Skocz do zawartości

Zdjęcie

The Darkness


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
35 odpowiedzi w tym temacie

#1 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 24.02.2010 - |21:04|

To mój pierwszy fanfick SGA. W końcu udało mi się coś wymyślić (tak dokładniej to wczoraj dopadła mnie wena twórcza).
Jeśli bedzie się podobać to dopiszę drugą część.



Malez obudził się w ciemnym pomieszczeniu. Nie widział nawet czubka swojego nosa. Jedyne co pamiętał to to, że tuż przed przejściem przez wrota został ogłuszony jakimś metalowym narzędziem. Miał mdłości i zawroty głowy.
Gdzieś zza ściany dobiegła do niego przyciszona rozmowa dwóch osób:

-Co my z nim zrobimy?! Nie przemyślałeś dokładnie tego co ci powiedziałam! Dlaczego mnie nie słuchałeś?! Osokunie Jaśnie Panie Idioto!

-Merlay, po pierwsze nie nazywaj mnie idiotą! Po drugie on przecież może nam się przydać. Możemy dostać pieniądze, broń... Czego tylko zapragniemy! W końcu jego ojciec jest królem Gorii!

-Ale przecież ta planeta jest sojusznikiem Atlantydy. Gdy tylko zostaną powiadomieni postanowią go odbić!

-Posłuchaj, nikt nie znajdzie nas na tej małej, zacofanej planecie. Będą myśleli, że ukryliśmy się na Bancyrze. Zresztą mam swoich informatorów. Gdy ludzie z Atlantydy zaczną go szukać na pewno moje wtyki nas o tym poinformują. Zresztą kto powiedział, że nie mam planu B.

-A jaki jest twój plan B?-zapytała go z ironią w głosie Merlay.

-Otóż uciekniemy na Tallenę. Mam tam znajomych, którzy mają wobec mnie ogromny dług. Mogą nawet poświęcić życie, tylko po to aby go spłacić. Takie są u nich zasady-odpowiedział Osokun.

-Są nadzwyczaj słowni.

-I to jeszcze jak.

-No dobrze, niech ci będzie. Lepiej już skończmy tę rozmowę.

-Jak chcesz. Ja się zajmę więźniem.

Ogromne drzwi otworzyły się z hukiem i piskiem wzmagając dodatkowo migrenę Maleza. Miał on teraz okazję przyjrzenia się całemu pomieszczeniu, a także swojemu porywaczowi. Ściany wyglądały jakby zostały zrobione do jakiegoś wojskowego bunkra. Podłoga była wilgotna, a bijące od niej zimno wywoływało dreszcze w ciele Maleza. W pokoju dominowała szarość i słychać było krople spadające z rynny. Można więc było wywnioskować,że przed jego przebudzeniem padał deszcz. Porywacz miał ostre i charakterystyczne rysy twarzy. Patrzył na Maleza podejrzliwie prawie czarnymi oczami, które znajdowały się tuż nad jego orlim nosem. Ciemna cera idealnie pasowała do kruczoczarnej burzy włosów, a jego postawa ujawniała dużą pewność siebie. W prawej ręce trzymał dzban z wodą. Wtedy podszedł do Maleza i wlał całą zawartość do ust, sprawiając, że ten o mało co się nie zakrztusił.

-Na razie będziesz żył. Jednak jeśli nie dostaniemy pieniędzy, zginiesz.-Osokun powiedział szyderczym tonem.



KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Użytkownik igut214 edytował ten post 28.04.2010 - |19:27|

  • 1
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#2 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 25.02.2010 - |10:24|

Jak dla mnie bardzo dobre. Troche krótkie ale fajne :rolleyes:
  • 2

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#3 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 25.02.2010 - |10:27|

To fajnie :)
  • 0
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#4 Valedictory

Valedictory

    Szeregowy

  • Użytkownik
  • 1 postów

Napisano 17.03.2010 - |19:45|

Fick dobrze napisany, zdania ładnie łączą się ze spobą. Przejścia są bardzo płynne.
"The Darkness" czyta się łatwo i sadzę, że jeszcze kilka części, a większośc forumowiczów uzależni się od tego opowiadania.
Jak na pierwszy fanfic poszło ci bardzo dobrze - udany debiut.



Jedna rzecz mi się jednak nie podobała.



-Co my z nim zrobimy?! Nie przemyślałeś dokładnie tego co ci powiedziałam! Dlaczego mnie nie słuchałeś?! Osokunie Jaśnie Panie Idioto!(Merlay)

-Merlay, po pierwsze nie nazywaj mnie idiotą! Po drugie on przecież może nam się przydać. Możemy dostać pieniądze, broń... Czego tylko zapragniemy! W końcu jego ojciec jest królem Gorii!(Osokun)

et cetera, et cetera.


Nie wygląda to estetycznie, a nie jest trudno domyslić się kto mówi - zwracają się do siebie przecież po imieniu. Zawsze lepiej zostawić pewną dozę tajemniczości.

Reasumując... Ciekawe opowiadanie Iguś, potrafi wciągnąć.
Pisz dalej, jestem pewna że z każdą częścią, z kazdym opowiadaniem, miniaturką czy nawet drabblem będzie coraz lepiej.



Pozdrawiam Cię,
Valedictory (czyt. Twoja Gosia)
;)




Post Scriptum. Pamiętaj, że odpowiedzi typu "To, fajnie." sa offtopami i naprawdopodobniej zostaną skasowane przez moderatorów (tak się przynajmniej dzieje na innych forach).

PS2. Odbierz ode mnie prywatna wiadomośc na Mirrel, parówo!

Użytkownik Valedictory edytował ten post 17.03.2010 - |19:47|

  • 1

#5 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 28.04.2010 - |19:25|

Długo nie pisałam, ale wkrótce postaram się napisać ciąg dalszy i go tu wkleję :rolleyes:
pozdrawiam ;)
  • 0
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#6 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 03.10.2010 - |20:26|

mówię wam ciężko mi pisać
normalnie zabrakło mi weny twórczej!
  • 0
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#7 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 03.11.2010 - |22:06|

buahahaha
mam już drugą część i zaczątek trzeciej, ale jest w tym tyle błędów, że strach czytać.
muszę jeszcze nanieść poprawki.
Druga część jest dłuższa niż pierwsza :)!

Pierwsza część fanfica w zeszycie zajęła mi dwie pełne strony i to pisane bardzo ściśle. Jak tylko tyle wyszło na stronie , to trzeba przyznać, że byłam tym trochę zdziwiona. Mogę zdradzić, że w kolejnej części będzie więcej Johna i pojawi się ktoś nowy. ;)
  • 0
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#8 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 04.11.2010 - |20:14|

Akurat moja druga część jest sprawdzana. Za niedługo się ukaże :)
  • 0
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#9 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 12.12.2010 - |17:27|

kolejne części opowiadania na tej stronie: :)
http://the-darkness-sga.blog.onet.pl/
  • 0
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#10 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 22.01.2011 - |20:04|

1. Prośba.

--John--



- Niezapowiedziana aktywacja wrót - usłyszałem głos Amelii.

- Włączyć przesłonę - powiedział Woolsey.

- Odbieram kod Gorian.

- Wyłączyć przesłonę.

Ostatnio Gorianie bardzo często nas odwiedzali. Prowadziliśmy negocjacje dotyczące przyszłorocznych żniw. Ową rośliną uprawianą przez nich była jakaś dziwna odmiana kukurydzy z tym, że różniła się od niej kolorem ziaren. Zamiast żółtych były one czerwone. Rodney uwielbiał się nimi zajadać. Wyglądał dosłownie jak mały prosiaczek zjadając całą porcję ze swego talerza. Mało tego - niewiele brakowało, a jeszcze wylizałby naczynie jak jakiś pies. Naprawdę przekomiczny widok. Gdy tylko zwracałem mu grzecznie na to uwagę, strasznie się obrażał i żądał ode mnie przeprosin. Ech, on i te jego pretensje.

Zobaczyłem jak król Gorian wraz ze strażą przechodzi przez wrota. Ten wyglądał na zdenerwowanego i smutnego. Był to krępy, wysoki mężczyzna z lekko siwiejącym zarostem. Jego oczy wyrażały ból i desperację, tak jakby właśnie zmarł mu ktoś z rodziny. Jak się okazało, sytuacja była znacznie gorsza.

- Witamy na Atlantydzie lordzie Oling. Co pana do nas sprowadza? - zaczął Woolsey.

- Potrzebuję pomocy Atlantydy. Jesteśmy przecież sojusznikami - powiedział Oling.

- Owszem jesteśmy. Do czego potrzebna ci nasza pomoc?

- Ktoś porwał mojego syna Maleza. Sądzę, że porywacze będą chcieli dostać okup. Chciałbym abyście pomogli nam w odbiciu go. To naprawdę uczciwy młodzieniec. Nie biesiaduje z kompanami, tylko chce się uczyć zarządzania...

- Dobrze, dobrze - odparł Woolsey przerywając męczący wywód. - Przemyślę to.

Wtedy wciąłem się w ich pogawędkę:

- Dr Woolsey, to nasi sojusznicy. Sądzę, że powinien pan pomóc lordowi Olingowi i jego ludowi. W końcu Malez to przyszły następca tronu.

- Dostarczają nam też jedzenie - dodałem szeptem. Naprawdę utrata takiej rozrywki, jaką stwarzał dla mnie McKay jedzący te ziarna, byłoby smutne.

- Dobrze - powiedział Woolsey. - Postaram się pomóc.

- Dziękuję doktorze - odpowiedział mu Oling.

- Proszę przejdźmy do mojego gabinetu.

Wtedy ja, lord Oling i sześciu jego ochroniarzy podążyliśmy za Richardem.

Z daleka przyglądałam nam się dr Joanna Szewczyk. Jej niemal czarne oczy uważnie badały każdy mój ruch. Od kiedy dołączyła do ekspedycji traktowała mne z wyraźną wrogością. Jednak właśnie to mnie w niej tak intrygowało. W dodatku była niczego sobie: jej mleczna cera tworzyła ciekawy kontrast z długimi do pasa czarnymi włosami. Mogła się także pochwalić szczupłą sylwetką. Była ona neurochirurgiem i podwładną Jennifer Keller, co wyraźnie jej nie pasowało. Jednak poświęcała się po to aby leczyć w przyszłości wraith lub innego kosmitę. I tak zawsze trafiała na leczenie bzsenności i przemęczenia pracą. Było mi jej trochę żal, bo liczyła na przygodę, a tutaj dostawała same rozczarowania. Kto by pomyślał: tak mała osóbka może być najbardziej wygadaną i aspołeczną osobą. Była jak york - im mniejszy tym głośniej szczeka.

Gdy wyszedłem z gabinetu Woolseya spotkałem ją w messie.

- Cześć! Mogę się przysiąść? - zapytałem z nadzieją na rozmowę. Pewnie i tak męczyłbym ją o to nawet w ambulatorium.

