Skocz do zawartości

Zdjęcie

Log in


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
Brak odpowiedzi do tego tematu

#1 mathix

mathix

    Sierżant

  • VIP
  • 686 postów
  • MiastoGdańsk

Napisano 24.09.2003 - |05:56|

Log in

Mój poziom: 314.

Baza SGC, pomieszczenie sterowania stargate.
- Naprawdę nie rozumiem generale, czemu... - Pułkownik O'Niell nie dokończył zdania, ponieważ nagle wewnętrzna część wrót, zaczęła się obracać.
- Pierwszy symbol na miejscu! Sir, nie wiem, co się dzieje, ja nic nie włączałem. - Powiedział operator. - Program sam wybiera kombinację.
- Co to za kombinacja? - Zapytał Hammond.
- Abydos, sir.
- A może to do nas ktoś dzwoni? - Zapytał O'Niell. Chwilę potem, gdy drugi sheweron, zamknął następny symbol kombinacji pustynnej planety.
- Niemożliwe pułkowniku O'Niell. Po pierwsze, przy aktywacji z zewnątrz zamyka się tylko ostatnia klamra, po drugie wszystkie symbole są zaznaczone w programie.
- Proszę to wyłączyć. - Powiedział Hammond z Teksasu.
- Już... - Operator, stuknął kilka razy w klawisze. - Nie mogę, program nie odpowiada. Sir, szósty symbol.

Do pokoju sterującego wparowała Sam:
- Dzwonimy gdzieś, sir?
- Wygląda na to, że na Abydos. - Powiedział Jack.
- Jak to "wygląda"... ? - Siódmy symbol zaskoczył i wrota zostały uruchomione.
- Zamknąć przesłonę! - Rozkazał generał.
- Nie ma takiej potrzeby, generale. Nikt nie może przejść przez wrota, gdy my je aktywowaliśmy. Mogą, co najwyżej przesłać nam sygnał radiowy.
- Jak to będą wiadomości to już po nas. - Zażartował O'Neill. Chwilę po tych słowach wrota wyłączyły się.
- Zrestartować. - Nakazał dowódca bazy. System zgasł i zaczął się ładować ponownie, wszyscy rozeszli się do swoich kwater, a generał zarządził zebranie na 15.00...

CDN1.
***

Jeden z korytarzy SGC, godzina 14:57

Podziemnym korytarzem szedł w stronę pokoju odpraw pułkownik O'Neill. Przez cały czas zastanawiał się, jakim cudem wrota aktywowały się same, jednak nic nie mogło mu wpaść do głowy. Wyobrażał już sobie jakąś naukową teorię Sam, którą będzie mu musiała tłumaczyć przez kilka dni zahaczając przy tym o podstawy fizyki, z której nigdy nie był najlepszy. Fakt, faktem - z wykładów major Samathy Carter nic nie rozumiał, ale coś sprawiało, że jej kilkugodzinne wykłady nie były wcale takie straszne. Więcej: były nawet przyjemne.
Z korytarza obok wyszła Sam.
- Witam majorze. Jak minęły ostatnie trzy godziny?
- Słucham, sir?
- Eee nic, nie ważne. Mam nadzieję, że zrobiłaś wszystkie ważne rzeczy, bo czeka nas herbatka u Hammonda. - Sam, uśmiechnęła się.

Daniel i Teal'c, byli już na miejscu. W pokoju odpraw, był jeszcze generał i jakiś Japończyk. O'Neill, chyba słusznie spodziewał się długiego zebrania.
- To jest doktor Tamusomi Yamura, nadzorował projekt programu, służącego do obsługi wrót. Na moją prośbę, przybył specjalnie z Japonii, gdzie miał wykład na temat informatyki. Zdążył nawet zbadać system. - Powiedział generał Hammond.
- Wydaje mi się, że system obsługi stargate, został zaatakowany przez hackera. Widać, w zabezpieczeniach powstała jakaś luka, w trakcie przeróbek, którymi nie zajmowałem się osobiście. Odłączyłem SGC, od sieci zewnętrznej, jeśli istniała jakaś luka, to jest ona niegroźna, bo nie ma połączenia z zewnątrz. W trakcie najbliższych dni sprawdzę system i załatam dziurę. - Powiedzał Tamusomi.
- A, do tego czasu program badania wszechświata przy użyciu wrót zostanie zawieszony. - Dopowiedział Jack.
- Nie, nie ma takiej potrzeby panie pułkowniku. Bez dostępu do internetu, SGC jest bezpieczne. - Zaprzeczył Japończyk.
- W jaki sposób poznał pan, że system zaatakował hacker? - Zapytała zaciekawiona Sam.
- To proste. Zapisy z ostatniej aktywacji wrót zostały, skasowane. Hackerzy tak robią. Kasują logi z serwera dotyczące ich włamania. Niech mi pani zaufa, wiem jak oni działają.
***
SGC, pomieszczenie wrót, godzina 17:00

Drużyna SG-1 była już gotowa do wymarszu. Jack, z Teal'c'iem sprawdzali broń, Daniel przecierał okulary, Sam sprawdzała GDO. Mieli zebrać kilka próbek roślin, z niedawno poznanej planety. Przy pierwszej wizycie nie odpowiedniego mieli sprzętu, Sam obawiała się, że krzaczki są trujące. Teraz, byli przygotowani. Do pomieszczenia wszedł generał Hammond.
- Macie godzinę na wykonanie misji. Z tego, co dowiedziałem się z raportów, te zielsko rośnie całkiem blisko wrót i nie jest, aż tak trujące, żeby potrzebna była oddzielna ekipa.
- Tak, sir. Drobne próbki, które zebrałam wskazują na coś nieco silniejszego od zwykłej pokrzywy, ale muszę mieć więcej materiału do głębszych badań. - Powiedziała Carter.
- A co z GDO? Hasła zostają takie same, generale? - Spytał O'Neill.
- Nie sądzę, żebyśmy musieli je już, teraz zmieniać.
- Ja się nie znam. - Odrzekł pułkownik.

Wrota zostały otwarte i czterech członków drużyny SG-1, przeniosło się na inną planetę.

CDN2.

Teal'c i Jack nieśli sprzęt i próbki zapakowane w podłużnych szklanych słojach. Za nimi podążali Daniel i Sam, rozmawiając o roślince. Danielowi przypomniały się mity, mówiące, że coś wyglądającego podobnie działa jak afrodyzjak. Sam twierdziła, że to zwykłe trujące roślinki i nic z tego nie będzie, prócz poparzeń.
- No dobra, Teal'c zostawiamy to tutaj tym mądralom. Niech poniosą, chociaż do wrót. - Jack nie czekając na inteligentów wybrał kombinację i hasło GDO. - Chodź Teal'c, jestem ciekaw czy sobie poradzą.
- Zostanę i im pomogę O'Neill.
- Jak chcesz. - Powiedział pułkownik i łapiąc się za nos "zanurkował" we wrota.
- OK. Sam idź, damy sobie radę z Teal'c'iem, przecież to tylko kawałek po schodach. Ochrzań ode mnie Jack'a.
- Dobra. - Sam przeszła przez wrota.
- Wezmę to Danielu Jackson. - Zaproponował jaffa Teal'c.
- Dzięki Teal'c.
Daniel zaczął wchodzić po schodach, w kierunku otwartych stargate. Źle postawił nogę na schodku, potknął się i upadł.
- Cholara! Chyba skręciłem nogę.

Sam wyszła z wrót na ziemi. Podszedł do niej O'Neill.
- Jak im idzie? - Zapytał uśmiechając się do major Carter.
- A jak ma iść, to raptem 50kg. Co to dla Teal'c'a?
- Czy faktycznie musieliśmy brać ten cały złom? Zawsze wydawało mi się, że do przycinania krzaczków wystarczą sekatory.
- Sir... - Sam urwała na dźwięk zamykającej się przesłony. Jack, odwrócił się i od razu zrozumiał, co się dzieje.
- Jasna cholera! Połamię tego debila!
- Otworzyć przesłonę! Natychmiast. - Rozkazał na darmo, generał Hammond.

System znów nie odpowiadał. Włamywacz, działał, mimo iż SGC zostało odcięte od zewnątrz. Tamusomi Yamura, wbiegł do pomieszczenia sterowniczego. Odepchnął jednego z operatorów. Usiadł na krześle i zaczął, bardzo szybko wciskać klawisze.
- System, ma kod bezpieczeństwa. Wprowadziłem go, na wszelki wypadek. Tylko ja go znam. Można go uruchomić wyłącznie z jednego, z komputerów znajdujących się w centrum. Mam nadzieję, że nikt nie usunął go podczas przeróbek. - Pracował bardzo szybko, pot zalewał mu czoło. Był jedyną nadzieją SG-1.
Nagle pułkownik O'Neill chwycił za swój mikrofon.
- Teal'c, tu Jack! Nie przechodźcie przez wrota! Powtarzam! - Mówił. - Nie przechodźcie! - Nagle w przesłonę coś uderzyło. Wszyscy zamarli, wszyscy prócz Jack'a O'Neill'a. Cały czas krzyczał do swojego mikrofonu.
- Przyjąłem pułkowniku Jack O'Neill. - Odezwał się głos Teal'c'a.
- Czy Daniel przeszedł? - Zapytał O'Niell.
- Nie, wysłaliśmy tylko próbki.
- Wszystko OK! Żyją! - Jack, krzyknął do osób znajdujących się w pomieszczeniu kontrolnym.
- No tak! Przecież sygnał radiowy przechodzi w obie strony! - Krzyknęła z zachwytem Carter.
- Widzisz, nawet ja się czegoś od ciebie nauczyłem.

Chwilę później Tamusomi odzyskał kontrolę nad programem i Daniel z Teal'c'iem wrócili do bazy. Generał Hammond dostał rozkaz zawieszenia programu, na czas znalezienia dziury w systemie. SG-1 dostali urlop, z którego wcale się nie cieszyli. Pod wieczór próbowali nauczyć Teal'c'a gry warcaby, a potem w pokera. Na koniec wieczoru urządzili turniej w szachy - każdy z każdym. Wygrała Sam, potem był Daniel, później Teal'c, który nauczył się zasad wcześniej, a na końcu był O'Neill.

CDN3.

SGC pokój odpraw, godzina 9:00.

W pokoju odpraw byli już wszyscy, których wezwał generał. Wszyscy za wyjątkiem Daniela, który strącił swoje okulary z szafki i musiał poszukać zapasowych. O'Neill, rysował po notatniku. Jego rysunek przedstawiał gwiezdne wrota. Konkretnie to były wrota bez symboli, bo nie wiedział jak podzielić koło na trzydzieści sześć równych części. Zerwał kartkę i zaczął rysować następny obrazek, gdy do pokoju wszedł Daniel.
- Skoro jesteśmy wszyscy, możemy zacząć. - Powiedział generał Hammond.
- Musimy mieć w bazie jakąś nieznaną linię, którą włamał się tu ten hacker, albo w bazie jest szpieg. Jestem raczej za tym drugim. Nie wydaje mi się, aby mogła istnieć jakaś nieudokumentowana linia. - Powiedział Tamusomi.
- A te wasze wszystkie antywirusy, fireballe i inne, to one nic nie dają? - Zapytał Jack.
- Firewalle, panie O'Neill. - Poprawił go Japończyk. - Oczywiście, że dają, ale nie, jeśli mamy w bazie szpiega, który bardzo dobrze zna się na komputerach. Tylko ciekawe, kto to. Za kilka godzin do SGC przybędzie kilku innych informatyków, z którymi pisałem program. Razem znajdziemy dziurę, a jak się ma już dziurę to można poszukać szpiega.
- Znaczy się dorwiecie drania, a my mamy urlop przez kilka... lat? - Zażartował O'Neill.
- Zapewniam pana, że moi ludzie to fachowcy światowej klasy. Znajdziemy go w kilka dni. Znajdziemy, jeśli jest w bazie. Jeśli go nie ma, to przekażemy informacje CIA.
- OK. Mam pomysł. Wybierzmy się na ryby! - Zaproponował Jack. - Sam spojrzała na niego, wiedziała, że będzie musiała odmówić. - Wszyscy. Całe SG-1. - Dodał po chwili O'Neill.

Jack, musiał pokazywać Danielowi, do czego służy wędka. Mimo wielu lekcji doktor archeologii wciąż zaplątywał się w żyłkę. Teal'c radził sobie znakomicie, nawet lepiej od pułkownika. O'Neill ciągle próbował złowić jakąś większą sztukę, ale nie mógł.
Daniel zarzucił wędkę, jednak zaplątała się w gałęzie drzewa stojącego za nim.
- Kurczę, chyba nie da się ze mnie robić wędkarza, Jack.
- Spokojnie, jeszcze się nie znalazł odporny na moją naukę łowienia.
- Mam nadzieję.
- Idę na spacer do lasu, zabiera się ktoś ze mną? - Zapytał pułkownik. Spoglądając na Samanthę.
- Ja zostanę, chcę chwilę odpocząć. - Odpowiedziała pani major.
- My chętnie pójdziemy. - Powiedzieli Daniel Jackson i Teal'c.

Jack O'Neill nie był zbyt szczęśliwy, że będzie teraz musiał spacerować po lesie z Teal'c'iem, który nic nie mówi i Danielem, który dawał mu wykład z historii Indian z tych części kraju.
Iglasty las wyglądał bardzo ładnie. Wokół odzywały się ptaki. Jaffa przyglądał się przyrodzie, która była nieco inna niż na Chulac. Wprawdzie sosny wyglądały tak samo, ale nie było takich samych ptaków, kwiatów, czy innych leśnych stworzeń.

Pod koniec dnia SG-1 wróciła do bazy. Nie znaleziono jeszcze, żadnego szpiega, ale został wykonany test połączeń telefonicznych w celu znalezienia nieprzepisowego modemu, który mógł posłużyć do włamania. Nie było modemu. Sam poszła spytać się Tamusomi'ego, czy może jakoś pomóc.
- Może pani. Proszę sprawdzić wszystkie pomieszczenia z liniami telefonicznymi. Pomoże pani, jeden z moich najlepszych ludzi - John Acrelli.
Carter spojrzała na informatyka, był całkiem przystojny. Nie wyglądał na kogoś, kto siedzi całymi dniami przed komputerem i nie ma czasu, ani ochoty, aby zadbać o siebie. Acrelli miał ciemnobrązowe włosy, obcięte na jeża, niebieskie oczy i seksowną (jak to zauważyła Sam) bródkę.
- Idziemy, pani major? - Zapytał.
- Oczywiście. - Odpowiedziała.
O 23.57, Sam i John, zakończyli poszukiwania. Dokładnie przeszukali dwadzieścia trzy pomieszczenia. Zostały im jeszcze trzydzieści cztery. Podczas poszukiwań rozmawiali, głównie o systemie, o jego zaletach, wadach, o tym jak Sam przerabiała go kilka razy na potrzeby misji. Opowiedziała mu o tym, gdy opracowała program przyspieszający wybieranie kombinacji. John zapytał się, czy pokaże mu kod źródłowy. Carter zgodziła się.

Następnego dnia znów, zaczęli poszukiwania. Ponieważ ostatnio, przegadali trzry godziny teraz pracowali w ciszy.
Major Carter, zdjęła osłonkę koncentratora zamontowanego na ścianie. Dokładnie sprawdziła całą elektronikę. Nie było żadnej pluskwy. Co prawda zostało im jeszcze dwadzieścia pomieszczeń, ale powoli zaczynała się denerwować. Obawiała się, że nic nie znajdą, a przeszukiwanie całej bazy, zajmie dobrych kilka miesięcy. Oczywiście na ten czas program stargate, zostanie wstrzymany.
Już chciała odejść, kiedy nagle zauważyła, drobne uwypuklenie kabli. Wzięła krzesło i spojrzała za nie. Zobaczyła jakieś małe, białe urządzenie.
- Może mi pan podać śrubokręt? Muszę wykręcić mocowania kabli.
- Cóż, tu się kończy nasza przygoda major Carter. - Sam obróciła się w kierunku informatyka. W ręce trzymał metalowy klucz.
- Co pan robi?
- Nic, chcę tylko coś wyjaśnić.
- Co?
- Że, to wasz koniec.
- Koniec? Czyj?
- Wasz, SGC. Dzisiaj program stargate, przejdzie w ręce cywili.
- Jak to?
- Myślicie, że możecie używać sobie wrót, w tajemnicy przed światem? Myślicie, że jesteście lepsi, bo nosicie mundury? Nie! Jesteście, gorsi. Nienawidzę, was za to wywyższanie się. Za te wasze, metody. Za to, że traktujecie nas, cywili jak jakieś [beeep]!
- To nieprawda!
- Prawda, prawda. Dzisiaj cały świat dowie się o SGC, o wrotach o Goa'uldach, o ich technologii. Będą wiedzieć, że nie są sami. Teraz niech pani mi wybaczy, ale muszę już iść. Dowiedzenia.

Acrelli zamachnął się kluczem, Sam spróbowała wykona unik skacząc z krzesła. Klucz trafił ją w biodro. Carter złapała się za nie z bólu. Nie zdążyła zablokować klucza pędzącego w stronę jej głowy. Upadła na ziemię tracąc przytomność. Acrelli dla pewności uderzył ją jeszcze raz w głowę, rozcinając skórę powlekającą czaszkę Sam. Potem zabrał jej broń.

CDN4.

Jack, otworzył drzwi.
- Może herbatki, drodzy... O cholera! - O'Neill, zobaczył leżącą w kałuży krwi Carter. Wbiegł na korytarz i włączył alarm. - Sanitariusze potrzebni do pomieszczenia H-33. Szybko! - Powiedział przez radio. - Cholera Sam, jak dorwę tego dupka to mu złamię kark! Kto ci to zrobił? Kto?

Do pomieszczenia H-33 wbiegła drużyna sanitariuszy. Zabrali major Carter, Jack cały czas im towarzyszył. Doszli do szpitala, umieścili Sam, na łóżku. Od razu dobiegla do niej doktor Fraiser i zaczęła ją podłączać do aparatury.
- Wyjdzie z tego? Prawda że wyjdzie? - Zapytał nerwowo Jack.
- Jeszcze nie wiem pułkowniku, to wygląda na uderzenie tępym narzędziem. Proszę mi nie przeszkadzać, może mieć krwotok wewnętrzny.
Jack, odsunął się na kilka metrów, robiąc miejsce lekarzom. Został jeszcze chwilę, po czym pobiegł do generała Hammonda.

- ...proszę, nikogo nie wypuszczać z bazy. - Powiedział przez telefon generał.
- Sir. Jakieś piętnaście minut temu z bazy wyszedł John Acrelli, jeden z naukowców Yamury. - Odpowiedział strażnik.
- Rozumiem.
- Sir, proszę o pozwolenie wzięcia udziału w pościgu. - Powiedział O'Neill.
- Zezwalam, weźmie pan Teal'c'a i pojedziecie główną drogą. Wysłałem już, oddziały, aby zbadały las. Poza tym, zaraz dostaniemy dwie Super Cobry, do pomocy. Dorwij tego gnojka Jack.
- Yes sir! Z przyjemnością.

Jack i Teal'c wsiedli w Jeepa. Uzbrojeni byli w Zat'n'ktel'e, gdyż mieli dorwać hackera żywcem. O'Neill przycisnął do oporu pedał gazu i ruszyli. Jechał bardzo szybko, niemal wypadając z drogi na zakrętach. Był zły, bardzo zły. Wiedział jednak, że nie może zabić zdrajcy, mimo, że pragnął tego w tej chwili. Kolejny zakręt, Jack wszedł w niego na ręcznym, wytracił prędkość niemal na drzewie. Przed sobą zobaczyli wojskowego Jeepa. Jechał szybko, ale nie tak jak Jack.
- Teal'c wychyl się przez okno. Strzelisz do niego jak się z nim zrównam.
- Dobrze pułkowniku O'Neill.

O'Neill zaczął doganiać samochód. Kiedy zbliżył się do niego John przyspieszył. Minęli następny zakręt, za którym stały dwie czarne vany. Wysypali się z nich ludzie w czarnych stroajach i kominiarkach.
- O. Nasi działają znakomicie. Postawię wszystkim browara.
- Czy to pozytywne określenie pułkowniku O'Neill?

Samochód Johna zatrzymał się przed blokadą. Jack, też. On i Teal'c podeszli bliżej i wyjęli Zaty. Acrelli też wysiadł z pojazdu. Spojrzał na ludzi w czarnych strojach, a potem odwrócił się w stronę Teal'c'a i O'Neill'a.
- Witam pułkowniku O'Neill. Proszę to odłożyć, bo jeszcze zrobi mi pan krzywdę.
- Taki mam właśnie zamiar.
- Czy nie można zakończyć tej zabawy w te kosmiczne technologie, tą zagładę Ziemi?
- Dobra, zamknij się. Brać go chłopcy.
- To nie są twoi chłopcy jack, to są moi chłopcy.
- Tak i radzę wam odłożyć te laserowe pistolety, bo inaczej. - Człowiek w kominiarce wskazał na swoich dziewiętnastu żołnierzy.

Jack i Teal'c posłusznie odłożyli broń. John podniósł Zat'n'ktel'a. Obejrzał go chwilę, wcisnął przycisk odbezpieczający.
- A to pewnie jest spust? - Powiedział wskazując na spust.
- Nie, tu jest zegarek. - Odpowiedział O'Neill.
- Jestem ciekaw, czy ta broń jest tak śmiercionośna, aby was zabić.
Skierował Zat'a w kierunku Teal'c'a. Wcisnął spust. Zat, trafił jaffa sumieniem energii, Teal'c upadł martwy na ziemię. Potem Acrelli strzelił w Jack'a. On też padł.
- Znakomita broń. - Powiedział zdrajca, a dowódca terrorystów kazał swoim ludziom załadować się na ciężarówki.

CDN. 5

Gdy czarne samochody odjechały, Jack i Teal'c otworzyli oczy i podnieśli się z ziemi.
- Cholera, nie znoszę tego. Jak boli. Nawet APAP nie pomoże. - O'Neill uśmiechnął się, jednak zabolał go ten uśmiech, więc rozluźnił mięśnie i na powrót położył się na drodze. - Jestem już na to za stary. Możesz się ruszać, Teal'c?
- Mogę pułkowniku O'Neill.
- Dobrze. Idź do samochodu i powiedz Hammondowi, że nas zaatakowali.
- Idę. - Jaffa, podszedł do Jeep'a i podniósł mikrofon. - Generale Hammond. W dwóch czarnych samochodach jadą terroryści wraz z John'em Acrelli.
- Rozumiem, przekażę informację pilotom śmigłowców. Zajmą się tym. Wy wracajcie do bazy.

Hammond przekazał informacje pilotom. Jeden z nich został patrolować las, drugi poleciał wzdłuż drogi, szukając ciężarówek.
- Widzę coś sir. - Powiedział strzelec Super Cobry.
- Czy to cel?
- Tak, dwa duże, czarne vany. Jeśli podlecimy bliżej będę mógł oddać serię ostrzegawczą.
Pilot, zniżył lot swojej maszyny, zbliżając się do pojazdów terrorystów. Wydał rozkaz wystrzelenia serii ostrzegawczej.
- To była seria ostrzegawcza. Jeśli się natychmiast nie poddacie, zniszczymy was. - Odezwał się z głośników pilot.
- Nie zatrzymali się sir. - Powiedział strzelec.
- Generale, nie chcą się poddać, co mamy zrobić? - Zapytał przez radio pilot.
- Zniszczyć. - Odpowiedział generał.

John Acrelli, podał jednemu z terrorystów Zat'n'ktel'a.
- Zestrzel go tym.
- Jak?
- Tu odbezpieczasz, a tym strzelasz. Dalej.
Drzwi samochodu otworzyły się. Żołnierz z Zat'em wychylił się za nie. Wycelował w śmigłowiec, który znajdował się nisko nad ziemią. Wcisnął spust. Strumień energii wyleciał z Zat'a i uderzył w Super Cobrę. Ładunek rozszedł się po całej maszynie i śmigłowiec leciał dalej. Terrorysta znów wystrzelił. Na nic się to jednak nie zdało.
- Cholera! To się nie nadaje na śmigłowce.
- To weź broń tradycyjną i rozwal go.
M4 wypluł z siebie osiem naboi. Nie trafił jednak w żadnego z członków załogi helikoptera. Terrorysta znów strzelił, nabój przebił się przez szybę i trafił strzelca w lewe ramię. Z prawej wyrzutni wyleciała rakieta, pojazd terrorystów wybuchł i stanął w płomieniach. To samo stało się z drugim.
- Generale, cele zlikwidowane. - Powiedział przez radio pilot Cobry.
- Znakomicie, wracajcie do swojej bazy.
- Przyjąłem.

Pułkownik O'Neill i Teal'c wrócili do bazy. Od razu poszli do szpitala zobaczyć się z Carter. Na szczęście okazało się, że obrażenia nie spowodowały wylewu, miała jednak lekki wstrząs mózgu.
- Jak się czujecie majorze? - Zapytał Jack.
- W miarę dobrze Jack, dzięki.
- Słyszałem, że masz szlaban na kilka tygodni, będziesz leżeć w bazie i się kisić.
- Niestety, tak.
- Nie martw się, przywieziemy ci jakieś próbki i będziesz mogła je sobie pobadać.
- Dziękuję.
- Tego, tam hackera, załatwiły nasze Cobry. Nic z niego nie zostało. Jednak najbardziej martwi mnie to, że rozwaliliśmy dwa działające, lśniące, nowiutkie Zat'y. - Jack uśmiechnął się, potem uśmiechnęła się Sam.

END6.
  • 0
There are 10 types of people in this world.
Those who understand binary and those who don't.





Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych