+ Stargate: SG-1 i Stargate: Atlantis od nowa +
Daję oczywiście
10, bo nie mogło być inaczej.
Wspaniała kontynuacja pierwszej części finału. I choć wiedziałam, co się stanie, czułam się dość podekscytowana. Zobaczyliśmy tu pierwsze poważne wahania się Klorela. Sam przyznał, że jego nosiciel, czyli Skaara, jest niezwykle silny, a my widzieliśmy jego zachowanie, gdy miał włączać tarcze swojego ha'taka. Jego mina zasługiwała wtedy na Oscara

. A jeśli już o ha'taku mowa - wreszcie ukazano nam, że nie można ich tak łatwo zniszczyć z tego powodu, że otoczone są polem siłowym, zdolnym przeciwstawić się nawet dwóm pociskom wzbogaconym o naquadah.
Pojawił nam się znów Bra'tac! Oczywiście śmieszyły mnie jego potyczki z Jackiem, szczególnie o granacie (to który w końcu jest lepszy?

). Pomysł naszego mistrza, czyli skłócenie Klorela z Apofisem może by się udał, ale chyba lepiej działać niż zdać się na pomyślność losu, bo on niestety często zawodzi. Pierwszy raz SG-1 zasiada do wnętrza death gliderów! Do tego widok dwóch wybuchających ha'taków także jest dość pociągający

. No i ta błękitna, piękna Ziemia, dla której poświęcić chciał się SG-1 i Bra'tac... Śmieszyły mnie jego gadki w stylu "Teraz umrzemy, ale umrzemy wolni!". Rozumiem - honor i te sprawy, ale chyba lepiej jest jednak przeżyć.
Kiedy Daniel dostał w ciałko od jakiegoś Jaffa, dogorewał nam i mówił Jackowi, żeby szli bez niego, coś się we mnie ruszyło. Tak mi się go wtedy żal zrobiło, choć przecież wiedziałam, co się stanie. Może robię się wrażliwa? Hm, nie, to raczej niemożliwe. Nie jestem osobą wrażliwą, przynajmniej nie jeśli chodzi o uczucia. Jacksona sarkofag może i rzeczywiście zbyt szybko uzdrowił (a także zszył mu mundur

), ale na takie ułatwienia trzeba machać ręką (na happy endy też), bo z czymś takim spotykać będziemy się do końca serialu. Służyć ma to głównie popchnięciu akcji do przodu, nie bacząc na małe nielogiczności, szczędząc przy tym głównych bohaterów.
Akcja w SGC też przyprawiła mnie o uśmiech na twarzy i ból brzucha. Ach, ci z Pentagonu! Nie doceniają potęgi rasy zdolnej do budowy statków bojowych (których Ziemia nie posiada, posługując się zaledwie wahadłowcami

), licząc na powodzenie dwóch głupich głowic. Widać, że to ziomki Kinseya :/ , bo są tak samo jak on ignorancyjny i zwyczajnie głupi. Chyba tylko Hammond grzeszy inteligencją, choć czasem i jego decyzje temu przeczą...

Dużo w tym odcinku akcji (niemal bez przerwy), postrzałów (przy czym w przypadku Daniela śmiertelnych), błyskotliwego humoru (zwłaszcza przy skontrastowaniu naprzeciw sobie Jacka i Bra'taca), nowinek technologicznych (pierwszy raz w death gliderach), dramatyzmu (czy ocalić siebie, czy też może poświęcić swe życie dla dobra niewinnych Ziemian?), psychologicznych wahań (między Skaarą a Klorelem), starych postaci (Bra'tac, Apofis). No i to wszędobylskie napięcie!

. Finał był przewidywalny (dziesięciosezonowy serial nie mógł skończyć się zniszczeniem Ziemi na początku drugiego sezonu, ani śmiercią głównych bohaterów

), jednak odcinek do końca trzymał w napięciu. Był naprawdę idealny, akcji i wszystkich elementów było w sam raz, więc byłabym dziwna, gdybym nie dała mu 10. Więc dałam.
Użytkownik Darth Paula edytował ten post 23.04.2007 - |15:16|