Skocz do zawartości

Zdjęcie

ZEMSTA


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
99 odpowiedzi w tym temacie

#1 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 30.04.2011 - |13:04|

Długi weekend właśnie się rozpoczął. Nareszcie trochę wolnego czasu. Można poleżeć, poczytać i popisać sobie...


ZEMSTA




Zewnętrzny pierścień gwiezdnych wrót drgnął i obrócił się. Gdy pierwszy symbol znalazł się we właściwej pozycji zabłysnął ciepłym światłem. Mechanizm blokowania symbolu utrzymał go na miejscu z głośnym kliknięciem. Pierścień ruszył dalej. Po kolei zablokowanych zostało sześć pozostałych symboli. Wnętrze wrót eksplodowało. Srebrno błękitny, niszczycielski wir wyskoczył błyskawicznie do przodu. Równie nagle zatrzymał się i wycofał do granic wyznaczonych przez metalowy okrąg. Teraz horyzont zdarzeń wyglądał jak tafla wody. Marszczył się delikatnie i pobłyskiwał jakby smagany przez wiatr. Z drżącej powierzchni wyłoniło się czworo ludzi w mundurach i z gotową do strzału bronią.

Pułkownik Jack o`Neill poprawił tkwiące na jego nosie okulary przeciwsłoneczne i rozejrzał się po okolicy. Samantha Carter szła za nim powoli. Broń wciąż trzymała w pogotowiu. Był to wyuczony, wieloletni odruch. W tej chwili najwyraźniej na wyrost bowiem żadne niebezpieczeństwo im nie zagrażało. Jak okiem sięgnąć ciągnęła się spalona słońcem łąka. Pojedyncze drzewa i krzewy nie mogły stanowić schronienia dla ewentualnego napastnika. Było tak spokojnie… Pułkownik obszedł wrota dookoła wpatrując się w udeptaną ziemię. To samo zrobił wokół DHD. Ponownie rozejrzał się na wszystkie strony. Zatrzymał się koło Teal`ca, który przyklęknął na jedno kolano i wyciągniętą dłonią wodził po wyschniętych źdźbłach.
- Co o tym myślisz?
- Te ślady pochodzą sprzed kilku dni. Czterech może pięciu. To jednak ślady tubylców. Żaden z naszych ludzi nie znajdował się w pobliżu wrót. Ostatnio nikt tędy nie przechodził.
O`Neill był jak zawsze pod wrażeniem spostrzegawczości Teal`ca i jego umiejętności odczytywania śladów. Owszem, sam też potrafił dostrzec wiele szczegółów ale nie mógł się równać ze skrupulatnością, dokładnością i pewnością jaką prezentował Jaffa. Wiedział, że może całkowicie polegać na jego osądzie. To jednak nie poprawiło jego nastroju. Trzydzieści sześć godzin temu zespół złożony z trójki geologów i drużyny SG 6 miał rutynowo zameldować się w SGC. Nie pojawili się jednak ani naukowcy ani ochraniający ich żołnierze. Wszelkie próby skontaktowania się z zaginionymi nie powiodły się. Co dziwniejsze ich nadajnik nie był uszkodzony. Po prostu pewnego dnia przestali się odzywać. Teraz stało się jasne, że nawet nie próbowali powrócić lub przesłać wiadomości poprzez wrota. Jego wieloletnie doświadczenie kazało mu mieć się na baczności.
- To jeszcze nic nie znaczy … - Daniel Jackson wciąż naiwnie wierzył, że naukowcy po prostu znaleźli jakiś interesujący obiekt do zbadania. Kilkakrotnie sugerował pozostałym taką możliwość.
- Danielu, gdyby chodziło wyłącznie o tych jajogłowych sam bym tak myślał. Nie wydaje mi się jednak, żeby zawodowi marines na widok ciekawej skały zapomnieli o Bożym świecie. Już prędzej uwierzę, że się popili na jakimś wieczorku integracyjnym… A raczej uwierzyłbym, gdybym doskonale nie znał tych ludzi. Nie, to prawdziwi pomyleńcy. Tylko regulamin im w głowie… Coś mi tu nie pasuje…
- Tubylcy nigdy wcześniej nie korzystali z wrót. – wtrąciła Carter - A teraz ich ślady są wszędzie dookoła.
- Myślisz, że postanowili nadrobić zaległości i zwiedzić parę światów? - Jack spojrzał na nią sceptycznie.
- Nie. Raczej nie. Nie potrafią przecież ich obsługiwać no i nie znają żadnych adresów. Chyba że… - Zamyśliła się na chwilę. Mężczyźni patrzyli na nią wyczekująco. – Są dwie możliwości. Ktoś przybył z zewnątrz i zabrał ich ze sobą lub uzyskali adresy od kogoś z naszych…
- Odpada! Nikt nie zrobiłby czegoś takiego. Nawet ta nieszczęsna grzebiąca w ziemi trójka.
- Może ich zmusili? – Teal`c nigdy nie owijał w bawełnę.
Daniel zamrugał gwałtownie. Brzydził się przemocą. Unikał jej jeśli tylko mógł. Oczywiście kiedy musiał, bronił siebie i ludzi, za których odpowiadał, wielokrotnie narażając przy tym swoje życie. W sercu był jednak dyplomatą. Zawsze wierzył, że przy odrobinie dobrej woli mogliby się z każdym porozumieć. Wielokrotnie to jego mediacje wyciągały drużynę z tarapatów. Jednak nie za każdym razem udawało mu się osiągnąć pokojowe rozwiązanie. Niestety, czasami ponosił porażkę… Nie chciał przyznać nawet przed sobą, że skrycie obawia się właśnie takiego przebiegu sprawy. Mieszkańcy planety, choć pod względem technologicznym znajdowali się daleko w tyle za ziemianami, okazali się inteligentni i ufni. Bez oporów dzielili się swoją wiedzą i wyraźnie nabrali ochoty na poznawanie nowych dla nich wynalazków. W pewnym jednak momencie ich nastawienie subtelnie się zmieniło. Nie potrafił dokładnie powiedzieć co uległo zmianie. Może to, że teraz dłużej rozważali wszystkie propozycje, bardziej badawczo im się przyglądali. Ciągle jednak chciał wierzyć w ich naiwność i dobrą wolę.
- Przecież mieszkańcy planety nigdy nie okazywali nam wrogości. Zawsze byli bardzo chętni do współpracy. - Wzruszył nieznacznie ramionami i poprawił okulary, które zsunęły mu się na czubek nosa. - Zresztą kto powiedział, że korzystali z wrót? Mogli tylko chodzić dookoła nich…
- Też racja. Mogli. – Przyznał zgodnie O`Neill. - Zbierajmy się. Może w obozie znajdziemy więcej odpowiedzi. Tylko miejcie oczy dookoła głowy. Mówię wam, coś mi tu nie pasuje…

Szli równym marszem w stronę majaczącego w oddali masywu skalnego i otaczającego go gęstego lasu. To właśnie w zboczu tego wzniesienia, kryjącego głęboko w swoich trzewiach dawno wygasły wulkan, odkryta została opuszczona kopalnia Goa`uld . Minerał z niej wydobywany wykazywał niezwykle rzadkie właściwości pochłaniania energii. Naukowa część ekipy SGC natychmiast oszalała ze szczęścia. Po nawiązaniu porozumienia z mieszkańcami planety, błyskawicznie zorganizowana została ekspedycja badawcza. Dla wygody i aby zaoszczędzić czas, w pobliżu założono obóz. Dwa metalowe baraki mieściły w sobie zarówno magazyn, pracownię, kuchnię, stołówkę i sypialnię dla całej siedmioosobowej załogi. Oczywiście można się było domyśleć, że żołnierze ochraniający geologów nie podzielali ich entuzjazmu. Skała to skała, minerał to minerał. Ot i cała filozofia. Marines czuwali nad bezpieczeństwem naukowców i regularnie składali raporty w bazie. Nawet jeśli byli niezadowoleni z przydzielonego im zadania, nigdy nie zaniedbywali swoich obowiązków. Zawsze sumienni jak przystało na doborową jednostkę. Aż do tej pory…
- O`Neill… - Teal`c zatrzymał się nieco z tyłu. Wspierał się na swojej nieodłącznej lancy. Twarz uniósł w górę a jego nozdrza lekko mu drgały. W tej chwili bardzo był podobny do psa węszącego trop. Pozostali członkowie drużyny wiedzieli doskonale, że w tej chwili również słucha uważnie. Nieznaczne zmarszczenie czoła sugerowało, że jest zaniepokojony. Odkąd przybyli na tę planetę, był wyjątkowo jak na niego skupiony i czujny. O`Neill nauczył się już, że takiego zachowania Jaffa nie powinien ignorować . Zawrócił natychmiast wpatrując się uważnie w jego twarz.
- Co się stało?
- Ciii… Posłuchaj… - Nieco zdumiony Jack rozejrzał się dookoła wytężając słuch. Odpowiedziała mu cisza. Chrzęst trawy pod butami Daniela wydawał się o wiele głośniejszy niż był w rzeczywistości. Zgromiony wzrokiem przez swoich towarzyszy, archeolog zamarł w wykroku i także włączył się do ogólnego nasłuchiwania.
- Nic nie słyszę. - Stwierdził w końcu O`Neill.
- No właśnie. Jest cicho. Zbyt cicho. Nie słychać żadnych odgłosów ptaków, nie widać żadnych zwierząt, nawet owady się pochowały. To nie jest normalne.
- Sir. – Carter zbliżyła się do nich – Teal`c ma rację. Odkąd przybyliśmy nie usłyszałam śpiewu żadnego ptaka. A przecież wcześniej świergotały jak szalone. Ten spokój jest jakiś taki złowrogi…
- Taaa… cholerna cisza przed burzą. - Oczy pułkownika zwęziły się a jego szczęki zadrgały. Uniósł broń przed klatkę piersiową i szybkim krokiem skierował się w stronę obozu. - Idziemy ludzie!
- Nie wydaje mi się aby dzisiaj miał padać deszcz - wyraził swoją opinię Teal`c i ruszył za dowódcą.
- Nie. Padać raczej nie będzie ale burza rozpęta się z pewnością. – Daniel westchnął głęboko i podążył za towarzyszami. Carter z odbezpieczoną bronią w okolicach policzka zamykała pochód.

O`Neill narzucił szybkie tempo i gdy dotarli w pobliże obozowiska wszyscy byli zadyszani. Drzewa rosły coraz gęściej aż utworzyły prawdziwy las, z trzech stron otaczający pokrytą żółtą trawą górę. Pośrodku pustej przestrzeni u stóp wzniesienia majaczył ciemny otwór. Niepozorne wejście do kopalni kryło w sobie prawdziwą plątaninę nie do końca zbadanych korytarzy. Pod osłoną drzew stały baraki. Idąc rozglądali się uważnie, lecz nigdzie nie zauważyli obecności jakiegokolwiek człowieka. Cisza wciąż była przejmująca. Słychać było tylko szum drzew. Pułkownik skierował się do pierwszego z brzegu budynku dając ręką znaki by pozostali sprawdzili następny. Tael`c pozostał a na straży. Wchodząc do nagrzanej przez słońce metalowej konstrukcji Jack czuł ciarki przebiegające po plecach. Obszedł wszystkie pomieszczenia. Panował tu lekki nieład. Część sprzętu leżała rozrzucona, kilka skrzyń zawierających pokruszone skały zostało rozbitych. Pochylił się i nabrał w dłoń trochę sypkiego gruzu. Wciąż trudno było mu uwierzyć, że ten brązowy piasek może być tak cenny.
- Jack! Jezu… Chodź tu szybko! – Dobiegający z krótkofalówki rozpaczliwy głos Daniela poderwał go na nogi. Chwycił mocniej broń i wypadł na zewnątrz. Minął Teal`ca i z impetem wpadł do drugiego baraku niemal wybijając sobie bark na metalowej framudze drzwi. Zaklął głośno i zajrzał do drugiego pomieszczenia. Carter stała tyłem do wejścia z opuszczoną bronią. Daniel klęczał obok niej ze zwieszoną głową.
- Co jest do cholery? - Warknął gniewnie.
- Sir… - Carter brodą wskazała ciemny kąt pomieszczenia. Zajrzał tam ponad jej ramieniem i zamarł.
Pomieszczenie było sypialnią. We wskazanym miejscu stały cztery metalowe, piętrowe łóżka. Na trzech materacach leżały jakieś ciemne kształty. Gdy wzrok przyzwyczaił mu się do panującego tu półmroku rozpoznał polowe mundury sił zbrojnych. To byli zaginieni żołnierze. Martwi co najmniej od kilku dni. Z piersi leżącego najbliżej sterczała wbita z wielką siłą, prymitywnie wykonana włócznia.

C.D.N.