- Jeśli musisz - odpowiedziała z niechęcią w głosie. Widocznie moja obecność nie szła jej na rękę. Dzisiaj była bardziej oziębła niż zwykle. Naprawdę trudno było ją rozgryźć. Zazwyczaj była twarda i nie okazywała uczuć innych niż agresja wobec wszystkiego co żyje. Jedynie z Teylą wykazywała coś co wyglądało jak przyjaźń. Inne osoby średnio ją interesowały, chyba, że były jej potrzebne (postawa podobna do wraith - potrzebny - niepotrzebny). Czasami miewała jednak przebłyski wrażliwości. Trwały one zazwyczaj nie więcej niż minutę. Stawała się wtedy wrażliwa i delikatna. Zdarzało się to rzadko, a jednak było warte zachodu. Zapewne przy Teyli bardziej się otwierała. Myślę, że była malutką myszką schowaną za maską twardej, rezolutnej pani doktor zajmującej się tylko rzeczywistością.

- Widziałem cię w sali wrót. Czemu tak mi się przyglądałaś?

- A czemu ty patrzyłeś w moją stronę? Wcale nie musiałeś tego robić - zaatakowała mnie.

- Więc przyznajesz się!

- No co ty? Patrzeć na ciebie? Mam ciekawsze rzeczy do roboty - odpowiedziała z pogardą w głosie.

-Ale to właśnie robiłaś. Czułem na sobie twój wzrok. Uważnie badałaś każdy mój ruch - drążyłem temat. Widziałem jak kończy swój lunch w pośpiechu.

- Skończyłam. Traz daj mi spokój. Muszę wracać do ambulatorium - powiedziała.

Nie dała mi nawet dojść d słowa. Po prostu wyszła z messy i tyle ją widziałem.



Tak naprawdę to to jest dopiero część pierwsza.

2. Informacje.

--Joanna--



Wracając z messy, wstąpiłam do ambulatorium. Znowu Zelenka nabił sobie siniaka i muszę go opatrzyć. Ostatnio bardzo często mnie odwiedzał. Mam go już dość, ale on nie odpuszcza. Myślę, że to raczej nie przez tę jego pierdołowatość, ale z innego powodu. On się we mnie podkochuje - wszyscy mi to mówią. Ja go osobiście nie znoszę i najchętniej udusiłabym go gołymi rękami. Oczywiście miał okazję i od razu wyruszył na wyprawę do mnie po opatrunek.

Gdy weszłam do ambulatorium Zelenka już czekał i oczywiście chciał jakoś zagadać. Bał się jednak, że go zbesztam za to, że znowu coś ode mnie chce. I słusznie. To było widać z wyrazu jego twarzy.

- Doktor Szewczyk, czy poszłabyś ze mną do Sali Wrót, by dowiedzieć się czegoś o tym porwaniu? - zapytał niepewnie.

- Przecież jesteś naukowcem i takie wojskowe sprawy nie powinny cię zbytnio obchodzić.

- To, że jestem naukowcem nie oznacza, że nie interesuje mnie nic poza mną.

- Dobrze to ująłeś.

- Hej! Nie jestem samolubny!

- Tak? To posłuchaj tego co mówisz.

- Wiesz co, to ty jesteś samolubna. Zostawię cię z twoim wielkim ego, żebyś mogła z nim pogadać.

- Phi, mam to gdzieś - dodałam szeptem.

Zelenka wyszedł z ambulatorium, a ja zostałam sama ze swoimi myślami. Ja samolubna? Chociaż czasami potrafię taka być. Taaa, wyciągnęła nóż i zaczęła nim celować w Radka, a on krzycząc w niebogłosy uciekał szybko. Zaiste - jestem samolubna. Ach, jak te fantazje mogą człowiekowi poprawić humor. Naprawdę wyciągnęłam nóż i zaczęłam się nim bawić, ale zostawiłam Radka w spokoju. Nie mam ochoty na kolejną skargę z jego strony. Wszyscy wiedzą, że jestem niebezpieczna, ale lepiej żeby mnie nie zwolnili z tego powodu. Całkiem dobrze mi płacą. O, a Radek zaczął uciekać... muszę przyznać, że jego mina jest bezcenna.



--John--



Myślałem o tym porwaniu, ale coraz częściej w moje myśli wkradała się powoli, cichuteńko Joanna. W końcu wypełniła cały mój umysł. Dwa dni temu słyszałem jej śpiew - o tak miała piękny głos, gdy śpiewała i nie naśmiewała się z innych ludzi. Taaa, długo się nie zgadzała, ale Teyla w końcu przekupiła ją ciasteczkami. Gdy wydobyła z siebie dźwięk, był o niezwykle ciepły i czysty. Zwabił nawet jednego wieloryba, ale Aśka strasznie się wnerwiła, że ktoś (a raczej coś) jej przeszkadza i uciekła z balkonu razem z ciastakami. Teyla powiedziała mi później, że miała nadzieję, że Aśka da jej przynajmniej jedno ciacho, ale niestety przeliczyła się. Kurcze, nie rozumiem jak można być aż tak wrednym. Była nawet gorsza od Rodneya, ale coś mnie do niej ciągnęło - coś czego nie rozumiałem. Cholera! Muszę ją zdobyć. Najbardziej lubię te trudne cele, do których zdobycia trzeba się wysilić.

Poszedłem do Sali Wrót. Byłem ciekaw jakichś nowinek. W końcu Atlantyda też a swoją "pocztę pantoflową".

- Amelio, czy są jakieś wieścina temat tego porwania - jak mu tam - Mazela?

- Nie Mazela tylko Maleza! Tak są już wiadomości. Otóż, dowiedziałam się od Susan, która wie to od Sary, która usłyszała to od Lorna, któremu powiedział to Woolsey. Oczywiście wszystko miało być tajemnicą, ale ty wiesz, że na Atlantydzie to pojęcie abstrakcyjne. Podobno Maleza ostatnio widziano na planecie MX-369 z ciemnym mężczyzną i jasną kobietą.

- Czyli, że facet był czarny czy jak?

- Czyli,że mężczyzna był śniady i miał czarne włosy, a kobieta była bladą blondynką. Znam już imię tego gościa: Osokun. Kompletnie nie rozumiem, jak rodzice mogli tak skrzywdzić własne dziecko. Ciekawa jestem jak ma na imię ta blondynka. Lepiej czy gorzej? Hmm... nie wiem. Może ten facet chce się w ten sposo zemścić na rodzicach albo... - Amelia chciała ciągnąć dalej, ale przerwałem jej. Dziś była strasznie gadatliwa. Chyba wpadła w dobry humor.

- Aha. Wiesz co, muszę lecieć. Dzięki za wszystko - odparłem i wyszedłem z Sali Wrót. Ciekawe czy Joannę zainteresują moje spostrzeżenia. Zacząłem jej szukać, gdy nagle z kimś się zderzyłem, nabijając przy tym guza sobie i staranowanej ofierze.

- Auć! Szlag by to! Potrzebuję lodu. John patrz jak chodzisz! - zbeształa mnie Aśka.

Od razu poznałem jej głos: pełen gniewu i nienawiści.

- Przepraszam - powiedziałem. - Szukałem cię i najwyraźniej nie musiałem się namęczyć.

- Tak ty nie, ale ja przez ciebie - podkreśliła słowa "ja" i "ciebie"- mam okropną śliwę, zobacz - pokazała mi dużego, fioletowego siniaka, który rzeczywiście przypominał śliwkę. Znajdował się on tuż przy łokciu. Brr, jakie ona musiała mieć teraz prądy. Jak to wytrzymuje? Jest bóloodporna czy co? - Piękny, prawda? Idealnie pasuje do mojej ciemno-fioletowej bluzki, którą mam w walizce!

Jej wypowiedź pluła ironią i nienawiścią na kilometr. Nawet Ronon gdzieś uciekł. O, widzę go - schował sie za Lornem. Chyba było im mnie żal. Coś mi się wydaje, że Joanna ma w sobie za dużo złości. Chyba za bardzo się się stresuje, chociaż... nie - ona i tak ma wszystko gdzieś, byleby jej płacili.

- Idę do ambulatorium po lód, a ty trzymaj się ode mnie z daleka, bo znowu na mnie wpadniesz! Pa pa! - pożegnała mnie ostro i poszła w cholerę. Lepiej zostawię ją samą. Wiele razy widziałem, jak bawiła się nożami w obecności osób, których szczerze nie lubiła. Teraz pewnie też miała ochotę rzucić mi nożem w plecy - i to dosłownie, ale najwyraźniej przeszkadzała jej w tym prawa ręka. Jakie szczęście, że Joanna jest prawo-ręczna, bo chyba nie umie dobrze celować lewą ręką, prawda?



--Joanna--



Taaa, siedziała na łóżku, opierając się o ścianę i przykładając sobie lód do ręki. "Kur**" - przeklęła - "Jak boli!". Dobra, kończę już mówić o sobie w trzeciej osobie, chociaż uważam, że jest to cechą geniuszów. Przez tego siniaka nie będę mogła rzucać nożami w Zelenkę przez tydzień! Taaa - ona i te jej rzeźnickie zapędy. Pewnie najchętniej pokroiłaby krowę! Ech, chyba trochę przesadziłam. Pokroiłabym co najwyżej kurczaka, upiekłabym go na grillu, a na zakąskę zjadłabym kanapkę z serem pleśniowym. Ach, kocham sery. Jak to dobrze, że ci obcokrajowcy nie rozumieją tego co mówię po polsku. Przynajmniej mogę gadać do siebie, a oni niczego się o mnie nie dowiedzą. No może poza tym, że jestem wariatką, bo kto normalny mówi sam do siebie. Zaraz, przecież już wiedzą, że jestem świrem. Aaa, no to niczego innego już się o mnie nie dowiedzą.

3. Koszmar.

--Joanna--



Po 6:00 obudziłam się z krzykiem. Nie mogłam spać tej nocy. Miałam straszne koszmary i wizje. Budziłam się na jakimś stole operacyjnym, a nade mną stał jakiś przebrzydły Wraith i coś mi wstrzykiwał. Okropnie bolało. Byłam przerażona i krzyczałam z bólu, bo nigdy nie lubiłam zastrzyków. Zazwyczaj nie przejmowałam się snami, ale teraz zastanawiałam się, co może on oznaczać. Wpadnę w ręce Wraith, a może to jakaś bujda? Ale zaraz, zaraz... nigdy w życiu nie widziałam widma - nawet jego zdjęcia, a już tymbardziej na żywo, ale ten ze snu wydawał się tak realistyczny, zaczęłam się ich bać. Jak dotąd myślałam, że to tylko chore psychicznie zmutowane wampiry, które trzeba leczyć antydepresantami. Postanowiłam, że odwiedzę dziś psychologa (tak, wiem jak to wygląda, ale naprawdę się bałam), lecz na początek muszę się wyspać. Nie mam ochoty na szpikowanie się kofeiną.



***



Spacerowałam pośród oszronionych drzew uginających się pod ciężarem śniegu w moją stronę, jakby chciały mnie uwięzić, schwytać. Panował mróz, jednak nie było mi zimno, a byłam ubrana tylko w moją żółtą koszulę nocną. Miałam bose stopy, stąpałam po czystym lodzie, ale mimo to nie ślizgałam się ani nie czułam zimna, raczej coś jak delikatne ciepło. Pod drzewami leżał 20-centymetrowy śnieg. Gdy skręciłam w prawo zobaczyłam Wraith ze snu. Był on strasznie wysoki - miał tak ze dwa metry, a może nawet więcej. Na twarzy zobaczyć można było wystające kości policzkowe, wyłupiaste oczy, duży nos i wąskie usta wykrzywiające się w złowrogim grymasie, mającym chyba przypominać uśmiech. Nie był to jednak miły uśmiech. Bardziej przypominał uśmiech typu: "będziesz mi smakować". Brr, okropność. Zaczęłam zawracać, ale okrążył mnie tuzin jego kopii. Nagle rozbolała mnie głowa, słyszałam głosy w moim umyśle, myślałam, że zaraz wybuchnę. Nogi miałam jak z waty, więc upadłam na lód, ale tym razem był tak zimny, że piekła mnie skóra w miejscach, gdzie go dotknęła. Głosy połączyły się w jeden dudniący huk mówiący: "Zaiste umrzesz. Powiadam ci, nie będzie ratunku, moja pani się odrodzi, ta która opiekowała się tymi, którzy spali." Zaczął śmiać się demonicznym śmiechem. Nagle wszytsko ucichło, ból zelżał, a widok przesłoniła mi mgła. Nastała ciemność.



***



Obudziłam się zlana potem, kapał mi nawet na powieki. Sprawdziłam godzinę i stwierdziłam, że jest 10:30. "Cholera! Jestem spóźniona!". Wstałam, wzięłam szybki prysznic, nałożyłam na siebie mundur Atlantydy, rozczesałam włosy i wybiegłam z kwatery. Czasami naprawdę zadziwia mnie moja szybkość i zwinność. Gdy wbiegłam do ambulatorium, wszyscy dziwnie się na mnie patrzyli.

- No co?! Pierwszy raz w życiu zaspałam, więc nie gapcie się tak na mnie, ok.

- Nie o to chodzi - odezwała się jedna z pielęgniarek. - Ty masz na sobie różowe kapcie.

Zarumieniłam się ze wstydu. Popatrzyłam w dół i to co zobaczyłam, wstrząsneło mną. Rzeczywiście miałam na sobie różowe, puchate kapcie z jednookimi królikami, które piszczały przy każdym kroku. Wcześniej tego nie zauważyłam, bo byłam zbyt zajęta biegiem.

- Przepraszam na chwilę.

Gdy tym razem wybiegłam z ambulatorium, słyszałam za sobą śmiechy, najwyraźniej uznali, że już ich nie usłyszę. Zemsta będzie słodka, ale pomyślę o niej później. Teraz muszę zmienić buty i zwolnić się z pracy - mam jeszcze miesiąc płatnego urlopu, więc mogę sobie poużywać.

Poszłam do pani psycholog. Tak właściwie to jej nie znam, ale muszę z kimś o tym porozmawiać - z kimś kto zna sie na snach. Taaa, równie dobrze mogła pójść do wróżki, ale nie zniży się do tego typu rzeczy.

- Dzieńdobry - zaczęłam po angielskiemu, bo się inaczej nie dogadam. A szkoda, nie znoszę tego języka.

- Witam - odezwała się psycholog. - Nazywam się dr Mary Watson. Co cię do mnie sprowadza?

- Dr Joanna Szewczyk. To dla mnie dość wstydliwa sprawa. - Kurcze, czemu zawsze tak się denerwuję przy psychologach?!

- Nikomu nie powiem. A tak przy okazji to pani imię to Dżoana?

- Nie! Wymawia się je Joanna! Później poćwiczy pani wymowę, a teraz proszę mnie posłuchać. Miałam dziś bardzo niepokojący koszmar - zaczęłam tymi słowami. Gdy skończyłam Mary zaczęła:

- Hmm. Ciekawe. Podobno widma mogą porozumiewać się telepatycznie. Może to jakiś przekaz myślowy...

- Taa, jasne.

- Przecież Michael skontaktował się z Teylą.

- Ale ona ma w sobie DNA widm, a Wraith nie mogą porozumieć się ze zwykłym człowiekiem za pomocą myśli.

- Chciałam pomóc.

- Coś ci nie wyszło.

- Hmm. A tak z innej beczki, to mogę także pomóc w innych sprawach. Jestem psychoterapeutka. Może chciałaby pani porozmawiać o swoim dzieciństwie?

- Wolę nie.

- Dlaczego? Czy stało się coś o czym nie chce mi pani powiedzieć?

- Nie. Po prostu nie lubię tego tematu.

Tak naprawdę to nie chciałam o tym rozmawiać, gdyż moje dzieciństwo nie było wesołe. Otóż tuż po urodzeniu zostałam podrzucona do szpitala, miałam przyczepioną karteczkę z imieniem i nazwiskiem. Policja nie odnalazła mojej matki. Do 10 roku życia wychowywano mnie w Domu Dziecka. Potem kilka razy mnie adoptowano, ale zawsze wracałam z powrotem. Byłam trudnym dzieckiem i zawsze czułam się inna niż wszyscy. Szybciej się uczyłam, miałam lepsze wyniki w nauce niż moi rówieśnicy, a czasami nawet więcej niż niektórzy dorośli. Do tego mój charakterek każdego doprowadzał do szału. Dostałam się do świetnego liceum. Przeskoczyłam kilka klas, a potem na wymarzonych studiach na UJocie miałam najlepsze wyniki na roku. Studia skończylam w wieku 19 lat z 6 doktoratami i dwuletnim stażem. Potem pracowałam przez 3 lata jako specjalistka od neurochirurgii. Teraz mam 22 lata i od 2 miesięcy pracuję na Atlantydzie. Rodziców nigdy nie poznałam. Myślę, że gdyby wiedzieli gdzie teraz jestem, na pewno byliby ze mnie dumni. Wiele razy śnili mi się po nocach (właściwie to moje wyobrażenie o nich). Ciemnowłosa kobieta z ciemnymi oczami, niska (jakieś 165 cm), w dodatku bardzo ładna. Najdziwniejsze jest to, że miała na sobie ubranie starożytnej - takie jakie opisał mi niedawno Beckett, gdy po raz pierwszy uruchomił archiwum pradawnych. W dodatku wyobrażenie matki było praktycznie takie same, jak wygląd Morgany. Ojciec natomiast był bardzo jasnym blondynem (jego włosy były niemal białe) z zielonymi oczami, bardzo blady (miał taką cerę jak ja - niemalże wampirzą) i miał jakieś takie elfie uszy. No cóż, w każdym razie były strasznie szpiczaste, ale nie odstające - dokładnie takie jak moje. Był wysokim, przystojnym mężczyzną (180cm). Mówili mi: "Joanno, znajdź Atlantydę." Zawsze potem pojawiał się adres z ośmioma symbolami - symbolami Atlantydy. Właśnie to wezwanie skłoniło mnie do przyłączenia się do tej ekspedycji. Może jednak poznałam moich rodziców.

- Do widzenia. Dziękuję za wszystko.

Gdy wyszłam z "chorego pokoju", udałam się do messy, byłam niezmiernie głodna.

Szłam korytarzem, gdy nagle usłyszałam za sobą głos Johna:

- I co? Ręka sie zagoiła?

- Dla twojej wiadomości - jest z nią lepiej. Daj mi spokój!

- Hej! Zaczekaj! Mam dla ciebie propozycję.

- Jaką?

- Chciałbym żebyś uczestniczyła z nami w misji. Mamy kilka planet, na których może przebywać ten porwany. Pasowałoby sprawdzić każdą z nich.

- A na co jestem wam w takim razie potrzebna? Równie dobrze Keller mogłaby z wami polecieć.

- Chciałbym, żebyś to ty poszła, nie Jennifer. Zależy mi na tym.

Uśmiechnął się do mnie tym swoim czarującym uśmiechem, przez co zmiękły mi kolana. Zatkało mnie. Poczułam nagle napłym krwi do policzków i przeszedł po mnie przyjemny dreszcz. Serce zaczęło mi walić jak oszalałe. Jak to się stało?! Dalczego tak na to reaguję?! Nic nie rozumiem. Wpatrywałam się w te jego śliczne oczy. Dopiero teraz odkryłam ich orzechowy odcień. To jego ciepłe spojrzenie przenikało w głąb mojej duszy. Nie mogłam przestać się w nie wpatrywać, byłam jak zahipnotyzowana. Nie! To nie może być prawda! O nie! Motylki napłynęły mi do brzucha. Ledwo powstrzymałam płytki oddech, zaczęłam nerwowo przygryzać wargę.

- Z...zastanowię s...się - ledwo wydukałam.

- Dobrze. Chciałbym, żebyś jutro mi odpowiedziała.

Rozglądnęłam się dookoła. Nikogo nie było. Nagle John przybliżył się na mniej więcej 20cm od mojej twarzy (chociaż wydawało mi się, że mniej). Opiewałam wzrokiem to jego oczy, to jego usta. Jego wargi zaczęły się rozchylać i przybliżać, oczy delikatnie przymykać. Zamknęłam więc oczy i stałam tak w oczekiwaniu na pocałunek, gdy John nagle się odsunął, a jego usta były w odległości ok. 5cm.

- C...co r...robisz? - spytałam zdziwiona.

- Byłem ciekaw twojej reakcji i muszę przyznać, że mnie zaskoczyłaś - szepnął mi do ucha. Oddalił się i położył rękę na moim ramieniu, przebiegł mnie przyjemny dreszcz.

- Do jutra - pożegnał się i poszedł w głąb korytarza tak, że nie mogłam już go zobaczyć. Gdy ocknęłam się z tego pięknego snu, zrozumiałam swoją głupotę. Co za wstyd! Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Byłam na siebie strasznie zła. "Co ty zrobiłaś?! John pomyśli, że czujesz do niego coś innego od nienawiści" - skarciłam się w myśli. Jeśli powie to komukolwiek to go uduszę! Nie mogę jednak się oszukiwać. Nie mogę oszukać mego serca.



--John--



Odchodząc, zdążyłem jeszcze obejrzeć się za siebie. Joanna (czyt. Dżoana :D ) w dalszym ciągu miała zamknięte oczy, a jej klatka piersiowa unosiła się w niespokojnym oddechu. Obserwowałem z ukrycia jak jej powieki się podnoszą, a ona spogląda przed siebie. Pacnęła się potem w policzek i powiedziała coś po polsku. To jak wtedy zareagowała zaskoczyło mnie. Chciała, żebym ją pocałował, jednak wolałem pozostawić jej pewien niedosyt. Była to część mojego planu względem niej. Teraz pewnie jest na siebie strasznie zła. W sumie to bym się jej nie dziwił. Na miejscu Joanny także chciałbym zapaść się pod ziemię.



***



Przemierzałem korytarz. Wszędzie było pusto i tylko światła jasno świeciły. Dotarłem do balkonu. Rozciągał się piękny widok - słońce chyliło się ku zachodowi, a fale rozbijały się o miasto, niesamowicie przy tym szumiąc. To wszystko dopełniała jeszcze rześka bryza, opiewająca moją twarz. Podrapałem się po brodzie. Chyba powinienem się ogolić. Myślałem o misji, na którą miałem niebawem wyruszyć. Czy natrafimy na widma? Czy znajdziemy Maleza? Czy... Joanna (Dżołana ^^) zgodzi się pójść na tą misję? Chciałbym, żeby z nami poleciała.



***



Położyłem się spać wyjątkowo późno, bo około pierwszej w nocy. Gdy się obudziłem, rozblała mnie głowa - to pewnie przez to, że ostatnio krótko sypiam. Sprawdziłem godzinę - 7:15. Wstałem o mało co nie zaliczając drastycznego spotkania z ziemią. Uff. Przejechałem sobie ręką po twarzy, odkrywając, że naprawdę muszę się ogolić. Rozglądnąłem się po mojej kwaterze. Na wprost wąskiego łóżka znajdowały się drzwi i czytnik. Mogłem także popatrzeć sobie na ocean (mam u siebie okno). Potykając się o moje graty, prawie wpadłem na drzwi łazienki. Otworzyłem je, a gdy wszedłem do środka, podszedłem do umywalki, nad którą wisiało lustro bez ramki. Takie zwyczajne. Sięgnąłem do szafki pod umywalką i zacząłem w niej grzebać w poszukiwaniu maszynki i płynu do golenia. Trochę to trwało, gdyż latarkę posiałem w diabły, a bez niej niczego nie można tam znaleźć. O, udało się. Ogoliłem się dokładnie i wszystko schowałem. Potem wziąłem szybki prysznic, a następnie rozczesałem włosy (nie lubię gdy mają kołtuny). Ubrałem mundur Atlantydy i uznałem, że wyglądamcałkiem nieźle.

Niestety głowa dalej mnie bolała, więc poszedłem do ambulatorium po leki. Spotkałem tam Jennifer.

- Cześć John - znowu po tabletki nasenne? - spytała.

- Nie. Tym razem przeciwbólowe - odpowiedziałem. - Głowa strasznie mnie boli.

- A co? Siedzi ci tam jakiś obcy czy jak? - zapytała, śmiejąc się przy tym.

- Tfu! Wypluj to słowo. Nie mam na to ochoty.

- Wypluję je, ale później, bo teraz muszę dać ci leki.

Gdy je zażyłem, podziękowałem jej serdecznie i wyszedłem. Sprawdziłem godzinę. Była 8:45.



--Joanna--



Ach. Ciasteczka, czekolada, słodycze. Mniam. Cały stół zastawiony smakołykami. Już przymierzałam się do ich schrupania, gdy mój cudowny sen przerwał bezlitosny dźwięk budzika. Ech. Leżałam na łóżku, a mój budzik jeździł po pokoju. Tak - nie przesłyszeliście się - jeździł. To małe ustrojstwo dostałam z okazji nowej pracy. Marek mi go kupił. Mówił, że jak już tam będę to lepiej, żebym się nie spóźniała, a ten sprzęt w dodatku pobudzi mnie do działania. Szczerze mówiąc stało się inaczej. Strasznie nie chciało mi się wstawać. Przecież miałam w końcu jakiś normalny sen, a nie koszmar z widmakiem w roli głównej. Zwlokłam się z łóżka, złapałam i szybko wyłączyłam budzik - jest strasznie wkurzający. Szkoda, że nie mogę się ubierać tak jak chcę, tylko nosić ten mundur. No trudno. Założyłam go i poszłam uczesać włosy. Gładziłam je dłonią przez jakieś dziesięć minut. Jakie miękkie. To ta nowa odżywka. Przyjrzałam się swojemu odbiciu w lustrze i musiałam przyznać, że jestem naprawdę ładna. Byłam bladą, czarnowłosą pięknością. A może by tak... a co mi tam. Wzięłam piękny pierścionek, który znalazłam kiedyś nad morzem. W samym środku cudownych złotoczerwonych pasków tkwił śliczny, błyszczący kamień pustyni. Sam pierścionek został zrobiony z białego złota i miał platynowy odcień. Był to mój talizman (tak, taka osoba też wierzy w te rzeczy). Przyglądanie mu się sprawiało mi wiele przyjemności. No dobra. Trzeba się pozbierać. Sprawdziłam godzinę. Była dziewiąta. Wyszłam z mojej kwatery i ruszyłam korytarzem do messy. Ależ ja zgłodniałam przez ten smakowity sen. Gwizdałam sobie radośnie pod nosem, a ludzie dziwnie się na mnie patrzyli. I tak nie obchodziła mnie ich opinia. Przecież to cymbały i ponuraki. Nie to co ja. Taaa, jasne, szła gwiżdżąc pod nosem, podczas gdy wszyscy się na nią gapili. Doszłam do messy i poprosiłam kucharkę o coś cholernie słodkiego.

- Muszę uzupełnić cukry - zaśmiałam się na głos i chyba przez to zostałam zdemaskowana.

- Cześć Joanna! Cieszysz się tak, bo podjęłaś właściwą decyzję? - spytał mnie John. Niestety zdążyłam już napchać sobie usta szarlotką i zdziwiona całą sytuacją z buzią wielkości wypchanej gęby chomika, spytałam głupkowato:

- Co?! - niestety naplułam Johnowi idealnie w twarz, na co on otarł ją rękawem. Czemu ja ciągle muszę mieć takie wpadki?! To kara boska czy jak? Chociaż tak w sumie no to może być.

- Pytałem o misję. Przemyślałaś to?

- Jaaa... ttak...

- Więc wybierasz się na nią?

- Jjasnee... czemu nie...

- To dobrze. Do zobaczenia jutro o 10:00 w Sali Wrót.



KONIEC CZĘŚCI TRZECIEJ - CDN

P.S.
Wrzuciłam to tu, bo miałam na tą ochtę :) zresztą mojego bloga czyta tylko parę osób, a to tu zostanie dłużej.

Użytkownik igut214 edytował ten post 22.01.2011 - |20:00|

  • 0
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#11 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 23.01.2011 - |13:57|

To jest świetne :D Kiedy następna część???
  • 1

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#12 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 01.02.2011 - |21:55|

muszę przyznać, że zajęta pisaniem nie zdążyłam przeczytać The Darkness do końca..teraz nadrobiłam.... :rolleyes: i z niecierpliwością czekam na kolejną część...mam nadzieję dowiedzieć się czegoś więcej o kontaktach Joanna-starożytni :) no i czekam na rozwinięcie jej wątku z Johnem :)
pozdrawiam :)
  • 1

#13 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 01.02.2011 - |22:48|

I pewna setka! Teraz mam sto postów na moim profilu i na forum - w końcu mi się zrównało ;). Taaa, mam swój jubileusz - swoją drogą - mam z tym związane dziwne odczucia O.o. Tak wiem, jestem dziwna.
W tej chwili pracuję nad piątą cześcią - w przyszłym tygodniu będę musiała się zająć próbnymi testami egzaminacyjnymi - jak nauczyciele potrafią utrudnić człowiekowi jego i tak pieskie życie :angry: .
W następnej części dowiemy się czegoś ciekawego o członkach zespołu SGA1 ;).
Muszę się sprężyć i dodać to w końcu w tym tygodniu - chyba potrzebuję jakiegoś kopa na zaskoczenie mechanizmu i moich procesów myślowych. D:
  • 0
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#14 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 04.02.2011 - |17:34|

4. Przepowiednia.

--Joanna--



Obudziłam się strasznie zaspana. Uch. Kurcze. Sprawdziłam godzinę - była 9:20. Ooo, no to mogę sobie poleżeć, chociaż... nie, lepiej nie. Za chwilę zasnę i znowu się spóźnię. John nie byłby zadowolony. Hej! A co mnie on kurde obchodzi?! Głupek!

Wstałam z łóżka i rozejrzałam się po pokoju (a właściwie to pokoiku, gdyż perkusja, pianino i moje sztalugi do malowania razem z farbami i dużą wieżą zajmują raczej bardzo dużo miejsca). Ubrałam się w ubranie na misję (siedzę tu już dwa miesiące, a jeszcze nie wymyśliłam dla niego nazwy - to wręcz sprzeczne z moimi poglądami). Zrobiłam sobie lekko falowane włosy za pomocą mojej lokówki i podciągnęłam usta delikatnym błyszczykiem - tak jak zwykle. Przejrzałam się w lustrze - nie mogę się nadziwić nad moją niesamowitą urodą - ach. W sumie to za chwilę wyruszę na moją pierwszą misję - fajnie. Ciekawa jestem do jakiej zacofanej wioski trafię. Zanuciłam moją ukochaną piosenkę i wsłuchiwałam się w mój niesamowity głos. Postanowiłam zaszaleć i zaspiewałam na cały głos. Z moich ust wydobył się niezwykle czysty, niczym niezakłócony, ciepły dźwięk. Postanowiłam zrobić kawał członkom ekspedycji i zaśpiewałam prosto do słuchawki. Potem zaczęłam się nieznośnie śmiać. Najwyraźniej musiałam obudzić parę osób. Hihihi. Dobrze im tak. No dobrze, pora na śniadanie.

Przesunęłam ręką nad czytnikiem, jednakże drzwi się nie otworzyły.

- Kur**, problemy techniczne tu mam. Włączcie mi te cholerne drzwi. Co to za [beeep]e ustrojstwo!

No cóż. Nikt mi nie odpowiedział. Przypomniałam sobie pewien sen z udziałem moich rodziców i postępowałam zgodnie z ich poleceniami. Dolny kryształ włożyłam w miejsce środkowego, a środkowym zespawałam oba kryształy. W końcu udało mi się je otworzyć. Z pianą na ustach lecę do obsługi technicznej, a tam jakieś pustki. Kurcze! Chciałam im nawrzucać, a tu nikogo nie ma! (Pewnie zdążyli się ewakuować przed moim przyjściem). Co to ma być?! Okazało się, że wszyscy zebrali się na stołówce i naśmiewali się z mojego incydentu z kapciami. O nie! Zemsta nie może dłużej czekać. Niezauważona wkradłam się do messy i tym, którzy rozpowiedzieli o mich kapciach, wsypałam specyfik mojego autorstwa do jedzenia. Ale potem będą mieli halucynacje. I koszmary - po prostu nie będą mogli spać.

Wzięłam sobie płatki i sok pomarańczowy i usiadłam spokojnie do stołu.

- Ej! Dżoana (^0^)! Jak tam twoje króliczki?! Hahaha!

Wszyscy zaczęli się śmiać, aż dziw, że mój wzrok nie umie zabijać. Inaczej dawno by już nie żyli. Jednakże, nie dałam po sobie znać, że mnie wkurzyli, gdyż miałam już niesamowitą satysfakcję z etgo co za kilka godzin się z nimi stanie. Widziałam jak jedli swoje porcje, a moje usta coraz bardziej szczerzyły się w złowróżbnym uśmiechu. Nie odezwałam się do nich ani słowem mimo, że kilka razy już mnie zaczepiali. Spokojnie skończyłam śniadanie i ruszyłam do sali Wrót. Wędrowałam dobrze znanymi mi korytarzami, co druga ososba chichotała, gdy tylko mnie zobaczyła. Kompletnie nie rozumiem, co jest takiego śmiesznego w moich rożowych kapciach. Wzięłam od żołnierzy mój rynsztunek: P90, plecak, krótkofalówkę, kamizelkę kuloodporną i mały, zręczny pistolet. Ja sama miałam ze sobą jakąś niezliczoną ilość noży.

- Dr Szewczyk, jest pani na czas. A to dziwne - zaczął sobie żartować ze mnie Sheppard.

- Nie, nie jestem PUŁKOWNIKU - powiedziałam z taką ironią i jadem w głosie, że John aż zadrżał, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech satysfakcji - aaa! Jestem zła! Buahahahaha!

Zaczęłam śmiąć się demonicznym śmiechem, podobnym do śmiechu Wraith, na co Ronon zapytał Johna, czy aby na pewno mam równo pod sufitem, na co John odpowiedział, że nie. Tym razem to Ronon zadrżał.

- Witaj Teyla! Miło cię widzieć! - przywitałam się z serdecznością w głosie.

- Nie strasz tak Ronona, bo cię jeszcze zastrzeli - powiedziała szeptem, aczkolwiek stanowczo Teyla.

- Spoko. Już ja mu prędzej coś zrobię niż on mi.

John, Ronon i żołnierze w pomieszczeniu bardzo się zdziwili, słysząc mój miły, serdeczny ton oraz słowa jakie wypowiedziałam.

- To co? Ruszamy? - zapytałam drużyny na co jakiś intruz odpowiedział:

- Nie tak szybko. Musicie jeszcze dostać miłe życzenia dotyczące misji ode mnie. A więc powodzenia!

Co to był za sztywniak? Czekaj, czekaj - ach no tak! Przecież to Woolsey.

- Dziękujemy! Możemy już ruszać? - odparłam ze znudzeniem w głosie.

- Tak możecie. Chuck - odpalaj - Woolsey najwyraźniej dumny ze swojego kiepskiego dowcipu, chciał żeby inni zaczęli się smiać. Gdy odkrył, że nie był zbyt zabawny, a raczej dobijający powiedział:

- No dobra. Włączcie te Wrota.

Kompletnie nie rozumiem czym oni się tak zachwycają. Święcą się na tym kółku jakieś niebieskie światełka, potem pojawia się jakaś cholerna chmura (nie znoszę deszczu), a na koniec na środku widzimy jakąś mokrą sadzawkę. Nagle dochodzi mnie głos znikąd:

- Nie odwracaj się tyłem od swoego dziedzictwa.

Co kurde! Zwariowałam czy jak?! Przecież nagle słyszę w głowie głos mojej domniemanej matki. Bez jaj! Ech, muszę wejść w to mokre, okropne coś. Trudno, raz się żyje. Gdy byłam już przetwarzana przez Wrota, czułam jak moje ciało jest rozbijane na atomy, cała wkurzona myślę: "Kurde, co jest?! ja chcę z powrotem moje ciało!"

Na szczęście po drugiej stronie byłam już w całym kawałku, a Wrota wyłączyły się. Rozejrzałam się dookoła. Drzewa, drzewa, drzewa... ech te kanadyjskie lasy.

- Nudy! - krzyknęłam. - Tu są same drzewa!

Nagle zza drzew doszły nas strzały. Schowałiśmy się za okolicznym DHD i kamieniami przy Wrotach.

- Po cholerę się darłaś. Oszalałaś kobieto czy jak?! Wystrzelaja nas teraz jak kaczki! - Wydarł się na mnie nieźle wnerwiony John.

- Kochanie, trzeba myśleć pozytywnie.

- Jak mnie nazwałaś?

Przez moją uwagę o jego pesymiźmie, pułkownik o mało co, a oberwałby od ich broni.

- Hej! Oni tylko czekali, aż zamkną się Wrota. To była zaplanowana zasadzka - broniła mnie Teyla.

Uchyliłam się od tej dziwnej energetycznej broni. Nikt z naszej drużyny jeszcze takiej nie widział. Zdjeliśmy już kilku z nich, a było ich tam chyba około pietnastu. Ze wszystkich stron leciały do nas fioletowe promienie, przed którymi nieustannie się uchylaliśmy. W tym mętliku strzałów i krzyków usłyszałam znajomy głos:

- Użyj umysłu kochanie.

- No ale jak?

Nagle przypomniałam sobie to jak razem z Teylą ćwiczyłyśmy medytację i porozumiewanie telepatyczne. Szło i wtedy bardzo dobrze.

- Wiesz co zrobić.

Zaczęlam myśleć tylko i wyłącznie o napastnikach, o tym gdzie się znajdują i o tym jak ich unieszkodliwić.

O dziwo nagle zrozumiałam, gdzie są, znałam ich dokładne pozycje. Zarządałam od nich aby zasnęli i co dziwne udało mi się. Wszyscy bardzo się zdziwili.

- Czemu nie strzelają? Zostawili nas w spokoju? - zapytał nas McKay. Dziwne - dotychczas nie dstrzegałam jego obecności.

- Zasnęli - powiedziałam.

- Skąd niby o tym wiesz? - zapytał mnie podejrzliwie John. Ech, czemu ty mi nigdy nie ufasz?

- Zarządałam tego od nich - puściłam oko do Teyli, co ona odwzajemniła uśmiechem.

- No ale jak? - Sheppard jak ten otępiały jeż ciągle zadawał mi te głupie pytania.

- Razem z Joanną ćwiczyłyśmy medytację i porozumiewanie telepatyczne. Joanna jets w tym lepsza ode mnie.

Na te słowa zareagowałam promiennym uśmiechem na twarzy i spojrzałam w oczy. Ach, to jego ciepłe w tej chwili debilne spojrzenie. Na chwilkę chyba się zawiesiłam. Ej! Nic z tego, nie dam ci się!

- Gościu, ty przy mnie wymiękasz - powiedziałam, wskazując na siebie, a moją twarz zdobiła niezwykle zawadiacka mina.

- Hahaha. Bardzo śmieszne. Dobrze, lepiej stąd spadajmy zanim te śpiochy się obudzą.

Znaleźliśmy ich między drzewami i związaliśmy im ręcę i nogi - tak na wszelki wypadek.

- Hej, ci ludzie sa jacys dziwni. Jak się do nich zbliżyłam, to poczułam zimno w żołądku, a ty Teyla?

- Poczekaj - powiedziała i zaczęła się skupiać. - Rzeczywiście mają w sobie DNA widm, ale jakim cudem ty mogłaś to wyczuć?

Wszyscy zaczęli się na mnie lampić jakbym miała na sobie te różowe kapcie, przez które wszyscy się ze mnie śmiali. Jednakże oni byli bardziej zaintrygowani niż bliscy wybuchu śmiechem.

- Musiałabyś mieć w sobie DNA widm, żeby wyczuć to co czuje Teyla - powiedział John.

- W dodatku mocniejszy od tego, który ona ma - dodał Rodney.

- Owszem. Musiałam naprawdę bardzo sie skupić, żeby to wyczuć - powiedziała Teyla.

- Pomińmy to, ok. W końcu kto uratuje tego Maleza? - zapytałam.

Ruszyliśmy małą polaną, uch, dobrze, że przynajmniej nie lasem - nienawidzę tych ciągłych drzew. Jakie one są nudne. W dodatku wydaje mi się jakby mnie obserwowały. Brrr. Rozglądaliśmy się dookoła, czy znowu przypadkiem ktoś się nei czai, ale droga była wolna. W końcu atmosfera z bardzo napiętej przerodziła się w tylko napiętą. Troche mi się nudziłooo, więęęc...

- Inwazja alienów! Bua! - wydarłam się.

Wszyscy dziwnie się na mnie popatrzyli - zupelnie jak na niepoczytalną.

- Kobieto, po co się wydzierasz?!

- Bo mi się nudzi. Drzewa, drzewa, drzewa... To jest zdecydowanie nudne! W dodatku one mnie chyba obserwują i jak nie przestaną, to zaraz zwariuję!

- Za późno.

- Nie znaleźliśmy nawet jakiejś zacofanej wioski.

- Zachowujesz się jak dziecko.

- Nieprawda! Mam tylko bardzo wybujałą osobowość i myslę, że powinieneś mnie taką zaakceptować, bo nigdy się nie zmienię!

- Dokładnie wiesz, że na tę misję mogła pójść Keller zamiast ciebie!

- Uraziłeś moje uczucia! Przeproś.

- Cooo? Jeszcze czego?!

- Wiecie co? Kłócicie się jak stare małżeństwo - wtrącił się Rodney.

- Stul pysk! - krzyknęliśmy jednocześnie. - Nie przerywaj nam kłótni.

- No właśnie. To ciekawe - powiedział Ronon.

- Przestańcie się kłócić. To w niczym nam nie pomoże, a może tylko ściagnać kłopoty.

- Dobrze, ale niech tylko Joanna się nie odzywa.

Obraziłam się - serio. Już się do niego nie odezwę. Będę prosiła Teylę, żeby przekazywała mu wiadomości ode mnie na kartce.

Przez resztę drogi nie odzywałam się ani słowem. John także. W ogóle byliśmy cicho jak trusie. W końcu doszliśmy do małego miasteczka, które było osadzone w dolinie między dwoma wzgórzami. Dużo ludzi tam było, kupcy handlowali, kobiety sprzedawały warzywa, a dzieci bawiły się z innymi. Wokół panował radosny gwar rozmów.

- No i znaleźliśmy miasteczko - powiedziałam radośnie. W końcu nie będę się nudzić.

- To właśnie na tej planecie ostatnio widziano Maleza - powiedziała Teyla.



--John--



Spacerowaliśmy po mieście, gdy nagle wszyscy zwrócili swoje oczy w naszą stronę. Najwyraźniej musiał ich zaskoczyć nasz ubiór i broń, jaką mieliśmy przy sobie.

Nagle podeszła do nas piękna kobieta średniego wzrostu. Jej czekoladowe, proste włosy sięgały za łopatki, a mleczno-niebieskie oczy wodziły po nas porozumiewawczym spojrzeniem. Była ubrana w brązową suknię sięgającą za kolana.

- Witamy na Tallenie. Jestem Lilian i zaprowadzę was do naszej władczyni Maelen.

- Dobra, prowadź nas - odparłam Joanna.

- Hej! To moja kwestia zwróciłem jej uwagę. - Chodźmy.

Podążaliśmy główną drogą do dosyć obszernej posiadłości - wyglądem przypominała Biały Dom! Dziwne. Gdy byliśmy już niedaleko pałacu Lilian powiedziała:

- Pamiętajcie, nie dajcie jej grzebać w swoich umysłach, a zwłaszcza wy dwie - w tej chwili zwróciła się do Teyli i Joanny. - Jesteście najbardziej podatne na jej wpływ.

- Sorry, że przerywam, ale o co chodzi? - zapytałem. To co powiedziała naprawdę było dziwne.

- Maelen jest potężną czarownicą, dlatego została naszą przywódczynią. Jednak my jej nie wybieraliśmy - znaczy się ja i inni buntownicy. Jestem głównym szpiegiem w jej posiadłości. Aha i pamiętajcie - po żadnym pozorem nie wierzcie swoim oczom - ona potrafi tworzyć wybitne iluzje.

-Czeja, czekaj... czarownica? - zapytał McKay.

- Może w to nie wierzycie, ale przekonacie się, że ma moc, chociaż ty - wskazała Joannę. - masz szansę ją pokonać.

- Jaaa? - zdziwiona Asia wskazała na siebie i zrobiła tak okrągłe oczy, że wyglądały jak czarne spodki. - Super!

- Wolałabym, żebyście tam nie wchodzili, lecz tak jest w przepowiedni: "Będzie ich pięciu: wojownik, myśliciel, adeptka, czarownica i ten który obudził śniących. Gdy dwóch z nich złączy linia czasu, zbudzi się czerwonowłosa. Pokonają wtedy dyktatorkę, a niewolnicy odzyskają swoje umysły." Teraz wejdźcie i abyście preżyli.

- John to nie brzmi pocieszająco - powiedział Rodney. Ja sam wiedziałem, że na pewno jestem tym, który obudził śniących.

KONIEC CZĘŚCI CZWARTEJ

Użytkownik igut214 edytował ten post 04.02.2011 - |17:35|

  • 0
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#15 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 12.02.2011 - |18:16|

5. Śpiąca Nefretete.


--John--

Gdy weszliśmy do pałacu od razu dołączyła do nas straż, która miała nas pilnować. W środku było dosyć mroczno, a ściany wyglądały jak organiczne struktury statków widm. Nad podłogą unosiła się delikatna mgiełka. Jednakże ułożenie mebli, schodów i okien było takie samo jak w pomieszczeniu kontrolnym Atlantydy. Był to najdziwniejszy widok, jaki kiedykolwiek widziałem. W dodatku po korytarzach snuły się przedziwne białe zjawy – niektóre z nich przypominały moich kolegów, którzy zginęli w Afganistanie. Myślałem o Fordzie – czy mogłem go uratować? Co jeśli wpakowałem nas w coś bez szansy ratunku? Nie zawiodę moich przyjaciół – wszyscy wypełnimy naszą misję i bezpiecznie wrócimy na Atlantydę.
Gdy zataczaliśmy kolejny zakręt w prawo, uświadomiłem sobie, że zmierzamy do pomieszczenia z fotelem kontrolnym. Kiedy tam dotarliśmy na fotelu siedziała kobieta średniego wzrostu, blada, długowłosa brunetka z ciemnymi oczami – podobna do Joanny. Cechowały ją wystające kości policzkowe, mały nos i ostro zakończona broda.
Melodyjnym głosem przemówiła:
- Chcę Johna. Reszta do celi.
Trzeba przyznać, że była naprawdę zjawiskowa. Nagle poczułem coś strasznie dziwnego. Wszystkie moje myśli zawirowały i znalazłem się w innym miejscu. Widziałem Maelen, która czytała jakąś zawiłą księgę. Dzieło to wyszło z rąk mistrza – skórzaną oprawę zdobiły wyszywane złotą nicią misterne wzory. Na wierzchu nie było tytułu, co bardzo mnie zdziwiło. Obraz samej rzeczywistości wirował, migotał, zmieniał się. Raz był pustynią, raz Atlantydą, a raz łąką obficie ukwieconą. Uświadomiłem sobie, że wszystko jest złudzeniem.
- Wiele o tobie słyszałam Sheppard – powiedziała Maelen. – Jesteś interesującym człowiekiem. Zawsze pomagasz swoim przyjaciołom. Wydaje się, że jesteś idealny, jakbyś nie miał żadnych słabości ani tajemnic. Wiem jednak, że coś przede mną ukrywasz, czyż nie tak?
- Nic o mnie nie wiesz – odpowiedziałem z nonszalancją w głosie.
- Doprawdy? A jednak wcale nie jesteś niczyim ideałem poza jedną osobą, która i tak umrze przez ciebie.
Czułem jak emocje narastają we mnie z siłą huraganu. Moje opanowanie znikło, a zastąpiła je nienawiść do kobiety stojącej przede mną. Maelen była wcieleniem mojego najgorszego koszmaru. Wydawało mi się, że kiedyś już ją widziałem.
- Zostaw Joannę. Ona niczym tu nie zawiniła.
- I tak zginie tak samo jak Aiden. Zostawiłeś go wtedy na statku. Twoja chęć przetrwania zabiła go.
- To był jego wybór!
- A ludzie pożerani przez Wraith, niszczone planety. To ty obudziłeś widma. Śmierć niewinnych ludzi, ich krew jest na twych rękach! – krzyknęła. – To ty ich zabiłeś!
Mój umysł zalały przerażające obrazy zniszczonych wiosek, martwych trucheł i zapach zgnilizny. Słyszałem krzyki ludzi uciekających w popłochu. Dzieci porywane przez wiązki dartów i żal, smutek matek i ojców, którzy stracili swe pociechy. Nie mogłem na to patrzeć bez bólu.
- Widzisz to, prawda? Tak John, tak – to wszystko twoja wina.
Zimny spokój tej kobiety doprowadzał mnie do szału. W jej spojrzeniu widziałem osąd, rządzę krwi – tą widywaną tylko u najbardziej brutalnych morderców. Nie pozwolę na to by Joanna musiała przeżywać coś podobnego. Muszę ją przed tym uchronić.
Nagle zrozumiałem, że żerowania miały miejsce zanim obudziłem widma. Prędzej czy później Wraith i tak by się zbudziły. Przecież możemy unicestwić je raz na zawsze.
- Nieprawda – to nie moja wina. Ludzie prędzej czy później zaczęliby umierać. Dzięki temu, że obudziłem widma za wcześnie, te zaczęły ze sobą walczyć. Moją zasługą jest podział wśród nich, a także ich coraz mniejsza liczebność. Przegrałaś.
- Jeszcze nie przegrałam.
Świat znowu zaczął wirować – tak jak gdyby walczyły ze sobą wszystkie kolory tęczy. Nagle usłyszałem głos Maelen:

„Złotą nicią tkałeś swój los
Miałeś marzeń do spełnienia stos
Gdy jedno z nich zatoczyło krąg
Krzyknąłeś: uciekaj stąd!
- Ratuj mnie John
Usłyszałeś znajomy głos
Tak to ona – twoja luba
Jednakże czeka ją zguba
Zaśnie na wieczność
Któż miał czelność
Dopuścić się tak haniebnego czynu?
Tylko chora wyobraźnia szaleńca
Ma jej krew na swych rękach
Nie zmyje jej
Nie odzyskasz tej,
Którą tak kochałeś
Sprawcą tej tragedii
Po części jesteś ty
Sługa czerwonowłosej
To on przeważy Joanny los,
A twe marzenia pójdą na stos
Spalą się w ognia odmęcie
Jak Joannę z jamy śmierci wydobędziesz?
Czy ją zawiedziesz, czy wyratujesz,
Jej stratę bardzo boleśnie odczujesz.”


Nagle zapadła ciemność.
Ech, kto mną tak targa. Nagle coś usłyszałem.
- John! John obudź się! – Powiedziała Joanna. Jej głos był wypełniony strachem, niepokojem. Czyżby Asia panikowała? Ujrzałem nad sobą jej twarz – była bliska płaczu.
- Co się stało? Jak ty wyglądasz? Ta socjopatka zrobiła ci coś? – Pogłaskałem ją po twarzy. Nie sprzeciwiała się. Chwyciła moją dłoń i przytrzymała ją przy swoim policzku. Nigdy bym nie pomyślał, że zrobi coś takiego.
- Zabrali Teylę. John, boję się. Przepraszam za moje zachowanie. Jestem chyba zbyt dziecinna. – Podparłem się na rękach i przytuliłem ją. Joanna wtuliła się we mnie. Miałem ją w swoich ramionach, a jej oddech stawał się coraz spokojniejszy. Jej włosy były gładkie jak jedwab – nie mogłem się powstrzymać od ich ucałowania.
- Już dobrze i co do dziecinności to każdy z nas ma ją w sobie tylko pokazujemy jej czasem trochę więcej niż inni. Uciekniemy stąd, zobaczysz.- Pocałowałem ją w czoło i pomogłem jej wstać. - Gdzie jest Ronon z McKay’em?
- W innej celi. Ten jaskiniowiec sprawiał im za dużo problemów i nas rozdzielili. – O tak. To Joanna, którą znam.
- Chcą nam utrudnić ucieczkę.
- Musimy pomóc Teyli, bo ta sadystka wypierze jej mózg. W tej chwili czuję to, co czuje Teyla. Trudno zatrzymać ten proces, ale trochę go spowolniłam. Odkryłam w nim pewną wadę – albo wyczyszczą ci wszystko albo nic. Dzięki mnie zyskaliśmy trochę czasu, by nas uwolnić i odbić Teylę. Mamy na wszystko godzinę.
- Masz jakiś pomysł? – Zapytałem.
- Nie za bardzo.
Rozglądnąłem się po celi. Jej ściany były zrobione z organicznych struktur statków widm tak jak cała reszta budynku, a jej kształt przypominał kwadrat. Nie miała ona żadnych okien, za to od wolności oddzielało nas pole siłowe podobne do tego na Atlantydzie. Gdy delikatnie wyjrzałem poza nią, nigdzie nie mogłem znaleźć zamka ani miejsca na wpisanie odpowiedniego kodu. W dodatku, co jakiś czas obok przechodzili strażnicy. W rękach trzymali broń, przypominającą ogłuszacz widm.
- John, wiem. Maelen prawdopodobnie ma w sobie DNA widm, podobnie jak ci strażnicy. Jeśli opanuję jednego z nich i rozkażę mu otworzyć drzwi, będziemy mogli wydostać Rodneya z Rononem, odbić Teylę i stąd uciec. Gdy poprzednio kazałam tamtym żołnierzom zasnąć, zrobiłam to z łatwością, a było ich kilkunastu. Teraz tym bardziej sobie poradzę.
- Dobrze. Czy czegoś potrzebujesz żeby się przygotować?
- No co ty? Muszę się tylko porządnie skupić. Jednak nadmierne wykorzystywanie mojej zdolności może mnie szybko wyczerpać, a sądzę, że teraz będę musiała opanowywać kolejnych żołnierzy, póki nie zdobędziemy broni.
- Ci, którzy tędy przechodzili mieli przy sobie jakieś pseudo-ogłuszacze. Szybko je zdobędziemy.
- Dobrze zaczynam.
Joanna usiadła po turecku i spokojnie oddychała. Chwilę potem powiedziała:
- Podejdź pod tę celę, otwórz ją i załatw nam jakąś broń.
Nagle zza rogu wyszedł jakiś wysoki młodzieniec (około 20 paru lat). Jego burza blond włosów opadała na czoło i stalowe oczy, patrzące niewidzącym wzrokiem. Na ten widok zjeżyły mi się włosy na głowie i dostałem gęsiej skórki. Panowanie nad Wraith, jakie prezentowała Teyla, nie przeszkadzało mi w żaden sposób, gdyż wiedziałem, że to widmo. Natomiast przejęcie umysłu człowieka wydawało mi się niehumanitarne. Gdyby ktoś mną tak zawładnął… Nie, nie mogę o tym myśleć. Na samą myśl ciarki przechodzą mi po plecach. Strażnik otworzył pole siłowe i wręczył nam dwa pistolety.
- Mów: jak to działa – rozkazała mu Joanna.
- Tym przełącznikiem ustawiamy zabijanie lub ogłuszanie. Natomiast naciskając ten guzik, natomiast naciskając ten guzik strzelamy.
- Dobrze, a teraz śpij. – Asia wyrwała się z koncentracji i dodała. – John uciekajmy!
- Ale chyba masz ustawione na ogłuszanie, prawda? – Zapytałem podejrzliwie.
- A niech cię. Chciałam sobie trochę postrzelać – Joanna strzeliła focha i przestawiła na ogłuszanie.
Szliśmy korytarzami i od czasu do czasu chowaliśmy się przed strażnikami. Chcieliśmy strzelać jak najmniej, nie wiedzieliśmy ile będziemy mogli oddać strzałów zanim wyrczepiemy cały magazynek.
Gdy byliśmy już niedaleko drugiego pomieszczenia z celami, zaczęli do nas strzelać. Joanna oddawała całkiem celne strzały, jednak nawet jej i moja celność zaczynały tracić przewagę z narastającą liczbą przeciwników. Nagle rozległ się alarm podobny do alarmu Wraith.
- No to super. Za chwilę będzie ich jeszcze więcej.
- John nie dam już dłużej rady. Ręka mi zaraz odpadnie. Muszę się skupić. Może uda mi się sprawić, że wszyscy zasną, lub przynajmniej staną w bezruchu.
- Spróbuj. Będę cię osłaniać.
Widziałem jak Joanna znów zaczęła się skupiać. Rzeczywiście kilku z nich upadło na podłogę, ale niewiele to pomogło. Nagle usłyszeliśmy znajomy dźwięk broni Ronona i P90 McKaya. Była też tam jakaś trzecia osoba.
- To Teyla? – Spytałem Joanny z nadzieją w głosie.
- Nie, to nie ona. To musi być ktoś inny.
Razem załatwiliśmy wszystkich i udaliśmy się na spotkanie z drużyną i… Lilian.
- To ty. Postanowiłaś się jednak ujawnić?
- No cóż. Teraz będę mieszkać w obozie buntowników. Ale nie obawiaj się – w tym miejscu jest więcej szpiegów niż sądzisz. Jak się wydostaliście? Ucieczka z naszych cel jest niemożliwa. – Powiedziała zdziwiona Lilian.
- Wszystko dzięki Joannie i jej sztuce perswazji. – Odpowiedziałem żartobliwie.
- Taa, jasne – odparła Asia z przekąsem. – Nazwałabym to raczej rozkazem.
- Mniejsza z tym – ponagliła nas Lilian. – Musimy odbić Teylę. Wiem którędy iść i zaprowadzę nas tam.
Znowu szliśmy korytarzami, ale coraz częściej strzelaliśmy. Momentami musieliśmy uciekać się do umiejętności Joanny, przez co ta słabła coraz bardziej. Jednak nasza determinacja rosła za każdym oddanym strzałów. Wiedzieliśmy, że jesteśmy coraz bliżej – coraz bliżej naszej przyjaciółki. Nie zostawimy jej. Nie podzieli ona losu Forda - nie pozwolę na to.
Gdy byliśmy już blisko sali z fotelem kontrolnym ustaliliśmy, że zastosujemy dywersję. Ronon z Rodneyem mieli jeszcze trochę C4. Rozstawiliśmy je w strategicznych miejscach: przy drzwiach, generatorze fotela kontrolnego i głównym łączu mocy. Rodney już wiedział gdzie się znajduje.
- Wysadzamy na trzy. Trzy… Dwa… Jeden – teraz!
Wbiegliśmy tam i ogłuszyliśmy strażników – było ich niewielu i nawet nie zdążyli zareagować. Zauważyliśmy Teylę przy tronie Maelen. Ta jednak nie przerywała sondowania umysłu Teyli.
- Musimy ją powstrzymać. Za 10 minut wypierze jej mózg. Muszę działać. – Powiedziała ponaglająca Joanna.
- Nie możesz. Ledwo trzymasz się na nogach. Nie mogę na to pozwolić. Co jeśli Maelen przejmie nad tobą kontrolę? – Przestrzegłem Asię.
- Nie przejmie.
- Nie pozwolę ci na to.
- Masz lepszy pomysł?! – Zapytała mnie z wyrzutem Joanna. W jej oczach widziałem to co w oczach Forda, gdy ten mówił, że zostanie na statku - determinację i poświęcenie.
- Dobrze. Zrób to szybko.

--Joanna--

Zaczęłam się skupiać. Hehehe – ciekawe, jaki miałam wyraz twarzy. Wyobraziłam sobie dokładną sylwetkę Maelen i wydawało mi się, że jestem coraz bliżej jej umysłu. Nagle natrafiłam na tarczę – jej myśli były otoczone osłoną, fortyfikacją ludzkiego cierpienia i desperacji. To jednak nie były jej uczucia, a uczucia ludu, którym rządziła. Poza tą barierą był sam strach i smutek. Jeśli wtopię się w tą barierę przeżywając określone uczucie, będę mogła przeniknąć do miejsca gdzie ta sadystka trzyma umysł Teyli. Myślałam teraz o tym, co czuje człowiek pożerany przez Wraith. Nigdy tego nie zaznałam i nie mam na to ochoty, ale mogę to sobie wyobrazić. Już prawie… zaraz będę… o już jestem – tak to ja sms twój – buahaha.
- O kurde! Kobieto ty jesteś chora na głowę! Mieć tak mroczny umysł?! To tak jak ja!
- Kim jesteś?! - Nagle poczułam okropny ból głowy, tak mocny, że wpadłam… w ramiona Johna! Złapał mnie, przynajmniej jak już zakończę koncentrację, to nie będę miała siniaków.
- Powinniśmy to przerwać. Joanna traci siły. – Powiedział John.
- Nie – jest bliżej niż myślisz. Jeśli teraz jej się uda będziemy mogli uciec razem z Teylą.
Usłyszałam ich lekko przytłumionych, jakby byli za grubym murem. Phi, myślą, że sobie nie poradzę?! Już ja im pokażę!
- Widzisz – jesteś słaba. Nie pokonasz mnie sama!
- Może nie sama, ale z moją pomocą na pewno jej się uda. – Usłyszałam znajomy głos.
- Morgana?! A co ty tu robisz?! – Zapytała ją zdziwiona Maelen – jej mina była bezcenna.
- Przyszłam pomóc mojej córce siostrzyczko.
Gdy to usłyszałam, myślałam, że cały mój świat się zawali. Tak zła osoba ma być moją ciotką?! To pewnie po niej mam te moje fochy. Prawdziwy zjazd rodzinny – brakuje tylko ojca.
- Czyli, że ona jest moją ciotką?!
- Czyli, że ona jest moją siostrzenicą?! – Obie zaakcentowałyśmy słowo „ona”.
- Mamo, dlaczego nic mi nie powiedziałaś?! Jak mogłaś?!
- To długa historia.
- Nie mówiłaś, że to rodzina! Dobra, wypuszczę Teylę, ale w zamian musicie stąd szybko odejść. Nie dam wam drugiej szansy.
- Mamo – spadamy stąd. – Widziałam jeszcze jak Maelen wypuszcza Teylę. Zakończyłam koncentrację i zobaczyłam nad sobą Johna, który trzymał mnie w swoich ramionach. Ech, te jego oczyyy i dotyk jego czułych rąk… Jego spojrzenie było zaniepokojone – martwił się o mnie… Nie nic z tego! Teraz musimy uciekać, a nie myśleć o niebieskich migdałach.
- John? – Zapytałam lekko zdezorientowana. – Musimy uciekać, mamy już Teylę. Jest słaba – pomóżcie jej.
- Ronon, pomóż Teyli. Ja zaniosę Joannę. Pokonałaś ją?
- Nie, chociaż mogłabym to zrobić – matka by mi pomogła. Okazało się jednak, że Maelen jest moją ciotką i postanowiła nas wypuścić. Powiedziała jednak, że to nasza ostatnia szansa. Pospieszmy się, John, szybko! - Próbowałam wstać, ale byłam zbyt słaba. Zachwiałam się na nogach (były jak z waty), a John natychmiast mnie złapał.
- Nie możesz chodzić o własnych siłach – zaniosę cię. Maelen twoją ciotką? – powiedział zdziwiony i wziął mnie na ręce.
- To długa historia – jeszcze jej nie znam do końca.
Chwilę potem wyszliśmy z pałacu. Z przodu szła Lilian, która prowadziła nas do Wrót. W środku byłam ja w ramionach Shepparda, Ronon niosący nieprzytomną Teylę. Z tyłu pilnował nas McKay, chociaż nie miał przed czym. Gdy byliśmy już przy Wrotach i mieliśmy zamiar wybrać adres Atlantydy, te nagle aktywowały się. Nie zdążyliśmy się nawet schować, kiedy z horyzontu zdarzeń wyleciał dart. Niestety, chwilę później zabrał nas wiązką i jedyne co dalej pamiętam to ciemność.
  • 1
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#16 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 12.02.2011 - |22:31|

O dziewczyno wiesz jak budować napięcie :D
Aż normalnie mnie zamurowało, że ona córką, ciotką i....
Kiedy następna część???
  • 1

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#17 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 13.02.2011 - |15:26|

Jeszcze nie wiem - muszę ją dopiero napisać. Co do zjazdu rodzinnego, to na samym początku nie myślałam nad tym, żeby napisać coś w stylu: Maelen - ciotka itd. Tak naprawdę to na ten pomysł wpadłam w ostatniej chwili - moja chora wyobraźnia dała o sobie znać ;P. Jednak to wszystko jest już wplątane w całą historię i na wszystko mam wytłumaczenie - ukarze się ono w następnej części - coś nie coś się wyjaśni :).

Pozdrawiam - igut214 :)
  • 0
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#18 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 27.02.2011 - |12:34|

Kurcze - ostatnio mam mało czasu żeby cokolwiek napisać - jestem pewna, że w marcu ukarze się kolejna część, tylko muszę trochę przysiąść i w końcu coś napisać.
  • 0
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#19 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 10.04.2011 - |17:38|

6. Łapacz Snów.


--Joanna--



Obudziła się rano kompletnie nieprzytomna. Ktoś bezczelnie wybudził ją z pięknego snu głośnym pukaniem (a raczej waleniem w drzwi). Miała ochotę nawrzeszczeć na tę osobę, ale uznała, że powinna być milsza. Rozglądnęła się po swojej sypialni. Jej wąskie łóżko wyglądało mizernie w porównaniu z ogromnym pokojem. Światło dnia wlewało się do środka przez wielkie okno balkonowe. Od zawsze lubiła jasne kolory. Dodawały świeżości, ciemne barwy ją przytłaczały. Podążyła na dół krętymi schodami do salonu, a z niego do szerokiego holu. Otworzyła masywne, dębowe drzwi, a za nimi ujrzała dwóch mężczyzn z logo Sił Powietrznych. „ Na szczęście założyłam mój beżowy szlafrok” – pomyślała.

- Amelia Szewczyk – bardziej stwierdził niż zapytał żołnierz.

- Tak, to ja. A o co chodzi? – Zapytała po angielsku.

- Dostaliśmy rozkaz, aby przyprowadzić panią. Lecimy do USA.

- A zapytacie mnie chociaż o zgodę?

- Czy zgadza się pani?

- Jasne, ale super! To czym lecimy? – Odpowiedziała podekscytowana. Żołnierze tylko popatrzyli po sobie dziwnym wzrokiem.

- Odrzutowcem w pierwszej klasie. Muszę powiedzieć pani, że to sprawa bezpieczeństwa międzynarodowego. Potrzebujemy pani pomocy.



***



Obudziłam się w celi statku Wraith. Obok mnie leżał John, Rodney, Ronon, Teyla. Lilian właśnie otwierała oczy. Kurde, jak mi nawalała głowa. Gdy zobaczę jakiegoś widmaka, to mu nawrzucam, że nie powinno się tak człowieka zbierać żądłem tuż po posiłku, bo skurczu dostanie, a potem bólu głowy. To niehumanitarne!

- Hej, ale z nich śpiochy. – Zagadałam do Lilian.

- Mamy większą odporność na ogłuszacze.

- Niech zgadnę – DNA Widm?

- Dokładnie tak. Ja nie mam go tak wiele jak ty, po prostu przyzwyczaiłam się do dość częstego ogłuszania naszą bronią. To bardzo podobna technologia.

- Kurcze to wkurzające – budzić się przed wszystkimi. Już wolałabym obudzić się ostatnia i móc ich doprowadzać do szału. Teraz w sumie możemy się z nich ponabijać, a oni nie będą się czepiać. Hehehe.

Tja, siedziałam tak i się nudziłam, a Rodney chrapał. Miałam już tego dosyć. Wstałam, podeszłam do niego i zaczęłam nim targać.

- Pobudka głupku!

Obudził się i miał do mnie mnóstwo pretensji

- Dlaczego mnie budzisz?! Tak dobrze mi się spało.

- Chrapałeś, a ja nie miałam ochoty tego słuchać. Byłeś męczący, choć muszę przyznać, że gdy śpisz, to przynajmniej nie musiałam słuchać twojego głosu.

- Ależ ty miła – odpowiedział ironicznie.

- Nie chcę być miła, wolę być asertywna ty marudo.

- To co zrobiłaś nie było asertywne geniuszu.

- Asertywne odmawiam prowadzenia tej konwersacji, aczkolwiek dziękuję za nazwanie mnie geniuszem. Zgadzam się z tobą – jestem genialna.

Ronon właśnie się wybudzał. Zaspane oczy tego neandertalczyka wyglądały prześmiesznie – bezcenne doświadczenie.

- Stary, dopiero teraz się budzisz? Ale z ciebie leniwiec!

- Rodney wcześniej ode mnie? Jak to możliwe?! – Twarz przybrała wyraz mopsa. McKay już zaczął wypinać pierś, udając, że obudził się sam, gdy ja nagle powiedziałam:

- Targałam nim, bo strasznie chrapał.

- Ty też masz ten problem? – Zapytał mnie Dex.

- Taa, jakiż to interesujące, że mózgi na tak diametralnie różnych poziomach rozwoju mają ze sobą coś wspólnego, zgodzisz się ze mną, prawda? – Odpowiedziałam pytaniem. Dex jednak nic nie powiedział, tylko odwrócił wzrok. Czyżbym go uraziła? Czy zrozumiał sens mojej wypowiedzi? Jakież to interesujące. Chyba muszę bliżej przyjrzeć się jego mózgowi, coś pogrzebać sobie skalpelem, tak dla pewności. Czy wspominałam już, że jestem neurochirurgiem?

Trochę jeszcze czekaliśmy, zanim Teyla i John się obudzą, ale w końcu ich szare komórki ożywiły się, a ci usiedli i oparli się o ścianę, jakby mieli najgorszego kaca w swoim życiu – im też nawalała głowa.

- W końcu wszyscy są przytomni. Śniliście chociaż o czymś?

- Joanno, z reguły człowiek nie śni po tym jak się go ogłuszy – odpowiedział John.

- Serio? Miałam dziwny sen: dziewczyna taka sama jak ja, nazywała się Amelia Szewczyk. Do jej wielkiego domu zapukali dwaj oficerowie USAF. Mieli polecieć odrzutowcem do USA.

- A co jeśli to nie był zwykły sen? Czy wiesz o tym, że Morgana i Maelen są bliźniaczkami, a to jest dziedziczne? – Powiedziała Lilian.
- Taa, jakby to mi miało w czymś pomóc. No oczywiście, że to jest dziedziczne, w końcu przecież jestem lekarzem – spojrzałam na Lilian jak na debila.

- Hej, rozumiem, że uważasz, że jesteś lepsza od innych, ale większość ludzi nie podziela twojego zdania.

- Na przykład kto? – Zapytałam przekornie.

- Ja – wtrącił się Rodney.

- Właśnie rozmawiałam z Lilian. Po co w ogóle się odzywasz ty egocentryczny, arogancki, małostkowy…

- Wiesz, w innych ludziach często dostrzegamy własne wady – przerwał mi McKay.

- Hej, nie skończyłam – odparłam z wyrzutem w głosie.

- No widzisz? – Już się nie odezwałam. Pozwolę zachować „doktorowi” resztki jego godności. Ach, jestem taka wspaniałomyślna.

- Wiecie co? Uspokójcie się. – Powiedział John. – Musimy obmyślić plan ucieczki. – Podszedł do mnie i objął mnie ramionami, wpatrując mi się w oczy. Moje kolana zmiękły, a w brzuchu biegały sobie motyle. Czas stanął w miejscu. Chciałam by ta chwila trwał wiecznie.

- No proszę. Nie róbcie mi tu scen. – Wtrącił się ten głupek McKay.

- Cicho siedź – od razu odpowiedziałam, w dalszym ciągu rozmarzonym wzrokiem wpatrując się w Johna.

- Przestań, to takie romantyczne – powiedziała Lilian, która odkryła przed nami swoją duszę romantyczki.

- Jak to możliwe, że w ogóle się zeszli? – Marudził pod nosem Rodney.

- Też tego nie rozumiem – odparł po cichu Ronon. Halo! Ja wszystko słyszę! Postanowiłam olać wszystkich i całe otoczenie. Zarzuciłam Sheppardowi ręce na szyję i zaczęłam go namiętnie całować. Zanurzyłam dłonie w jego włosach, a on przyciągnął mnie do siebie najbliżej jak tylko się dało. Byłam w niebie. Świat nie istniał, czas nie istniał, Wraith nie istniały. W tej chwili realni byliśmy tylko my – jedność. Czułam się wspaniale w jego ramionach, w uszach mi zaszumiało. Czułam jego ciepły oddech na swoim policzku, ręce, ciepło ciała. Nic nie słyszałam oprócz moich cichych westchnień, które wydawałam zupełnie nieświadomie. Jego wargi delikatnie muskały moje usta, a mnie przechodziły przyjemne dreszcze. Na koniec John powoli zakończył pocałunek. Otworzyłam oczy i spojrzałam na Shepparda. Jego twarz była tak blisko. Oddychałam spokojnie, chociaż serce biło mi jak oszalałe. Delikatnie przygryzłam wargę, radość zalała moją duszę. Przytuliłam się do niego, a on podniósł prawą rękę i zaczął mnie nią gładzić po włosach. Przybliżył twarz i szepnął czule:

- Kocham się Joanno.

- Ja ciebie też – odpowiedziałam szczęśliwa.

- Chyba ktoś idzie – uprzedziła nas Teyla.

Przylgnęłam do Johna. Szczerze mówiąc, trochę bałam się Widm, a przy Sheppardzie czułam się bezpieczniej. Kroki stawały się coraz bliższe, a chwilę później przed wejściem stanęło trzech strażników i jedno ubrane Widmo w czarny, gotycki płaszcz. Weszło do celi i każdego zmierzyło pogardliwym wzrokiem. John cały czas przyciskał mnie do siebie. Nie chciał, żeby mnie przesłuchiwano (większość zostawała przekąską). Gdy podszedł do mnie, obdarzyłam go moim wyzywającym spojrzeniem. Ten tylko zasyczał, a chwilę później straż prowadziła mnie do Sali królowej. Szłam dosyć niespiesznie przed siebie, gdy mnie popędzano. Spoglądałam wokoło, musiałam przyznać, bardzo podobny budulec do tego, który był w pałacu Maelen. To chyba struktura organiczna.

- Zawsze jesteście tacy cisi?

- Mówimy tylko wtedy, gdy jest to potrzebne – odpowiedział ten widmak w płaszczu. Jego głos był charczący i niski.

- Macie imiona? Jak nie, to mogę cię jakoś nazwać? Wiem, co powiesz na Stefan?

- Zaraz umrzesz – powiedział monotonnym głosem.

- Aha, super, Stefan, wiesz jakoś ci nie wierzę.

- Sama zobaczysz.

Dalej szliśmy w milczeniu. Gdy doprowadzili mnie już do docelowego miejsca, okazało się, że nie było tam królowej, a inny gościu ubrany w stylu gotyckim. Sala, w której się znajdowałam, sprawiała wrażenie przestronnej, a pod ścianą stał duży tron.

- Wow, fajnie tu macie. Jakbym mieszkała w takiej kwaterze, byłabym wniebowzięta. – Zagaiłam do Wraith, który wbijał we mnie swe kłujące spojrzenie.

- Nie gap się tak na mnie. CO?! Mam może psią mordę i wyglądam dziwacznie, że się tak we mnie wpatrujesz?! – Chyba miał ochotę mnie pożreć, bo szybko znalazł się przy mnie i już chciał zacząć żerować, gdy nagle się powstrzymał. Uch, co za ulga.

- Jimmy, szajby dostałeś czy jak? Ale z ciebie agresor.

Do środka weszły wtedy osobniki w maskach i zaczęły mnie ciągnąć do najbliższego krzesła. Przywiązali mnie do niego, a gdy zobaczyłam, że Jimmy wyciąga strzykawkę z jakąś zieloną substancją, zaczęłam wrzeszczeć w niebogłosy:

- AAAA! JA NIE CHCĘ ZASTRZYKÓW! BOJĘ SIĘ IGIEŁ, SZCZEPIEŃ, NAWET KOMARÓW SIĘ BOJĘ! AAAA!

Szarpałam się jak tylko mogłam, ale mocno mnie przytrzymano. Wraith wstrzyknął mi to coś, mówiąc:

- Jesteś dla Johna najcenniejsza. To on zabił naszą królową i obudziliśmy się za wcześnie. Straciliśmy przywódczynię. Teraz ty umrzesz.

Zastrzyk strasznie bolał, w końcu straciłam przytomność. Znów zapadła ciemność.
  • 1
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#20 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 10.04.2011 - |19:33|

:blink: Ale, ale ale co dalej?????????
Proszę o następną część, dziękuję :rolleyes:
  • 1

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!





Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych