1. Prośba.--John--
- Niezapowiedziana aktywacja wrót - usłyszałem głos Amelii.
- Włączyć przesłonę - powiedział Woolsey.
- Odbieram kod Gorian.
- Wyłączyć przesłonę.
Ostatnio Gorianie bardzo często nas odwiedzali. Prowadziliśmy negocjacje dotyczące przyszłorocznych żniw. Ową rośliną uprawianą przez nich była jakaś dziwna odmiana kukurydzy z tym, że różniła się od niej kolorem ziaren. Zamiast żółtych były one czerwone. Rodney uwielbiał się nimi zajadać. Wyglądał dosłownie jak mały prosiaczek zjadając całą porcję ze swego talerza. Mało tego - niewiele brakowało, a jeszcze wylizałby naczynie jak jakiś pies. Naprawdę przekomiczny widok. Gdy tylko zwracałem mu grzecznie na to uwagę, strasznie się obrażał i żądał ode mnie przeprosin. Ech, on i te jego pretensje.
Zobaczyłem jak król Gorian wraz ze strażą przechodzi przez wrota. Ten wyglądał na zdenerwowanego i smutnego. Był to krępy, wysoki mężczyzna z lekko siwiejącym zarostem. Jego oczy wyrażały ból i desperację, tak jakby właśnie zmarł mu ktoś z rodziny. Jak się okazało, sytuacja była znacznie gorsza.
- Witamy na Atlantydzie lordzie Oling. Co pana do nas sprowadza? - zaczął Woolsey.
- Potrzebuję pomocy Atlantydy. Jesteśmy przecież sojusznikami - powiedział Oling.
- Owszem jesteśmy. Do czego potrzebna ci nasza pomoc?
- Ktoś porwał mojego syna Maleza. Sądzę, że porywacze będą chcieli dostać okup. Chciałbym abyście pomogli nam w odbiciu go. To naprawdę uczciwy młodzieniec. Nie biesiaduje z kompanami, tylko chce się uczyć zarządzania...
- Dobrze, dobrze - odparł Woolsey przerywając męczący wywód. - Przemyślę to.
Wtedy wciąłem się w ich pogawędkę:
- Dr Woolsey, to nasi sojusznicy. Sądzę, że powinien pan pomóc lordowi Olingowi i jego ludowi. W końcu Malez to przyszły następca tronu.
- Dostarczają nam też jedzenie - dodałem szeptem. Naprawdę utrata takiej rozrywki, jaką stwarzał dla mnie McKay jedzący te ziarna, byłoby smutne.
- Dobrze - powiedział Woolsey. - Postaram się pomóc.
- Dziękuję doktorze - odpowiedział mu Oling.
- Proszę przejdźmy do mojego gabinetu.
Wtedy ja, lord Oling i sześciu jego ochroniarzy podążyliśmy za Richardem.
Z daleka przyglądałam nam się dr Joanna Szewczyk. Jej niemal czarne oczy uważnie badały każdy mój ruch. Od kiedy dołączyła do ekspedycji traktowała mne z wyraźną wrogością. Jednak właśnie to mnie w niej tak intrygowało. W dodatku była niczego sobie: jej mleczna cera tworzyła ciekawy kontrast z długimi do pasa czarnymi włosami. Mogła się także pochwalić szczupłą sylwetką. Była ona neurochirurgiem i podwładną Jennifer Keller, co wyraźnie jej nie pasowało. Jednak poświęcała się po to aby leczyć w przyszłości wraith lub innego kosmitę. I tak zawsze trafiała na leczenie bzsenności i przemęczenia pracą. Było mi jej trochę żal, bo liczyła na przygodę, a tutaj dostawała same rozczarowania. Kto by pomyślał: tak mała osóbka może być najbardziej wygadaną i aspołeczną osobą. Była jak york - im mniejszy tym głośniej szczeka.
Gdy wyszedłem z gabinetu Woolseya spotkałem ją w messie.
- Cześć! Mogę się przysiąść? - zapytałem z nadzieją na rozmowę. Pewnie i tak męczyłbym ją o to nawet w ambulatorium.
- Jeśli musisz - odpowiedziała z niechęcią w głosie. Widocznie moja obecność nie szła jej na rękę. Dzisiaj była bardziej oziębła niż zwykle. Naprawdę trudno było ją rozgryźć. Zazwyczaj była twarda i nie okazywała uczuć innych niż agresja wobec wszystkiego co żyje. Jedynie z Teylą wykazywała coś co wyglądało jak przyjaźń. Inne osoby średnio ją interesowały, chyba, że były jej potrzebne (postawa podobna do wraith - potrzebny - niepotrzebny). Czasami miewała jednak przebłyski wrażliwości. Trwały one zazwyczaj nie więcej niż minutę. Stawała się wtedy wrażliwa i delikatna. Zdarzało się to rzadko, a jednak było warte zachodu. Zapewne przy Teyli bardziej się otwierała. Myślę, że była malutką myszką schowaną za maską twardej, rezolutnej pani doktor zajmującej się tylko rzeczywistością.
- Widziałem cię w sali wrót. Czemu tak mi się przyglądałaś?
- A czemu ty patrzyłeś w moją stronę? Wcale nie musiałeś tego robić - zaatakowała mnie.
- Więc przyznajesz się!
- No co ty? Patrzeć na ciebie? Mam ciekawsze rzeczy do roboty - odpowiedziała z pogardą w głosie.
-Ale to właśnie robiłaś. Czułem na sobie twój wzrok. Uważnie badałaś każdy mój ruch - drążyłem temat. Widziałem jak kończy swój lunch w pośpiechu.
- Skończyłam. Traz daj mi spokój. Muszę wracać do ambulatorium - powiedziała.
Nie dała mi nawet dojść d słowa. Po prostu wyszła z messy i tyle ją widziałem.
Tak naprawdę to to jest dopiero część pierwsza.
2. Informacje.--Joanna--
Wracając z messy, wstąpiłam do ambulatorium. Znowu Zelenka nabił sobie siniaka i muszę go opatrzyć. Ostatnio bardzo często mnie odwiedzał. Mam go już dość, ale on nie odpuszcza. Myślę, że to raczej nie przez tę jego pierdołowatość, ale z innego powodu. On się we mnie podkochuje - wszyscy mi to mówią. Ja go osobiście nie znoszę i najchętniej udusiłabym go gołymi rękami. Oczywiście miał okazję i od razu wyruszył na wyprawę do mnie po opatrunek.
Gdy weszłam do ambulatorium Zelenka już czekał i oczywiście chciał jakoś zagadać. Bał się jednak, że go zbesztam za to, że znowu coś ode mnie chce. I słusznie. To było widać z wyrazu jego twarzy.
- Doktor Szewczyk, czy poszłabyś ze mną do Sali Wrót, by dowiedzieć się czegoś o tym porwaniu? - zapytał niepewnie.
- Przecież jesteś naukowcem i takie wojskowe sprawy nie powinny cię zbytnio obchodzić.
- To, że jestem naukowcem nie oznacza, że nie interesuje mnie nic poza mną.
- Dobrze to ująłeś.
- Hej! Nie jestem samolubny!
- Tak? To posłuchaj tego co mówisz.
- Wiesz co, to ty jesteś samolubna. Zostawię cię z twoim wielkim ego, żebyś mogła z nim pogadać.
- Phi, mam to gdzieś - dodałam szeptem.
Zelenka wyszedł z ambulatorium, a ja zostałam sama ze swoimi myślami. Ja samolubna? Chociaż czasami potrafię taka być. Taaa, wyciągnęła nóż i zaczęła nim celować w Radka, a on krzycząc w niebogłosy uciekał szybko. Zaiste - jestem samolubna. Ach, jak te fantazje mogą człowiekowi poprawić humor. Naprawdę wyciągnęłam nóż i zaczęłam się nim bawić, ale zostawiłam Radka w spokoju. Nie mam ochoty na kolejną skargę z jego strony. Wszyscy wiedzą, że jestem niebezpieczna, ale lepiej żeby mnie nie zwolnili z tego powodu. Całkiem dobrze mi płacą. O, a Radek zaczął uciekać... muszę przyznać, że jego mina jest bezcenna.
--John--
Myślałem o tym porwaniu, ale coraz częściej w moje myśli wkradała się powoli, cichuteńko Joanna. W końcu wypełniła cały mój umysł. Dwa dni temu słyszałem jej śpiew - o tak miała piękny głos, gdy śpiewała i nie naśmiewała się z innych ludzi. Taaa, długo się nie zgadzała, ale Teyla w końcu przekupiła ją ciasteczkami. Gdy wydobyła z siebie dźwięk, był o niezwykle ciepły i czysty. Zwabił nawet jednego wieloryba, ale Aśka strasznie się wnerwiła, że ktoś (a raczej coś) jej przeszkadza i uciekła z balkonu razem z ciastakami. Teyla powiedziała mi później, że miała nadzieję, że Aśka da jej przynajmniej jedno ciacho, ale niestety przeliczyła się. Kurcze, nie rozumiem jak można być aż tak wrednym. Była nawet gorsza od Rodneya, ale coś mnie do niej ciągnęło - coś czego nie rozumiałem. Cholera! Muszę ją zdobyć. Najbardziej lubię te trudne cele, do których zdobycia trzeba się wysilić.
Poszedłem do Sali Wrót. Byłem ciekaw jakichś nowinek. W końcu Atlantyda też a swoją "pocztę pantoflową".
- Amelio, czy są jakieś wieścina temat tego porwania - jak mu tam - Mazela?
- Nie Mazela tylko Maleza! Tak są już wiadomości. Otóż, dowiedziałam się od Susan, która wie to od Sary, która usłyszała to od Lorna, któremu powiedział to Woolsey. Oczywiście wszystko miało być tajemnicą, ale ty wiesz, że na Atlantydzie to pojęcie abstrakcyjne. Podobno Maleza ostatnio widziano na planecie MX-369 z ciemnym mężczyzną i jasną kobietą.
- Czyli, że facet był czarny czy jak?
- Czyli,że mężczyzna był śniady i miał czarne włosy, a kobieta była bladą blondynką. Znam już imię tego gościa: Osokun. Kompletnie nie rozumiem, jak rodzice mogli tak skrzywdzić własne dziecko. Ciekawa jestem jak ma na imię ta blondynka. Lepiej czy gorzej? Hmm... nie wiem. Może ten facet chce się w ten sposo zemścić na rodzicach albo... - Amelia chciała ciągnąć dalej, ale przerwałem jej. Dziś była strasznie gadatliwa. Chyba wpadła w dobry humor.
- Aha. Wiesz co, muszę lecieć. Dzięki za wszystko - odparłem i wyszedłem z Sali Wrót. Ciekawe czy Joannę zainteresują moje spostrzeżenia. Zacząłem jej szukać, gdy nagle z kimś się zderzyłem, nabijając przy tym guza sobie i staranowanej ofierze.
- Auć! Szlag by to! Potrzebuję lodu. John patrz jak chodzisz! - zbeształa mnie Aśka.
Od razu poznałem jej głos: pełen gniewu i nienawiści.
- Przepraszam - powiedziałem. - Szukałem cię i najwyraźniej nie musiałem się namęczyć.
- Tak ty nie, ale ja przez ciebie - podkreśliła słowa "ja" i "ciebie"- mam okropną śliwę, zobacz - pokazała mi dużego, fioletowego siniaka, który rzeczywiście przypominał śliwkę. Znajdował się on tuż przy łokciu. Brr, jakie ona musiała mieć teraz prądy. Jak to wytrzymuje? Jest bóloodporna czy co? - Piękny, prawda? Idealnie pasuje do mojej ciemno-fioletowej bluzki, którą mam w walizce!
Jej wypowiedź pluła ironią i nienawiścią na kilometr. Nawet Ronon gdzieś uciekł. O, widzę go - schował sie za Lornem. Chyba było im mnie żal. Coś mi się wydaje, że Joanna ma w sobie za dużo złości. Chyba za bardzo się się stresuje, chociaż... nie - ona i tak ma wszystko gdzieś, byleby jej płacili.
- Idę do ambulatorium po lód, a ty trzymaj się ode mnie z daleka, bo znowu na mnie wpadniesz! Pa pa! - pożegnała mnie ostro i poszła w cholerę. Lepiej zostawię ją samą. Wiele razy widziałem, jak bawiła się nożami w obecności osób, których szczerze nie lubiła. Teraz pewnie też miała ochotę rzucić mi nożem w plecy - i to dosłownie, ale najwyraźniej przeszkadzała jej w tym prawa ręka. Jakie szczęście, że Joanna jest prawo-ręczna, bo chyba nie umie dobrze celować lewą ręką, prawda?
--Joanna--
Taaa, siedziała na łóżku, opierając się o ścianę i przykładając sobie lód do ręki. "Kur**" - przeklęła - "Jak boli!". Dobra, kończę już mówić o sobie w trzeciej osobie, chociaż uważam, że jest to cechą geniuszów. Przez tego siniaka nie będę mogła rzucać nożami w Zelenkę przez tydzień! Taaa - ona i te jej rzeźnickie zapędy. Pewnie najchętniej pokroiłaby krowę! Ech, chyba trochę przesadziłam. Pokroiłabym co najwyżej kurczaka, upiekłabym go na grillu, a na zakąskę zjadłabym kanapkę z serem pleśniowym. Ach, kocham sery. Jak to dobrze, że ci obcokrajowcy nie rozumieją tego co mówię po polsku. Przynajmniej mogę gadać do siebie, a oni niczego się o mnie nie dowiedzą. No może poza tym, że jestem wariatką, bo kto normalny mówi sam do siebie. Zaraz, przecież już wiedzą, że jestem świrem. Aaa, no to niczego innego już się o mnie nie dowiedzą.
3. Koszmar.--Joanna--
Po 6:00 obudziłam się z krzykiem. Nie mogłam spać tej nocy. Miałam straszne koszmary i wizje. Budziłam się na jakimś stole operacyjnym, a nade mną stał jakiś przebrzydły Wraith i coś mi wstrzykiwał. Okropnie bolało. Byłam przerażona i krzyczałam z bólu, bo nigdy nie lubiłam zastrzyków. Zazwyczaj nie przejmowałam się snami, ale teraz zastanawiałam się, co może on oznaczać. Wpadnę w ręce Wraith, a może to jakaś bujda? Ale zaraz, zaraz... nigdy w życiu nie widziałam widma - nawet jego zdjęcia, a już tymbardziej na żywo, ale ten ze snu wydawał się tak realistyczny, zaczęłam się ich bać. Jak dotąd myślałam, że to tylko chore psychicznie zmutowane wampiry, które trzeba leczyć antydepresantami. Postanowiłam, że odwiedzę dziś psychologa (tak, wiem jak to wygląda, ale naprawdę się bałam), lecz na początek muszę się wyspać. Nie mam ochoty na szpikowanie się kofeiną.
***
Spacerowałam pośród oszronionych drzew uginających się pod ciężarem śniegu w moją stronę, jakby chciały mnie uwięzić, schwytać. Panował mróz, jednak nie było mi zimno, a byłam ubrana tylko w moją żółtą koszulę nocną. Miałam bose stopy, stąpałam po czystym lodzie, ale mimo to nie ślizgałam się ani nie czułam zimna, raczej coś jak delikatne ciepło. Pod drzewami leżał 20-centymetrowy śnieg. Gdy skręciłam w prawo zobaczyłam Wraith ze snu. Był on strasznie wysoki - miał tak ze dwa metry, a może nawet więcej. Na twarzy zobaczyć można było wystające kości policzkowe, wyłupiaste oczy, duży nos i wąskie usta wykrzywiające się w złowrogim grymasie, mającym chyba przypominać uśmiech. Nie był to jednak miły uśmiech. Bardziej przypominał uśmiech typu: "będziesz mi smakować". Brr, okropność. Zaczęłam zawracać, ale okrążył mnie tuzin jego kopii. Nagle rozbolała mnie głowa, słyszałam głosy w moim umyśle, myślałam, że zaraz wybuchnę. Nogi miałam jak z waty, więc upadłam na lód, ale tym razem był tak zimny, że piekła mnie skóra w miejscach, gdzie go dotknęła. Głosy połączyły się w jeden dudniący huk mówiący: "Zaiste umrzesz. Powiadam ci, nie będzie ratunku, moja pani się odrodzi, ta która opiekowała się tymi, którzy spali." Zaczął śmiać się demonicznym śmiechem. Nagle wszytsko ucichło, ból zelżał, a widok przesłoniła mi mgła. Nastała ciemność.
***
Obudziłam się zlana potem, kapał mi nawet na powieki. Sprawdziłam godzinę i stwierdziłam, że jest 10:30. "Cholera! Jestem spóźniona!". Wstałam, wzięłam szybki prysznic, nałożyłam na siebie mundur Atlantydy, rozczesałam włosy i wybiegłam z kwatery. Czasami naprawdę zadziwia mnie moja szybkość i zwinność. Gdy wbiegłam do ambulatorium, wszyscy dziwnie się na mnie patrzyli.
- No co?! Pierwszy raz w życiu zaspałam, więc nie gapcie się tak na mnie, ok.
- Nie o to chodzi - odezwała się jedna z pielęgniarek. - Ty masz na sobie różowe kapcie.
Zarumieniłam się ze wstydu. Popatrzyłam w dół i to co zobaczyłam, wstrząsneło mną. Rzeczywiście miałam na sobie różowe, puchate kapcie z jednookimi królikami, które piszczały przy każdym kroku. Wcześniej tego nie zauważyłam, bo byłam zbyt zajęta biegiem.
- Przepraszam na chwilę.
Gdy tym razem wybiegłam z ambulatorium, słyszałam za sobą śmiechy, najwyraźniej uznali, że już ich nie usłyszę. Zemsta będzie słodka, ale pomyślę o niej później. Teraz muszę zmienić buty i zwolnić się z pracy - mam jeszcze miesiąc płatnego urlopu, więc mogę sobie poużywać.
Poszłam do pani psycholog. Tak właściwie to jej nie znam, ale muszę z kimś o tym porozmawiać - z kimś kto zna sie na snach. Taaa, równie dobrze mogła pójść do wróżki, ale nie zniży się do tego typu rzeczy.
- Dzieńdobry - zaczęłam po angielskiemu, bo się inaczej nie dogadam. A szkoda, nie znoszę tego języka.
- Witam - odezwała się psycholog. - Nazywam się dr Mary Watson. Co cię do mnie sprowadza?
- Dr Joanna Szewczyk. To dla mnie dość wstydliwa sprawa. - Kurcze, czemu zawsze tak się denerwuję przy psychologach?!
- Nikomu nie powiem. A tak przy okazji to pani imię to Dżoana?
- Nie! Wymawia się je Joanna! Później poćwiczy pani wymowę, a teraz proszę mnie posłuchać. Miałam dziś bardzo niepokojący koszmar - zaczęłam tymi słowami. Gdy skończyłam Mary zaczęła:
- Hmm. Ciekawe. Podobno widma mogą porozumiewać się telepatycznie. Może to jakiś przekaz myślowy...
- Taa, jasne.
- Przecież Michael skontaktował się z Teylą.
- Ale ona ma w sobie DNA widm, a Wraith nie mogą porozumieć się ze zwykłym człowiekiem za pomocą myśli.
- Chciałam pomóc.
- Coś ci nie wyszło.
- Hmm. A tak z innej beczki, to mogę także pomóc w innych sprawach. Jestem psychoterapeutka. Może chciałaby pani porozmawiać o swoim dzieciństwie?
- Wolę nie.
- Dlaczego? Czy stało się coś o czym nie chce mi pani powiedzieć?
- Nie. Po prostu nie lubię tego tematu.
Tak naprawdę to nie chciałam o tym rozmawiać, gdyż moje dzieciństwo nie było wesołe. Otóż tuż po urodzeniu zostałam podrzucona do szpitala, miałam przyczepioną karteczkę z imieniem i nazwiskiem. Policja nie odnalazła mojej matki. Do 10 roku życia wychowywano mnie w Domu Dziecka. Potem kilka razy mnie adoptowano, ale zawsze wracałam z powrotem. Byłam trudnym dzieckiem i zawsze czułam się inna niż wszyscy. Szybciej się uczyłam, miałam lepsze wyniki w nauce niż moi rówieśnicy, a czasami nawet więcej niż niektórzy dorośli. Do tego mój charakterek każdego doprowadzał do szału. Dostałam się do świetnego liceum. Przeskoczyłam kilka klas, a potem na wymarzonych studiach na UJocie miałam najlepsze wyniki na roku. Studia skończylam w wieku 19 lat z 6 doktoratami i dwuletnim stażem. Potem pracowałam przez 3 lata jako specjalistka od neurochirurgii. Teraz mam 22 lata i od 2 miesięcy pracuję na Atlantydzie. Rodziców nigdy nie poznałam. Myślę, że gdyby wiedzieli gdzie teraz jestem, na pewno byliby ze mnie dumni. Wiele razy śnili mi się po nocach (właściwie to moje wyobrażenie o nich). Ciemnowłosa kobieta z ciemnymi oczami, niska (jakieś 165 cm), w dodatku bardzo ładna. Najdziwniejsze jest to, że miała na sobie ubranie starożytnej - takie jakie opisał mi niedawno Beckett, gdy po raz pierwszy uruchomił archiwum pradawnych. W dodatku wyobrażenie matki było praktycznie takie same, jak wygląd Morgany. Ojciec natomiast był bardzo jasnym blondynem (jego włosy były niemal białe) z zielonymi oczami, bardzo blady (miał taką cerę jak ja - niemalże wampirzą) i miał jakieś takie elfie uszy. No cóż, w każdym razie były strasznie szpiczaste, ale nie odstające - dokładnie takie jak moje. Był wysokim, przystojnym mężczyzną (180cm). Mówili mi: "Joanno, znajdź Atlantydę." Zawsze potem pojawiał się adres z ośmioma symbolami - symbolami Atlantydy. Właśnie to wezwanie skłoniło mnie do przyłączenia się do tej ekspedycji. Może jednak poznałam moich rodziców.
- Do widzenia. Dziękuję za wszystko.
Gdy wyszłam z "chorego pokoju", udałam się do messy, byłam niezmiernie głodna.
Szłam korytarzem, gdy nagle usłyszałam za sobą głos Johna:
- I co? Ręka sie zagoiła?
- Dla twojej wiadomości - jest z nią lepiej. Daj mi spokój!
- Hej! Zaczekaj! Mam dla ciebie propozycję.
- Jaką?
- Chciałbym żebyś uczestniczyła z nami w misji. Mamy kilka planet, na których może przebywać ten porwany. Pasowałoby sprawdzić każdą z nich.
- A na co jestem wam w takim razie potrzebna? Równie dobrze Keller mogłaby z wami polecieć.
- Chciałbym, żebyś to ty poszła, nie Jennifer. Zależy mi na tym.
Uśmiechnął się do mnie tym swoim czarującym uśmiechem, przez co zmiękły mi kolana. Zatkało mnie. Poczułam nagle napłym krwi do policzków i przeszedł po mnie przyjemny dreszcz. Serce zaczęło mi walić jak oszalałe. Jak to się stało?! Dalczego tak na to reaguję?! Nic nie rozumiem. Wpatrywałam się w te jego śliczne oczy. Dopiero teraz odkryłam ich orzechowy odcień. To jego ciepłe spojrzenie przenikało w głąb mojej duszy. Nie mogłam przestać się w nie wpatrywać, byłam jak zahipnotyzowana. Nie! To nie może być prawda! O nie! Motylki napłynęły mi do brzucha. Ledwo powstrzymałam płytki oddech, zaczęłam nerwowo przygryzać wargę.
- Z...zastanowię s...się - ledwo wydukałam.
- Dobrze. Chciałbym, żebyś jutro mi odpowiedziała.
Rozglądnęłam się dookoła. Nikogo nie było. Nagle John przybliżył się na mniej więcej 20cm od mojej twarzy (chociaż wydawało mi się, że mniej). Opiewałam wzrokiem to jego oczy, to jego usta. Jego wargi zaczęły się rozchylać i przybliżać, oczy delikatnie przymykać. Zamknęłam więc oczy i stałam tak w oczekiwaniu na pocałunek, gdy John nagle się odsunął, a jego usta były w odległości ok. 5cm.
- C...co r...robisz? - spytałam zdziwiona.
- Byłem ciekaw twojej reakcji i muszę przyznać, że mnie zaskoczyłaś - szepnął mi do ucha. Oddalił się i położył rękę na moim ramieniu, przebiegł mnie przyjemny dreszcz.
- Do jutra - pożegnał się i poszedł w głąb korytarza tak, że nie mogłam już go zobaczyć. Gdy ocknęłam się z tego pięknego snu, zrozumiałam swoją głupotę. Co za wstyd! Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Byłam na siebie strasznie zła. "Co ty zrobiłaś?! John pomyśli, że czujesz do niego coś innego od nienawiści" - skarciłam się w myśli. Jeśli powie to komukolwiek to go uduszę! Nie mogę jednak się oszukiwać. Nie mogę oszukać mego serca.
--John--
Odchodząc, zdążyłem jeszcze obejrzeć się za siebie. Joanna (czyt. Dżoana

) w dalszym ciągu miała zamknięte oczy, a jej klatka piersiowa unosiła się w niespokojnym oddechu. Obserwowałem z ukrycia jak jej powieki się podnoszą, a ona spogląda przed siebie. Pacnęła się potem w policzek i powiedziała coś po polsku. To jak wtedy zareagowała zaskoczyło mnie. Chciała, żebym ją pocałował, jednak wolałem pozostawić jej pewien niedosyt. Była to część mojego planu względem niej. Teraz pewnie jest na siebie strasznie zła. W sumie to bym się jej nie dziwił. Na miejscu Joanny także chciałbym zapaść się pod ziemię.
***
Przemierzałem korytarz. Wszędzie było pusto i tylko światła jasno świeciły. Dotarłem do balkonu. Rozciągał się piękny widok - słońce chyliło się ku zachodowi, a fale rozbijały się o miasto, niesamowicie przy tym szumiąc. To wszystko dopełniała jeszcze rześka bryza, opiewająca moją twarz. Podrapałem się po brodzie. Chyba powinienem się ogolić. Myślałem o misji, na którą miałem niebawem wyruszyć. Czy natrafimy na widma? Czy znajdziemy Maleza? Czy... Joanna (Dżołana ^^) zgodzi się pójść na tą misję? Chciałbym, żeby z nami poleciała.
***
Położyłem się spać wyjątkowo późno, bo około pierwszej w nocy. Gdy się obudziłem, rozblała mnie głowa - to pewnie przez to, że ostatnio krótko sypiam. Sprawdziłem godzinę - 7:15. Wstałem o mało co nie zaliczając drastycznego spotkania z ziemią. Uff. Przejechałem sobie ręką po twarzy, odkrywając, że naprawdę muszę się ogolić. Rozglądnąłem się po mojej kwaterze. Na wprost wąskiego łóżka znajdowały się drzwi i czytnik. Mogłem także popatrzeć sobie na ocean (mam u siebie okno). Potykając się o moje graty, prawie wpadłem na drzwi łazienki. Otworzyłem je, a gdy wszedłem do środka, podszedłem do umywalki, nad którą wisiało lustro bez ramki. Takie zwyczajne. Sięgnąłem do szafki pod umywalką i zacząłem w niej grzebać w poszukiwaniu maszynki i płynu do golenia. Trochę to trwało, gdyż latarkę posiałem w diabły, a bez niej niczego nie można tam znaleźć. O, udało się. Ogoliłem się dokładnie i wszystko schowałem. Potem wziąłem szybki prysznic, a następnie rozczesałem włosy (nie lubię gdy mają kołtuny). Ubrałem mundur Atlantydy i uznałem, że wyglądamcałkiem nieźle.
Niestety głowa dalej mnie bolała, więc poszedłem do ambulatorium po leki. Spotkałem tam Jennifer.
- Cześć John - znowu po tabletki nasenne? - spytała.
- Nie. Tym razem przeciwbólowe - odpowiedziałem. - Głowa strasznie mnie boli.
- A co? Siedzi ci tam jakiś obcy czy jak? - zapytała, śmiejąc się przy tym.
- Tfu! Wypluj to słowo. Nie mam na to ochoty.
- Wypluję je, ale później, bo teraz muszę dać ci leki.
Gdy je zażyłem, podziękowałem jej serdecznie i wyszedłem. Sprawdziłem godzinę. Była 8:45.
--Joanna--
Ach. Ciasteczka, czekolada, słodycze. Mniam. Cały stół zastawiony smakołykami. Już przymierzałam się do ich schrupania, gdy mój cudowny sen przerwał bezlitosny dźwięk budzika. Ech. Leżałam na łóżku, a mój budzik jeździł po pokoju. Tak - nie przesłyszeliście się - jeździł. To małe ustrojstwo dostałam z okazji nowej pracy. Marek mi go kupił. Mówił, że jak już tam będę to lepiej, żebym się nie spóźniała, a ten sprzęt w dodatku pobudzi mnie do działania. Szczerze mówiąc stało się inaczej. Strasznie nie chciało mi się wstawać. Przecież miałam w końcu jakiś normalny sen, a nie koszmar z widmakiem w roli głównej. Zwlokłam się z łóżka, złapałam i szybko wyłączyłam budzik - jest strasznie wkurzający. Szkoda, że nie mogę się ubierać tak jak chcę, tylko nosić ten mundur. No trudno. Założyłam go i poszłam uczesać włosy. Gładziłam je dłonią przez jakieś dziesięć minut. Jakie miękkie. To ta nowa odżywka. Przyjrzałam się swojemu odbiciu w lustrze i musiałam przyznać, że jestem naprawdę ładna. Byłam bladą, czarnowłosą pięknością. A może by tak... a co mi tam. Wzięłam piękny pierścionek, który znalazłam kiedyś nad morzem. W samym środku cudownych złotoczerwonych pasków tkwił śliczny, błyszczący kamień pustyni. Sam pierścionek został zrobiony z białego złota i miał platynowy odcień. Był to mój talizman (tak, taka osoba też wierzy w te rzeczy). Przyglądanie mu się sprawiało mi wiele przyjemności. No dobra. Trzeba się pozbierać. Sprawdziłam godzinę. Była dziewiąta. Wyszłam z mojej kwatery i ruszyłam korytarzem do messy. Ależ ja zgłodniałam przez ten smakowity sen. Gwizdałam sobie radośnie pod nosem, a ludzie dziwnie się na mnie patrzyli. I tak nie obchodziła mnie ich opinia. Przecież to cymbały i ponuraki. Nie to co ja. Taaa, jasne, szła gwiżdżąc pod nosem, podczas gdy wszyscy się na nią gapili. Doszłam do messy i poprosiłam kucharkę o coś cholernie słodkiego.
- Muszę uzupełnić cukry - zaśmiałam się na głos i chyba przez to zostałam zdemaskowana.
- Cześć Joanna! Cieszysz się tak, bo podjęłaś właściwą decyzję? - spytał mnie John. Niestety zdążyłam już napchać sobie usta szarlotką i zdziwiona całą sytuacją z buzią wielkości wypchanej gęby chomika, spytałam głupkowato:
- Co?! - niestety naplułam Johnowi idealnie w twarz, na co on otarł ją rękawem. Czemu ja ciągle muszę mieć takie wpadki?! To kara boska czy jak? Chociaż tak w sumie no to może być.
- Pytałem o misję. Przemyślałaś to?
- Jaaa... ttak...
- Więc wybierasz się na nią?
- Jjasnee... czemu nie...
- To dobrze. Do zobaczenia jutro o 10:00 w Sali Wrót.
KONIEC CZĘŚCI TRZECIEJ - CDN
P.S.
Wrzuciłam to tu, bo miałam na tą ochtę

zresztą mojego bloga czyta tylko parę osób, a to tu zostanie dłużej.
Użytkownik igut214 edytował ten post 22.01.2011 - |20:00|