Użytkownik cooky edytował ten post 10.02.2012 - |21:54|

  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#2 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 30.04.2011 - |20:31|

„Nie wydaje mi się aby dzisiaj miał padać deszcz” ten tekst mnie rozwalił, wyobraziłam sobie Teal’ca z tym swoim stoickim wyrazem twarzy, jedna brew w górze głowa lekko przechylona w prawo i mina jak z odcinka 1x15 :D LoL :D
No na końcówce powiało grozą i tajemnicą :unsure: tubylcy zamordowali SG 6 ? dlaczego? Z powodu gwiezdnych wrót?
Ciekawi mnie ciąg dalszy :P
pisz szybko ;)
  • 1

#3 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 01.05.2011 - |12:34|

Dalsza część pozaziemskiej przygody.


- O cholera! – Tyle tylko zdołał wydusić. Stał tam i patrzył jak wszystkie jego najgorsze przeczucia nagle stają się rzeczywistością. Ci ludzie nie żyją. Trzech młodych mężczyzn. Jeden to prawie dzieciak. Niedawno dopiero otrzymał swój pierwszy przydział. Zostali zamordowani z zimną krwią. Najwyraźniej w czasie snu. Ale co stało się z pozostałymi czterema osobami? Zacisnął mocno powieki i wziął głęboki oddech. To wystarczyło by z powrotem odzyskał zimną krew.
- Daniel… wstań. – jego głos nie zdradzał już żadnych emocji. - No dalej, rusz się. Nie możemy tu zostać. Musimy poszukać reszty.
- Sir, ta włócznia… widziałam takie u miejscowej ludności. Nosili je członkowie starszyzny. - Carter wyglądała na wstrząśniętą ale jej dłonie zaciśnięte na rękojeści były pewne jak zawsze.
- To broń rytualna. – Odezwał się grobowym głosem Daniel i zaczął dźwigać się z podłogi. – Używają jej szamani w trakcie pewnych obrzędów religijnych. Jeśli dobrze zrozumiałem wszystkie uzyskane od nich informacje, chodzi chyba o składanie ofiar dla przebłagania bogów. Ale do tej pory starszyzna opowiadała jedynie o ofiarach symbolicznych…
- SG 6 zostało złożone w ofierze? - Oczy pułkownika rzucały gniewne błyski. – Tym bardziej musimy znaleźć pozostałych. Może jeszcze żyją. Później wezwiemy ekipę po ciała. Chodźcie, im już nie pomożemy .
Wycofali się do pierwszego będącego przedsionkiem pomieszczenia.
- Przeszukaliście pozostałe pomieszczenia?
- Tak sir. Wszystkie pozostałe są puste. Panuje tylko niezły bałagan. Cały sprzęt jest zniszczony i porozrzucany. - Carter wierzchem dłoni otarła pot z czoła. Cała trójka była zlana potem. Pod metalowymi ścianami i dachem w samo południe czuli się trochę jak w piekarniku. – Sir, co pan znalazł w pierwszym baraku? – Głos zadrżał jej lekko. Prawie niedostrzegalnie
Oczy Daniela powędrowały błyskawicznie w górę. Wpatrywał się w Jacka niczym skazaniec czekający na wyrok. O`Neill doskonale wiedział jakich wiadomości oczekują oboje. Jakich się najbardziej obawiają. Pokręcił lekko głową.
- Nikogo tam nie było. Pusto, jeśli nie liczyć rozrzuconego zapasu tego cholernego minerału…
- O`Neill… - Z krótkofalówki dobiegł basowy głos Teal`ca. – Myślę, że mamy towarzystwo. Widziałem jakiś ruch w pobliżu wejścia do kopalni.
- O.K. idziemy! – Uniósł w górę broń. To samo zrobiła Carter. Daniel także sięgnął do boku i poprawił zawieszony na jego szyi karabin.
Na czworakach podpełzli do rozpłaszczonego na ziemi Teal`ca. Ten w milczeniu wskazał ręką na jakiś punkt pomiędzy drzewami.
- Jest sam. – Powiedział przyciszonym głosem. – Obserwuje obóz ale chyba nie jest doświadczony. Nie potrafi się dobrze kryć. Dostrzegłem go bez trudu.
- Spróbujemy odciąć mu odwrót. – Jack przygładził włosy i wcisnął na głowę nieśmiertelną czapkę z daszkiem.- Carter, Daniel na mój znak ruszycie prosto na niego.
- Tak jest sir. - Carter przez lornetkę wpatrywała się w skraj lasu. Rzeczywiście zza jednego z drzew co jakiś czas wychylała się skulona sylwetka. Przez pewien czas mogła obserwować pułkownika i Teal`ca przemykających od drzewa do drzewa. Zaraz jednak zagłębili się w las. Zwiadowca najwyraźniej nie zorientował się w podstępie. Przebywał wciąż w tym samym miejscu. Jego postać to pojawiała się na chwilę, to znikała za drzewem. Czekanie dłużyło się w nieskończoność. U jej boku Daniel wiercił się niespokojnie i wzdychał. Pot spływał jej po plecach zarówno z gorąca jak i z nerwów. Co jakiś czas musiała wycierać dłonie o spodnie, żeby nie stracić pewnego chwytu broni. Po czasie, który wydawał jej się nieskończenie długi, usłyszała w końcu dobiegający z krótkofalówki przyciszony głos.
- Jesteśmy na pozycjach. Zaczynajcie!

O`Neill przykucnął za jednym z drzew. Ze swojej kryjówki widział wyraźnie przygarbione plecy obserwującego ich człowieka. Ocenił go jako młodego mężczyznę. Długowłosy, raczej szczupłej budowy ciała nie powinien stanowić większego zagrożenia. Obcy poruszył się niespokojnie najwyraźniej widząc Carter i Jacksona wychodzących z ukrycia. Wycofał się szybko pod osłonę drzew, odwrócił w stronę pułkownika i wyprostował się. W jednej ręce ściskał włócznię. Tą włócznię. Krew uderzyła Jackowi do głowy i przestał myśleć racjonalnie. Zerwał się z ziemi celując tubylcowi między zdumione oczy lecz ten był szybszy. Okręcił się na pięcie i pomknął w las, zręcznie lawirując między drzewami i krzewami, i omijając szerokim łukiem czyhającego na niego Teal`ca. O`Neill puścił się za nim w pogoń. Biegł ile tylko miał sił. Nie znał terenu ale adrenalina dodawała mu skrzydeł. Powoli przybliżał się do uciekającego. W końcu puścił broń i rzucił się naprzód rozpaczliwym szczupakiem. Poczuł jak jego ręce uderzają w plecy mężczyzny i obaj potoczyli się po wilgotnym mchu. Zerwał się gwałtownie przygniatając obcego kolanami i wycelował lufę prosto w jego przerażoną twarz. Przed oczami wirowały mu czarne płatki w uszach szumiało. Był wściekły. Zorientował się, że nieświadomie wstrzymuje oddech. Dlaczego nie nacisnął spustu? Pragnął zemsty za swoich ludzi lecz patrząc w wytrzeszczone panicznym strachem oczy, nie mógł tego zrobić. Nie potrafił zabijać z zimną krwią. A może jednak potrafił? Zacisnął zęby aż do bólu. Usłyszał przybliżające się kroki swojego zespołu.
- O`Neill? – Niepewny głos Teal`ca
- Jack! Boże, Nie! Nie rób tego! - Daniel wylądował na kolanach tuż koło niego. – Proszę, Jack nie możesz! Nie wolno ci!
- Sir! – Surowy głos jego podkomendnej przywrócił go do przytomności. – Co pan robi?
Cofnął się ciężko dysząc. Broń opuścił nieznacznie ale wciąż mocno zaciskał palce na zimnym metalu. Leżący na ziemi młody mężczyzna przenosił przerażone spojrzenie na każdego z nich. Nieco dłużej zatrzymał wzrok na Jaffa.
- Proszę… - Wyszeptał pobielałymi wargami. – Nie zabijajcie mnie… To nie ja, to nie moja wina. Ja… Ja przyszedłem was ostrzec.
- Jack! - Nalegał Daniel. – Przestań! Nic w ten sposób nie uzyskasz!
- Być może… Ale ten sukinsyn z zimną krwią zamordował trzech naszych ludzi. Zamordował ich gdy spali. Wtedy, gdy byli całkowicie bezbronni… - Wstał powoli wciąż trzymając uciekiniera na muszce.
- Przestań! Nie wolno ci! Nie wolno nam! - Daniel stanął pomiędzy pułkownikiem a leżącym na ziemi człowiekiem. - Popatrz na mnie, to nie jesteś ty. Nie potrafisz zrobić czegoś takiego. To zbrodnia a ty nie jesteś zbrodniarzem.
Jack patrzył w jasne oczy Daniela i wiedział, że jego przyjaciel ma rację. Nie mógłby strzelić do leżącego człowieka. Bezbronnego w równym stopniu co jego zamordowani towarzysze. Powoli opuścił broń. Pomimo wysokiej temperatury powietrza jego ciałem wstrząsnął dreszcz. Tak niewiele brakowało… Rozejrzał się po twarzach pozostałych członków swojej drużyny. Sam była blada i nerwowo zagryzała wargi. Wybuch dowódcy wyraźnie ją zaskoczył. Twarz Teal`ca jak zwykle wiele nie wyrażała ale posłał mu pełne aprobaty skinienie. Kilka głębokich wdechów pozwoliło mu uspokoić bijące jak oszalałe serce.
- W porządku. Danielu, już dobrze. O.K? Może z nim porozmawiasz? – Wskazał brodą na tubylca, który wciąż leżał na ziemi i trząsł się ze strachu. - Musimy jak najszybciej dowiedzieć się, co właściwie się tu wydarzyło.
- Sugeruję byśmy wrócili do obozu. Wśród drzew miejscowi mają przewagę. Następny zwiadowca może posiadać znacznie większe wyszkolenie bojowe…
- Zgadzam się. Wracajmy. Hej! Ty! – Młody mężczyzna aż się skulił. – Ruszaj się. Idziesz z nami. Tylko pamiętaj, nie zabiłem cię ale to nie znaczy, że nie zawaham się jeśli spróbujesz wywinąć jakiś numer. Jasne?
Mężczyzna pokiwał gorliwie głową i zaczął gramolić się na nogi. Po chwili już wszyscy szli w kierunku skraju lasu. W pewnym momencie tubylec zatrzymał się gwałtownie. Gestykulując żywo tłumaczył coś podniesionym głosem.
- Czekaj. Wolniej, bo cię nie rozumiem. - Daniel próbował go uspokoić.
Naraz wszyscy usłyszeli daleki, głęboki pomruk wydobywający się głęboko spod ich stóp. Ziemia leciutko zadrżała. Tubylec załkał i skulił się obejmując głowę rękoma. Popatrzyli na siebie pytająco. Kolejnemu wstrząsowi towarzyszył głośniejszy grzmot przelewający się leniwie pomiędzy drzewami. Podłoże zatrzęsło się tak silnie, ze odruchowo kucnęli wspierając się na rękach.
-No Tak. Znając moje szczęście, oczywiście musieliśmy dostać na dokładkę trzęsienie ziemi. – Ironizował Jack.
Ziemia zatrzęsła się kolejny raz. Wszystko lekko falowało. Tubylec wrzasnął i zerwał się na nogi. Ruszył pędem prosto przed siebie. Patrzyli za nim w milczeniu dobrze wiedząc, że w tamtym kierunku daleko nie ucieknie. Mógł schronić się jedynie w obozie lub w korytarzach kopalni. Mężczyzna również zdał sobie z tego sprawę. Zatrzymał się na otwartej przestrzeni i rozglądał gorączkowo. Odwrócił się twarzą do zespołu i patrząc na nich szeroko otwartymi oczami zaczął wycofywać się tyłem do ciemniejącego w zboczu otworu. Wreszcie jego sylwetka zniknęła w mroku korytarza.


C.D.N.
  • 2

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#4 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 01.05.2011 - |12:49|

co w tego Jacka wstąpiło? Trzęsienie ziemi na dokładkę? Jak możesz przerywać w takim momencie :< czekam na więcej :)
  • 2

#5 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 01.05.2011 - |17:17|

Bardzo dobrze się czyta, fajowa akcja.
Czekam na więcej :)
  • 1

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#6 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 03.05.2011 - |13:21|

Twoje opowiadanie trzyma w napięciu. Ciekawa jestem, co stało się z pozostałymi czterema osobami. Ci trzej co zostali zamordowani, to żonierze, prawda? Ostatnio ciężko mi się połapać w niektórych rzeczach. Na dokładkę trzesięnie ziemi - sarkazm Jacka działa tak, jak powinien ;). Nie mogę się doczekać kolejnej części :).
Na samym początku zamieściłaś bardzo ciekawy opis mechanizmu Wrót. Człowiek, który w życiu nie słyszał o Stargate, na pewno dobrze wyobraziłby sobie otwarcie Wrót.
Tekst I:
"Gdy pierwszy symbol znalazł się we właściwej pozycji, zabłysnął ciepłym światłem."
"W tej chwili najwyraźniej na wyrost, bowiem żadne niebezpieczeństwo im nie zagrażało." - Przed słowami typu bowiem czy np. ponieważ powinno się stawiać przecinek.
"Pułkownik obszedł wrota dookoła, wpatrując się w udeptaną ziemię. To samo zrobił wokół DHD."
"Te ślady pochodzą sprzed kilku dni. Czterech może pięciu. To jednak ślady tubylców." - zamiast powtarzać słowo ślady, mogłaś napisać: Należą one jednak do tubylców. W ten sposób unikniesz powtórzenia.
"Owszem, sam też potrafił dostrzec wiele szczegółów, ale nie mógł się równać ze skrupulatnością, dokładnością i pewnością jaką prezentował Jaffa." - przed "ale" zawsze dajemy przecinki 9chyba, że jest ono na początku zdania - wtedy piszemy je bez tego znaku).
"Nie pojawili się jednak ani naukowcy, ani ochraniający ich żołnierze." - przed drugim "ani" dajemy przecinek.
"Danielu, gdyby chodziło wyłącznie o tych jajogłowych, sam bym tak myślał."
"- Tubylcy nigdy wcześniej nie korzystali z wrót – wtrąciła Carter. - A teraz ich ślady są wszędzie dookoła."
"Unikał jej, jeśli tylko mógł."
"Nie potrafił dokładnie powiedzieć, co uległo zmianie."
"To właśnie w zboczu tego wzniesienia kryjącego głęboko w swoich trzewiach dawno wygasły wulkan, odkryta została opuszczona kopalnia Goa`uld." - gdy imiesłów opisuje jakiś przedmiot np. czarujaca kobieta, to nie stawiamy po nim przecinka.
"Twarz uniósł w górę, a jego nozdrza lekko mu drgały. W tej chwili był bardzo podobny do psa węszącego trop."
"Zawrócił natychmiast, wpatrując się uważnie w jego twarz."
"Nieco zdumiony Jack rozejrzał się dookoła, wytężając słuch."
"- Sir – Carter zbliżyła się do nich. – Teal`c ma rację. Odkąd przybyliśmy, nie usłyszałam śpiewu żadnego ptaka."
"Oczy pułkownika zwęziły się, a jego szczęki zadrgały."
"- Nie wydaje mi się, aby dzisiaj miał padać deszcz - wyraził swoją opinię Teal`c i ruszył za dowódcą."
"Padać raczej nie będzie, ale burza rozpęta się z pewnością."
"O`Neill narzucił szybkie tempo i gdy dotarli w pobliże obozowiska, wszyscy byli zdyszani."
"Drzewa rosły coraz gęściej, aż utworzyły prawdziwy las z trzech stron otaczający pokrytą żółtą trawą górę."
"Idąc, rozglądali się uważnie, lecz nigdzie nie zauważyli obecności jakiegokolwiek człowieka."
"Pułkownik skierował się do pierwszego z brzegu budynku, dając ręką znaki, by pozostali sprawdzili następny. Teal`c pozostał na na straży. Wchodząc do nagrzanej przez słońce metalowej konstrukcji, Jack czuł ciarki przebiegające po plecach."
"Minął Teal`ca i z impetem wpadł do drugiego baraku, niemal wybijając sobie bark na metalowej framudze drzwi."
"Gdy wzrok przyzwyczaił mu się do panującego tu półmroku, rozpoznał polowe mundury sił zbrojnych."

CDN - kolejne poprawki drugiego tekstu dodam później :). W tej chwili nie mam czasu.

Użytkownik igut214 edytował ten post 03.05.2011 - |13:23|

  • 0
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#7 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 03.05.2011 - |21:21|

Dzięki igut. Maturę mam już dawno za sobą i niestety wyszłam z wprawy. Zresztą nawet w liceum największe problemy miałam właśnie z interpunkcją. Postaram się pisać uważniej ale pewnie i tak coś mi ucieknie ;)



Na dobre zakończenie majowego weekendu :D




- On jest szalony! – Daniel poderwał się na nogi. - Nie może tam wejść. Korytarz grozi zawaleniem. Musimy go wyciągnąć.
- Czekaj, Daniel. – O`Neill położył rękę na jego ramieniu. - Powoli. Z tamtąd nam nie ucieknie. - Czekali w napięciu dłuższy czas, ale wstrząsy nie powtórzyły się. Wyszli na łąkę i zbliżyli się do wejścia do kopalni. Sceptycznie wpatrywali się w panujący wewnątrz mrok.
- Carter, co o tym sądzisz? Silne było to trzęsienie?
- Trudno powiedzieć, sir. Te wstrząsy akurat zbyt silne nie były, ale w każdej chwili mogą nadejść następne. Można tylko zgadywać, jakie będzie ich natężenie.
- Zwierzęta potrafią wyczuwać nadciągające trzęsienie ziemi. – Stwierdził Teal`c - To dlatego jest tu tak nienaturalnie cicho.
- On też je wyczuwa! – Daniel wskazał ręką w stronę góry. - Zaczął wrzeszczeć, zanim jeszcze poczuliśmy pierwsze wstrząsy. I był wyraźnie przerażony. Musiał więc dokładnie wiedzieć, co za chwilę się wydarzy…
- On w ogóle sporo wie. – Jack z roztargnieniem potarł brodę. – Wiedział doskonale co się stało w obozie. Pewnie też mógłby nam powiedzieć, co stało się z pozostałą czwórką.
- Powiedział, że chciał nas ostrzec. – Daniel stał tuż u wylotu korytarza. Zaglądał ciekawie do środka. Czuł bijący z wnętrza tunelu bardzo przyjemny chłód. – A ty się na niego rzuciłeś. Nic dziwnego, że ucieka. Boi się nas.
- Miał w ręku włócznię. Zachowywał się tak, jakby miał zamiar jej użyć.
O`Neill westchnął głęboko. To była prawda. Tubylec trzymał w ręku włócznię. I uniósł ją w górę. Ale czy chciał go zaatakować? Zdał sobie sprawę, że to nie żaden wojownik. Młody, bardzo młody mężczyzna. Długowłosy wyrostek z mlekiem pod nosem. Najprawdopodobniej zareagował instynktownie na zagrożenie, unosząc ręce w górę. No rzeczywiście. Po takim powitaniu każdy by się bał... Jeszcze raz przemyślał całą sytuację. Jeśli rzeczywiście mieszkańcy planety wyczuwają nadciągające niebezpieczeństwo, to pewnie udali się w jakieś bezpieczne miejsce i nie wyjdą z niego, dopóki zagrożenie nie minie. Czy pozostali ziemianie są teraz z nimi? Jeśli tak to jest nadzieją, że jeszcze żyją. Tylko jak do nich dotrzeć? Planeta jest w przeważającej większości niezbadana. Nie mogą ryzykować i zapuszczać się w jakieś dzikie ostępy. Kto wie, jakie niebezpieczeństwa mogą tu na nich czyhać? Muszą zatem postępować bardzo ostrożnie. A to oznacza, że będą potrzebować pomocy kogoś, kto dobrze zna całą okolicę. Tak, tyle że ten ktoś ze strachu przed nim schronił się w tunelu, który lada moment może się zawalić. Poczuł się nieswojo. On także działał pod wpływem instynktu. Ale on przecież jest wojownikiem. Powinien lepiej ocenić sytuację. Przez swoje zachowanie może zaprzepaścić szanse na odnalezienie towarzyszy żywych. Wiedział jednak, że ocenił chłopaka poprzez pryzmat tego, co stało się w obozie. Co jednak nie zmieniało faktu, że teraz bardzo potrzebował jego pomocy. Pozostawało mu tylko jedno wyjście.
- Trzeba po niego pójść. – Zwrócił się do towarzyszy. – Carter, jak pani ocenia sytuację? Możemy spodziewać się kolejnych wstrząsów?
- Tak. To możliwe. Nie znam dokładnie geologii tej planety. Do tej pory nie badaliśmy jej aktywności sejsmicznej. Mówiąc szczerze, odradzałabym wchodzenie tam bez przeprowadzenia dokładnych badań. To naprawdę spore ryzyko. Powiedziałabym, że wręcz loteria.
- Ja pójdę. – Zaoferował się Daniel - Myślę, że potrafię przekonać go, aby mimo wszystko nam zaufał.
- Nie puszczę cię samego. – Pułkownik już wyciągał z kieszeni latarkę. Napotkawszy czujny wzrok archeologa, wzruszył ramionami. - No dobra, nie będę więcej na niego krzyczał. Chyba, że znowu zacznie wymachiwać włócznią. W takim przypadku niczego nie mogę obiecać.
- Carter. – Zwrócił się do swej podkomendnej. - Zostaniecie na straży. Gdyby coś się wydarzyło… - Zrobił nieokreślony ruch ręką w kierunku nieba. – Natychmiast wrócicie po wsparcie.
- Oczywiście, sir. Proszę pamiętać, że minerał powoduje zakłócenia fal radiowych. W tunelach nie można porozumiewać się za pomocą radia. Jeśli coś się stanie, nie będziecie mogli wezwać pomocy.
- Spokojnie majorze. – Poklepał ją uspokajająco po ramieniu. - Nie zamierzam siedzieć tam zbyt długo.

Carter poprawiła pasek, na którym zawieszona była jej broń. Przykucnęła w samym wejściu do tunelu. Teal`c klęczał na jednym kolanie po drugiej stronie. Oboje czujnie obserwowali okolicę, jednocześnie starając się nasłuchiwać odgłosów dobiegających z głębi kopalni. Przez pewien czas słyszeli echo oddalających się kroków. Kichnięcie… No tak, to Daniel. Potem zrobiło się cicho, jeśli nie liczyć wiatru huczącego pod sklepieniem korytarza. Znowu musiała czekać. Sytuacja nie wyglądała zachęcająco. Mieszkańcy planety zamordowali część załogi SG. Pozostałych uprowadzili i zapadli się pod ziemię. Wszystko najwyraźniej miało związek z tym nagłym trzęsieniem ziemi. Starała się przypomnieć sobie wszystko, co zdołała przeczytać na temat tej planety, kopalni i wydobywanego tu minerału. Zaraz, zaraz… Myśl, która nagle przyszła jej do głowy była tak oczywista, że aż poderwała się na nogi. A jeśli to nie jest zwykłe trzęsienie ziemi? Matko Boska! Stoją przecież u stóp wulkanu! Wygasłego co prawda… A jeśli nie?

Z głębi korytarza dobiegł ich zniekształcony przez tunele ale wyraźny huk. Jeszcze echo odbijało się od ścian, kiedy oboje rzucili się do wnętrza z odbezpieczoną bronią. Bardzo dobrze znali ten odgłos. Wystrzał z pistoletu, który każde z nich miało na wyposażeniu. Teal`c skoczył przodem. Zatrzymał się i patrzył na nią wyczekująco. Zawahała się.
- Pułkowniku! Zgłoś się! – Odruchowo sięgnęła po krótkofalówkę. Donośny gwizd był jedyną odpowiedzią. Do diabła! Przecież radio tu nie działa. Przez chwilę stała niezdecydowana a potem biegła już lekko pochylona, nie spuszczając wzroku z pleców poruszającego się przed nią Jaffa. Zwolnili tylko by wyłuskać z kieszeni latarki, po czym ruszyli tak szybko, jak tylko mogli w otaczających ich ciemnościach. Korytarz zakręcał kilkakrotnie i obniżał się lekko w dół. Teal`c zwolnił i zaczął nasłuchiwać. Wkrótce i Sam usłyszała płynące z pewnej odległości głosy. Korytarz zakręcił jeszcze raz i rozszerzył się w dość sporą grotę. Wyszli wprost na wycelowaną w nich lufę pistoletu trzymanego przez Jacksona.
- Szlag! – Daniel bardzo rzadko przeklinał. - Mogłem was postrzelić!
- Carter? Teal`c? Co tu robicie na miłość boską? – Z drugiego końca groty dobiegł ich gniewny głos O`Neilla. – Mieliście stać na straży!
- Sir! – Carter z trudem łapała oddech. – Słyszeliśmy strzał!
- To ja strzelałem. – Powiedział już spokojniej Daniel. – Zabiłem to zwierzę. Zdaje się, że weszliśmy do jego legowiska.
W świetle latarek dojrzeli jakiś ciemny kształt, nad którym pochylał się pułkownik. Prawy rękaw munduru miał rozdarty. Chyba krwawił. Pod ścianą poruszyła się niespokojnie kolejna postać. Tubylec! Znaleźli go! O`Neill zauważył ich zaskoczone miny i zaczął wyjaśniać:
- Znaleźliśmy go na tej półce pod sufitem. – Wskazał występ skalny umiejscowiony wysoko nad ziemią. - Kiedy do niego podszedłem, to coś się na mnie rzuciło. Nie zdążyłem nawet zareagować. Na szczęście Daniel zachował zimną krew. Piękny strzał. Trup na miejscu. - Jackson także podszedł bliżej swej ofiary, by się jej lepiej przyjrzeć. Carter i Teal`c stali lekko skonsternowani.
Tubylec nagle skoczył na równe nogi z przerażonym wyrazem twarzy. O`Neill już wiedział co się święci.
- Do wyjścia! – Ryknął na całe gardło. – Ruszać się. Ale już!!!
Ściany zaczęły drżeć. Z sufitu posypały się kamienie. Rozległ się znajomy grzmot. Jack chwycił jedną ręką mundur Daniela a drugą skórę, w którą ubrany był chłopak. Chciał popchnąć ich do wyjścia, w którym właśnie zniknęli jego pozostali podwładni. Nie zdążył. Sufit zatrząsł się mocniej i runął w dół, odcinając im drogę ucieczki. Głazy i gruz spadały z ogromnym łoskotem. Dookoła wznosiły się tumany pyłu. Wdzierały się do gardła i do oczu. Prawie na oślep zawrócił w stronę, gdzie powinna być dalsza część korytarza. Znaleźli go. Uciekali, wciąż słysząc za sobą huk zapadającego się stropu. Biegli i biegli. W płucach już brakowało tlenu. Ogromny ciężar zwalił się na plecy O`Neilla i przygniótł go do podłogi. Przez chwilę słyszał jeszcze tupot oddalających się kroków a potem wszystko zrobiło się czarne. Stracił przytomność.



