**************************************************************************************************************************************************************
UTRATA
część I
-Aktywacja z zewnątrz!- poinformował Chuck, kiedy John wszedł do pomieszczenia kontrolnego wrót. Technik spojrzał na laptop, po czym dodał.- To kod majora Lorne.
-Atlantyda wracamy pod ostrzałem, dr Weird została postrzelona. Holfed nie żyje. Przepuście nas.
-Opuścić przesłonę i wezwać Becketta.- odparł pułkownik, a następnie zbiegł po schodach do wrót. Tymczasem przez horyzont zdarzeń przeszło kilka strzałów oraz major Lorne i jego drużyna. – Co się stało?
-Geni nas zaatakowali…- wytłumaczył kilka sekund później, kiedy sytuacja została opanowana, a wrota zamknięte.
John jednak go nie słuchał, wpatrywał się w porucznika, którego nie znał ani z imienia, ani z nazwiska. Na rękach niósł nieprzytomną Elizabeth, która się wykrwawiała. W tym momencie, do pomieszczenia wbiegła ekipa medyczna. Becket kazał położyć nieprzytomną kobietę na noszach. John przepchał się przez wojskowych, by dojść do swojej szefowej, jednak lekarz odsunął go. Zabrał nieprzytomną kobietę na stój operacyjny do ambulatorium.
-Sir? – zawołał go jakiś głos, pułkownik obrócił się. Nie wiedział co robić. Za nim stała drużyna, która czekała na odprawę, a Elizabeth… Nie chciał o tym myśleć. Teraz musiał zając się Atlantydą.
-Odprawa za trzy godziny. Możecie odmaszerować majorze.- odparł. Drużyna numer dwa zasalutowała przed nim, a następnie udali się pod prysznice. John rozglądnął się, a następnie skierował się do ambulatorium. Musiał dowiedzieć się co z Elizabeth.
Przebiegł, najszybciej jak potrafił, odległość z pomieszczenia wrót do ambulatorium. Kiedy przybył na miejsce, Beckett i kilka pielęgniarek zajmowało się nieprzytomną Elizabeth. John próbował podejść bliżej stołu operacyjnego, jednak ktoś wyrzucił go za przeźroczystą zasłonę i kazał nie przeszkadzać. Odsunął się wiec na bezpieczną odległość, aby mieć wzgląd na pracę lekarzy. Oparł się o ścianę i osunął na podłogę. Starał się nie myśleć o tym, że ona leży kilka metrów dalej i walczy o życie. Starł się nie myśleć o niczym. Wpatrywał się w ścianę.
-Co z dr Weird?- usłyszał znajomy głos. Poniósł wzrok i ujrzał swoją Teylę.
-Nie wiem. Ciągle na stole operacyjnym.- odparł, w tym czasie do pomieszczenia wpadł Ronon i Rodney. Chuck musiał chyba ich poinformować przez radio o stanie Elizabeth.
-Dr Weird jest silna. Wyjdzie z tego.- pocieszył go Ronon, pomagając mu wstać.
John wymusił na sobie uśmiech i jeszcze raz spojrzał przez zasłonę na łóżko gdzie leżała jego szefowa. Nie zwracał uwagi co mówi reszta. Chciał być teraz przy niej, jakoś jej pomóc. Nie chciał jej tracić. Była jego najlepszą przyjaciółką, mimo iż od pewnego czasu łączyło ich także wspólne łóżko. Nie wiedział czy ona także odwzajemnia jego uczucia, ale z jego strony to było cos więcej niż przyjaźń, coś więcej niż tylko seks. Nie mógł jej teraz stracić, nie w taki sposób, nie kiedy byli ze sobą skłóceni. Kochał ją i chciał być z nią. Nigdy nie wyznał jej co czuł, nie wiedział dlaczego. Może bał się, że jego uczucie zmieni ich relacje. Przecież nie wiedział, czy ona czuje to samo. Sypiali ze sobą, fakt. Ale bardziej polegało to na uprawianiu seksu, niż miłości. A przecież ważne było, jak się wtedy czujesz, sama mu to kiedyś powiedziała. Ona była przywódcą ekspedycji, a on jej oficerem wojskowym i zastępcą. Ich związek był wbrew zasadom, wbrew IOA. Więc oboje stwierdzili, że nie mogą być razem, ale przecież byli dorośli i samotni. Dopóki nikt nie wiedział, dopóki było to tajemnicą, mogli swobodnie zaspokajać swoje potrzeby seksualne. Bez zbędnych uczuć. Jednak on żywił do niej uczucia, musiał je ukrywać, nie mógł sobie pozwolić na chwilę słabości, która mogłaby kosztować ją utratę pracy, Atlantydy, jej domu oraz jego degradację. I tak złamali już zbyt dużo zasad…
Nie zauważył nawet jak Teyla i Ronon wyprowadzili go z ambulatorium i skierowali do stołówki. Myślami cały czas był przy niej. Wtedy przypomniała mu się sytuacja z dzisiejszego poranka.
