle poczuł przeszkodę pod stopami i runął jak długi. Spojrzał na to, co go tak podcięło, ale nie był to żaden kamień ani inny przedmiot. Był to skulony wieśniak w powłóczystej szacie. Głowę miał okrytą chustą i kucał śmiertelnie przerażony, podobnie jak zaskoczony Jack, tylko że O’Neill wydawał się chłopakowi znacznie bardziej przerażający w goglach na twarzy, niż sam tubylec pułkownikowi. Chłopak obejrzał się na lecące myśliwce, szybko ochłonął z wrażenia i dał znak ręką, aby szli za nim. Jack dopiero teraz dostrzegł niewielkie wejście do jaskini. Nie zastanawiał się długo i przyjął zaproszenie.
- Shate! Carter! Tędy!
Żołnierze zatrzymali się zaskoczeni i szybko poszli śladem pułkownika. Nikt nie chciał sprawdzać na własnej skórze potęgi obcej broni. W jaskiniach panował miły chłód i to dodawało otuchy.
- Zdjąć noktowizory! – nakazał Jack, dysząc ciężko i ocierając pot z twarzy – Włączyć latarki!
Korytarz oświetliły smugi świateł. Strop drżał pod naporem ostrzału z zewnątrz. Chłopak ponaglał ich do szybkiego biegu. W wąskim przejściu, chylącym się ku dołowi, szli za przewodnikiem, jedno za drugim, w milczeniu i skupieniu. Zastanawiali się teraz, gdzież to zaprowadzi ich obcy „wybawca”. Po chwili zatrzymał ich i chwilę nasłuchiwał, gdyż korytarz się rozgałęział.
Najgorsze było to, że nie mogli się porozumieć słownie, jedynie na migi. Chłopak wydawał się czekać na kogoś, ale po chwili dał znak do marszu w lewą stronę.
- Pułkowniku, czy dobrze robimy, idąc za nim? – spytała Carter.
- Na razie to nasza jedyna szansa. Wszystko lepsze od ostrzału – skwitował. Niestety taktyka brała górę nad obawami.
Po kolejnych kilku minutach znaleźli się w kompleksie jaskiń, w których powitało ich kilkunastu żołnierzy z bronią, ubranych w długie szaty i z osłoniętymi twarzami. Ich seledynowe oczy błyszczały w mrokach i cieniach skalnych. O’Neill rozejrzał się dookoła z ciekawością. Wszędzie paliły się pochodnie, siedziały kobiety i wystraszone zamieszaniem dzieci. Wojownicy rozmawiali o czymś z ożywieniem. Widać było, że chłopak, który ich tu przyprowadził, był bardzo podniecony i czymś ożywiony, pełen entuzjazmu. Radzili, co robić. Jack z zazdrością patrzył na osadników, jak piją wodę. Otarł ręką spoconą twarz.
Jedna z kobiet, siedzących przy ognisku, patrzyła na niego dość wymownie i ze zrozumieniem. Choć była wylękniona, instynkt kazał jej pomóc potrzebującemu. Opanowując strach i obawy nieśmiało i niezgrabnie podała mu czarkę z lekkiej skały pełną wody. Pochyliła lekko głowę i pokazała dłonią, aby zbliżył ją do ust.
„Do diabła ze środkami ostrożności” – pomyślał i wdzięcznie wziął naczynie do ręki. Wypił zimną, prawie lodowatą wodę. Przyniosło mu to zdecydowaną ulgę. Resztką spryskał spieczoną twarz i skłonił głowę w geście podziękowania. Uśmiechnęła się zadowolona.
- Chciałbym, aby moi ludzie też się napili – powiedział spokojnym tonem i wskazał swoich.
Kobieta chwilę pomyślała, aby zrozumieć sens słów, po czym podała mu spory bukłak z wodą i pokazała, że to dla pozostałych. Podszedł z bukłakiem do Carter, dał jej i zamyślił się.
- Podaj innym. Niech się napiją – powiedział obserwując pozostałych mieszkańców.
- Jak się panu udało od nich to uzyskać?
- Nie wiem, jakoś mnie rozumieją. To bardzo dziwne. Są przyjacielscy. Jakby wiedzieli, z kim mają do czynienia. Oddalił się od grupy, podczas gdy wojownicy dalej dyskutowali. Z oddali słychać było liczne wybuchy i grzmoty, które niosły się echem odbitym od ścian jaskiń. Widać, na górze musiało rozpętać się prawdziwe piekło. Przysiadł na jakimś kamieniu i spojrzał na dzieci, które szeptały między sobą, czymś bardzo przejęte. Uśmiechnął się do nich i pozdrowił dłonią. Wiedział, ze jest dla nich atrakcją dnia. Spojrzał w boczny korytarz prowadzący do małej jaskini. Kiedy zajmował się obserwacją dzieciaków, stanęła w nim zawoalowana, wysoka kobieta i intensywnie mu się przyglądała. Zwrócił na nią uwagę, bo wyglądała inaczej od pozostałych, a kiedy światło pochodni oświetliło jej twarz, mógł się jej dokładniej przyjrzeć. Przypominała kogoś, kogo wolał nie przywoływać teraz w pamięci.