C.D.N.




HEJ!!! Zapomniałam, że jutro rozpoczynają się egzaminy maturalne.
Powodzenia dla wszystkich maturzystów!

Użytkownik cooky edytował ten post 03.05.2011 - |21:23|

  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#8 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 04.05.2011 - |04:59|

świetny kawałek :) biedny Jack :) mam nadzieję, że wszytko dobrze się skończy, czekam na następny fragment
  • 1

#9 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 07.05.2011 - |21:20|

Ocknął się w absolutnej ciemności. Leżał na plecach, na twardej i zimnej ziemi . Spróbował się poruszyć i jęknął, gdy cała górna część ciała eksplodowała bólem. Dłuższą chwilę leżał nieruchomo zaciskając powieki i czekał aż ustaną zawroty głowy. Oj niedobrze… Podniósł ręce do twarzy. Pod palcami czuł lepką wilgoć o nieco metalicznym zapachu. Krew. Zasychała już na jego prawym policzku. Miał nią posklejane włosy. Pomyślał, że w świetle dnia musiałby wyglądać fatalnie. Ostrożnie, centymetr po centymetrze dźwignął się do pozycji półleżącej. Miał pewne trudności. Jego kark był sztywny i obolały. Mógł na razie zapomnieć o skrętach głowy. Prawe ramię pulsowało bólem ale pomimo to ręka nadawała się do użytku. Bał się, że może mieć wstrząs mózgu, na to jednak już nic nie mógł poradzić. Trochę szumiało mu w uszach, więc nie był pewny czy słyszy w ciemnościach prawdziwe głosy, czy też są one wytworem jego wyobraźni.
- Halo? – Spytał na próbę. - Daniel… Daniel! - Gardło miał wyschnięte. jego głos przypominał jakiś dziwny rechot.
- Jack? Dzięki Bogu! - Usłyszał przybliżające się kroki a po chwili w polu jego widzenia pojawił się promień latarki. Daniel podszedł do niego i przykucnął tuż obok. Okulary miał przekrzywione, twarz brudną i podrapaną ale w jego oczach błyskała prawdziwa ulga.
- Mocno oberwałeś. Jak się czujesz?
- A jak ci się wydaje? Jakby stratowało mnie stado słoni… – pomasował obolały kark. Potem spojrzał przyjacielowi prosto w oczy.
- A co tobą? Też nie wyglądasz najlepiej.
- Nic mi nie jest. To powierzchowne otarcia.
- Carter? Teal`c? Byli w tunelu po drugiej stronie groty…
- Nie mam pojęcia. - Daniel spuścił głowę. - Mam nadzieję, że udało im się uciec. Cały korytarz się zawalił. Nie wrócimy tamtędy… Razem z Azu bezskutecznie próbowaliśmy usuwać kamienie.
- Azu?
- Tak ma na imię nasz uciekinier.
- Gdzie on jest? - Zainteresował się O`Neill. - Nic mu się nie stało?
- Nie, nie. Z nim wszystko w porządku. Poszedł sprawdzić, czy dalsza część korytarza nie jest zablokowana. Pomógł mi wydostać cię spod kamieni a potem opowiedział, co wydarzyło się na planecie w ciągu kilku ostatnich dni.
- No i ?
- To długa historia…
- No dobra. Mnie w zasadzie interesuje tylko, co stało się z geologami i pułkownikiem Burnsem?
- Tego Azu niestety nie wie. Opuścił wioskę zanim starszyzna zadecydowała o ich losie. Obawia się jednak, że mogą zostać straceni.
- Aha! Obawiam się dokładnie tego samego! Gdzie są teraz? W wiosce? - Daniel przecząco pokręcił głową.
- Schronili się w górach. Odeszli wkrótce po tym, Jak Bóg Góry okazał im swoje niezadowolenie. Są przekonani, że chce się na nich zemścić za to, że okazali mu nieposłuszeństwo.
- Co? Jaki Bóg?
- Wiesz, Jack… Bóg Góry. Tej góry. Wydaje mi się, że trzęsienie ziemi, które nas tu uwięziło ma związek z wulkanem. Kopalnia znajduje się przecież w jego zboczu.
- Coraz lepiej! - Jęknął Jack - Więc nie jest wygasły?
- Najwyraźniej tylko uśpiony. I właśnie się przebudził…
- To dlaczego do cholery nikt o tym nie zameldował? W obozie przebywało trzech geologów. Nie zorientowali się, że coś się dzieje? Na miłość Boską! Wyssało im wszystkim mózgi?
- Zapominasz o mieszkańcach tej planety. Nie wiem, w jaki sposób to robią, ale potrafią przewidywać różne zjawiska w przyrodzie i to z dużym wyprzedzeniem. Wyczuli, co ma nastąpić, jeszcze zanim mogły wykryć to nasze czujniki. I niestety, za wszystko obwiniają nas.
- My jesteśmy winni temu, że wulkan się przebudził? - O`Neill dźwignął się do pozycji siedzącej. Zauważył, że na prawym ramieniu, w miejscu, które przeorały pazury napotkanego w jaskini zwierzęcia, miał założony opatrunek. Bandaż zdążył już lekko przesiąknąć krwią. Sięgnął po metalową manierkę z wodą. Gardło miał suche jak pieprz. Daniel siedział naprzeciwko z ponurym wyrazem twarzy. Splatał i rozplatał palce.
- Obwiniają nas, ponieważ sprowadziliśmy na planetę sługę dawnych bogów… Jaffa.
- Acha… Rozumiem, że chodzi o Teal`ca. Ale całości dalej nie ogarniam…
- Są przekonani, że historia się powtarza. Ostatni wybuch wulkanu miał miejsce, gdy planetą rządził jeszcze Goa`uld. Erupcja pokrzyżowała jego plany wydobycia minerału. Opuścił planetę. Wtedy wśród tubylców doszło do buntu. Wszyscy pozostali na straży Jaffa zostali straceni. Goa`uld już nigdy tu nie powrócił. Miejscowi byli przekonani , że to Bóg zamieszkujący wnętrze wulkanu przyszedł im z pomocą i wypędził najeźdźcę. Szamani przez stulecia przekazywali sobie tą historię, aż do czasu, gdy gwiezdne wrota ponownie zostały otwarte i pojawiliśmy się my.
- Więc dlaczego nam pomagali? Czemu dopuścili nas tak blisko tej przeklętej góry?
- Hmm… Tu sprawy nieco się komplikują. – Daniel zdjął okulary i w zamyśleniu pocierał czoło. U nasady nosa odcisnęły mu się dwa czerwone punkciki. Ślady pozostawione przez oprawki . - Ostatnio, zwłaszcza wśród młodych, dochodziło do pewnego rozprzężenia. Coraz mniej wierzyli słowom szamanów. Coraz więcej poszukiwali własnych rozwiązań. Starszyzna zaczęła obawiać się znacznej utraty swych wpływów. Wtedy przybyliśmy my. Przynieśliśmy nową technologię a jednocześnie nie próbowaliśmy ich zniewolić. Chcieliśmy jedynie swobodnego dostępu do kopalni. Rada starszych zaczęła się nam bliżej przyglądać. Zaniepokoiło ich to, że zakłócamy spokój milczącego przez stulecia Boga Góry. Ostrzegali swych towarzyszy przed kontaktami z nami. Niewielu jednak ich posłuchało. Wiele osób z wioski codziennie przychodziło do obozu, by uczyć się nowych umiejętności lub posłuchać fascynujących opowieści o innych, odległych światach. Wiesz, ta rasa jest naprawdę inteligentna. Chłonęli wiedzę jak gąbki. Azu na przykład, zaprzyjaźnił się z doktorem Nowakiem. Towarzyszył mu w jego badaniach, pomagał przy wydobyciu minerału i w badaniach nad nim. Niestety, już samo wydobywanie minerału, wzbudziło w szamanach niemiłe skojarzenia. Na dodatek, pewnego dnia nasza drużyna odwiedziła planetę i któryś z mieszkańców zauważył Teal`c a. We wszystkich starych zapiskach Jaffa występują, zresztą zgodnie z prawdą, jako armia służąca okrutnym i bezwzględnym bogom. Szamani dodali dwa do dwóch i wyszło im, że ich oszukaliśmy udając przyjaźń a tak naprawdę przygotowujemy się na powrót dawnego tyrana.
- Nonsens… - O`Neill ukrył twarz w dłoniach. Głowa pękała mu z bólu. Daniel ciągnął dalej.
- Tym razem szamani tryumfowali. Starszyzna kategorycznie zakazała wypraw do obozu i przebywania w towarzystwie ludzi. Kiedy zaczęli wyczuwać pierwsze sygnały nadciągającego wybuchu wulkanu, wpadli w panikę. Nie rozumieli istoty tego, co miało nadejść. Postanowili, tak jak kiedyś ich i przodkowie, pozbyć się przybyszów. Uprowadzili czterech, ich zdaniem najważniejszych, pozostałych zabijając.
- Dowódca drużyny i ludzie nauki… Mówiłeś, że mają być straceni…
- To właśnie dlatego Azu do nas przyszedł. Chce uratować zakładników. Nie wie jednak, czy nie jest już za późno. Szamani obawiają się zemsty Boga Góry za to, że wpuścili obcych na jego terytorium. Że nie byli wystarczająco czujni i przewidujący. Krwawa ofiara ma odwrócić jego gniew.
- I oni uważają, że Goa`uldzi byli okrutni… - Jack aż sapnął ze złości.
Z korytarza dobiegł ich odgłos kroków. Drugi promień latarki zatańczył na kamiennych ścianach. Młody tubylec ostrożnie zbliżał się do siedzących. Skulił ramiona. Cała jego sylwetka była napięta jak struna. Jakby w każdej chwili mógł rzucić się do ucieczki. Patrzył podejrzliwie na O`Neilla. Widocznie nie zapomniał, jak niebezpieczny może być ten człowiek. Daniel gestem przywołał go jeszcze bliżej. Podszedł niechętnie.
- Nie chciałem was skrzywdzić. – powiedział cicho. - Przyszedłem, żeby was ostrzec. Nie chciałem, żeby do tego doszło.
- Tak. Wiem. Też tego nie chciałem. - Mruknął Jack. - Przybyłeś nam z pomocą a ja cię zaatakowałem… Ale jesteśmy tu razem. Może więc razem wymyślimy, jak się stąd wydostać?
Azu spoglądał na siedzącego mężczyznę z powątpiewaniem. Wciąż go oceniał. Nawet tutaj, ranny i bez broni wyglądał groźnie, ale w jego oczach już nie było dzikości. Patrzył otwarcie i szczerze. Już nie budził takiego lęku. Uwadze chłopaka nie uszedł też fakt, że Daniel odnosi się do niego z szacunkiem a jednocześnie z prawdziwą troską. Archeolog od razu zdobył sympatię i zaufanie Azu. W jakiś sposób przypominał mu, porwanego przyjaciela, doktora Nowaka. Jeśli, więc ten mężczyzna jest przyjacielem Jacksona, to pomimo wszystko, również zasługuje na zaufanie. Tubylec wyprostował ramiona i po raz pierwszy odkąd go zobaczyli, uśmiechnął się.
- Sprawdziłem długi odcinek korytarza w tamtym kierunku. Można nim przejść, więc myślę, że mamy szansę…
- Mówisz, że potrafisz znaleźć wyjście z tego labiryntu? – O`Neill patrzył młodemu człowiekowi w oczy. Powoli kiełkowała w nim nadzieja.
- Być może… Nie możemy wrócić drogą, którą tu przyszliśmy. Przejście jest całkowicie zatarasowane. Nie zdołamy się przekopać. Jednak z większości korytarzy można się wydostać otworami wentylacyjnymi. . Nie wiem, czy ten akurat nie jest zasypany, ale chyba nie mamy wielkiego wyboru. Musimy podjąć to ryzyko. Dla ciebie będzie jednak to trudne. To praktycznie ścieżka. Wąska i stroma a ty jesteś ranny…
- Poradzę sobie. - Przynajmniej jego głos zabrzmiał tak pewnie, jak powinien. Ani Daniel ani Azu nie powinni dowiedzieć się, że w rzeczywistości ma bardzo duże wątpliwości. W głowie wciąż jeszcze mu się kręciło. A gdy powoli dźwigał się na nogi, jego mięśnie drżały lekko. Zacisnął mocno zęby. Do diabła z tym! Musi dać radę. Po prostu nie ma innej opcji. Odetchnął głęboko.
- Dobra, dzieciaki. Komu w drogę, Temu czas!



C.D.N.

Użytkownik cooky edytował ten post 16.05.2011 - |22:28|

  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#10 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 08.05.2011 - |09:05|

Po prostu świetny kawałek :)
Ciekawa jestem co z Carter i Teal'c.
Poproszę następną część :rolleyes:

PS. Może ktoś ma pomysł na zakończenie "Nowej misji"?
  • 1

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#11 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 08.05.2011 - |11:18|

fajny kawałek :) czekam na rozwiązanie tajemnicy zniknięcia naukowców, a tak w ogóle to co z Sam i Teal'cem

PS. Może ktoś ma pomysł na zakończenie "Nowej misji"?


szczerze to sama mam dylemat jak zakończyć "Utratę", zabić ją czy nie... :P
  • 1

#12 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 08.05.2011 - |22:10|

Kolejna część przygód niesamowitej czwórki.



Carter powoli wracała do świadomości. Leżała na brzuchu z twarzą ukrytą w ramionach. Miała trudności z oddychaniem.
W wąskim promieniu latarki leżącej obok, wciąż jeszcze unosił się pył, ale to nie on był tego przyczyną. Coś naciskało na jej klatkę piersiową, uniemożliwiając zaczerpnięcie głębokiego oddechu. Potem z przerażeniem odkryła, że w ogóle nie może się poruszać. Rozpaczliwie szarpnęła się i wtedy przytłaczający ją ciężar jęknął. Rozpoznała ten głos i zalała ją fala ulgi.
- Teal`c… - Stęknęła. - Teal`c, obudź się… Proszę, no dalej… Musisz się ocknąć.
Spróbowała przekręcić się na plecy. Krzyknęła cicho, gdy oparła ciężar ciała na lewej ręce.
- Major Carter? - Teal`c drgnął.
- Możesz ze mnie zejść? – Spytała słabo.
- Major Carter! - Jaffa dopiero teraz zorientował się, że plecy Sam wciąż znajdują się pod nim. Przesunął się na bok, uwalniając ją . - Nic pani nie jest?
- Ooo… - Odetchnęła z ulgą i tym razem bez problemu przeturlała się na plecy. - Nie wierzę, że jeszcze żyjemy… O Boże!
Sięgnęła po latarkę. Usiadła, oświetlając korytarz prowadzący do groty. Tyle, że korytarza już nie było. Całą jego dotychczasową przestrzeń wypełniała sterta głazów.
- Zasypało ich… - Wyszeptała .
Teal`c na kolanach szukał czegoś wokół siebie. Jego ręce natrafiły wreszcie na drugą latarkę. Sięgnął do włącznika, lecz światło nie pojawiło się. Kilkakrotnie naciskał guzik. Bez rezultatu. Poirytowany uderzył latarkę dłonią i o dziwo, wreszcie zadziałała. Podniósł się i zbliżył do blokujących przejście kamieni. Oparł na nich obie dłonie. Stał tak dłuższą chwilę, koniuszkami palców gładząc zimną powierzchnię. Gdzieś tam zostali jego towarzysze. Instynkt nakazywał mu, żeby został i chociaż spróbował pokonać przeszkodę. Wiedział jednak, że sami nie są w stanie sobie poradzić. Tym bardziej, że w każdej chwili mógł nadejść kolejny wstrząs. Potrzebowali pomocy. Musieli wrócić do SGC i sprowadzić większą ekipę. Tylko w ten sposób mogli uratować swoich przyjaciół. Odwrócił się do Carter. Kobieta wciąż siedziała na podłodze.
- Musimy się stąd wydostać. - Powiedział spokojnie. - Im szybciej dotrzemy do gwiezdnych wrót, tym szybciej sprowadzimy pomoc. Jeśli O`Neill i Daniel Jackson wciąż żyją, to czas ma teraz decydujące znaczenie.
Sam pokiwała głową i zagryzając wargi dźwignęła się z podłogi. Uwadze Jaffa nie uszedł fakt, że krzywi się z bólu.
- Jest pani ranna? – Zainteresował się.
- Chyba mam złamany nadgarstek. - Wzruszyła ramionami. – To nic takiego. Naprawdę. Powinniśmy się pośpieszyć.
- Dobrze, chodźmy więc.

Wracali tak szybko, jak tylko mogli. Omijali leżące na ziemi głazy i większe kamienie. To dziwne, ale oboje mieli dziwne przeświadczenie, że droga w odwrotnym kierunku zajęła im znacznie mniej czasu. Czyżby pomylili korytarze? Nie, to niemożliwe. Dokładnie przecież pamiętali, którędy tu przyszli. Teal`c szedł pierwszy. W pewnej chwili zatrzymał się tak gwałtownie, że Carter dosłownie na niego wpadła. Wyszła zza jego pleców i poczuła, że serce w niej zamiera. Promienie latarek ślizgały się po ścianie gruzu. Z tej strony korytarz również był zablokowany. Byli odcięci. Czując ogarniającą ją falę rozpaczy podeszła do osuwiska. Umieściła latarkę w specjalnym uchwycie z przodu kamizelki, po czym bez słowa pochyliła się i podniosła jeden z kamieni.
Z wściekłością rzuciła go za siebie i sięgnęła po następny. Z jedną zdrową ręką udawało jej się tylko z tymi najmniejszymi. Teal`c podszedł z drugiej strony. Odrzucał jeden głaz za drugim. Korytarz wypełnił łomot kamieni i świst ich przyśpieszonych oddechów. Pot spływał po ich twarzach, znacząc jaśniejsze smugi w pokrywającym je kurzu. Pracowali długo, bardzo długo, metodycznie oczyszczając korytarz. Sterta odwalonych skał rosła. Pozostawało ich jednak tak wiele. Zbyt wiele.

Carter pierwsza opadła z sił. Usiadła na podłodze, opierając plecy o ścianę. Nogi wyciągnęła przed siebie. Płuca paliły ją nieprzyjemnym ogniem. Sięgnęła po manierkę, w której pozostało jeszcze trochę wody. Pijąc, przyglądała się jak Jaffa schyla się, obejmuje ramionami duży głaz a potem napręża wszystkie mięśnie, by unieść go w górę. Krzywiąc się z wysiłku odchodzi kilka kroków dalej i z hukiem wypuszcza głaz z objęć. Otarł pot z czoła, rozmazując brud. Z trudem wyprostował plecy. Podszedł do Carter przyglądając jej się badawczo.
- Jak ręka?
- Przeżyję. Bardziej mnie martwi to, że wkrótce zabraknie nam wody. Przy tak dużym wysiłku fizycznym możemy się łatwo odwodnić.
- Odkopaliśmy już dość długi odcinek. Niestety, pozostało jeszcze więcej. - Usiadł obok Sam. Jego głowa sama powędrowała do tyłu. - Muszę chwilę odpocząć.
Siedzieli w milczeniu, zbyt zmęczeni, by rozmawiać. Stopniowo ich oddechy uspokajały się. Carter poczuła nieodpartą chęć, by zamknąć oczy. Wiedziała jednak, że może się to bardzo szybko zakończyć zaśnięciem. A nie mogli sobie w tej chwili pozwolić na taki luksus. Nie teraz, kiedy była już prawie pewna, że gdzieś pod ich stopami czai się morze lawy, czekając tylko na możliwość wydostania się na powierzchnię. Uwięzieni pod ziemią, tuż nad sercem wulkanu, znaleźli się chyba w najgorszym możliwym położeniu.
- Generał Hammond pewnie próbował już się z nami skontaktować… - W zamyśleniu spoglądała na zegarek. - Jesteśmy drugą drużyną, która zaginęła bez wieści. Ale w ciągu kilku najbliższych godzin nikogo więcej nie wyślą na zwiad.
- Nie. Dlatego nie możemy się poddawać. - Wielokrotnie Sam zastanawiała się, skąd Teal`c czerpie swoją siłę. Jego opanowanie udzielało się zawsze pozostałym, dodawało otuchy. Zazwyczaj kierował się logiką i nie przejmował się czymś, na co nie miał wpływu. Kroczył prosto do wyznaczonego przez siebie celu. Działał systematycznie, bez pośpiechu. Kiedyś poznali znaczenie jego imienia. Teal`c. Siła. Był silny pod każdym względem. Urodzony wojownik, bez strachu, bez litości dla wrogów a jednocześnie lojalny przyjaciel. Wspierał ich, kiedy tego naprawdę potrzebowali. Dawał im oparcie i nigdy nie kwestionował ich decyzji, choć nie zawsze je rozumiał. Patrzyła niemal zafascynowana, jak powoli wstaje i ponownie podchodzi do blokady. Pochyla się, prostuje, odrzuca kamień i pochyla się ponownie. Spojrzała na swoje dłonie. Były pokaleczone, popękane, brudne. Zacisnęła zęby i zmusiła swoje ciało do kolejnego wysiłku. Nie może zostawić Teal`ca samego w jego zmaganiach. Musi mu pomóc na tyle, na ile tylko zdoła. Chwyciła w obolałe ręce zimną bryłę i dźwignęła ją w górę. Pot zalewał jej oczy. Wszystkie mięśnie gwałtownie protestowały, gdy przenosiła kolejne odłamki skał. W boku czuła nieprzyjemne kłucie nie pozwalające na zaczerpnięcie swobodnego oddechu. Dłonie były opuchnięte i piekły. Miała trudności ze zginaniem palców. Z wielkim trudem udało jej się odkręcić manierkę. Wypiła chciwie ostatnie krople, po czym odrzuciła puste naczynie gdzieś za siebie. Nie będzie go już potrzebować. Ze zmęczenia chwiała się już na nogach. Przed oczami zaczęły wirować czarne pajączki. Była tak zmęczona, że nie poczuła drżenia ziemi pod jej stopami. Teal`c chwycił ją za ramiona i pociągnął w głąb korytarza. Ściany korytarza zatrzęsły się ponownie. Z sufitu posypały się niewielkie kamyczki. Byli w potrzasku. Nie mieli żadnej możliwości ucieczki. Przykucnęli pod jedną ze ścian. Teal`c objął Sam ramionami. Osłaniał ją własnym ciałem tak, jak zrobił już wcześniej. Odruchowo chwyciła materiał jego munduru i wtuliła w niego twarz, łkając spazmatycznie.
- O Boże… Zginiemy. Wszyscy tu zginiemy…



C.D.N.



P.S. Madi masz prawie Boską moc. Decydować o czyimś życiu lub śmierci to jest dopiero coś :D

Użytkownik cooky edytował ten post 08.05.2011 - |22:17|

  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#13 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 13.05.2011 - |12:54|

P.S. Madi masz prawie Boską moc. Decydować o czyimś życiu lub śmierci to jest dopiero coś :D



taa :P tym razem byłam miłosierna :unsure: ale nie wiadomo jak to się skończy w "W oczekiwaniu na lepsze jutro"

tym czasem zajęłam się twoim kolejnym, świetnym muszę powiedzieć kawałkiem.... Sam mnie na końcu trochę zaskoczyła, nie sądziłam, że "ujrzę" w jej oczach strach... czekam na dalszą część.... mam nadzieję, że ukaże się jak najszybciej, bo nie mam już co czytać :<


PS. wpadła mi taka jedna myśl do głowy, ale pewnie się nie nada.... Palek21 a gdyby tak Seth zwabił ich w pułapkę i zrobiłby się wielkie BOOOM? Resztę zostawiam twojej wyobraźni....To tak do "Nowej misji"

Użytkownik Madi edytował ten post 13.05.2011 - |12:56|

  • 0

#14 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 13.05.2011 - |19:33|

Ciekawa jestem kiedy i jak obie grupy się wydostaną?
Czekam na następną część :rolleyes:

PS. Madi nie powiem pomysł ciekawy i może coś z tego będzie :D
  • 0

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#15 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 14.05.2011 - |11:32|

Wklejam kolejny fragment a potem idę złapać trochę słoneczka. Nie wiadomo jak długo utrzyma się taka ładna pogoda :D




Mieli tylko dwie latarki, co stanowiło pewien problem, ale szybko go rozwiązali. Azu szedł przodem z jedną latarką. Wyszukiwał dogodnych przejść, czasami usuwał niewielkie przeszkody. Drugą latarkę trzymał Daniel. Oświetlał drogę sobie i Jackowi, który uczepił się jego ramienia. O`Neill schował dumę do kieszeni i pozwalał się holować. Azu najwyraźniej nie raz przemierzał podziemne korytarze. Prowadził ich pewnie. Minęli kilka bocznych tuneli. Szli dalej omijając niewielkie osypiska. Kilkakrotnie musieli wszyscy razem zewrzeć siły, by odsunąć pod ścianę tarasujący przejście głaz. Daniel zerkał z niepokojem na przyjaciela. Czuł, że ręka na jego ramieniu zaciska się mocniej i mocniej. O`Neill ani słowem nie wspomniał o odpoczynku, choć najwyraźniej coraz bardziej go potrzebował. oddychał ciężko, czasami chwiał się lekko, potykał, ale uparcie parł naprzód. Archeolog wiedział doskonale, że przywołał wszystkie siły, aby tylko nie opóźniać marszu. Raz zrobili krótki postój, aby poprawić opatrunek na ramieniu Jacka. Krew już spływała po ręce i kapała z jego palców. Potem znowu szli. Nawet Jackson odczuwał rosnące zmęczenie. Coraz trudniej było mu łapać oddech. Tym bardziej był pod wrażeniem, że Jack wytrzymuje takie tempo. Skręcili w jeden z bocznych korytarzy a potem w inny, bardzo wąski. Musieli praktycznie przeciskać się pomiędzy występami skalnymi, aż w końcu zatrzymali się przed niemal pionową ścianą. Azu z zadartą głową spoglądał wysoko, ku sklepieniu korytarza. Światło latarki ześlizgiwało się z kamiennego sufitu i ginęło gdzieś ponad ich głowami.
- To tutaj. Teraz niestety, czeka nas ta trudniejsza część . - Azu za pomocą rzemienia przywiązywał sobie latarkę z przodu skórzanej bluzy. - Musimy wspiąć się na górę. To naturalny szyb wentylacyjny. Prowadzi na powierzchnię. Słyszałem, że po drodze jest kilka szerszych półek skalnych, na których można nieco odpocząć.