******
Elizabeth stanęła na balkonie, który był zakończeniem mostu dzielącego jej biuro od pomieszczania kontrolnego wrót. Obserwowała pułkownika i jego drużynę. Przygotowywali się do wyruszenia na kolejną misję. John odwrócił się i spojrzał w górę. Złapał kontakt wzrokowy z Elizabeth i uśmiechnął się. Kobieta zaczęła się powoli kierować w stronę schodów. Zrobiła kilka kroków stając na samej górze schodów.-John. Możemy chwilę porozmawiać? Prywatnie?- zapytała kierując się w jego kierunku.
-Teraz? Czy to nie może poczekać?- odparł, kiedy wrota otworzył horyzont zdarzeń.
-John to ważne. Muszę ci coś powiedzieć…
Nie chciał z nią rozmawiać, jeszcze nie teraz. Nie miał ochoty znowu wracać do ich ostatniej rozmowy, kiedy to zignorował jej polecenie. Ich stosunki nadal były przez to napięte. A on nie chciał psuć sobie dnia jej oskarżeniami. Już wolał spędzić go w towarzystwie Rodney’a i jego docinek. Spojrzał na swoją drużynę, która czekała na jego decyzję. Dał im znak do wyruszenia przez wrota, a następnie spojrzał na schodzącą po schodach szefową.
-Porozmawiamy jutro, chyba, że ty i Lorne wrócicie jeszcze dzisiaj z M8Z 574.
Nie odpowiedziała, wymusiła tylko na sobie uśmiech po czym odprowadziła go wzrokiem do wrót.
-Uważaj na siebie.- powiedziała szeptem, jednak John zanim zniknął za błękitnym horyzontem zdarzeń usłyszał ją. Uśmiechnął się do siebie. „ Zawsze zmartwiona.” Wrota zamknęły się.
******
Chciał mu coś powiedzieć, a on jej nie pozwolił. Myśl o tym, że mógł już nigdy się nie dowiedzieć co chciał mu przekazać, usłyszeć jej głosu, czy zobaczyć jak się śmieje z jego żartu, który opowiadał jej kilka razy z rzędu, przysporzyła go o skurcz żołądka. John odwrócił się od swoich przyjaciół i już chciał wrócić do ambulatorium, kiedy przed nim stanął McKay.
-Kirk, żadnej nie przepuścisz. Musiałeś uwieść nawet Elizabeth! Co myślałeś, że nie wiem!? Widziałem jak wymykasz się z jej kwater o czwartej nad ranem. A teraz ona leży w ambulatorium i umiera. To wszystko twoja wina.- syknął, a następnie minął go szturchając. John odwrócił się i złapał go za rękę.
-To co innego. Ona nie jest zwykłą dziewczyną…
-Masz rację.- przerwał mu.- To Elizabeth, moja przyjaciółka i szefowa ekspedycji. Nie pozwolę ci jej skrzywdzić…
-Rodney nie rozumiesz. Ja ją kocham!- odparł, jednak naukowiec posłał mu mordercze spojrzenie.
-Proszę cię.- powiedział wyrywając swoje ramię z jego uścisku, a następnie udał się do stolika, gdzie siedziała reszta drużyny.
TBC
Użytkownik Madi edytował ten post 24.01.2011 - |21:06|

Logowanie »
Rejestracja