Jej oczy były bardzo jasne, białe, inne niż reszta, która świeciła szmaragdowymi źrenicami. Wstał oszołomiony i serce zabiło mu silniej. Chciał podejść, ale kobieta zniknęła z pola widzenia. Rozejrzał się z nadzieją na jej odnalezienie, ale już jej nie było. Oddychał ciężko, z trudem przychodziło mu uświadomienie sobie, że oczy go nie mylą. Rozsądek podpowiadał mu, że uległ specyficznemu złudzeniu, bo w taką noc, jak ta, wszystko mogło się zdarzyć. Ale instynkt mówił mu coś zupełnie innego. Oblizał spieczone wargi z przejęciem i podszedł do wejścia u wylotu korytarza. Światło pochodni zawieszonej na ścianie przyciągało go, jak blask przywodzi ćmę na zgubę. Kogo ujrzy? Czyżby było to możliwe? Za zakrętem stoi tajemnicza kobieta. Zerknęła tylko przelotnie na obcego i odwróciła się do niego plecami, płochliwie idąc w głąb pieczary. Chciał podejść i zerwać jej ten materiał z twarzy, ale ona umykała mu sprytnie.
- Zaczekaj! Nie bój się, nic ci nie zrobię – odezwał się, i miał cichą nadzieję, że go zrozumie.
Przez moment zdawało mu się, jakby chciała stanąć, wahała się czy nie spełnić prośby obcego żołnierza. Ale rzuciła mu jedynie dyskretne i szybkie spojrzenie, i błysnęła białymi oczyma. O’Neill zaniemówił. Teraz był już absolutnie pewien.
- Harry? – spytał złamanym głosem – To ty, Canberra?!
Te słowa spłoszyły ją zupełnie. Zniknęła w mrokach groty, niczym duch. Parsknął niezadowolony i obrzucił grotę promieniem jaskrawego światła z lampki na karabinie. Nikogo nie dojrzał. Może widział prawdziwego ducha? Nie, była zbyt realna, zbyt prawdziwa.
- Harriet, jeśli to ty, porozmawiaj ze mną! Chcę tylko wiedzieć, że żyjesz! Odpowiedz mi, proszę! – zawołał.
Odpowiedziała mu głucha cisza. Nawet pyłek nie drgnął dookoła. Promień światła ciął ciemność, niczym miecz. Nikogo nie było.
- Pułkowniku?
Głos Carter wybił go z zamyślenia. Wrócił do reszty grupy, ciągle oglądając się za siebie. To roztargnienie nie uszło uwadze spostrzegawczej major.
- Wszystko w porządku? Czy coś nie tak? – spytała.
- Nie, wszystko gra – powiedział zamyślony – Tylko...
Obejrzał się na korytarz i wskazał go ręką.
- Zdawało mi się, że widziałem... – urwał , jakby bojąc się wymówić imienia, jakie miał na myśli.
- Kogo? – poważnie zaniepokoiła się jego zachowaniem.
- Nikogo - odparł wymuszenie – Mam jakieś zwidy...
- To zrozumiałe – przyznała – Stres, upał, trudne warunki atmosferyczne, mieszanka gazów... robią swoje.
- Tak, to z pewnością to – skłonił się ku naukowemu wywodowi.
- Chłopak, który nam pomógł nazywa się Kar’zain. Twierdzi, że potrafi bezpiecznie przeprowadzić nas na drugą stronę góry, gdzie zaparkowaliśmy- tłumaczyła przejęta, a kiedy doszli do grupki wojowników, wszyscy uśmiechali się do gości z innego świata.
- Jak to, „twierdzi”? – zdziwił się – Rozumiecie go?
- To dziwne, ale dobrze mówią naszym językiem – powiedziała pogodnie.
- Pułkownik O’Neill – odezwał się Kar’zain łamaną angielszczyzną – Jest dobrze...
Jack skinął głową, że przyjął do wiadomości.
Niespodziewanie wybiegła Laume, poruszona całym zamieszaniem i gwarem. Ostrzał na zewnątrz trwał nadal. Ziemia trzęsła się i drżała, niczym przy wstrząsie tektonicznym. Sypały się kamienie ze stropów i kruszyły w kilku miejscach korytarza. Kiedy dostrzegła Kar’zaina zatrzymała go gwałtownie i zapytała w języku Silnikami:
- Co tu się dzieje?!
- Mów w języku obcych, matko! – odparł – Zaatakowali ich Shutowie, gdyż zniszczyli urządzenia w ich bazie.
Miał wymalowaną autentyczną radość na twarzy, gdyż ktoś dosięgnął nietykalnego dotychczas wroga. Przeraziło ją, jak bardzo chłopcu spodobała się ta wiadomość. Kiedy spojrzała na dowódcę obcych, jej serce skuł lód i przerażenie wzrosło. Byli podobnie ubrani, jak i Canberra. Wycofała się do swojej groty blada, o ile u Silikami można dostrzec bladość. Dochodziły ją urywane słowa niesione echem korytarzy.
- Nie zostaniemy długo, bo narażamy was na ostrzał.
- Pokażemy wam, jak dojść do waszego pojazdu.
- Dobrze. Przegrupować się! Musimy zdążyć przed wschodem drugiego słońca!
A więc, wiedzieli aż tyle o ich planecie! Skąd tak dobrze znają zjawiska kosmiczne i warunki na powierzchni? Stała zszokowana podejrzeniem, że może jednak Canberra jest szpiegiem. Tyle tylko, że przekazywała informacje swoim ludziom na temat Shutów. To możliwe. O’Neill niechętnie obrócił się na pięcie i ruszył za innymi. W głowie kotłowała mu się myśl, że powinien wrócić i przekonać się, co do swoich podejrzeń i złudzenia. Z drugiej jednak strony nie było czasu na zastanawianie się.
- Sir!
Głos Carter był przenikliwy i zdecydowany. Wybiegli z jaskiń i prowadzeni przez Silikami dotarli tunelami na powierzchnię, gdzie zamaskowali transportowiec. Zdjęli maskowanie i weszli na pokład. O’Neill usiadł zamyślony i rzucił tylko okiem na Sam. Był kompletnie zdezorientowany.
Kiedy wznieśli się w górę, ostrzał był ostry, ale nie powodował zbyt wielkich uszkodzeń, gdyż pole siłowe było skuteczne. W kosmosie nie zagrażali im już Shutowie, musieli jedynie uważać na ich dziwnego sojusznika, który pojawił się z nikąd. Teal’c poradził sobie z wymianą ognia i sprawnie wyprowadził transportowiec na bezpieczną odległość.
- Możemy dokonać przeskoku – zameldował swoim stanowczym, bezbarwnym głosem.
O’Neill popatrzył na swoich ludzi, spoconych, z drobnymi obrażeniami, jak opatrują rany. Zduszonym głosem wydał rozkaz
- Wykonać – spuścił głowę, zdjął kask i pozostał milczący przez pozostałą część lotu.
* * *
W bazie panował względny spokój, więc O’Neill zasiadł przed komputerem i próbował sklecić w logiczną całość zajście na planecie Silikami. Teraz, kiedy emocje opadły, to wszystko zdawało się być sennym wspomnieniem, odległym i mistycznym. Carter stanęła w drzwiach jego pokoju i zapukała cicho.
- Witaj – pozdrowił ją zapatrzony w monitor.
- Pisze pan raport? – zauważyła i podeszła bliżej – Co się tam wydarzyło?
- Nie uwierzysz mi – przestał stukać w klawisze, odchylił się na krześle i przetarł twarz dłońmi – Sam mam wątpliwości i nie wiem, czy nie zaznaczyć tego w raporcie.
- Co pan ma na myśli? – przysiadła na pobliskim krześle zaniepokojona.
- Przez krótką chwilę wydawało mi się, że widziałem Canberrę.
- Byliśmy w stresie, ostrzeliwano nas, panowały ciemności. To mogło być złudzenie.
- Tak, ale kiedy ją rozpoznałem, zniknęła. Jakby wiedziała, że to ja. Była ubrana jak oni, ale to musiała być ona! To spojrzenie, takie charakterystyczne...
- Może to była jedna z kobiet plemienia?
- Wyglądała inaczej – zaprzeczył ruchem głowy – Silikami mają zielone oczy, są niscy. Ona była wysoka i miała jasne, prawie białe oczy. Ilu znasz ludzi o takim wyglądzie?
- Faktycznie, tylko Harriet. Jak to możliwe, żeby to była akurat ona?
- Może nie przypadkowo los rzucił nas na ten teren? – zauważył.
- Fakt, dość dziwny zbieg okoliczności – przyznała.
- „Marines nie umierają nigdy, co najwyżej idą do piekła się przegrupować” – skomentował
i spojrzał na Carter wymownie.
- Co pan z tym zrobi? – spytała, ciekawa jego planów.
- A jak myślisz? Co powinienem? – uśmiechnął się blado.
- Wróciłabym tam... – powiedziała nieśmiało - ... i poszukałabym jej. Pewnie podobnie jak i pan...
- Więc co do jednego się zgadzamy – skwitował, wrócił przed ekran monitora i zdecydowanym ruchem nacisnął „Enter”. Na jego twarzy wciąż gościł uśmiech, tym razem pełnej satysfakcji.
* * *
- Co to było?! – pytała poruszona Laume – Nie poznawałam go, tak bardzo się zmienił na twarzy! Był jak obcy! Jego pociągała ta walka, śmierć i zniszczenie!
- Mówisz o Kar’zainie? – spytała skulona na łóżku Harriet. Podciągnęła nogi pod brodę i oglądała swoje ramiona i blizny po oparzeniach.
- Tak – przyznała – No i ci żołnierze z obcego świata! Przyniosą nam zagładę, bo Shutowie nam nie darują tego incydentu! Och, co to będzie? – chodziła niespokojnie po komnacie i chwytała się za czoło. Była tym autentycznie poruszona.
- Nie wiem, jaka będzie reakcja Shutów, ale wyraźnie pułkownik O’Neill miał powód, żeby doprowadzić do zniszczenia tej anteny. A Kar’zain? Cóż, nie dziw mu się. Wychowywał się w ciemiężonej rasie, jako społeczny wyrzutek. Nomada, wagabunda, gorszy syn, ten bardziej niezdarny i nieudolny... Dziwisz się, że chce pokazać waleczność i odwagę?
- Znasz tego żołnierza? Wymieniłaś go z nazwiska – spojrzała na Harriet podejrzliwie.
- Tak, był dowódcą, z którym pracowałam – odparła obojętnie.
- To dlatego tak wiele o nas wiedzą – stwierdziła i przystanęła zamyślona – Byłaś ich agentką? Donosiłaś?
Harriet wstała z łóżka i podeszła do Laume z krytycznym wyrazem twarzy.
- Sugerujesz, że donosiłam na was? – jej twarz skrzywił grymas niezadowolenia – Wierz mi, mam powody, aby unikać moich ludzi. I nie bez przyczyny się ukrywam. Nie chciałam się z nimi widzieć.
- To jak...? – urwała zbita z tropu, zupełnie już nie rozumiała relacji Canberry.
- ... dowiedzieli się o tej planecie? Nie wiem. Sama jestem zaskoczona. Moje przybycie tutaj to kwestia przypadku. Nie wiem, jak oddział się tu dostał i dlaczego zrobili to, co zrobili. Ale nie donosiłam na was, tego możesz być pewna.
- Wierzę ci – widziała szczerość w oczach Harriet i wyczuwała, że mówi prawdę. Ktoś, kto coś ukrywa, jest bardziej nerwowy i inaczej się zachowuje. Harriet była szczera, nie było już co do tego wątpliwości.
- Ale chciałabym cię o coś prosić – Laume stała się jakaś tajemnicza, jakby okryły ją mroki jaskini – Abyś uświadomiła Kar’zainowi, jak okropna jest przemoc, wojna, zabijanie w imię nienawiści i różnic rasowych.
- Laume – Harriet westchnęła głęboko – Nie proś mnie o to. Oczywiście, mogę z nim porozmawiać i opowiedzieć, jak straszna i krwawa jest wojna, jak wiele niesie ze sobą okrucieństwa, bólu i rozczarowań. Jak widzi się, że giną ludzie obok ciebie, bracia, bliscy. Ale nigdy nie namówię go by zrezygnował z walki o wolność i wyswobodzenie. On już wkroczył na tę drogę, Laume. Przykro mi, trudno to zaakceptować, ale ten chłopiec dorósł i stał się mężczyzną, wojownikiem... Jego ojciec tego oczekiwał, że chłopak stanie się twardy. Że będzie bardziej bezwzględny, wojowniczy.
- Chyba masz rację – przyznała i usiadła zrezygnowana – Nie mogę go odciągnąć od ojca, współbraci, wojowników. To jest jego los... Dorósł i nawet nie zauważyłam, kiedy...
- Cokolwiek się stanie – Harriet położyła dłoń na jej ramieniu – Jakie nie nadeszłyby zmiany, wszystko będzie dobrze. Zmiany zawsze niosą strach i obawy, ale w ostateczności prowadzą do zmian na korzyść.
Canberra położyła się na łóżku zmęczona i skuliła się. Sama myśl o O’Neillu, i możliwości spotkania z nim trochę ją przestraszyła. Laume cicho wyszła, zostawiając ją samą. A ona tymczasem przypomniała sobie o kimś, kto gościł już od dawna w jej umyśle, ale nie mogła ani go dotknąć, ani poczuć przy sobie. Wyobraziła sobie twarz Daniela. Bolesny skurcz przeszył ją całą. Skuliła się jeszcze bardziej. Zimno oblało jej ciało i zadrżała z tęsknoty za dawnym życiem, za poznanymi ludźmi, przyjaciółmi. Tak bardzo chciała spojrzeć w oczy doktora i ujrzeć jego uśmiechniętą twarz. Tylko, że po tak długim czasie nie umiałaby spojrzeć mu w oczy bez wyrzutów sumienia. Nie potrafiłaby dobrać odpowiednich słów. Zostawiła go bez słowa wyjaśnienia, chcąc oszczędzić mu nieprzyjemności. Oby ta ofiara dała rezultaty.
* * *
- Wzywał mnie pan? – O’Neill wszedł do gabinetu generała Hammonda.
- Tak. Niech pan siada – wskazał krzesło na wprost siebie, ale Jack wolał stać wyprostowany regulaminowo i czekać na dalszy ciąg.
- Właśnie czytałem raport z misji na planetę Silikami. Pański...
- Doprawdy? – pułkownik uniósł brwi.
- Zaniepokoił mnie – generał spojrzał ponuro na podwładnego i oparł dłonie na blacie biurka, wcześniej zamykając laptopa – Wysnuł pan w nim bardzo kontrowersyjną teorię.
- Jaką? – spytał dla pewności.
- Jack, naprawdę uważasz, że pułkownik Canberra przebywa na tej planecie i to ją widziałeś?
- Tak, sir. Inaczej bym nie pisał o tym w raporcie – odparł stanowczo.
- Jack, to nie ma sensu. Wszystko to sprawia, że widzisz ją tam, gdzie chciałbyś, aby była. Kompletna bzdura.
- Ona tam była – zaznaczył dobitnie gestykulując dłonią, aż blaszki na piersi zafalowały i z lekkim brzdękiem dały o sobie znać.
- Czas uznać, że uległeś swoistemu złudzeniu – skwitował generał.
- Carter też mnie popiera – zauważył z wyrzutem.
- Jakoś nie wspomina o tym – zaprzeczył Hammond
- To była ONA – Jack zacisnął szczęki zdegustowany – Jeżeli da mi pan szansę, wrócę tam i przyprowadzę ją! Gwarantuję!
- I co? – parsknął – Zdezerterowała. Wisi nad nią obciążające oskarżenie. Przywieziesz ją
i wyląduje w pudle. Tego chcesz, pułkowniku?
O’Neill stał prawie pokonany, ale tliła się w nim iskra nadziei. Był przekonany o swojej racji
i instynkt podpowiadał mu, że musi to zrobić.
- Będę przynajmniej pewny, że żyje – powiedział cicho i już chciał coś dodać, ale Hammond zasznurował mu usta.
- Odmawiam.
- Radzę to przemyśleć, sir – skwitował Jack i zabrał się do wyjścia.
- Mnie też jej brakuje. Ale nie możemy łamać zasad. Canberra jest dezerterką, która zdradziła naszą jednostkę – generał powiedział to do pleców O’Neilla.
- ... a dla mnie jest jak córka, której nie chcę stracić. Straciłem już jedno dziecko. Drugiego będę chronił aż do chwili, kiedy moje serce przestanie bić... – zniknął za drzwiami niczym cień.
* * *
- Harriet?
Obudziła się wylękniona i ujrzała nad sobą uśmiechniętą twarz Kar’zaina. Uniosła się na łokciu i przetarła oczy.
- Co się dzieje, Kar? – pozwalała sobie na takie zdrobnienie jego imienia.
- Coś ciekawego – wyprostował się – Masz gościa – i odwrócił się w stronę wejścia, by przywołać przybysza.
Z mroków jaskini wyłonił się jasny mundur polowy. Człowiek, który był w niego ubrany, spowodował szybsze bicie serca Harriet. Zdjął okulary przeciwsłoneczne i przyjrzał się jej uważnie i z wyraźną satysfakcją. Harriet natomiast zerwała się na równe nogi. Była przerażona i z trudem łapała oddech. Próbowała przygotować się na najgorsze. Gość stał w milczeniu nie mogąc wydobyć słowa, bo trudno mu było jakieś wypowiedzieć. Kar’zain cieszył się, jak dziecko.
- Kar pozwól, że zostaniemy sam na sam – wykrztusiła przez ściśnięte gardło.
- Nie cieszysz się? – zdziwił się. Dla niego relacje między obcym a nią były dość niezrozumiałe – Przecież, to twój przyjaciel.
- Tak, cieszę się.
Chłopak wyszedł ciekawy, jaki będzie przebieg tej rozmowy, ale nie było mu dane usłyszeć jej treści. Kiedy zostali sami, Harriet była gotowa rzucić się na gościa, niczym spłoszone zwierzę gotowe do obrony przy najmniejszym, fałszywym ruchu. A on stał - już uspokojony i z widoczną na twarzy ulgą.
- Nie myliłem się, to byłaś ty. Instynkt mi to podpowiadał.
- Po co przyszedłeś?
Parsknął zaskoczony. Zrobił dwa kroki w jej stronę, ale cofnęła się płochliwie.
- Chciałem się dowiedzieć i upewnić, że żyjesz. Mogę usiąść? – spytał i spojrzał na jakiś wyłom w skale, z którego zrobiono stołek.
- Chcesz mnie aresztować? – spytała – Kto jeszcze przyszedł z tobą?
- Jestem tu sam – odparł i odłożył broń na bok – Chciałem z tobą porozmawiać. Nie chcę cię aresztować. Ten chłopak....
- Kar’zain..
- Tak, Kar’zain. Miły dzieciak, pomógł mi tu dotrzeć niezauważenie.
- A generał? Co on na to? – przysiadła na łóżku.
- Jestem tu bez jego zgody – smutno odparł.
- Zaryzykowałeś – stwierdziła.
- Warto było – uśmiechnął się – Harriet chciałem cię przeprosić za to, że tak na ciebie naskoczyłem. Nie miałem prawa. A potem wszystko poszło nie tak...
- Nie wrócę tam, jeśli o to ci chodzi – odparła ostro.
- Domyślam się – spuścił głowę – Cieszę się, że widzę cię całą i zdrową..
- Nie było mi lekko – odparła i pokazała szpecące blizny na ramionach. Wydawała się być skrępowana.
- Co to było? – zmarszczył brwi i z uwagą popatrzył na jej rany.
- Słońce... Uciekając z miasta Shutów musiałam stanąć do pojedynku z naturą.
- Shutowie? Byłaś u nich? – jeszcze bardziej zmarszczył brwi.
- Wtedy nie wiedziałam, kim są – odpowiedziała zmieszana – Udawali przyjacielskich, ale kiedy zorientowałam się, co robią, było za późno... Uciekłam i pustynia okazała się niezbyt przyjazna. Kar’zain mnie uratował.
- Za co jestem mu dozgonnie wdzięczny – cicho podsumował – Dzięki niemu mogę z tobą rozmawiać.
- Generał pewnie nie uwierzył, że tu jestem i spisał mnie na straty – uśmiechnęła się smutno.
- Prawie, że tak – skinął i patrzył spokojnie na nią, sycąc oczy radosnym widokiem jej obecności – Kiedy dostrzegłem cię wtedy, w korytarzu, byłem zdumiony… ale pewny, że to ty. Cieszyłem się z tego odkrycia...
Nie odezwała się i nie skomentowała tego stwierdzenia. Nikt jej tak nie osaczył, jak właśnie on.
- Jack, pamiętasz, jak rzuciłeś mnie wilkom na pożarcie? A teraz chcesz... Nawet nie wiem, czego ode mnie oczekujesz? Rozgrzeszenia?
- Może tak – skinął i wpatrywał się w jej oczy – Chciałem, abyś wiedziała, że żałuję tych wszystkich słów… brakuje nam ciebie...
- Nam?
- Nam, całej drużynie, przyjaciołom, no i mnie. Bo mam jeszcze jedną osobę na sumieniu. Przeze mnie odeszłaś… uciekłaś przed tym zamieszaniem, przed śledztwem. Ale ono trwa, nie ominęło nas. Przez to Daniel odszedł z programu. Postanowił wrócić i znaleźć sobie zajęcie. Z dala od SGC... od bazy.
- Ach, tak... – skinęła głową – Przez to też czujesz się winny?
- Też. Dostałem dwóch ślamazarnych ciołków, którzy wchodzą mi pod nogi.
- Czasem pewne rzeczy zwyczajnie się dzieją. Nie mamy na nie wpływu. Nie musisz brać na siebie całej odpowiedzialności. Mimo to, nie wrócę, Jack – odparła z grobową miną.
- Szkoda. Liczę na jakiś cud. Wiem, że gdybym cię namówił czeka cię więzienie i proces. Mnie pewnie też, ponieważ opuściłem jednostkę bez zezwolenia, aby przyjść po ciebie. To prawie dezercja. Dlatego rozumiem twoją postawę.
- To „gorąca” okolica. Gdybyś nawet chciał mnie odwiedzać, za 2-3 miesiące może się okazać, że nas już tu nie ma. To bez sensu...
- Tak, wiem – spuścił wzrok i po chwili namysłu wstał z występu skalnego i przysiadł się do niej. Nie umiał znaleźć odpowiednich słów pocieszenia na taką okoliczność. Dotknął jej policzka pokrytego blizną po oparzeniu. Drgnęła zaskoczona. Miała jeszcze kilka, na pozostałej części twarzy.
- Mnie też was brakowało – szepnęła – Niedawno myślałam o dobrych chwilach razem spędzonych... Zatęskniłam za nimi.
- Było ich kilka – przytaknął ze skromnym uśmiechem – W bazie. Na odprawach...
- Na Planecie Dusz – dodała.
- W knajpie „O’Malley’a”...
- Nad jeziorem. Na rybach...
- W domu Daniela...
- W magazynie, po bijatyce...- uśmiechnęła się.
- Warto to pamiętać – skwitował.
- Skąd Dowództwo wiedziało o Shutach? Dlaczego tu przylecieliście?
- Dostaliśmy pilną wiadomość z wywiadu. Nie znam szczegółów. Ale Shutowie zdobyli potężnego sojusznika, spotkaliśmy go w drodze powrotnej. Ponoć nazywają ich Zaxxianami...
Harriet drgnęła niespokojnie. Wstała gwałtownie i zmarszczyła czoło. Jack dostrzegł nagłą przemianę i uniósł się z posłania
- ... planują jakąś inwazję – dokończył – O co chodzi?
- Jak ich nazwałeś? Zaxxianie?
- Tak – spojrzał na nią zaskoczony – Znasz ich?
- Nie wiem – złapała się za czoło – Ta nazwa jest mi znajoma. Gdzieś już się z nią spotkałam. Ale nie mogę sobie przypomnieć.
- Spokojnie – położył rękę na jej ramieniu – Wiem, że sobie przypomnisz. Miałaś przecież problemy z pamięcią.
Parsknęła niezadowolona, przeszła się kilka razy wzdłuż i w poprzek pomieszczenia, jakby to miało przypomnieć szczegóły sprawy. Nic jednak nie przychodziło jej do głowy.
- Musisz wracać – wypowiedziała przez ściśnięte gardło – Tymczasem ja postaram się coś wymyślić. Popracuję z młodym Kar’zainem i tutejszymi wojownikami nad obroną i stosowną strategią.
- Nie zostawię cię tu samej – stwierdził obruszony.
- Wróć, póki możesz – stanęła na wprost niego i spojrzała mu głęboko w oczy – Póki możesz, bo potem ogłoszą cię zdrajcą. Pewnie jest szansa, że nie zauważono twojej niesubordynacji. Kiedy wykonasz skok, odpowiednio modyfikując i konfigurując przyrządy, cofniesz się nie tylko w przestrzeni ale i w czasie.
Pokiwał przecząco głową, dając do zrozumienia, że się nie zgadza.
- Musisz – powiedziała z naciskiem – Inaczej wspaniali żołnierze stracą świetnego dowódcę. Straci go Carter. Zawsze wiele dla niej znaczyłeś...
- Nie, nie dam się namówić – zdecydowanie zaprzeczył.
- Pomyśl – zbliżyła się do niego tak bardzo, że czuła na twarzy jego oddech – Wrócisz, zdasz raport z tego, co tu się dzieje, obmyślicie strategię. Będzie dobrze...
Czekała w napięciu na jego decyzję. Widać było, że już przetrawił sytuację i górę bierze rozsądek, dowódcze doświadczenie, troska o wielu ludzi. W bladym świetle jaskini jego oczy błyszczały, jak diamenty na dnie jeziora. Szkliły się i jarzyły gniewnymi błyskami. Był rozdarty, jednak solidne wyszkolenie wojskowe mówiło mu, że czasem trzeba kogoś poświęcić, aby powiodła się misja, choć nie lubił zostawiać swoich ludzi na pastwę losu. Nie mógł wiedzieć, czy zastanie tu Harriet, kiedy postanowi wrócić, ale podjął już decyzję. Pocałował ją delikatnie w policzek. Żałował jedynie, że może to być pocałunek pożegnalny. Powiedział ze smutkiem:
- Zgoda. Ale nie zostawię cię tutaj. Wrócę, aby zabrać cię do twoich braci i sióstr.
- Bracia i siostry. Pięknie to ująłeś... Żegnaj i uważaj na siebie, Jack. Bądź ostrożny w rozmowach z generałem, wystarczy jedno słowo i możesz popełnić poważny błąd...
- Do zobaczenia – wziął swoją broń i wyszedł cicho z groty. Usiadła na łóżku i spuściła głowę. Cała ta rozmowa rozbudziła w niej nowe nadzieje, ale czy słuszne? Ile czasu zajmie Jack’owi przekonywanie wpływowych ludzi, aby podjęli zbrojną interwencję? Aby mogła wrócić i by nie skończyło się to rozstrzelaniem? Tego nikt nie wie...
* * *
Generał Hammond siedział na specjalnie zwołanej odprawie i słuchał uważnie relacji O’Neilla.
- Ona coś wie na temat Zaxxian, ale jeszcze sobie nie przypomniała. Chcę natomiast porozmawiać o jej powrocie... Czas nagli i mamy go mało. Kiedy Shutowie odkryją ich kryjówkę, plemię będzie musiało uciekać i grozi im śmierć w zabójczych promieniach słońca. Gdybyście widzieli blizny Harriet po oparzeniach...
- Najpierw sprowadźmy Canberrę z powrotem. Potem postaramy się załatwić sprawę dezercji i w miarę łagodny wyrok. Śledztwo dobiegło końca i dostałem pełny raport.
- I co mówi o mordercy? – spytała Carter.
- Nie była to pułk. Canberra, przeczą temu dowody. To dobra wiadomość. Czeka ją jedynie sprawa o dezercję. Jeśli jest, tak jak myślę, pociągnę za kilka sznurków i wyciągnę ją z więzienia. Niestety, po powrocie musi zostać aresztowana. Tego nie unikniemy.
- Rozumiem – spuścił głowę O’Neill. Nie podobała mu się taka ewentualność. Nie umknęło to uwadze dwóm członkom odprawy, por. Mustarowi i podpor. McLoydowi. Nie byli wtajemniczeni we wzajemne relacje między członkami grupy, ale rozumieli znaczenie tego przedsięwzięcia.
* * *
Daniel oglądał świeżo przygotowane raporty z poprzednich znalezisk. Przeszedł się pomiędzy namiotami obozowiska i dopiero przy ostatnim zatrzymał się i zmarszczył brwi w skupieniu. Tkwił tu, w najbardziej oddalonym od świata wykopalisku, wśród reliktów innych cywilizacji, bo chciał uciec od własnej przeszłości w programie SGC. Wylądował na niewielkim, zalesionym księżycu, niezbyt ciekawym, orbitującym dookoła większej planety. Miał przystępną atmosferę, ale trzeba było nosić ze sobą niewielką butlę z mieszanką gazów, aby co jakiś czas pokrzepić się dodatkowymi haustami powietrza. Zaintrygowały go analizy znalezionych szczątków organicznych, bo według nich należałoby zweryfikować dotychczasową teorię ewolucji życia na tym księżycu. Wszystko pojawiło się nagle, nie wiadomo skąd i dlaczego. Było to intrygujące odkrycie dla kogoś pokroju dr.Daniela Jacksona.
Z zamyślenia wyrwał go głos jednego z asystentów, który wynurzył się z namiotu.
- Doktorze Jackson, ma pan wiadomość! Pilną!
- Już idę! – zawrócił i skierował się do największego namiotu, na samym środku obozu. Włączył monitor komputera i zobaczył na nim uśmiechniętą twarz Carter. Rozpromienił się na ten widok – Sam!
- Witaj Danielu! Postanowiłam się z tobą skontaktować, gdyż mam okazję cię odwiedzić!
- Jak to?
- Będziemy z transportem żywności dla okolicznych wieśniaków. Wieziemy też trochę sprzętu naukowego i próbek zebranych planety do badań. Będzie okazja spotkać się i porozmawiać. Stęskniłam się za tobą, Danielu...
- Świetnie, cieszę się, że mnie odwiedzisz. W takim razie, do zobaczenia! Ja też niedawno wspominałem nasze wspólne misje...
- Do zobaczenia, Danielu! Bez odbioru! – ekran pociemniał i ucichł.
Daniel z lekkim uśmiechem przyjął wiadomość. Stwierdził nagle, że przyda mu się rozmowa z kimś serdecznym i zaufanym, kto kiedyś wiele dla niego znaczył i dobrze się z nim pracowało. Żałował tylko, że nie będzie mógł porozmawiać z kimś jeszcze, kto głęboko tkwił w jego sercu, i pomimo tego, że minęło sporo czasu, wspomnienie tej osoby było bardzo żywe. Westchnął rozmarzony. Wyobraził sobie, jak ta osoba wchodzi teraz do namiotu i ściska go serdecznie na powitanie. Ale to nierealne wyobrażenie. Tak niemożliwe, jak choinka z bombkami w środku lata. Jeszcze raz zajrzał do raportów i spojrzał na analizy. Za kilkanaście minut wyląduje transportowiec z Sam, która wpadnie uśmiechnięta i uściska go na powitanie. Ta myśl dodała mu trochę otuchy.
- Danielu!
Przywitał ją i nie mógł się napatrzeć na jej opaloną twarz. Stała tu, była tu i uśmiechała się, choć była w mundurze i służbowo.
- Napijesz się czegoś? – spytał – Mam dobrą herbatę. Robią ją z tutejszego krzewu i ma wyjątkowy aromat.
- Chętnie spróbuję – usiadła i rozejrzała się po namiocie – To na to zamieniłeś pracę dla naszego programu? To jest bardziej emocjonujące?
- Właściwie chodziło mi o spokój a tu nic się nie dzieje. – stwierdził spokojnie, właściwie z poczuciem, że robi coś gorszego. Zaczął się denerwować. Jakby to, czy jego gość szybko dostanie pić, miało wpłynąć na coś ważnego. Co by to mogło być? Poprawa świata? Zwycięstwo nad samotnością i smutkiem?
- Szczyt marzeń – zauważyła z uniesionymi brwiami. Wzięła od niego kubek parującego napoju i powąchała zaskoczona – O, rzeczywiście wspaniały aromat..
- Uspokaja, przynosi odprężenie, wzmacnia i chroni przed przeziębieniami. Noce są tu bardzo zimne.
- Jak ci się wiedzie?
- Dobrze. Odgrzebujemy z Finley’em coraz to ciekawsze rzeczy. Wygląda na to, że życie tutaj nagle wybuchło i to z ogromną siłą.
- To interesujące – skinęła głową – Meteoryt? – podjęła temat, wiedząc doskonale, że to tylko wybieg i próba ucieczki przed najważniejszym zagadnieniem.
- Możliwe – przyznał i napił się gorącego napoju – Prawdopodobnie wysoka temperatura spalania w atmosferze była katalizatorem procesu rozwoju. Ciebie, jako naukowca powinno to zainteresować. A co w bazie?
- W zasadzie dobrze, ale stało się coś, co skłoniło mnie do widzenia się z tobą osobiście – powiedziała tajemniczo.
- Słucham – nadstawił uszu ciekaw, co takiego ją przygnało do obozu.
- O’Neill odnalazł Harriet – powiedziała wolno, uważnie badając jego reakcję.
- Ach, tak – wydobył z siebie zamyślony – I co u niej?
- Prawdę powiedziawszy jest źle. Została aresztowana i czeka na rozprawę – spuściła wzrok, odstawiła kubek z herbatą i już śmiertelnie poważnie dodała – Pomyślałam, że chciałbyś się z nią spotkać...
Daniel wstał z krzesła, stanął u wejścia namiotu myśląc głęboko nad usłyszanymi wieściami. Widać było, jaką toczy wewnętrzną walkę. Był pewny a zarazem wątpiący, rozdarty między dwa silne uczucia: tęsknotę i obawę o to, co może go spotkać w przyszłości, jeśli stanie się najgorsze. Spotkanie było dla niego pełne niewiadomych.
- Gdzie była do tej pory? – spytał nadal obserwując widok z namiotu.
- Na jednej z planet mało znanej nam i naszym sojusznikom. W sumie przez zupełny przypadek O’Neill się na nią natknął. Spodziewamy się sporego zagrożenia ze strony tamtejszego rządu – odparła zasmucona, że wieść o odnalezieniu Harriet nie wywołała w nim spodziewanego entuzjazmu.
- Zmieniła się? – spytał.
- Cóż, te przeżycia mogły ją zmienić, jej charakter i sposób postępowania, ale nie zauważyłam na razie czegoś szczególnego – zastanowiła się chwilę – Fizycznie pewnie bardziej się odróżnia od dotychczasowej Harriet.
- Dlaczego? – zdziwił się i spojrzał na Sam.
- Ma wiele blizn po oparzeniach. Tamtejsze słońce omal jej nie uśmierciło... ma silnie opaloną skórę, przez co jej jasne oczy jeszcze bardziej się odznaczają. Ale nadal pamięta nas i to, co nas spotkało. Ma też pewne marzenie, które mogę pomóc jej spełnić. Chyba...
- Jakie marzenie? – usiadł przy stoliku i patrzył wnikliwie na przyjaciółkę.
- ... aby zobaczyć się z tobą – powiedziała cicho – Dasz się namówić i pojedziesz ze mną do bazy?
Nerwowo przełożył papiery z jednego końca stolika na drugi, przyjrzał się filozoficznie wynikom i klapnął w kilka klawiszy swojego laptopa.
- Nie wiem, mam tu tyle roboty i tyle do obejrzenia. Trzeba to skatalogować, opisać...
Sam chwyciła go za dłoń i zdecydowanie przemówiła.
- Danielu, to przecież Harriet – spojrzała na niego wymownie – Te skamieniałości czekały tyle wieków, zaczekają i parę dni na ciebie...
- No tak – przyznał zmieszany, ale zadowolony, że ktoś podjął niejako za niego decyzję, uśmiechnął się skromnie – Spakuję kilka rzeczy i polecę z wami...
- Świetnie – wstała zadowolona – Poczekam na ciebie. Za godzinę odlatujemy...
Kiedy wyszła, poczuł zdecydowaną ulgę. Z radością pozbierał rzeczy osobiste. Wsadził do plecaka maleńką, mieszczącą się w dłoni figurkę, wyrzeźbioną z tutejszego czarnego kruszcu, mieniącego się srebrnymi i złot
Użytkownik Harriet Canberra edytował ten post 02.03.2004 - |15:49|