Zarówno O`Neill jak i Daniel wpatrywali się w mrok z wyraźną konsternacją. Szyb wentylacyjny okazał się być, biegnącym pod ostrym kątem kominem. Trudno było oceniać jak długim i jak bardzo wąskim. Azu pewnie, jakby to robił na co dzień, poszukał punktu zaczepienia dla palców rąk. Napiął mięśnie ramion i uniósł stopę ku szczelinie w skale. Odepchnął się i podciągnął w górę na ramionach. Przeniósł ciężar ciała na nogę. Drugą stopą szukał kolejnego pęknięcia. Znalazł. Ponownie zmusił do pracy ramiona. Znajdował się już dwa metry nad ziemią. Pełznąc niczym pająk zniknął w wąskim otworze ponad ich głowami. Dostrzegali tylko błyski jego latarki.
- Hej, Wybieracie się na zewnątrz? - doleciał ich z góry nieco przytłumiony głos. - Chodźcie. To naprawdę jedyna droga.

Jack położył dłonie na zimnej skale. Nigdy nie przepadał za wspinaczkami. Tym bardziej bez żadnej asekuracji. Spięta twarz Jacksona zdradzała, że również podziela to zdanie. Nie było jednak na co czekać. O`Neill umieścił czubek buta w szczelinie, wykorzystanej wcześniej przez Azu. Ręce automatycznie powędrowały w górę i znalazły odpowiedni występ skalny. Z obawą przeniósł ciężar ciała na ramiona. Zranione ramię natychmiast zapiekło ostrym, promieniującym do koniuszków palców bólem. Zmusił jednak ciało do działania i wzmocnił uchwyt. Powoli podciągnął się do góry. Ręka za ręką, noga za nogą przesuwał się do przodu. Gdy zanurzył się w tunelu ponad sklepieniem korytarza, na moment oślepił go promień latarki. To Azu uczepiony skały gdzieś w górze, czekał na niego, by choć trochę oświetlić mu drogę. Wskazał latarką na nieco szerszy występ skalny, dający oparcie dla obu stóp. Jack wykorzystał go, by chwilę odpocząć. Z dołu dobiegało ich głośne sapanie i mamrotanie Daniela. Przybliżające się światło latarki świadczyło o tym, że archeolog radzi sobie nie najgorzej z pokonywaniem prawie pionowej ściany. Azu wspiął się znowu na pewną wysokość i czekał aż Jack zmniejszy dzielący ich dystans. Powoli przesuwali się ku górze. Wysiłek był morderczy. Tunel czasami był dość szeroki na tyle, że nie można było ręką dosięgnąć przeciwległej ściany, a czasami tak wąski, że trzeba było się niemal przeciskać. Cała trójka odczuwała zmęczenie. Nawet Azu musiał częściej odpoczywać. Na szczęście po drodze napotkali kilka szerszych półek skalnych, na których mogli usiąść i dać odpocząć obolałym mięśniom. O`Neill był już niemal na skraju wyczerpania. Jego ramiona drżały. Mokre od krwi i potu dłonie ślizgały się na kamieniach. Kręciło mu się w głowie a w ustach całkiem zaschło. Daniel z obawą wpatrywał się w ciemną sylwetkę przyjaciela. Jego ruchy zaczęły być powolne i nieskoordynowane.
- Dość! Musimy znowu odpocząć! - Krzyknął z dołu.
- Już niedaleko… - Pocieszał Azu. - Jeszcze tylko kawałek. Czuję już świeże powietrze.
- Dzięki Bogu… - Wychrypiał Jack. - Kocham świeże powietrze. Na dole jakoś dziwnie śmierdziało. Zauważyliście?
- Tak Jack. Na dole w ogóle było nieprzyjemnie.
- Nie, serio mówię, że coś tam śmierdziało.
- Masz rację. - włączył się Azu. - Zapach rzeczywiście był dziwny. Nie mam pojęcia co mogło go wydzielać. Choć jednak wydaje mi się, że już gdzieś wcześniej go czułem…
Urwał i poruszył się niespokojnie.
- Musimy się pospieszyć! - Zarządził. - widzę kolejny występ skalny. Musimy się do niego dostać. Znowu się zacznie. Nadciąga gniew Boga. Tam powinniśmy być względnie bezpieczni!
O`Neill zaklął soczyście i zmusił się do jeszcze większego wysiłku. Już był w połowie drogi , Już głowa i barki znajdowały się ponad krawędzią, gdy przyszła kolejna fala wstrząsów. Stopy nagle straciły oparcie a ręce nie miały się czego chwycić. Zsunął się ze skały desperacko walcząc o jakikolwiek punkt zaczepiania. Drapał zimną skałę lecz zsuwał się dalej. Zatrzymał się na samym skraju krawędzi. Wbił palce w wąską szczelinę, wiedząc, że nie ma już sił aby wspiąć się z powrotem. Jego dłonie milimetr po milimetrze ześlizgiwały się ze skały. Lewe ramię opadło wzdłuż ciała. Na prawym nadgarstku zacisnęła się znienacka silna dłoń.
- Podaj mi rękę! - Usłyszał ponad sobą. Spojrzał w górę, prosto w szeroko otwarte oczy Azu. - Nie utrzymam cię długo. Daj mi drugą rękę!
Tubylec leżał na brzuchu. Mocno zaciskał palce na nadgarstku pułkownika. Drugą rękę wyciągnął jak mógł najdalej. Szeroko rozstawione palce zdawały się być poza zasięgiem wyczerpanego O`Neilla.
- Daj mi drugą rękę albo obaj spadniemy! No już!
Jack z przerażeniem poczuł, że palce drugiej ręki także rozwierają się. Z wysiłku pociemniało mu w oczach. Zagryzł mocno wargi. Natarczywy głos Azu utrzymywał go w świadomości. Posłuchał. Wyrzucił ramię w górę i chwycił mocno wyciągniętą dłoń. Poczuł gwałtowne szarpnięcie, gdy prawa dłoń także zsunęła się z krawędzi. Zawisł bezwładnie, wierzgając nogami w poszukiwaniu punktu oparcia.
- Trzymam cię! Trzymam! - Mamrotał chłopak. - Teraz musisz się podciągnąć. Chodź, musisz mi trochę pomóc. Sam nie dam rady, Pomóż mi!
Powoli, bardzo powoli młody mężczyzna wciągał starszego na występ skalny. Gdy mu się to udało obaj padli wyczerpani, ciężko dysząc. Odruchowo odsunęli się od krawędzi. Skuleni pod samą ścianą wsłuchiwali się w echo spadających w dół kamieni i odłamków skał. Przeczekali tak kolejne wstrząsy. Potem nastała cisza. Jack starając się ignorować ogarniające go mdłości, podczołgał się do krawędzi i spojrzał w czarną przepaść. Promień latarki Daniela zniknął.
- Daniel! - krzyknął. - Daniel, jesteś tam? Odezwij się!
- Jestem, Jack. - Odpowiedział mu stłumiony głos Jacksona. Archeolog siedział skulony w skalnej niszy. Musiał ze wszystkich sił zapierać się rękami i nogami, by nie polecieć w dół. Wnęka była niewielka, ale dawała ochronę przed spadającym z góry deszczem skalnych odprysków. Wychylił się teraz ze swej kryjówki i poświecił w górę latarką. - Wszystko z wami w porządku? Wydawało mi się, że spadasz.
- Dobrze ci się wydawało. - Ciałem Jacka wstrząsnął niekontrolowany dreszcz. - Cholera, niewiele brakowało. - Przeturlał się na plecy i z zamkniętymi oczami czekał aż uspokoją się zawroty głowy. Pomacał ręką w poszukiwaniu ramienia Azu. Ścisnął je lekko. - Dzięki stary…
Z dołu dobiegło ich szuranie i głośne sapanie. To Daniel wspinał się do nich. Wkrótce jego głowa zamajaczyła ponad krawędzią. W milczeniu posunęli się, by zrobić mu miejsce. Usiadł ciężko, opierając głowę o ścianę.
- Prawie dostałem zawału. – Wydyszał.
- Ty? Ty prawie dostałeś zawału? - Ręce O`Neilla trzęsły się lekko. Wsunął je pod pachy oddychając głęboko. - Nienawidzę wspinaczki. Od dziś nikt nie wyciągnie mnie na wycieczkę w góry.
- Ja też od dzisiaj wolę równiny. - Daniel oparł czoło na ręce. - Góry są stanowczo przereklamowane…
Azu ostrożnie stanął na nogi. Spoglądał ku górze a na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Udało się. Widzę światło.
Jak na komendę zadarli w górę głowy. Rzeczywiście. Światełko było jeszcze bardzo nikłe, ale mieli stuprocentową pewność, że wdziera się z zewnątrz. Bez słowa podnieśli się. Ostatni etap wspinaczki przebyli resztką sił, prawie na odruchach. Coraz mocniejsze promienie słoneczne ciągnęły ich do siebie jak magnes. Powietrze już pachniało wiatrem i zielenią. Na kolanach wypełzli wreszcie na powierzchnię, mrużąc oczy, oślepieni jasnym słońcem. Leżeli bez ruchu, wystawiając twarze ku niebu. Oddychali głęboko, jeszcze do końca nie mogąc uwierzyć, że jednak im się udało. Wydostali się z tej przeklętej kopalni.



C.D.N.

Użytkownik cooky edytował ten post 14.05.2011 - |12:54|

  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#16 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 15.05.2011 - |15:56|

No i w zasadzie miałam rację. Dzisiaj już niestety pada B)




O`Neill z trudem dźwignął się na kolana i rozejrzał dookoła. Znajdowali się na zachodnim stoku góry. Mniej więcej w połowie jej wysokości. W dole zieleniły się drzewa, natomiast samo zbocze porośnięte było wyschniętą i pożółkłą trawą .W niektórych miejscach trawa ustępowała miejsca litej skale. Gdzieniegdzie rozpierały się karłowate, kolczaste krzewy. Wytężał wzrok, nie mógł jednak dostrzec ani obozu, ani miejsca, w którym znajdowało się wejście do podziemnych korytarzy. Sięgnął po krótkofalówkę i zdziwił się, że pomimo wszystko nie jest uszkodzona.
-Major Carter, odbiór! - Głos miał słaby i zachrypnięty. Odkaszlnął i kontynuował wywoływanie swych podwładnych. - Tealc`c, zgłoś się. Do diabła! Sam, Teal`c słyszycie mnie? Odbiór!
Odpowiedziały mu trzaski. Ścisnął mocno urządzenie, aż zbielały mu kostki rąk. Był odpowiedzialny za tych ludzi. Musiał ich odnaleźć żywych lub martwych. Jego wzrok powędrował ku szczytowi wzniesienia. Zamarł z otwartymi ze zdziwienia ustami. Słup dymu wznosił się nad wierzchołkiem. Wędrował prosto w kierunku nieba. A więc jednak to prawda. To cholerny, właśnie przebudzony ze snu wulkan. Zamknął usta. Na wyciągniętej dłoni osiadały drobinki czegoś szarego. Czegoś, co rozmazywało się pod dotknięciem palców, pozostawiając na skórze tłuste smugi. Popiół wydostający się z krateru i wędrujący z wiatrem. Niedobrze. Bardzo niedobrze. Wulkan szykował się do erupcji a oni stracili już tyle czasu. Odwrócił się do towarzyszy. Obaj także spoglądali w górę. Daniel powoli opuścił wzrok i na widok Jacka głośno wciągnął powietrze. No dobra. Wiedział, że jego dowódca jest ranny, ale dopiero teraz, w pełnym słońcu mógł ocenić rozmiar jego obrażeń.
- Boże, Jack. Wykrwawisz się na śmierć. - Obaj spojrzeli na prawe ramię pułkownika. Opatrunek znów był cały ciemnoczerwony. Właściwie cała lewa połowa munduru już przesiąknięta była krwią. Albo rany były bardzo głębokie, albo w pazurach zabitego zwierzęcia znajdowało się coś, co opóźniało krzepnięcie krwi. Skutek był taki, że Jack blady jak kreda, chwiał się lekko na nogach. Machnął jednak lekceważąco ręką.
- Nieważne. Potem się tym zajmiemy. Teraz musimy się śpieszyć. Powinniśmy odszukać Carter i Teal`ca no i połączyć się z SGC.
- Ale Jack…
- Potem Danielu! - Jego wzrok był twardy jak stal. Jackson już otworzył usta, by coś jeszcze powiedzieć. Wiedział jednak, że spór jest bezsensowny. Jack i tak zrobi to, co sobie zaplanował. Wzruszył ramionami zrezygnowany.
- Dobra. Niech będzie potem. Ale jeśli zemdlejesz… - O`Neill posłał mu takie spojrzenie, że natychmiast zamilkł.
Powoli, by nie stracić równowagi, zaczęli schodzić w dół. Stok nie był zbyt ostry, ale zmęczenie fizyczne zrobiło swoje. Buty ślizgały się na suchych źdźbłach. Nogi uginały się. Jednak po wcześniejszej karkołomnej wspinaczce, to zejście było niczym spacer. O`Neill szedł pierwszy. Lewą ręką podtrzymywał prawe ramię. Kilkakrotnie zachwiał się, ale udało mu się utrzymać równowagę. Rozglądał się czujnie dookoła w poszukiwaniu jakiegoś zagrożenia. Jego broń została gdzieś w kopalni przywalona stertą kamieni. Pozostał mu tylko pistolet zatknięty w kaburę przyczepioną do uda. Gdyby w tej chwili zostali zaatakowani, nie mieli praktycznie żadnej możliwości obrony. Daniel nie miał przy sobie nawet pistoletu. Upuścił go w grocie. Wierzył, że idący na samym końcu Azu i tym razem ostrzeże ich o ewentualnym niebezpieczeństwie. Zeszli już na sam dół i wzdłuż skraju lasu skierowali się do otworu, przez który jeszcze niedawno wchodzili do wnętrza góry. Wejście oczywiście było. Tyle że kilka kroków w głąb korytarza przejście tarasowały zwały kamieni.
- Niech to szlag! - Nic dziwnego, że nie odpowiadali na wezwanie. Pozostała część jego zespołu również została uwięziona w tunelach. Jednak oni nie mieli do pomocy tubylca, który by wyprowadził ich na powierzchnię. Aby ich uwolnić trzeba było oczyścić korytarz. Tego jednak sami nie byli w stanie zrobić. Pozostało tylko jedno wyjście.
- Wracamy do obozu. Radio nie uległo uszkodzeniu. Musimy wezwać pomoc.
- Skąd wiecie, że uda wam się połączyć ze swoją planetą? - Spytał zdumiony Azu. - Doktor Nowak nie zawsze mógł rozmawiać ze swoim dowódcą…
- Mój przełożony co godzinę otwiera gwiezdne wrota. Ten srebrny okrąg. - Wyjaśnił. - Nie mogą być otwarte przez cały czas. Umówiliśmy się na kontakt o każdej pełnej godzinie. To będzie jakoś niedługo… - Spojrzał na zegarek. Tarcza była rozbita a wskazówki nieruchome. - Danielu, Która godzina?
-Dochodzi właśnie trzecia… - Spojrzeli na siebie w nagłym porozumieniu. Jednocześnie odwrócili się i puścili biegiem w stronę obozu. Azu, nic nie rozumiejąc, pospieszył za nimi. Daniel wyszedł na prowadzenie. Biegł ile tylko miał sił w nogach. Metalowe baraki były tuż za drzewami. Czuł kłucie w boku. Płuca z coraz większym trudem wciągały powietrze. Usłyszał dobiegający z tyłu jęk i odgłos wydawany przez padające na ziemię ciało. Spojrzał za siebie. Jack leżał rozciągnięty na ziemi. Zawrócił w jednej chwili i przypadł do przyjaciela, ale ten uniósł dłoń w uspokajającym geście.
- Nic mi nie jest… - Wycharczał. - Idź! Radio…
Rzucił się znowu ku barakom. Wpadł jak bomba do przedsionka i otworzył drzwi do pomieszczenia, w którym znajdowała się radiostacja.
- SG 1 Zgłoś się! - Z głośnika płynął jednostajny głos któregoś z żołnierzy. - Powtarzam, SG 1 Zgłoś się…
- SG 1 zgłaszam się! - Trzęsącymi się rękami chwycił nadajnik. - Mówi Daniel Jackson. Jezu! Jak dobrze was słyszeć!
- Doktorze Jackson! – Tym razem to był generał Hammond. - Co tam u licha się dzieje?
- Generale… - Musiał wziąć bardzo głęboki oddech. - To naprawdę długa historia…

O`Neill wsparł się na rękach. Podciągnął jedno a potem drugie kolano. W uszach mu dudniło, w oczach wirowały czarne płatki. Zawroty głowy nasiliły się. Spróbował się wyprostować lecz wtedy jego ciałem targnęły gwałtowne skurcze. Zgięty wpół zwymiotował. Kiedy wreszcie udało mu się złapać oddech stwierdził, że jest mokry od potu a całe jego ciało trzęsie się jak galareta. Usiadł ocierając usta wierzchem dłoni. Azu ukucnął koło niego i patrzył mu w oczy z dziwnym wyrazem twarzy.
- Jesteś wielkim wojownikiem. - Powiedział. - Nie sądziłem, że w ogóle dasz radę wydostać się z tej kopalni. Jesteś naprawdę silny. I w dodatku troszczysz się o podległych ci ludzi. Nawet o tego, którego lud służył dawnym Bogom.
- Teal`c jest moim przyjacielem. Nie służy już dawnym bogom. Zresztą Goa`uld nigdy bogami nie byli. Chcieli tylko, żeby inni tak myśleli.
- Doktor Nowak mówił to samo… - Azu odwrócił wzrok.
- Hej! Głowa do góry! Jeszcze nie wszystko stracone. Jeśli doktor Nowak i pozostali wciąż żyją to na pewno ich odzyskamy. Słowo!
- Powinienem ich wcześniej ostrzec. Widziałem, co się dzieje. Wiedziałem, że starszyzna przestała być im przychylna.
- No może, ale ostrzegłeś nas… W każdym razie próbowałeś. Dzieciaku… - Poklepał Azu po ramieniu. - Uratowałeś nam życie. Mnie nawet dwukrotnie. Jesteśmy teraz twoimi dłużnikami.

Z trudem wstał i na miękkich nogach zbliżył się do drzwi baraku. Ze środka wyszedł Daniel niosąc w rękach sporych rozmiarów apteczkę.
- Udało się. Pomoc jest już w drodze. Mamy teraz trochę czasu, żeby zająć się twoją raną. Bez dyskusji! - Dodał z naciskiem marszcząc groźnie brwi.
O`Neill skrzywił się, ale wiedział, że jest to nieuniknione, jeśli chce dalej uczestniczyć w poszukiwaniach. Daniel pomógł mu usiąść tak, by mógł wygodnie oprzeć się o ścianę baraku i rozciął stare bandaże. Mimo woli wzdrygnął się, ujrzawszy poszarpane ciało. Odciął i wyrzucił strzęp materiału będący wcześniej rękawem. Z zaciśniętymi zębami przemył ranę najlepiej jak potrafił. Założył świeży opatrunek i mocno zabandażował. Jack zniósł całą operację ze stoickim spokojem właściwie tylko dlatego, że był zbyt dumny, by krzyczeć z bólu. Spocił się cały. Zagryzł usta prawie do krwi. Gdy Daniel odsunął się nieco, by podziwiać ukończone dzieło, odetchnął z ulgą. Czuł się zmęczony i chory. Prawdopodobnie w ranę wdała się infekcja, owocująca wysoką gorączką. Archeolog jednak nie pozwolił mu na dłuższy odpoczynek. Pochylił się, by oczyścić ranę z tyłu głowy. Ta nie była zbyt głęboka i zdążyła się już zasklepić. Wystarczyło przemyć ją środkiem odkażającym. W nagrodę za wytrwałość Jack otrzymał butelkę pełną wody. Z uczuciem ogromnej ulgi odkręcił nakrętkę i pociągnął spory łyk. Jackson siedział obok również z butelką wody w dłoniach i oglądał swoje zniszczone okulary. Azu pozostał wciąż w tym samym miejscu, w którym O`Neill go zostawił. Z opuszczonymi ramionami wydawał się taki młody. Jack przyglądał mu się zamyślony a potem zwrócił się do Daniela.
- Daniel…
- Tak?
- Wtedy w lesie… Nie zrobiłbym tego… Nie strzeliłbym do niego…
- Wiem.
-Ale dziękuję, że mimo wszystko próbowałeś mnie powstrzymać.
- To była tylko chwila, ale naprawdę się wtedy bałem.
-Wiem.
Milczeli dłuższą chwilę. Jack rysował patykiem na piasku. Daniel z zainteresowaniem przyglądał się swoim dłoniom. Kilkakrotnie nabierał powietrza, by coś powiedzieć i wypuszczał je z powrotem. Wiedział, że to o czym ma zamiar pomówić, będzie dla Jacka trudne.
- Porucznik Martinez był naprawdę dobrym żołnierzem. - zaczął ostrożnie.
- Tak. Był. - O`Neill ścisnął mocniej patyk.
- Lubiłeś go, prawda? - Daniel wpatrywał się teraz w Jacka a jego wzrok, niczym promień lasera, zdawał się przewiercać na wylot.
- Owszem… Majora Stevensa i Bensona też lubiłem, choć byli cholernymi służbistami.
- Martinez niedawno otrzymał przydział do SG 6?
- Miesiąc temu.
- Nadzorowałeś jego szkolenie?
- Tak…
- Był dobry?
- Tak, Danielu. Osiągnął świetne wyniki. Był najlepszy z całej grupy. Możliwe, że był najlepszy z pośród wszystkich kadetów, którzy ostatnio do nas trafili. Najwidoczniej nie był jednak tak dobry jak powinien, by przeżyć.
- Wiesz, że nic nie mogłeś na to poradzić?
Jack podniósł wzrok i napotkał spojrzenie niebieskich oczu Daniela. W jego wzroku dostrzegł troskę, zrozumienie i współczucie. Westchnął głęboko. Choć odczuwał gniew i rozgoryczenie, nie mógł wyładowywać swych frustracji na przyjacielu.
- Martinez to nie pierwszy dzieciak, którego oglądałem martwego i zapewne nie ostatni. Danielu, wiem ,że takie rzeczy się zdarzają. To cholernie niesprawiedliwe, ale życie rzadko bywa sprawiedliwe. W tej chwili chcę tylko odnaleźć Carter i Teal`ca a potem spróbować uratować resztę zespołu.
- Myślisz, że wciąż jeszcze żyją?
- Nie wiem. Ale musimy przynajmniej spróbować.
- A jeśli… - Daniel zawiesił glos - A jeśli już jest za późno?
- Wtedy wrócimy. Zabierzemy to, co z nich zostało i wrócimy…
- Wiesz, że szamani starają się tylko chronić swój lud?
O`Neill uśmiechnął się ze zmęczeniem i z trudem dźwignął się na nogi. Czuł się stary i zmęczony. Zbyt stary w świecie, w którym ginęli młodzi chłopcy .
- Wszyscy staramy się tylko chronić swoich ludzi, Danielu. - Odwrócił się i wolnym krokiem ruszył na spotkanie oddziałowi marines, który właśnie pojawił się pomiędzy drzewami.



C.D.N

Użytkownik cooky edytował ten post 29.05.2011 - |08:19|

  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#17 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 15.05.2011 - |21:07|

Świetnie :) mam nadzieję, że uratują Sam i Teal'ca
  • 0

#18 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 16.05.2011 - |10:23|

To było naprawdę świetne :D
Może tak dla odmiany kogoś uśmiercisz?
  • 0

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#19 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 16.05.2011 - |19:16|

Jeśli będę miała w pracy kiepski dzień, to kto wie? ;)

Użytkownik cooky edytował ten post 16.05.2011 - |19:16|

  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#20 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 21.05.2011 - |17:47|

- Pułkowniku O`Neill. - Pułkownik Reynolds, dowódca SG 3, zasalutował przepisowo. Jego podwładni stali tuż za nim. Z tyłu pojawił się oddział SG 12 i czwórka innych mężczyzn w mundurach polowych. Sanitariusze z zespołu medycznego. - Fatalnie wyglądasz. Powinieneś jak najszybciej trafić do ambulatorium. Zespół medyczny odtransportuje cię do SGC.
- Żartujesz Reynolds? Zostaję! Nie zamierzam wracać bez moich ludzi.
- To nie jest dobry pomysł. Człowieku, ledwo stoisz na nogach.
- Wrócę dopiero, gdy odnajdziemy resztę. I nie będę o ty więcej dyskutował.
- Mogę wydać ci rozkaz.
- Spróbuj. Jesteśmy równi stopniem…
Reynolds dłuższą chwilę przyglądał się Jackowi. Mężczyzna cały był pokryty był kurzem, brudem i zaschniętą krwią. Mimo to jego oczy błyszczały groźnie a usta zaciśnięte w cienką linię układały się w ironiczny uśmieszek. Ten człowiek nigdy łatwo się nie poddawał.
- O.K. Chyba wiesz co robisz… - Reynolds wcale nie wyglądał na przekonanego, jednak dobrze znał ten pełen determinacji wyraz twarzy Jacka. Wiedział, że przekonywanie go do powrotu będzie tylko zwykłą stratą czasu. A czasu mieli coraz mniej. Wysoki, czarny słup dymu wydostający się ze szczytu wzniesienia nie wróżył niczego dobrego.
- Skoro już to ustaliliśmy, może podejmiemy jakąś decyzję odnośnie reszty mojego zespołu?
- W porządku. Doktor Jackson mówił, że wydostaliście się na powierzchnię przez jakąś wąską szczelinę.
- Szyb wentylacyjny.
- Właśnie. Czy istnieją też inne?
- Pewnie tak, ale o to trzeba spytać jego. - O`Neill wskazał brodą na Azu, który podejrzliwie przyglądał się nowoprzybyłym.
- Można mu ufać?
- Uratował nas, więc chyba tak…
- Ty mu ufasz?
- Jak już mówiłem, uratował nas.
- Jego współplemieńcy też nam sprzyjali a potem z zimną krwią wymordowali połowę naszego zespołu, a resztę uprowadzili. Chciałbym wiedzieć, jakie niebezpieczeństwo grozi moim ludziom ze strony mieszkańców tej planety. A jeśli to pułapka?
- Stuprocentowej gwarancji ci nie dam, ale ten dzieciak sporo ryzykował, przychodząc do nas. Zresztą, ja sam początkowo obwiniałem go o to, co stało się w obozie. Mimo to, nie zostawił nas w tych przeklętych labiryntach. A miał taką możliwość i to nie raz. Słuchaj, jestem przekonany, że zależy mu przynajmniej na jednym z geologów. Jest gotów pomóc nam ich uratować. Ja też tego chcę. Zamiast więc rozważać wszystkie możliwe za i przeciw, zrobimy razem coś sensownego?
- Tak jest. - Reynolds zacisnął zęby. - Odnalezienie zaginionych jest teraz naszym priorytetem.
- Właśnie. Może zajmiemy się tym od razu? Carter i Teal`c są tam zasypani.
- Dobrze. Chciałbym spróbować odnaleźć ten szyb, o którym mówiliśmy. Porozmawiasz z nim?
- Z Azu. Tak ma na imię. Nie ma sprawy.
Obaj podeszli do Azu. Młody mężczyzna znów stał się niezwykle czujny. Stał z pochylonymi ramionami, spięty i niespokojny. Jego bystre oczy nieustannie przesuwały się od O`Neilla do Reynoldsa i z powrotem. Przełykał nerwowo ślinę. Jack szybko podniósł ręce w uspokajającym geście.
- Słuchaj, bardzo potrzebujemy twojej pomocy. Tam w kopalni uwięzieni zostali ludzie z mojego zespołu. Moi przyjaciele. Chcielibyśmy się do nich dostać. Zastanawiamy się, czy reszta korytarzy również posiada szyby wentylacyjne podobne do tego, przez który się wydostaliśmy? Moglibyśmy je wykorzystać, by zejść i ich odnaleźć.
- To możliwe. Tych otworów jest kilka w obrębie całej kopalni. - Tubylec poczuł się trochę pewniej za sprawą Daniela, który również do nich dołączył. - Jeden z nich ma początek w korytarzu poprzedzającym podziemną grotę. Jeżeli ten odcinek nie został całkowicie zasypany, wasz plan ma szansę powodzenia. Jednak samo zejście w dół będzie ogromnym ryzykiem.
- Mamy odpowiedni sprzęt. - O`Neill uśmiechnął się szeroko. - Wskażesz nam to miejsce?
- A co z pozostałymi? Co z doktorem Nowakiem? - Azu patrzył Jackowi prosto w oczy i w tym momencie pułkownik już miał absolutną pewność, że chłopak jest całkowicie po ich stronie. Te oczy nie mogły kłamać. Było w nich tyle strachu i poczucia winy. I niemej prośby o pomoc.
- Reynolds? Co ty na to?
- Podzielimy się na dwie grupy. Jedna pozostanie tutaj i spróbuje wyciągnąć Carter i Teal`ca z kopalni. Pozostali wyruszą w góry, by odszukać porwanych naukowców. Chciałbym, żebyś nas poprowadził. Jeśli oczywiście możesz. Z pomocą kogoś, kto dobrze zna okolicę, mamy o wiele większe szanse na ocalenie wszystkich.
- Czy ukarzecie mój lud za czyn, którego się dopuścił? - Azu toczył wewnętrzną walkę. Chciał uratować przyjaciela, a jednocześnie bał się o współplemieńców. - Czy pragniecie zemsty? Nie wszyscy z nas są posłuszni szamanom. Wielu, tak jak ja, wierzy, że mówicie prawdę. Że przybyliście tu jedynie w celach naukowych. Że nie zamierzaliście nas zniewolić.
- Nie zamierzaliśmy i w dalszym ciągu nie zamierzamy. – O`Neill zerknął porozumiewawczo na drugiego pułkownika. - Obiecuję ci, że nie będziemy się mścić. Prawda Reynolds? Odnajdziemy jaskinie, uwolnimy zakładników i postaramy się, żeby nikt więcej już nie zginął. Czy to jasne?
- Tak jest. - Wymruczał Reynolds.- A jeśli nas zaatakują?
- Obronimy się, ale bez rozlewu krwi. To rozkaz! - Jack poczuł nagle, że robi mu się gorąco. W oczach pociemniało a na czole wystąpiły mu kropelki potu. Zachwiał się i upadł na jedno kolano. Stojący obok Daniel zdążył złapać go za łokieć.
- Tam do licha! - Reynolds gestem przywołał do nich sanitariusza. - Nie widzisz w jakim jesteś stanie?
- Już ci powiedziałem… Nie wracam bez moich ludzi… - Hardo uniósł brodę, choć w głowie mu wirowało. Cholera, upływ krwi zrobił jednak swoje. Był słaby jak dziecko.
- Jack, on chyba ma rację. - Jackson kucał koło przyjaciela. - Ja pójdę z nimi. Spróbuję porozmawiać z szamanami. Może przemówię im do rozsądku. Dopilnuję, by nikt niepotrzebnie nie ucierpiał. Ale ty nie możesz z nami iść. Po prostu nie dasz rady. A poza tym będziesz nas spowalniał. Proszę Jack, pozwól sobie pomóc.
- Uh… - O`Neill przecząco pokręcił głową. Uniósł obie ręce do twarzy. Pocierał nimi czoło. Kto jak kto, ale on był wyjątkowo uparty.
- Sir! - Sanitariusz już pochylał się nad Jackiem. - Nie Wyrażam zgody na pański udział w poszukiwaniach. Stracił pan zbyt dużo krwi. W każdej chwili może pan wpaść we wstrząs. Jeżeli nie chce pan wracać już teraz do SGC, sugeruję, by pozostał pan w obozie. Będę miał na pana oko.
- Dosyć gadania, tracimy tylko czas. - Reynolds naprawdę się zdenerwował. – Ten wulkan wygląda cholernie niebezpiecznie. Jack, zostajesz w obozie. Doktorze Jackson, Azu zbieramy się. SG 12 spróbuje dostać się do kopalni. Jak tylko Azu wskaże im położenie wylotu szybu wentylacyjnego, ruszamy na poszukiwanie jaskini, w których schronili się mieszkańcy planety. Jeśli szczęście nam dopisze wrócimy wszyscy razem. Nie zmienię zdania Jack!
O`Neill zwiesił głowę zrezygnowany i zaniechał dalszych dyskusji. Wiedział, że mieli rację, choć bardzo mu się to nie podobało.
Z pomocą Daniela i sanitariusza stanął na drżące nogi. Oparł się na ramieniu młodego majora. Wcale już nie był pewien swoich sił.
- Tak jest pułkowniku. - mruknął.
Reynolds ponownie szybko zasalutował i odwrócił się na pięcie, by odmaszerować. Archeolog poklepał Jacka po plecach i razem z Azu ruszyli za SG 3.
- Nie waż mi się umierać na tej przeklętej planecie, Jack! – Krzyknął jeszcze na odchodnym. - Zobaczysz, będzie dobrze!
- Aha… - O`Neill patrzył na plecy oddalających się mężczyzn. Czuł się całkowicie bezradny. Tego właśnie najbardziej nie znosił. Nic nie robić. Czekać bezczynnie, aż inni odwalą robotę.
- Sir… - Major cierpliwie czekał . Jack zmusił ciało do działania i pozwolił sanitariuszowi poprowadzić się w stronę baraków.

O`Neill siedział już wygodnie na pryczy i popijał wodę. Było gorąco jak w piekle, nawet pomimo pootwieranych wszystkich możliwych drzwi i okien. Zespół medyczny szybko się z nim uwinął. Zranione ramię spoczywało teraz na temblaku, rana na głowie została zeszyta i zabezpieczona opatrunkiem. W spoczywający na materacu nadgarstek wbity miał plastikowy wenflon, przez który podano mu antybiotyk a teraz wolno sączyła się kroplówka. Pułkownik Reynolds zameldował jakiś czas temu, że znaleźli otwór, przez który najprawdopodobniej mogą dostać się do wnętrza góry. Drużyny rozdzieliły się. Podczas, gdy SG 12 przygotowywało sprzęt do wspinaczki, drużyna Reynoldsa skierowała się w stronę majaczących w oddali gór. Mieli do przejścia solidny kawałek drogi. Wulkan znów dał o sobie znać. Zatrząsł się, lecz tym razem łagodnie. Drobinki popiołu powoli spływały spod nieba i osadzały się na wszystkich płaszczyznach na zewnątrz. Odstawił wodę na stolik i przysłuchiwał się rozmawiającym na korytarzu sanitariuszom. Mężczyźni byli wyraźnie wstrząśnięci, gdy zbadali ciała martwych żołnierzy i zrozumieli w jakich okolicznościach zginęli. Ciała zostały już zapakowane w czarne, plastikowe worki i odesłane na Ziemię. Zespół medyczny czekał teraz na kolejne wiadomości o zaginionych. Jack sięgnął po krótkofalówkę.
- SG 12 raport? - Spytał po raz kolejny.
- Sir, pułkownik Tucker i major Bullows wciąż przebywają w szczelinie. Utrzymujemy z nimi stały kontakt. Jest bardzo mało miejsca, ale wciąż przemieszczają się w dół. Podejrzewamy, że za chwilę sygnał radiowy zostanie zagłuszony przez ściany tunelu.
- Dziękuję poruczniku. - Odłożył krótkofalówkę i przeczesał palcami siwiejące już włosy. Skrzywi się, gdy ręka mimowolnie powędrowała za daleko i uraził dopiero co zszytą ranę. Czas dłużył się niemiłosiernie. Minuty wlokły się jedna za drugą. Nie mógł nawet wstać, bo uwiązany był do tej przeklętej kroplówki a ciągnięcie stojaka za sobą, wydawało mu się śmieszne. Niemal podskoczył, gdy radio zatrzeszczało i z głośnika rozległ się zdyszany głos pułkownika Tuckera.
- Pułkowniku O`Neill Odbiór!
- O`Neill, słucham…
-Złe wieści sir. Część korytarza, do którego prowadzi ten właz jest odcięta od reszty. Nie znaleźliśmy major Carter ani Teal`ca. Być może udało im się przedostać jeszcze bliżej wyjścia. W takim przypadku moglibyśmy spróbować usunąć tarasujące przejście głazy. Ale to nie wszystko…
- Mów! - Warknął zniecierpliwiony.
- Pułkowniku, korytarz wypełniają wydostające się z wnętrza wulkanu gazy. Nie jestem pewien jakie dokładnie, ale na z całą pewnością są trujące. Jeśli pani major i Teal`c przebywali zbyt długo pod ich wpływem… - Nie dokończył, ale wcale nie musiał. Jack zerwał się gwałtownie na nogi. Zatoczył się i chwycił za oparcie łóżka.
- Jasna cholera! Też czułem, że coś tam śmierdziało! Pułkowniku, proszę natychmiast udać się do wejścia i rozpocząć odgruzowywanie. Za chwilę do was dołączę!
- Ale sir…
- Bez dyskusji Tucker! Panowie! - Krzyknął w stronę zespołu medycznego. Żołnierze już wpadli do pomieszczenia zaalarmowani jego podniesionym głosem. - Odepnijcie mnie. Za chwilę będziecie mieć pełne ręce roboty.




C.D.N.

Użytkownik cooky edytował ten post 21.05.2011 - |17:50|

  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche





Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych