Filmweb: Twórcy "Świtu żywych trupów" oraz "Oszukać przeznaczenie 5" wracają na Antarktydę, by przedstawić dramatyczne wydarzenia poprzedzające atak pozaziemskiego monstrum na bazę amerykańskich naukowców.
Po tej (anty)reklamie to już byłem pewny, że to spartolili. Krytyka zapiała, że film idiotycznie politycznie poprawny - z przerysowaną rolą kobiet. Ale się skusiłem, bo Coś to jest coś!
I warto.
Bardzo kulturalnie zrobione kino. Nawiązuje nie tylko do obrazu Carpentera (1982) ale i prawdziwego czarno-białego oryginału z 1951 (scena z nieśmiesznym dowcipkowaniem w samolocie, właśnie obecność kobiet w bazie, dziwne i nieroztropne zachowanie głównego naukowca, uwolnienie się obcego).
Film jest, co wydawało się nieomal niemożliwe, pod koniec zaskakujący i jest kilka celowych niedopowiedzeń-furtek fabularnych - bo ja też miałem wrażenie, że skończy się inaczej niż powinien. Tymczasem można oba filmy obejrzeć ciurkiem. To, co ważne, się zgadza (taśmy też - etapu odkopywania między ujawnieniem się szczeliny a przylotem dodatkowych naukowców po prostu w nowym Cosiu nie pokazano - i skorzystano z tego, że cyfrowa technologia pozwala bardziej mrocznie pojazd pokazać). Normalnie zawsze preferuję w oglądaniu kolejność produkcyjną, bo przedkrętki zazwyczaj gryzą się z oryginałami i pewien stopień zaskoczenia jest zacierany.Tak jest w przypadku Gwiezdnych. Ich nie wolno pierwszy raz oglądać I, II, III,IV, V, VI obowiązkowo należy pierwszy raz zapoznawać się z nimi tak jak je tworzono czyli IV, V, VI, i dopiero I, II, III.
Tutaj można zrobić wyjątek od tej reguły, bo odwalono dobrą robotę. Nowy Coś skutecznie, także od strony wizualnej (plenerów, pracy kamery, wnętrz - nawet detali jak siekiera wbita w drzwi), jest zrobiony tak, jakby kręciła go ekipa Carpentera.
Wyjątkiem jest znacznie słabsza strona muzyczna - ale mistrza Morricone nie sposób podrobić. Ale też i nie było na to szans, bo dzisiaj widz nie zniósłby tempa narracji z lat 80. Nowy Coś znalazł na to złoty środek. Tempa są dwa. Najpierw ospałe, jak u Carpentera, budujące tło normalnego żywota naukowców w bazie - nic się nie dzieje - jest biało i zimno. Potem dehibernacja i tempo śmierci rośnie już wykładniczo.
Maraton tych dwóch obrazów jest niezwykle ciekawy - bo jeszcze bardziej pozwala docenić film z 1982 roku. Także mistrzostwo analogowej ery efektów specjalnych. Oczywiście chodzi mi o to, jak potrafiono bardzo ograniczającą technologię kukiełkowo-animacyjną zmusić, by oddawała genialne zamysły twórców w 1981 roku. Dziś, gdy technologia cyfrowa pozwala na wszystko - owej intelektualno-wizjonerskiej inwencji twórcom filmowym często brakuje.
Nowy Coś, podobnie jak Carpenterowski, zawiera scenę, w której widz dopowiada sobie, jakoby oczywisty, ciąg dalszy, co do postaci głównej. Ale wprost tego nie pokazano - i to też, jako wyraz kultury wobec legendy filmu z 1982 roku, mi się podobało.
Polecam dubeltowy seans nowego Cosia i od razu po nim film Carpentera. Ciekawy jest także kontrast sposobu przedstawienia naukowców od strony czysto ludzkiej - ich nałogów, zainteresowań, podejścia do życia.
I jako trzeci film maratonu - koniecznie! - zobaczcie "Spotkania na krańcach świata" Wernera Herzoga (2007) - genialny dokument o prawdziwych mieszkańcach McMurdo na Antarktydzie. Wtedy zobaczycie jak mistrzowsko Carpenter wyczuł jaki charakter powinny mieć postacie z jego filmu. Wizja Herzoga zaskoczy was - jak obce i nie znane nam jest środowisko naszej własnej planety. Podwodne i podśnieżne ujęcia (jest tego tylko kilka minut ale warto!) przebijają całe zastępy wizji obcych światów z całego arsenału pierwszoligowych filmów s-f w dziejach kina.
Spotkania na krańcach to inteligentny i realistyczny epilog kontekstu w jakim osadzone są filmy ze słowem Coś.
Polecam.
Ocena w systemie gwiazdkowym.
Rzecz -The Thing from Another World (1951) - tylko dla koneserów gatunku, ciekawy i wyróżniający się, ale nie wytrzymuje zestawienia z filmem Carpentera i bez obycia z filmami s-f klasy B i C z tego okresu lepiej od tej pozycji nie zaczynać i zostawić ją na deser. Tworzony jako proste kino rozrywkowe z niższej półki przeszedł próbę czasu awansując do klasyków s-f i horroru tego okresu 4/6.
Coś (1982) 6/6 - wstyd, jeśli ktoś nie widział

Coś (2011) 5/6
Spotkania na krańcach świata (2007) 6/6 - nieznana ale moim zdaniem obowiązkowa pozycja dokumentalna dla fanów s-f.
Użytkownik xetnoinu edytował ten post 30.12.2011 - |11:10|