
Film przyniósł 2859 dolarów wpływów w pierwszy weekend a w drugi 312. Właściwie można na tym skończyć i posłać go na śmietnik annałów kiepskiego kina.
Fabuła już w zapowiedzi banalna. Fizyk, najwyraźniej genialny, tworzy maszynę do podróży w czasie. Aby działała potrzebuje niezwykle drogiej i rzadkiej substancji, którą oczywiście posiada pewien multimilioner. Rozpoczyna się gra interesów pomiędzy nauką, biznesem i tajemniczą femme fatale. Czyli wszystko już było.
Ale ten obraz z tego ogrania tematu robi atut. Nie sili się na żadną oryginalność, nowatorstwo, głębię przemyśleń. Przeciwnie - gra na starych organach ramolowaty utwór - bo na takim instrumencie brzmi on najlepiej. I to działa.
Przy bardzo niskim budżecie postanowiono odtworzyć wizualną atmosferę noir z bardzo wyraźnymi ukłonami w stronę "Łowcy androidów", "Mrocznego miasta" czy "Ucieczki z Nowego Jorku". Wprawne oko dostrzeże na liście mieszkańców pewnego budynku lokatora J.F. Sebastiana, pokrewieństwo kroju pisma w napisach końcowych do kinowego stylu lat 80., fabularną rolę rzadkiego kwiatu i staroświeckich analogowych cudów techniki w laboratorium. Efekty specjalne to z kolei stylizacja na chemiografię rodem z lat 60. i 70.
Na początku film przynudza. Potem okazuje się, że zamiast łamigłówki mamy melodramat - bardzo sprawnie wpięty w kolejne iteracje powtarzających się przypadków czasowo-życiowych na jakie natrafia fatalnie zakochany fizyk.
Polecam ten film. Przyjemne, bezpretensjonalne kino klasy B zrobione w hołdzie i z miłości do kinowej fantastyki naukowej z lat 80. Jego melodramatyczna bezmyślność jest aż urzekająca.

Logowanie »
Rejestracja







