Cykl ORP
#1
Napisano 23.08.2004 - |18:59|
Rebelia
"Gwiazdy. Bardzo piękne z powierzchni planet, ale prawdziwe ich piękno i ogrom można dojrzeć tylko z przestrzeni." - słowa komandora Eklanda, człowieka, który nakłonił go do wstąpienia do Floty, ponownie rozbrzmiały w umyśle kapitana Coena.
- Miałeś rację, przyjacielu, są piękne - powiedział cicho, po raz kolejny rozmyślając nad tym, co zamierza zrobić. Nagle zapiszczał komunikator i dobiegł z niego głos chorąży Lo'Ren:
- Kapitanie, wykrywamy zbliżające się okręty. Mają sygnatury Federacji.
Coen nacisnął guzik komunikatora i powiedział:
- Już idę. - zdjął powoli z piersi komunikator w kształcie symbolu Gwiezdnej Floty, obrócił go parę razy w palcach, po czym schował do szuflady. 'Teraz nie ma już odwrotu' - pomyślał zakładając kurtkę munduru. Wyszedł z kajuty i skierował się na mostek.
Kapitan Picard po raz kolejny przeglądał dane odnośnie swojej nowej misji. Enterprise miał za zadanie odnaleźć okręt klasy Ambassador U.S.S. Thunder, który zaginął w zewnętrznych regionach dwa tygodnie temu. Ponieważ nie był to pierwszy taki przypadek w tym rejonie, dostali do pomocy U.S.S. Storm klasy Excelsior. Picard cieszył się z tego zadania, bo przerwało ono ciąg misji transportowych i dyplomatycznych, w jaki wpadł ostatnio Enterprise. Kapitan zaczął ponownie przeglądać dane osobowe dowódcy Thundera - kapitana Logana Coena. Z danych tych wynikało, że Coen wyraźnie nie był prymusem w Akademii Floty. Ukończył ją zaledwie jako 34. na roku i przypuszczano, że raczej nigdy nie zostanie nawet komandorem. Wszystko się zmieniło mniej więcej rok temu, kiedy został przydzielony na innego Ambassadora - U.S.S. Yamato. Objął wtedy stanowisko sternika i prawie cały czas przebywał na mostku. W czasie patrolu w pobliżu granicy kardasjańskiej pierwszy oficer Yamato wraz z doradcą, oficerem taktycznym i naukowym zszedł na pobliska planetę, aby zbadać źródło dziwnych wahań mocy. Kiedy tam przebywali, z pobliskiej mgławicy wyleciały trzy kardasjańskie Galory i zaatakowały Yamato. Kapitan okrętu został ogłuszony odłamkiem po jednym z trafień. Coen przejął dowództwo nad okrętem. Mimo że był zdaje się najniższy stopniem na mostku, nikt się temu nie sprzeciwił. Stosując kilka zupełnie nieznanych manewrów, uszkodzony Ambassador zniszczył jednego Galora i ciężko uszkodził innego. Po czymś takim Kardasjanie szybko się wycofali. Po powrocie do bazy Coen został awansowany i wysłany na dodatkowe szkolenia na planetę macierzystą Trilli. Od tego momentu jego kariera była błyskawiczna, w ciągu siedmiu miesięcy dostał nity kapitańskie i własny okręt. Mógł wtedy dostać nawet Galaxy, ale wolał Ambassadora i możliwość samodzielnego skompletowania załogi. Z tego, co wynikało z danych, przezbroił go lekko, montując system emiterów i banków fazerów analogicznych do tych z klasy Galaxy. Z danych wynikało także, że Coen jest doskonałym taktykiem i strategiem, czego dowiódł na Yamato. Oprócz tego Coen przeszedł intensywny kurs walki wręcz i przy użyciu broni energetycznej. Z zamiłowania studiował historię i szkolił się w walce bronią białą. Dzięki temu drugiemu bardzo szybko zjednuje sobie Klingonów i ma wśród nich wielu przyjaciół. Największym minusem kapitana Coena jest słaba znajomość nauk ścisłych, ale rozwiązał ten problem, biorąc na swojego oficera naukowego połączonego Trilla Betę, nazywającego się Adahl Fehrn, który mimo bardzo młodego wieku jest ekspertem w dziedzinie fizyki, biologii i paru innych dziedzin. Taki wybór dowiódł, że Coen zna swoje mocne i słabe strony, a to niełatwe. Po tym wszystkim kapitan Logan Coen jest uważany za jednego z najlepszych taktyków we Flocie. Co do reszty jego załogi...
- Kapitanie, wykrywam jakiś okręt - powiedział chorąży Suvrik, przerywając Picardowi studiowanie danych. - To Thunder. Utrzymuje pozycję na granicy pobliskiego układu planetarnego, ale... zaraz... coś z nim nie tak - spokojny głos Volkana nie pasował do jego błyskawicznych ruchów na konsoli nawigacyjnej.
- Trochę precyzyjniej proszę - powiedział Picard lekko rozdrażnionym tonem.
- Lepiej będzie, jak pan to sam zobaczy - powiedział Suvrik włączając główny ekran. Na monitorze przed wszystkimi na mostku pojawił się obraz kawałka przestrzeni, w którym nieruchomo wisiał niewątpliwie okręt klasy Ambassador. Jednak zamiast typowej, swojskiej federacyjnej szarości cały był pomalowany w czarno-czerwone nieregularne plamy, które lekko utrudniały zauważenie go dokładnie gołym okiem.
- Kapitanie, to nie wszystko - zakomunikował ponownie chorąży Suvrik. - Proszę spojrzeć na to.
Na ekranie pojawiła się górna przednia część spodka Thundera, gdzie znajdowały się zawsze nazwy i numery identyfikacyjne statków Floty. Jednak zamiast NCC 2354 U.S.S. Thunder było tam czerwonymi literami na czarnej plamie napisane O.R.P. Grom. Wszyscy na mostku Enterprise popatrzyli po sobie ze zdziwieniem.
- Panie Data, czy rozumie pan coś z tego? - zapytał kapitan.
- Chwileczkę - odpowiedział Android, po czym przekrzywił lekko głowę, przetwarzając dane i analizując je. Po chwili powiedział - Skrót O.R.P., jeśli się nie mylę, widniał na okrętach polskich na Ziemi. Tak samo słowo Grom pochodzi z tego języka i oznacza właśnie Thunder.
- Polska? - zdziwił się William Riker, pierwszy oficer Enterprise. - Z tego, co pamiętam z historii, to ten kraj nie istnieje od ponad trzystu lat.
- Kapitanie - powiedział ostrzegawczo Worf. - Thunder podniósł osłony i naładował broń. Bierze nas na cel, ale nie otwiera ognia.
Kapitan od razu podjął decyzję
- Zróbmy to samo.
Po jego słowach rozległ się przenikliwy dźwięk ogłaszający czerwony alarm i na mostku zapanował półmrok.
- Wywołują nas - powiedział Volkan. - Przełączam.
Na ekranie pojawiła się sylwetka białowłosego mężczyzny średniego wzrostu, ale dobrze zbudowanego. Ubrany był w jakiś dziwny mundur, czarno-czerwony ze skóropodobnego materiału. Znad jego lewego ramienia wystawała rękojeść jakiejś broni białej, a u prawej nogawki spodni przymocowany był jakiś dziwny pistolet. Nieprzyjemną, srogą twarz białowłosego pokrywało kilka szpetnych blizn.
- Kapitanie Picard - powiedział białowłosy nieprzyjemnym, twardym głosem - proszę się natychmiast wycofać poza ten układ gwiezdny.
- Kapitanie Coen - powiedział zaskoczony lekko Picard - co to wszystko znaczy?
- Wyjaśnię to panu, gdy znajdziemy się poza tym układem.
- A jeśli nie zechcę się stąd ruszyć? - zapytał Picard siadając na swoim fotelu.
- To unieruchomię pański statek i was odholuję poza jego granice - odpowiedział najspokojniej w świecie Coen. Picard przyjrzał się uważnie Coenowi.
- Naprawdę łudzi się pan, kapitanie, że miałby jakieś szanse? - zapytał. Logan uśmiechnął się paskudnie, po czym dał komuś znak kiwnięciem głowy.
- Kapitanie - Worf nieomal krzyknął - U.S.S. Storm uruchomił napęd i przesuwa się, zajmując pozycję przy prawej burcie Thundera, obraca się i celuje w nas.
- Chce pan zadać to pytanie jeszcze raz? - zapytał spokojnie Coen. Picard szybko rozważył sytuację
- Dobrze, kapitanie. Wycofujemy się na impulsowej, ale nie odwrócę się do was plecami, skoro we mnie celujecie - powiedział rozdrażniony. Logan kiwnął głową i powiedział
- Postąpiłbym tak samo - po czym zakończył połączenie. Enterprise powoli ruszył w kierunku, z którego przybył, a dwa zdradzieckie okręty ruszyły za nim. Picard rozejrzał się po mostku.
- Jakieś sugestie? - zapytał, po czym spojrzał na Deannę Troi. Betazoidka pokręciła tylko głową
- Przykro mi, kapitanie - powiedziała spokojnie. - Nie wyczuwam jego emocji. Czuję, jakby ktoś mnie blokował.
Picard kiwnął tylko głową, przyjmując to do wiadomości.
- Właściwie - powiedział nagle Data - moglibyśmy walczyć. Enterprise jest ciągle potężniejszy od Thundera i Storma razem wziętych.
- Odradzam - włączył się do rozmowy Worf. - Znam mniej więcej zdolności taktyczne Coena i widziałem go w walce. Nie zaatakuje pierwszy, ale zawsze zada ostatni cios, a jeśli go zdradzimy, to będzie nas ścigał nawet do sąsiedniej galaktyki.
Wszyscy spojrzeli ze zdziwieniem na Klingona.
- Skąd pan tyle o nim wie, panie Worf?
- Byliśmy razem w Akademii - powiedział spokojnie. - Zawsze uważałem go za swojego przyjaciela.
- Więc wie pan może, czemu się tak zachowuje? - spytał z nadzieją w głosie Riker.
- Niestety nie. To dla mnie taka sama zagadka jak dla was.
Wszyscy spuścili lekko głowy zastanawiajac się, co się właściwie dzieje.
- Jesteśmy na obrzeżu układu - powiedział po chwili chorąży Suvrik.
- Cała stop - powiedział Picard siadając na swoim fotelu. - Wywołać ich.
Na ekranie ponownie pojawiła się sylwetka Coena.
- Czekam teraz na wyjaśnienia, kapitanie - powiedział ostro Picard.
- Naturalnie - powiedział spokojnie Logan - Widzi pan, kapitanie, ten układ jest graniczny między przestrzenią Zjednoczonej Federacji Planet a Odrodzonej Rzeczypospolitej Polskiej.
Picard nie mógł powstrzymać uśmiechu niedowierzania i powiedział:
- Chyba nie mówi pan poważnie?
- A wyglądam, jakbym żartował? - spytał poważnie Coen. Uśmiech na twarzy Picarda stopniał, kiedy kapitan zdał sobie sprawę, że postać na ekranie nie żartuje.
- To można uznać za zdradę - powiedział.
- Owszem, można - przyznał. - Ale postaramy się, aby to jednak zdradą nie było.
- Jak to? - zdziwił się Picard.
- Jeszcze wczoraj wysłaliśmy wiadomości do władz Federacji, Imperium Klingońskiego i Unii Kardasjańskiej, a także do innych ważniejszych rządów w kwadrancie, informując ich o powstaniu naszego państwa, ale tylko Federację, Klingonów i Kardasjan zaprosiliśmy do tego układu gwiezdnego na rozmowy. Przedstawiciele powinni być tu w ciągu dwudziestu czterech godzin.
- W jakim celu? - spytał Picard.
- Podpisania traktatów i uznania naszego państwa, ale, kapitanie, trzeba załatwić teraz pewną sprawę. Otóż na moim okręcie i na Storm jest około trzysta osób, które nie przyłączyły się do... buntu, jak to pan określił, i pasowałoby dla bezpieczeństwa przenieść ich na pański statek. To trochę nie tego trzymać ich pod kluczem tyle czasu.
Picard przyjrzał się uważnie swojemu rozmówcy.
- Chyba nie sądzi pan, że będę na tyle nieostrożny, aby opuścić osłony do transportu.
- Spokojnie, ja również tego nie zrobię, gdyż nie mam pewności, czy by mi pan nie wpakował torpedy w rdzeń, ale możemy to zrobić tak: w tym układzie jest jedna planeta klasy M. Za chwilę udamy się tam i prześlemy waszych ludzi na powierzchnię, podczas gdy wy zostaniecie tutaj poza zasięgiem broni. Potem my się wycofamy na obrzeże układu, a wy będziecie mogli zabrać ich z planety.
Picard zamyślił się przez chwilę.
- To rozsądne rozwiązanie, tak zrobimy - powiedział, po czym zakończył połączenie i przystąpił do realizacji planu przeniesienia załogi Federacji.
Następnego dnia w układzie zebrała się mała flota. Oprócz Enterprise Federacja przysłała jeden okręt klasy Galaxy i dwa klasy Excelsior. Imperium Klingońskie reprezentowała natomiast grupa złożona z jednego Vor'Cha i trzech Drapieżnych Ptaków: jednego K'Vort i dwóch B'Rel. Z kolei Unia Kardasjańska mogła się pochwalić jedną jednostką klasy Galor i czterema klasy Hideki. Gospodarzy spotkania oprócz O.R.P. Grom i O.R.P. Burza reprezentował jeszcze jeden okręt klasy Galaxy O.R.P. Bałtyk. Reprezentanci wszystkich czterech rządów spotkali się na planecie, aby pertraktować, natomiast kilka kilometrów dalej na zielonej łące nad jeziorem mogły wypocząć załogi statków, na których przybyły delegacje. Jedynie Kardasjanie nie skorzystali z tej oferty. Teraz po tych łąkach przechadzali się Terranie, Klingoni, Trille, Betazoidzi, Andorianie i przedstawiciele innych ras. Tam też spotkało się dwóch starych przyjaciół.
- Worf - zawołał Coen do stojącego niedaleko Klingona.
- Coen - odpowiedział spokojnie porucznik, podając kapitanowi rękę.
- Miło cię widzieć przyjacielu - powiedział Coen. Worf spojrzał mu w oczy, po czym zapytał
- Logan, czemu zdradziłeś Federację?.
Kapitan ruchem dłoni zaproponował, aby się przeszli, i tak też uczynili. Wtedy Coen zaczął powoli mówić
- Wbrew temu, jak to wygląda, nie jest to zdrada, lecz jedynie chęć odtworzenia swojej, naszej ojczyzny. Jeśli Flota i Imperium tego zażądają, zwrócimy wam okręty, ale nasi negocjatorzy starają się teraz wynegocjować, abyśmy nie musieli tego robić... Ale dość o polityce. Opowiedz, co u ciebie.
Worf uśmiechnął się lekko. W obecności innych tego nie robił, ale Coen znał go od dawna i nieraz widział go nawet śmiejącego się.
- Ano dobrze, obecnie ogrywam załogę w karty. - obaj zaśmiali się cicho, po czym Worf zapytał wskazując na rękojeść wystającą z nad ramienia Coena - A to co?
Kapitan uśmiechnął się, po czym płynnym ruchem wyciągnął wspaniały miecz. Obrócił go w nadgarstku, położył na ręce i podał Worfowi. Klingon ujął wprawnie rękojeść, przyjrzał się błyszczącej głowni okiem znawcy i zapytał:
- Półtorak?
Logan uśmiechnął się
- Przecież wiesz, że je uwielbiam - powiedział, po czym trochę poważniejszym tonem kontynuował: - To był mój pomysł, aby wszyscy w naszej flocie mieli obowiązek posiadać jakaś broń białą do celów ceremonialnych, ale nigdy nic nie wiadomo.
Worf miał coś powiedzieć, ale nagle odezwał się jego komunikator
- Poruczniku Worf, proszę się przesłać na pokład. - Klingon oddał kapitanowi miecz, uścisnął mu dłoń i odszedł na pewną odległość, aby się teleportować. Jeszcze zanim Worf zdążył to zrobić, komunikator na dłoni Coena zapiszczał i kapitan również otrzymał polecenie przesłania się na pokład, które bezzwłocznie wykonał.
Coen wyszedł z turbowindy i zasiadł na fotelu kapitańskim, zwolnionym od razu przez pierwszego oficera Adahla Fehrna, czarnowłosego Trilla Betę.
- Sytuacja? - zapytał kapitan, wodząc wzrokiem po oficerach mostka.
- Otrzymaliśmy polecenie od admirała Skansena, aby zebrać wszystkich na statek - odpowiedział pierwszy, siadając na swoim fotelu.
- Kapitanie - odezwała się nagle chorąży Lo'Ren, niezwykle atrakcyjna Bajoranka o blond włosach - - wywołuje nas Bałtyk. To admirał Skansen, przełączam...
Na ekranie pojawiła się poorana zmarszczkami twarz starego, łysego mężczyzny.
- Admirale - powiedział Coen lekko kłaniając się. - Czemu zostaliśmy wezwani?
- Pertraktacje zostały zakończone - powiedział admirał lekko schrypniętym głosem. - Federacja i Imperium zaakceptowały nasze państwo. Co więcej, Klingoni podpisali z nami pakt o przyjaźni i sojusz obronny, Federacja jedynie pakt o nieagresji.
Wszyscy na mostku wyraźnie poweseleli na tą wiadomość. Mimo iż odeszli z Floty, perspektywa walki z nią nie bardzo się wszystkim podobała.
- Niestety - kontynuował po chwili admirał - Zgodnie z przewidywaniami Unia Kardasjańska nie zaakceptowała Odrodzenia Rzeczypospolitej. Co więcej, stwierdziła, że powstanie takiego państwa na ich granicy stanowi dla nich zbyt duże zagrożenie. Ich okręty kilka chwil temu weszły w warp.
Coen spojrzał na Adahla, który pełnił także funkcję oficera naukowego. Ten jedynie kiwnął głową, potwierdzając informację o nieobecności kardasjańskiej delegacji.
- Mamy powody, by przypuszczać, że wkrótce zaatakują. - po tych słowach Skansena na mostku zapadła głucha cisza. Po chwili admirał kontynuował - Imperium wyśle okręty, aby pomóc nam w ewentualnej obronie, ale pierwsze okręty dotrą tutaj najwcześniej za tydzień. Do tego czasu zostaną z nami okręty z delegacji. Natomiast okręty Federacji nie wezmą udziału w walkach i jak tylko zabiorą wszystkich swoich ludzi, odlecą. Radzę się przygotować, bo wkrótce zrobi się nieprzyjemnie - po czym się wyłączył.
Na mostku panowała cisza.
- Jak to?- zdumiał się Picard. - Uznacie ten bunt?
- Tak - odparł admirał Cartrite, przewodniczący delegacji Federacji. - Nikt nie zginął, a zaoferowali nam za przejęte statki i prawo do projektów bardzo dobre wynagrodzenie.
- To znaczy niby co? - zapytał Picard ciągle rozzłoszczony i zdumiony.
- Zaraz na wstępie - powiedział spokojnie admirał - zaoferowali, że podadzą nam lekarstwa na kilka chorób, w tym na dwie śmiertelne i to zanim jeszcze zaczęliśmy pertraktacje. Potem w zamian za te statki, które już mają, zaoferowali nam trzy transportowce drogocennych materiałów, w tym dilitu. A w zamian za projekty statków przekażą nam technologie wytwarzania bardzo dokładnych protez kończyn, a także sporo innych projektów. W dodatku powstanie silnego państwa na granicy przestrzeni Kardasjan jest nam jak najbardziej na rękę. W tym celu przekażemy Rzeczypospolitej wszystkie okręty klas Soyuz i Constitution, a Klingoni wszystkie D-12 nie należące do rodów. Bez uzbrojenia. To jedyne, na co się nie zgodziliśmy. Tak samo będą nam musieli stopniowo oddać uzbrojenie z okrętów, które przejęli. Za kilka dni Rada Federacji publicznie ogłosi uznanie Odrodzonej Rzeczypospolitej Polskiej za suwerenne państwo. To samo zrobi Wysoka Rada Imperium Klingońskiego.
Kapitan usiadł w swoim fotelu analizując to, co usłyszał.
- Tymczasem jednak - ciągnął admirał - Enterprise i inne okręty mają się wycofać.
Picard popatrzył na niego nie rozumiejąc.
- Unia Kardasjańska nie zaakceptowała tego państwa i możliwe, że zaatakują. Nie mamy zamiaru mieszać się do ich wewnętrznych spraw. Jeśli jacyś pańscy ludzie są na powierzchni planety, ma pan ich zabrać i natychmiast odlecieć. Cartrite, bez odbioru.
Na mostku panowała cisza.
Delegacja Federacji odleciała w niecałą godzinę potem, a sojusznicze flotylle Rzeczypospolitej i Imperium zaczęły przeprowadzać ćwiczenia, aby jak najlepiej współpracować. Niecałe dwadzieścia godzin później sensory dalekiego zasięgu zapiszczały ostrzegawczo.
- Wykrywam trzydzieści zbliżających się jednostek - powiedział Adahl. - Sygnatura kardasjańska.
Alarm bojowy - powiedział spokojnie Coen, a po chwili na mostku zapanował półmrok i zapaliły się czerwone światła, oznaczające czerwony alarm.
- Jak to możliwe, aby zjawili się tutaj tak szybko? - spytała Eldicorana, piękna betazoidka pełniąca funkcję doradcy i drugiego oficera.
- Zapewne już wcześniej zebrali flotę niedaleko granicy i jak tylko wróciła delegacja, wyruszyli - odpowiedział jej O'Nell, szef ochrony na Gromie. Kilka minut później do systemu wleciała armada kardasjańska w składzie dwunastu krążowników klasy Galor i osiemnastu myśliwców Hideki. Nie było żadnych żądań, pertraktacji czy gróźb. Jak tylko znaleźli się w zasięgu broni, otworzyli ogień, a połączona flota odpowiedziała. Jednak na Kardasjan czekało kilka niespodzianek. Jak tylko rozpoczęli ostrzał, kilka z ich okrętów wzięło ich na cel i otworzyło ogień, a zaraz potem nagle ujawniły się dwa klingońskie Drapieżne Ptaki klasy B'Rel oraz jeden okręt klasy K'T'Inga i dołączyły do walki.
- Kujawiak, Sokół i Dzik ujawniły się i dołączyły do ataku, nasze okręty we flocie kardasjańskiej odłączyły się od ich floty i zaczęły ich ostrzeliwać - zakomunikował komandor Fehrn.
- Bardzo dobrze - Coen uśmiechnął się lekko na myśli o tym, że wszystko poszło zgodnie z planem, po czym zwrócił się do chorąży Lo'Ren - Pełna impulsowa, manewry uchyleniowe - a następnie do porucznika La'Oren'a - Ogień wolny, celować, by zniszczyć.
- Tak jest - bajoranie odpowiedzieli nieomal chórem. Grom ruszył z pełną impulsowa przed siebie, co rusz strzelając do kardasjańskich okrętów. Jednak mimo wcześniejszego zaskoczenia, przewaga liczebna i ogniowa kardasjan wyrównywała szanse w bitwie. Grom zdołał zniszczyć jednego Galora, jednak sam miał już w kilku miejscach mniejsze wyrwy w kadłubie i osłony zniwelowane do 34%.
- Musimy zmniejszyć choć trochę ich liczbę - powiedział Coen podchodząc do Xalitha, z trudem utrzymując równowagę na wstrząsanym trafieniami okręcie - La'Oren, załadujcie wyrzutnie torped i namierzcie jednego z Hideki.
- Ależ kapitanie - zdziwiony porucznik popatrzył na Coena z niedowierzaniem. - Ich myśliwce są tak małe i zwrotne, że torpedy ich nie trafią.
- Wiem, co robię - powiedział spokojnie Logan. - wykonać mój rozkaz... i przygotujcie wiązkę holowniczą.
Bajoranin zaczął wykonywać polecenia. Grom odpowiedział ogniem fazerów atakującemu go Galorowi, po czym wystrzelił dwie torpedy w przelatujący obok kardasjański myśliwiec i złapał go wiązką. Mały okręt znacznie spowolniony w ten sposób, nie był w stanie się uchylić. Pierwsza torpeda trafiła w osłony przełamując je całkowicie, druga natomiast trafiła w kadłub mniej więcej na śródokręciu. Xalith La'Oren wyłączył wiązkę nieomal w tym samym momencie, kiedy myśliwiec został zniszczony w eksplozji. Grom wykonał zwrot, aby odpowiedzieć ogniem ciągle ostrzeliwującemu ich kardasjańskiemu krążownikowi, ale ten został nagle staranowany przez ciężko uszkodzonego B'Rel Imperium. Jednak tak bliska eksplozja obu statków całkowicie dezaktywowała osłony Gromu. Fakt ten został natychmiast zauważony przez Kardasjan i jeden z Galorów nie omieszkał skorzystać z okazji. Pomarańczowy promień energii trafił Ambassadora nad deflektorem.
- Wyrzutnia torped numer 1 zniszczona, numer 2 uszkodzona, automatyczne systemy celownicze nie działają! - krzyknął Adahl.
- Przejść na ręczne - odwrzasnął Coen, przekrzykując huki trafień. - wycelować w mostek tego Galora i odpłacić mu pięknym za nadobne.
Xalith szybko przebiegł palcami po swojej konsoli. W tym czasie ów kardasjański okręt został ostrzelany przez Vor'Cha. Kilka strzałów dezruptora przebiło osłony krążownika. Nieomal dokładnie w tym momencie wiązka fazera zaczęła orać kadłub Galora jak brona ziemię. Po chwili w miejscu mostka widniała tylko czarna zgorzelina, a kardasjański okręt zaczął dryfować bezwładnie.
- Kapitanie - zaczął O'Nell - I.K.C. San'Kal jest atakowany przez dwa Galory.
- Pokażcie to i otwórzcie ogień do jednego z nich - powiedział kapitan, po czym nacisnął przycisk komunikatora - Porucznik Nowik, przygotować manewr Zeta.
- Co? - z komunikatora dobiegł miły, acz zdziwiony głos głównego mechanika. - przecież to kompletnie...
- Może się okazać, że będziemy musieli - przerwał jej Logan. - Słyszała pani rozkaz.
- Tak jest - dobiegło jeszcze z komunikatora, po czym Coen skupił się na obrazie z głównego ekranu. Było na nim dokładnie widać, jak klingoński Vor'Cha walczy z dwoma Galorami. Chwilę potem jeden z nich zniknął w eksplozji.
- Eksplozja Galora dezaktywowała uzbrojenie i osłabiła tarczę San'Kal - powiedział szybko Fehrn. - Drugi Galor to wykorzystuje, a my nie mamy teraz wystarczającej siły ognia, aby ich powstrzymać.
Coen westchnął cicho, po czym powiedział
- Namierzyć dokładnie tego Kardacha, manewr Zeta.
Na mostku zapanowała grobowa cisza, bo wszyscy wiedzieli, co to oznacza, ale również wiedzieli, że nie ma innego wyjścia. Po krótkiej chwili niebieski do tej pory deflektor Gromu zajarzył się na biało i wystrzelił z niego szeroki promień w tymże kolorze. Trafiony nim kardasjański okręt nieomal natychmiast został zniszczony w silniej eksplozji. Jednak zanim zdążyli wyłączyć deflektor, Gromem silnie zatrzęsło. Część konsol na mostku eksplodowała, tak samo jak główny ekran.
- Raport o uszkodzeniach - powiedział Coen gramoląc się z podłogi, na którą rzucił go wstrząs. Adahl przebiegł palcami po swojej konsoli, jednej z tych, które ocalały.
- Deflektor, rdzeń warp, zasilanie pomocnicze i akumulatory niesprawne - powiedział szybko. - Wycieki plazmy na pokładach 2, 3, 5 i 10, uzbrojenie, napęd i osłony nie funkcjonują.
Wszyscy zdali sobie sprawę z tego, że tkwią teraz jak kaczki na strzelnicy. Nagle komandor Fehrn uśmiechnął się szeroko:
- Okręty kardasjańskie zaprzestają walki, wchodzą w warp. Wszyscy popatrzyli po sobie. Nieomal jednocześnie zaczęli się śmiać, szczęśliwi, że żyją. Pierwsza bitwa Odrodzonej Rzeczypospolitej Polskiej została wygrana.
Następnego dnia Coen wszedł powoli do kabiny konferencyjnej na O.R.P. Baltyk. Wewnątrz pogrążeni w rozmowie siedzieli admirał Skansen i jakiś klingoński oficer. Kiedy tylko wszedł, obaj spojrzeli w jego kierunku.
- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam - powiedział Logan.
- Ależ skąd - odparł admirał. - właśnie skończyłem rozmawiać o bitwie z generałem.
W tym momencie do rozmowy włączył się generał
- W sumie można uznać, że bitwę wygraliśmy i to w naprawdę porządnym stylu - miał typowo klingoński, zachrypnięty głos - Zniszczyliśmy co najmniej 18 jednostek wroga, tracąc z początkowych jednostek jednego Drapieżnego Ptaka. Pozostałe okręty są tylko mniej lub bardziej uszkodzone. Z waszej grupy dywersyjnej we flocie Kardasjan ocalał tylko jeden z dwóch Galorów i trzy Hideki, jednak udało się wam przejąć tego Galora, któremu Grom zniszczył mostek, więc w sumie wyszliście na zero, gdyż większość załogi waszego zniszczonego Kardacha zdołała się ewakuować.
Admirał wysłuchał mowy generała, po czym powiedział:
- Jak tylko naprawicie napęd warp, Grom ma się udać do najbliższej stacji, gdzie zostanie kompletnie wyremontowany i przezbrojony.
- Tak jest - powiedział Coen i już miał wyjść, kiedy usłyszał zachrypnięty głos generała - Kapitanie, można pana jeszcze prosić na słówko?
Logan odwrócił się ponownie.
- O co chodzi Generale?
Klingon wstał i podszedł do białowłosego. Był od niego wyższy i masywniejszy. Admirał wyszedł z kabiny zostawiając ich samych.
- Chciałem - zaczął Klingon - podziękować za uratowanie życia tak mojego, jak i mojej załogi - powiedział wyciągając do Terranina rękę.
- To pan dowodził San'Kal - Coen stwierdził, nie zapytał, ściskając prawicę generała.
- Nazywam się Martok - przedstawił się generał kiwając głową. - i chciałem zapytać czy mogę się jakoś odwdzięczyć.
- A więc to i ja powinienem podziękować, gdyż pan również uratował mi życie, jak i również mojej załodze - uśmiechnął się Logan - ale co do nagrody... - powiedział wyjmując miecz z pochwy na plecach - to co pan powie na mały sparing w holodeku?
Martok przypatrzył mu się dokładnie czy aby nie żartuje, po czym upewniwszy się, że nie, zaśmiał się głośno i powiedział
- Chętnie, kapitanie, bardzo chętnie.
Qoy puqbe'pu'
yoHbogh matlhbogh je SuvwI'
Say'moHchu' may' 'Iw
maSuv, manong, 'ej maHoHchu'
nI'be' yInmaj 'ach wovqu'
batlh maHeghbej 'ej yo' qIjDaq
vavpu'ma' DImuv.
pa' reH maSuvtaHqu'.
mamevQo'.
maSuvtaH ma'ov.
#2
Napisano 23.08.2004 - |19:30|
Moja pierwsza uwaga dotyczy ew starcia między Ambasadorem i Excelsiorem, a Galaxy. Jak sam zauważyłeś, przewaga ogniowa (i potencjał obronny) leży po stronie Enterprise'a. Poza tym pusta przestrzeń to nie pas asteroidów, mgławica etc. Tutaj, w przypadku okrętów takich jak te (czyli dużych, niezwrotnych etc) nie ma jak wykorzystać 'przeważających zdolności taktycznych'. Wystarczyłoby, żeby Galaxy stał w miejscu i strzelał. Wiem, że naginasz kanon
Druga uwaga to złość Picarda. Szczególnie na wiadomość o zgodzie Federacji na powstanie nowego panstwa. Picard był człowiekiem bardzo tolerancyjnym i przestrzegającym praw Federacji. A naczelna zasada konstytucji mówi, że każdy obywatel ma prawo do samostanowienia. Więc i tworzenia nowych struktur państwowych, jeżeli mają gdzie. Tu wynika sprawa zagarnięcia terytoriów, ale mając na widoku powstanie państwa buforowego między Kardasianami a Federacją, utrata paru układów była dla Federacji bardzo korzystna.
Klingonie - skoro RP powstała na granicy z Kardasią, to co u diabła robią tam Klingonie. I dlaczego nie ma Romulan. Obie te rasy mają chyba mniej więcej tak samo daleko?
No, to to by było na tyle. Polecam to opowiadanie, i kolejne (mimo kanonicznych baboli i 'lekkiego megalomaniactwa). Naprawde ciekawy cykl. Coen - umieść tu też opowiadania pozostałych autorów.
Na Pallady biuście przy drzwiach, pośród dwóch kamiennych króż,
Krwawo lśni mu wzrok ponury, jak u diabła, spod rzęs chmury;
Światło lampy rzuca z góry jego cień na pokój wzdłuż,
A ma dusza z tego cienia, co komnatę zaległ wzdłuż,
Nie powstanie - nigdy już!
#3
Napisano 24.08.2004 - |08:15|
A więc - oto kolejny rozdział istnienia Polskiego Państwa
Autor: Coen
Latający Holender
Coen stał oparty o ramy iluminatora i obserwował drużyny naprawcze i monterskie pracujące na zewnątrz Gromu. Mimowolnie się uśmiechnął. Po około 300 latach Polska znowu zaistniała na mapach. Tym razem nie na mapach Europy czy świata, ale galaktyki. Marzenie ponad 10 pokoleń w końcu się ziściło, a on był tego częścią. Uśmiechnął się szerzej, kiedy pomyślał, że możliwe, iż zarobił na wzmiankę o sobie w podręczniku do historii.
'Podziwiasz swoją bestię?' - spytał ktoś za nim.
Logan odwrócił się i zobaczył swojego szefa ochrony. Uśmiechnął się i uścisnął podaną mu sztuczną tytanową prawicę starego żołnierza.
'Nie mogę się doczekać, aż Grom opuści dok' - powiedział kapitan patrząc z powrotem na swoją jednostkę. - 'W tym celu właśnie przyszedłem' - powiedział O'nell drapiąc się w czoło nad swoim brakującym okiem. - 'Otrzymaliśmy zadanie, ruszamy rano.' 'Pokaż' - powiedział kapitan nawet się nie odwracając. Wiedział, że jego przyjaciel nie przyszedłby bez padda. Ten tylko się uśmiechnął i podał mu go. Logan oparł się bokiem o filar i zaczął przeglądać zawartość małego komputera. 'Będziemy musieli nieźle wysilić silniki, aby dolecieć na czas na spotkanie z admirałem' - skwitował pobieżne oględziny. Dokładnie przejrzy to w swojej kabinie na okręcie. 'Te nowe silniki i rdzeń ponoć pozwalając wyciągnąć ponad Warp 9.6 tak jak Galaxy' - odparł mu stary wojak. 'Tyle że nigdy nie były testowane' - powiedział spokojnie dowódca. 'Jak większość naszej technologii, ale trudno coś testować, nie mając własnego kraju i pól doświadczalnych, a chcąc to ukryć przed innymi. Inaczej rządy tych krajów, w których pracowali wtedy nasi naukowcy, przejęłyby te projekty, a tak mieliśmy czym handlować z Federacją i Imperium.' 'Tak... A właśnie, masz jakieś dane o tym, jak idzie ściąganie naszych obywateli z innych państw?' 'Większość z terenów Federacji już przybyła, także spora cześć z terenów Imperium. Będzie już jakieś 31 miliardów, ale dokładną liczbę poznamy za miesiąc, może więcej.' Kapitan pokiwał głową, po czym odkleił się od filaru i ruszył korytarzem do przesyłowi. 'Mam już dosyć czekania, idę zrobić inspekcję swojego okrętu' - powiedział na odchodnym. Stary wojak tylko się uśmiechnął: 'Ci młodzi...'
Kilkanaście godzin później kapitan siedział w swojej kabinie patrząc na wiszący na ścianie obraz. Przedstawiał on artystyczną wizję pierwszego O.R.P. Grom strzelającego z przednich dział w czasie walk koło Narwiku. Z zamyślenia wyrwał go dopiero dzwonek do drzwi. 'Wejść' - powiedział. Do pokoju wszedł jego pierwszy oficer i usiadł na kanapie pod obrazem. 'Jakie rozkazy?' - spytał. Kapitan odchylił się w fotelu. 'Co wiesz o Drafronach?' - spytał. 'Drafroni? To jedna z 4 ras na naszym terenie, która jest zdolna do lotów Warp, choć chyba nie wyciągają nawet Warp 5' - odparł mu Trill. 'Książęta podpisali z nimi sojusz i próbują ich nakłonić do przyłączenia się do Rzeczypospolitej' - kontynuował jego wywód Coen. 'I jak idzie?' - spytał Adahl uśmiechając się. 'Jako tako, ale my mamy w związku z tym zadanie' - odparł mu Logan. 'Opowiadaj' - skwitował pierwszy oficer. 'Jako że mamy sojusz, drafrońska flota zaczęła badać większy obszar przestrzeni. W układzie Tyra stracili kontakt ze statkiem zwiadowczym, wysłali wiec tam ekspedycję wojskową. Coś zniszczyło ich okręty, jednak w porwanych kadłubach ocaleli członkowie załóg. Próbowali ich uratować, ale ostrzał zmusił ich do odwrotu. Mamy sprawdzić, co to takiego' - wyjaśnił kapitan. 'Mhm. A mamy jakieś domysły, co to mogło być?' - spytał Trill. 'Żadnych, ale wkrótce się dowiemy' - odparł mu kapitan ponownie patrząc na obraz. Nagle zapiszczał interkom i dobiegł z niego głos głównej inżynier: 'Kapitanie, wszystkie prace zostały zakończone, można wyprowadzić okręt z doku.' 'Przyjąłem' - powiedział Coen wstając i zakładając kurtkę munduru. Razem z Adahlem wyszli na mostek, gdzie czekali już inni oficerowie. Kapitan Logan Coen popatrzył po swoich oficerach i w końcu jego wzrok spoczął na głównym ekranie. 'Agries' - zwrócił się do bojorańskiej kobiety pełniącej funkcję sternika. - 'Wyprowadź nas, a potem obróć tak, abyśmy ustawili się dziobem do stacji. Chcę rzucić na nią okiem przed odlotem.' Bajoranka bez słowa wykonała polecenie i już po chwili Grom leciał tyłem z jedna czwartą prędkości impulsowej, zaś na głównym ekranie było widać Fortecę, byłą klingońską bazę gwiezdną, która była kwaterą główną floty polskiej w tym regionie granicy z Kardasjanami, a konkretniej z Kardasjanami i Talarianami. Ogromna czerwono - czarna stacja powoli malała na ekranie na tle zachodzącego za planetą słońca, tworząc piękny i zarazem groźny widok. Kapitan dopiero po chwili wydał rozkaz: 'Kurs na układ Czerwonego Rycerza, maksimum warp.' Polski niszczyciel skręcił majestatycznie, po czym skoczył do przodu i zniknął w podprzestrzeni.
Jakiś czas później Grom zatrzymał się przed większym od niego drafrońskim niszczycielem klasy Ax'or. 'Kapitanie, Karak nas wywołuje' - zameldowała chorąży Agries Lo'ren. 'Na ekran' - powiedział Coen. Na głównym ekranie pojawiła się szeroka brodata twarz Drafrona. 'Tu admirał Hafur z floty Królestwa Drafrońskiego' - przedstawił się obcy, po czym spytał: 'Kapitan Coen, tak?' Logan potwierdził skinieniem głowy, po czym powitał admirała w jego narodowym, twardym języku. Admirał uśmiechnął się lekko, jednak szybko spoważniał. 'Udało nam się nawiązać kontakt z ocalałymi członkami załogi fregaty Blader. Poinformowali nas, iż przyczyna zagrożenia i zniszczenia naszych okrętów znajduje się na asteroidzie miedzy pierwszą i drugą planetą układu Tyra.' 'Wiadomo, co to jest?' - spytał Coen, lecz Drafron pokręcił tylko głową. 'Niestety nie. Wiemy natomiast, że jest bardzo potężne. Kilkoma strzałami z czegoś przypominającego wasze torpedy przebili nasze osłony, a następnie jakimiś wiązkami porozrywali kadłuby, jakby były z papieru...' - zamilkł na chwilę, po czym kontynuował dużo bardziej ponurym głosem. - 'Wiemy już, że co najmniej 400 naszych ludzi nie przeżyło.' Coen pokiwał głową. Rozumiał, co czuje admirał. Sam w czasie walki z Kardasjanami stracił 15 członków załogi. 'Obiecuję, że zrobimy co w naszej mocy, aby zneutralizować zagrożenie i uratować rozbitków' - zapewnił admirała. 'Wierzę' - odparł mu rozmówca. - 'My zostaniemy tutaj. ściągnę też kilka dodatkowych jednostek naszej floty, wiec jakby było potrzeba, wezwijcie nas, choć wątpię, czy na coś się przydamy. Nasze okręty nie mogą się równać z waszymi pod względem możliwości.' 'Za to duch bojowy waszych załóg jest ogromny, dlatego z przyjemnością walczyłbym razem z wami' - odparł mu kapitan uśmiechając się. 'Jak to mawiają wasi sojusznicy: Qapla, kapitanie' - odparł mu Hafur, po czym zasalutował swoją podobną rozmiarami do bochna chleba dłonią. Coen oddał salut, po czym zakończył połączenie i wydał rozkaz chorąży Lo'ren. O.R.P. Grom przeleciał obok okrętu admirała dostosowując rotację do szerokiej bocznej części okrętu drafrańskiego, która wytwarzała grawitację, po czym skoczył w Warp.
Po kilkunastu godzinach niszczyciel wyszedł z warp na obrzeżu układu słonecznego. 'Weszliśmy do układu' - oznajmiła chorąży Lo'ren, zaś zaraz po niej odezwał się Xalith La'oren, również Bajoranin na stanowisku oficera ogniowego: 'Kapitanie, wykrywam wraki okrętów drafrońskich.' 'Alarm bojowy' - rozkazał Coen i kiedy światła na mostku przygasły, zwrócił się do Adahla: 'Czy to te okręty, o których nam wspominano?' 'Tak' - odarł mu Trill. - 'Są to resztki 2 fregat klasy Ki'ow oraz jednego działowca klasy Hamm'ot. Na wszystkich są oznaki życia, ale tylko na Blader są one w miarę wyraźne. Sam okręt zresztą też jest w najlepszym stanie ze wszystkich 3. Ma zniszczone tylko całe uzbrojenie i silniki.' 'Odległość od pasa asteroid?' - spytał kapitan. 'Poza zasięgiem ognia' - odparł mu komandor Adahl Fehrn. Logan pokiwał głową, po czym rozkazał: 'Otworzyć kanał do Bladera.' 'Kanał otwarty' - odpowiedziała nieomal od razu Bajoranka, Coen zaś powiedział: 'Tu O.R.P. Grom do Bladera. Przylecieliśmy wam pomóc. Czy nas odbieracie?' Przez chwilę było słychać tylko szum, ale potem przedarł się przez nie sygnał: 'Tu porucznik Moinus. Odbieramy was, Grom. Dzięki niech będą Praojcowi za wasze przybycie.' Coen spytał szybko: 'Co możecie nam powiedzieć o waszym agresorze?' 'Niewiele. Z tego, co się zorientowaliśmy, jest to wrak wbity w asteroidę. Chcieliśmy go zbadać, kiedy otworzył do nas ogień, jednak co najdziwniejsze nie zniszczył naszych okrętów tylko je obezwładnił. Ma ogromną siłę ognia.' 'Rozumiem' - odparł Coen, po czym powiedział: 'Podlecimy do was i odholujemy w bezpieczne miejsce, a potem zbadamy ten wrak.' 'Dziękuję' - dobiegło z głośników, po czym połączenie zostało zakończone. Kapitan wstał z fotela i podszedł do oficera ogniowego. 'Dobra, zaczniemy od tamtej fregaty. Najpierw część dziobowa, potem napędowa, następnie działowiec i Blader.' 'Tak jest' - padło w odpowiedzi. Grom zbliżył się szybko do ponad stumetrowego fragmentu okrętu i złapał go półprzezroczystą czerwoną wiązką, po czym zaczął ciągnąć za sobą. 'Kapitanie!' - zwołał ostrzegawczo Adahl. - 'W polu asteroid wykryłem skok energii!' Nagle w osłony niszczyciela uderzyły po kolei 3 jasnożółte wiązki. 'Minimalne uszkodzenia osłon' - zameldował od razu Xalith i po chwili krzyknął: 'Zaczęli ostrzeliwać holowany fragment!' Jednak było już za późno. Kolejne wiązki po prostu rozdarły kadłub fregaty na strzępy. Oficerowie mostka mieli wrażenie, że słyszą krzyki mordowanej załogi, ale tak naprawdę słyszała je tylko Eldicoranna z powodu swoich telepatycznych zdolności. Była to jedna z chwil w jej życiu, kiedy nienawidziła tego, że jest Betazoidką. Jednak odczucie przerażenia, bólu i umierania szybko zginęło razem ze śmiercią załogi. 'Kurs na źródło ostrzału, zasłonimy pozostałe wraki' - rozkazał wyraźnie zły Coen. Polski okręt wyrwał gwałtownie do przodu przyjmując na siebie ostrzał żółtych promieni. 'Osłony 94%' - zameldował Xalith po tym, jak okręt został trafiony kolejną wiązką. 'Jesteśmy już w zasięgu ognia?' - spytał Coen. 'Potwierdzam' - odparł mu Bajoranin, na co Coen rozkazał: 'Ognia!' Kolejna wiązka zatrzymała się na osłonach okrętu, po czym on sam otworzył ogień. 'Lasery cząsteczkowe trafiły we wrogie osłony. Brak uszkodzeń celu' - zameldował zawiedziony La'oren, Adahl zaś powiedział szybko: 'Mamy obraz celu.' 'Na ekran' - rozkazał kapitan i na głównym ekranie pojawił się obraz kilkunastokilometrowej asteroidy, w której wyraźnie było widać wbity wrak okrętu, z którego padały strzały, oraz czerwone wiązki laserów Groma uderzające o osłony celu. W samym wyglądzie wraku było jednak coś niepokojąco znajomego. Nagle z końca wraku wystrzeliły dwie białe gwiazdki. 'Manewry unikowe!' - krzyknął Coen, ale było za późno. Uderzenia torped szarpnęły mocno okrętem, zaś na mostku posypały się iskry z konsoli, z pęknięcia w ścianie zaczął się wydobywać dym, jednak automatyczne systemy zabezpieczające szybko zdusiły jego źródło. 'Osłony 42%, mikrouszkodzenia kadłuba od wstrząsu' - zameldował Xalith sprawdzając odczyty. 'Torpedy?' - spytał szybko Logan bełkocząc jednak lekko, gdyż językiem sprawdzał, czy ma wszystkie zęby. 'W wyrzutniach, gotowe do strzału' - odparł mu Bajoranin. 'Kurs na wrak, ognia z przednich wyrzutni, następnie odbić w prawo i wypalić z tylnych. Lasery, ogień ciągły' - padła wiązanka rozkazów. Z przednich wyrzutni polskiego niszczyciela wystrzeliły nagle dwie niebieskie torpedy, by po chwili zderzyć się z osłonami wraku, nieomal je przebijając. Czerwono - czarny okręt okładając się z wrakiem wiązkami skręcił w bok i po chwili z jego tylnej wyrzutni wystrzeliła identyczna torpeda i pomknęła na spotkanie celu. Nim zdążyła uderzyć, czerwone lasery cząsteczkowe Gromu przełamały osłony wraku i torpeda uderzyła bezpośrednio w kadłub. W wyniku dwustopniowej eksplozji wyparowała środkowa część wraku, zaś coś, co zdaje się było gondolą warp, oderwało się od kadłuba i poleciało w próżnię. Właśnie w tym momencie, w chwili agonalnej śmierci przeciwnika Coen zdał sobie sprawę, co było takiego znajomego w tym okręcie. Był to okręt Federacji, z ich klasycznymi obłymi kształtami, jednak różnił się znacznie od praktycznie wszystkich znanych mu klas Federacji. Nawet biorąc pod uwagę, że spora cześć okrętu mogła znajdować się w skale, żaden nie miał takich pociągłych gondoli warp jak ten. 'Nie odbieram z wraku już żadnych oznak energii' - poinformował Adahl, pełniący również obowiązki oficera naukowego. - 'Wygraliśmy.' 'Najwyższy czas' - odparł mu Xalith. - 'Osłony 35%. Jeszcze jedna salwa tych jego torped i byłoby po nas.' 'Dobrze' - powiedział kapitan wyrwany z rozmyślań. - 'Skontaktujcie się z Karakiem. Mogą przylecieć po swoich ludzi. My zaś pomożemy im teraz na ile możemy... Poinformujcie ich też o tym, iż jeden z wraków został zniszczony.' 'Wiadomość wysłana' - powiedziała po chwili Agries, kiedy Grom mknął już z powrotem do drafrońskich jednostek. 'Stan pozostałych wraków?' - spytał Logan. 'Stabilne. Wytrzymają do przybycia kawalerii' - odparł Adahl przeglądając dane z czujników. Logan wstał i ruszając do turbowindy powiedział: 'Eldicorano, przejmij mostek. Adahl, Modo, chodźcie ze mną. Chcę zbadać to, co zostało z naszego przeciwnika. Pierwszy oficer i szef ochrony podążyli szybko za nim w kierunku hangaru i po chwili wylecieli jednym z promów z powrotem w stronę asteroidy, podczas gdy Grom zaczął już przesyłać rozbitków na swój pokład.
Kilka godzin później kapitan siedział w komnacie konferencyjnej Groma obracając coś w rękach i rozmyślając. Światła były zgaszone, aby nie męczyć oczu, zaś z głośników leciała spokojna, cicha muzyka. Nagle drzwi się rozsunęły i ktoś wszedł do środka. 'O czym myślisz?' - spytał znajomy głos drugiej oficer, będącej zarazem doradcą okrętowym. Coen wstał i odwrócił się do Betazoidki. Jej jasne włosy w mroku wydawały się prawie czarne. Westchnął tylko i podał jej to, co trzymał w rękach. Kobieta wzięła prostokątny przedmiot i podeszła do okna, przez które wpadało światło gwiazdy, rozświetlając słabo całe pomieszczenie. Była to tabliczka dedykacyjna okrętu Gwiezdnej Floty: USS Flying Dutch, klasa Independence, numer rejestracyjny NCC - 98 978, stocznia Utopia Planatia na Marsie, oddany do służby daty gwiezdnej: 5267.05. Na samym dole znajdowało się również motto okrętu pochodzące z opery, od której okręt ten zaczerpnął również nazwę - "Nie ma lekarstwa na ból miłości". '5267.05?' - spytała zdziwiona. - 'To przecież za prawie 60 lat.' 'Wiem' - odparł jej Logan. - 'Co więcej, analizy wykazały, że ten okręt tkwił w tej skale od ponad 400 lat. Na jego ocalałej części, w tym na mostku, znaleźliśmy zakonserwowane ciała załogi. Niestety żadnych zapisów ani dodatkowych danych nie zdołaliśmy odczytać.' 'W takim razie, skoro nie było załogi, to kto kierował atakiem?' - spytała. 'Nie wiem. Możliwe ze za tyle lat okręty Federacji będą już zautomatyzowane na tyle, aby móc same walczyć' - odparł spokojnie. 'Lecz czemu zaatakowała drafronów?' 'Pewnie system uznał ich za zagrożenie... A może był uszkodzony? Nie wiem.' 'I to niewiedza cię tak przygnębia?' - spytała podchodząc bliżej. Popatrzył jej w oczy. Ze względu na mrok ledwie dostrzegał ich białka. 'Nie' - odparł w końcu. - 'Chodzi o nazwę tamtego okrętu.' 'Latający Holender?' - spytała dla pewności. 'Tak, Latający Holender... Stary ziemski mit o okręcie, który nigdy nie odnalazł drogi do domu, i teraz ten.... przez 400 lat uwięziony w skale. Zastanawiam się, czy to ma jakiś związek' - odparł jej szczerze. 'Nawet jeśli...' - zaczęła kładąc mu dłoń na ramieniu - 'to jakie to ma naprawdę znaczenie?' Kapitan milczał przez chwilę, po czym odpowiedział: 'Okręt, od którego wzięliśmy nazwę, niszczyciel z czasów drugiej wojny światowej, został zniszczony w czasie bohaterskich walk z nazistowską flotą, broniąc sojuszników pod Narwikiem... Nie potrafię wyobrazić sobie szlachetniejszej śmierci dla okrętu wojennego i zastanawiam się, czy i nam przypadnie w udziale taki koniec.' Eldicoranna stała przez chwilę nie wiedząc do końca, co zrobić. Czy jej dowódca ma nadzieję, czy też się boi, że ma rację, że ten paradoks nazw naprawdę istnieje, i nawet jej telepatyczne zdolności nie potrafiły jej pomóc. Kapitan wstał po chwili i wziął od niej tabliczkę dedykacyjną okrętu. 'Wyślę ją do dowództwa. Niech oni zdecydują w drugiej sprawie, dla której nie mogę znaleźć rozwiązania...' - powiedział, po czym wyszedł. Betazoidka siedziała przez chwilę w ciemności słuchając muzyki, po czym doszła do prostego wniosku: czas pokaże.
Zlotym i srebrnym przetykane swiatlem,
Blekitne, ciemne, przydymione szaty
Nocy i swiatla, i polswiatla,
Rozpostarlbym je pod twoje stopy.
Lecz biedny jestem: me skarby -- w marzeniach,
Wiec ci rzucilem marzenia pod stopy;
Stapaj ostroznie, stapasz po marzeniach...
#4
Napisano 24.08.2004 - |08:18|
Autor: Zeal
Charakterystyczny biały błysk towarzyszył okrętowi klasy Ambassador przy wyjściu z warp. Na ekranie ukazała się ciemnozielona baza gwiezdna.
- Kanał wywoławczy! - zarządził kapitan.
- Otwarty.
- USS Swordfish do Fortecy. Prosimy o zgodę na dokowanie.
Obraz na ekranie zmienił się. Zamiast bazy pokazał się na nim kontroler lotów, ubrany w czarnoczerwony mundur.
- Forteca udziela zgody - oznajmił i dodał po chwili z uśmiechem - Witamy w nowym domu.
- Dziękuję w imieniu załogi. Bez odbioru.
Szary okręt zwolnił i bez pośpiechu wszedł do doku. Po kilku minutach rozpoczęło się wyokrętowywanie nowoprzybyłych. Wśród nich był dwudziestokilkuletni człowiek w cywilnym ubraniu. Wyszedł spokojnie ze śluzy i rozejrzał się. Od razu rozpoznał klingońskie pochodzenie bazy. Przejechał dłonią po krótko ostrzyżonych włosach i zamyślił się. Nie był pewien, dokąd skierować pierwsze kroki. Nie dane mu jednak było długo nad tym medytować.
- Komandor porucznik Se'Datha?
Mężczyzna podniósł wzrok. Stał przed nim jakiś człowiek.
- Porucznik Blast - przedstawił się. - Ochrona Fortecy.
- Nie zdążyłem jeszcze narozrabiać - mruknął przybysz. Oficer ochrony uśmiechnął się rozbawiony.
- Nie o to chodzi, komandorze. Po prostu dowódca floty chce się z panem jak najszybciej widzieć.
- Więc chodźmy - Se'Datha zarzucił na ramię trzymaną w ręku torbę. - Niegrzecznie byłoby kazać mu czekać... Aha, jeszcze jedno. Proszę nie tytułować mnie "komandorze". Od trzech miesięcy jestem cywilem.
- Nie dla wszystkich - porucznik ponownie się uśmiechnął.
- Ach, komandor porucznik Se'Datha - siedzący za biurkiem mężczyzna w średnim wieku zlustrował wchodzącego. - Proszę siadać - wskazał krzesło. Se'Datha skorzystał z zaproszenia.
- Jestem Devron - przedstawił się gospodarz. - Mam stopień admirała i dowodzę Flotą. A przynajmniej tak o mnie mówią.
- A jak jest naprawdę? - skontrował Se'Datha.
- Naprawdę użeram się z papierkową robotą. Tak to jest, jak wszystko dopiero powstaje - wymruczał admirał ponuro. - Trzeba zorganizować zaopatrzenie, produkcję... A na domiar złego w każdej chwili możemy mieć na karku Kardasjan. Za mało ludzi, za dużo zadań. Dlatego cieszę się, że pan do nas trafił. Potrzebujemy oficerów.
- Nie jestem oficerem - sprostował Se'Datha.
- Czyżby? - Devron wystukał coś na paddzie. - Moje dane mówią co innego. Ukończył pan Akademię Gwiezdnej Floty. Podczas kilkuletniej służby na różnych jednostkach otrzymał pan stopień porucznika. Następnie pół roku w kardasjańskim obozie jenieckim oraz trzy miesiące w szpitalu. Po jego opuszczeniu awansowano pana na komandora porucznika oraz przeniesiono na USS Odyssey. Widać z tego, że jest pan oficerem.
- Byłem - mruknął przybysz. - Pańskie dane są niekompletne.
- Ach, ma pan na myśli swoją dymisję z przed trzech miesięcy? To, że odszedł pan z Gwiezdnej Floty nie znaczy, że stracił pan swoje umiejętności.
Admirał zamilkł. Obserwował przez chwilę siedzącego przed nim człowieka. W końcu powiedział spokojnie:
- Jak mówiłem, brakuje nam oficerów. Zwłaszcza z korpusu dowodzącego. Oferuję panu stopień komandora oraz dowództwo okrętu klasy Nowy Orlean.
Se'Datha siedział przez chwilę jak ogłuszony.
- Tak od ręki? - zapytał w końcu z niedowierzaniem. - Nie sprawdzi pan nawet moich kwalifikacji?
- Nie muszę - Devron uśmiechnął się. - Wystarczy mi poręczenie kapitana Coena. Ma o panu dobre zdanie. A i ja słyszałem to i owo...
Se'Datha ciągle nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał przed kilkunastoma minutami. Leżący na łóżku mundur z dystynkcjami komandora był jednak wyraźnym dowodem na to, że tamta rozmowa rzeczywiście miała miejsce. Mężczyzna pokręcił głową. Nie był do końca pewny, czy chce tego stanowiska, czy jest gotów ponownie przyjąć na siebie ciężar odpowiedzialności za życie innych. W końcu jednak założył uniform. Zawiązywał właśnie drugi but, gdy rozległ się sygnał oznajmiający przybycie gościa.
- Wejść!
Do kwatery wsunął się białowłosy Terranin.
- W końcu dotarłeś, Kal - powiedział przyjaźnie.
- A co, myślałeś że przepuszczę taką okazję? - Se'Datha odpowiedział uśmiechem, ale w jego oczach pojawił się zimny błysk. Coen znał jego znaczenie.
- Będziesz miał jeszcze sposobność - wymruczał. - Widziałeś już swój okręt?
Kal pokręcił głową.
- Trzeba to nadrobić. Chodź.
Droga do doku minęła szybko. Oficerowie stanęli przed panoramicznym oknem. Ich oczom ukazało sie kilka okrętów.
- To będzie... ten - Coen wskazał na niewielką jednostkę, przycupniętą skromnie w kącie, częściowo zasłoniętą przez kadłub USS Swordfish. Kal zauważył mimochodem, że na Ambassadorze trwa właśnie zmiana nazwy. "ORP Garl..." - odczytał.
- Garland? - spytał.
- Taaa - skinął głową towarzysz. - Ale tego Garlanda zatrzymamy...
Wzrok Se'Dathy przesunął się na mniejszą jednostkę. Gdyby nie rozmieszczone na spodku i pod sekcją maszynową wyrzutnie torped, wyglądałaby jak pomniejszony okręt klasy Galaxy. Nie było się zresztą czemu dziwić, ostatecznie obie klasy powstały mniej więcej w tym samym czasie i na obu zastosowano podobne rozwiązania. Kal był ciekaw, czy i w środku okręt okaże się podobny do USS Odyssey.
- Trafisz chyba? - Głos Coena wyrwał go z zamyślenia.
- Co? A, tak. Pewnie.
- W porządku. Muszę dopilnować przeróbek na Gromie. Ostatnio prawie udało im się z mojego fotela zrobić toster... - białowłosy roześmiał się. - Do zobaczenia.
- Ano, do zobaczenia - Se'Datha rzucił za oddalającym się towarzyszem. Spojrzał raz jeszcze na okręt i ruszył zdecydowanym krokiem w kierunku śluzy, prowadzącej na jego pokład.
Przez następne trzy tygodnie komandor był zajęty jak nigdy dotąd. Przezbrojenie okrętu naruszyło delikatną równowagę systemów energetycznych i załoga nieźle się namęczyła, żeby zniwelować niedobory mocy, nie osłabiając przy tym walorów bojowych jednostki. W końcu jednak zaradzono wszystkim problemom i Se'Datha mógł z satysfakcją zameldować o pełnej gotowości bojowej Wilka. Dwa dni później otrzymał już rozkaz wylotu na misję patrolową. Załoga miała przy okazji przeprowadzić kilka dodatkowych testów.
Mijał właśnie trzeci dzień od opuszczenia doku Fortecy. Dowódca siedział w swojej kabinie i przeglądał raport głównego inżyniera. Mruknął z zadowoleniem widząc, że wszystkie testy wypadły lepiej niż dobrze. Odłożył padd i oparł się wygodnie, huśtając się lekko na krześle.
- Mostek do dowódcy - dobiegło nagle z komunikatora.
- Słucham - odpowiedział Se'Datha.
- Kapitanie, odebraliśmy sygnał alarmowy.
- Już idę - komandor podniósł się pospiesznie. Po chwili wchodził już na mostek.
- Nie jest dobrze - powitał go pierwszy oficer.
- A dokładniej? - Kal zajął swoje miejsce.
- Minutę temu odebraliśmy sygnał alarmowy nadawany na wszystkich częstotliwościach - oficer naukowy odtworzył zapis.
- ... unieruchomili okręt osłony, teraz atakują nas! Powtarzam, atakują nas dwa kardasjańskie okręty! Nie obronimy się!" - głos był pełen napięcia.
- Sygnał pochodzi z układu Shar - kontynuował oficer naukowy.
- Shar? Przecież to...
- Tak, terytorium Elvenów. Według naszych danych jest tam niewielka stacja badawcza - włączył się porucznik Blast, pełniący na Wilku funkcję szefa ochrony. Zgłosił się na to stanowisko na ochotnika.
- Jakie okręty są najbliżej? - spytał Se'Datha, myśląc jednocześnie o otrzymanych przed wyjściem z Fortecy rozkazach. Mówiły wyraźnie: "Trzymać się z daleka od terytorium Elvenów". Toczyły się właśnie negocjacje i dowództwo Floty nie chciało ryzykować, że wszystko zostanie zaprzepaszczone przez jakiś incydent. Tym bardziej, że Elveni dali już wyraźnie do zrozumienia, iż do zakończenia negocjacji nie życzą sobie wizyt żadnych obcych jednostek.
- Cztery elveńskie niszczyciele idą pełnym ciągiem w stronę stacji, ale dotrą tam najwcześniej za dwadzieścia minut. My możemy być tam w dziesięć. Poza nami nie ma żadnego okrętu, który byłby w stanie dotrzeć tam w rozsądnym czasie.
- Kapitanie, przypominam, że dowództwo... - rozpoczął pierwszy, ale komandor uciszył go gestem dłoni.
- Nie ma się co zastanawiać - powiedział cicho. - Jeśli im nie pomożemy, zginą.
- Nawet nie wiemy, co to za okręty ich atakują - zauważył Blast. - Możemy się nieźle wkopać.
- Wiem - pokiwał głową komandor. - Ale chyba nie mamy wyjścia.
Rozejrzał się po mostku.
- Zamierzam złamać rozkaz dowództwa - powiedział twardo. - Jeśli ktoś się na to nie zgadza, niech powie to teraz. Nikogo do niczego nie zmuszam. Jeśli któryś z panów się na to nie zgadza, jego stanowisko do końca akcji przejmie kto inny. Sprzeciw odnotuję w dzienniku.
Nikt się nie odezwał. Se'Datha czekał jeszcze chwilę, po czym skinął głową.
- Dobrze więc... Dziękuję wam za okazane zaufanie - uśmiechnął się lekko, po czym spoważniał.
- Czerwony alarm! Wszyscy na stanowiska bojowe! Kurs na elveńską stację! Maksimum warp!
We wszystkich sekcjach Wilka światło przygasło i zmieniło kolor na czerwony. Przenikliwy dźwięk alarmu zagłuszał tupot ludzi pędzących na stanowiska. Okręt szykował się do walki.
- Nie uprzedzimy Elvenów? - spytał pierwszy. Kal pokręcił przecząco głową.
- Nie chcę, żeby Kardasjanie przechwycili przekaz.
- Współrzędne wprowadzone - odezwał się pilot.
- Start!
Jasny błysk rozświetlił przestrzeń kosmiczną, gdy fregata weszła w warp.
- Kanał wywoławczy do Fortecy! - zarządził dowódca.
- Otwarty.
- ORP Wilk do Fortecy. Przechwyciłem elveńskie wezwanie o pomoc. Atakują ich Kardasjanie. Wchodzę do walki. Bez odbioru.
- To na wypadek, gdybyśmy ugryźli więcej, niż damy radę przełknąć - wyjaśnił Kal, widząc zdziwione spojrzenia oficerów. - Przynajmniej będą wiedzieć, gdzie nas szukać...
- Minuta do celu! - zameldował pilot.
- Co na skanerach? - Se'Datha odwrócił się do oficera ochrony i jednocześnie taktycznego.
- Dwa Galory - mruknął tamten. - Nie za dobrze...
- Cóż, zobaczymy, co nasz okręt naprawdę potrafi - uśmiechnął się komandor.
- Wychodzimy z warp za pięć sekund! Cztery... Trzy... Dwie... Jedną...
Fregata zwolniła do prędkości impulsowej.
Na ekranie ukazała się stacja atakowana przez kardasjańskie okręty. Obok niej wisiał w bezruchu elveński niszczyciel. Już na pierwszy rzut oka było widać, że został bardzo poważnie uszkodzony. Najwyraźniej Galory zajęły się najpierw nim, a gdy wyłączyły go z akcji, przerzuciły się na stację. Zapewne jego dobicie zostawiły sobie na potem. Ich załogi jeszcze nie zauważyły niewielkiego okrętu...
- Cel: bliższy Galor - rozkazał wściekle Se'Datha.
- Namierzony - zameldował spokojnie porucznik Blast. - Jest już w zasięgu.
- Całe uzbrojenie - ognia!
Patrolowiec - dawniej fregata - splunął salwą w kierunku bliższego przeciwnika. Promień energetyczny liznął jego osłony. Sekundę później trzy torpedy uderzyły w to samo miejsce.
- Bezpośrednie trafienie! Osłony celu - czterdzieści procent. Próbuje manewrów uniku!
- Siedzieć mu na ogonie - rozkazał Se'Datha.
- Tak jest! Nie strząśnie nas tak łatwo - pilot uśmiechnął się mimowolnie.
- Kapitanie, drugi Galor zawraca i wchodzi na kurs przechwytujący! - rozległ się okrzyk Blasta.
- Trudno, poruczniku... Pozbądźmy się najpierw jednego, drugim będziemy się martwić potem - mruknął ponuro pierwszy oficer.
- Dokładnie - potwierdził Se'Datha. - Stan wyrzutni?
- Przeładowane!
- Ognia!
Następne trzy torpedy opuściły wyrzutnie Wilka. Również i one trafiły w cel. Chwilę potem patrolowiec zatrząsł się od uderzenia.
- Dostaliśmy! Osłony pięćdziesiąt procent, kadłub nienaruszony!
- Niech to... Mają idealną pozycję - syknął komandor. - Będą walić w nas jak w kaczy kuper. Status celu?
- Osłony zero, uszkodzenia kadłuba!
- Ogień ciągły z broni energetycznej bez czekania na rozkaz! - polecił dowódca. Blast bez słowa przebiegł palcami po konsoli. Czerwony promień raz za razem stykał się z kadłubem kardasjańskiego okrętu.
Drugi Galor tymczasem ponownie wyszedł na pozycję do ataku. Pierwszy spojrzał na dowódcę.
- Zaraz nam przygrzeją - wymruczał tamten. - Niech to szlag.
Wilk raz jeszcze zatrząsł się od trafień.
- Osłony dwadzieścia procent, uszkodzenia zewnętrznego kadłuba! - zameldował Blast. - Status celu - osłony zero procent, integralność kadłuba trzydzieści procent!
- Torpedy ognia!
Z trzech torped tylko dwie osiągnęły cel... Ale to wystarczyło. Galor przełamał się na pół, a po chwili przestał istnieć.
- Tego mamy już z głowy... Kurs na drugiego!
Okręt położył się w zakręcie. W tym samym momencie otrzymał kolejną porcję trafień.
- Raport!
- Osłony zero, kadłub siedemdziesiąt procent, przebicie na pokładzie piątym - pole siłowe na miejscu i trzyma, jedna z wyrzutni na spodku nie działa, zniszczony lewy pas broni energetycznej, uszkodzona lewa gondola, wyciek plazmy...
- Jeszcze dwa takie trafienia i po nas - stwierdził pierwszy oficer.
- Może nie...
- Galor odpala torpedy! - krzyknął ostrzegawczo porucznik. - Uderzenie za cztery sekundy. Trzy... Dwie...
- Cała wstecz, już!
Wilk rozdygotał się, gdy odwrócono ciąg. Spora część załogi znalazła się na podłodze. Kilka osób połamało ręce lub nogi... Ale było warto. Tylko jedna torpeda trafiła patrolowiec. Pozostałe minęły okręt dosłownie o włos.
- Ognia!
Dwie torpedy opuściły wyrzutnie Wilka. I obie trafiły. Efekt przerósł najśmielsze oczekiwania. Kardasjański okręt po prostu zniknął.
- Co u licha? - pierwszy oficer patrzył na ekran w osłupieniu.
- Widać Elveni dali mu przed nami popalić - Se'Datha odetchnął z ulgą. - Musieli zdjąć mu osłony, a my dokończyliśmy sprawę... Trafiliśmy w rdzeń czy coś w tym stylu.
- Kapitanie, odbieram przekaz z elveńskiego okrętu. Tylko fonia!
- ... do niezidentyfikowanego okrętu. Proszę o pomoc. Tracimy system podtrzymywania życia! Nasze transportery straciły moc, nie możemy ewakuować załogi. Czy możecie podciągnąć nas do stacji badawczej? Musimy zmniejszyć dystans - z głośnika dobiegł kobiecy głos.
- Maszynownia! Damy radę? - Se'Datha nie czekał, aż główny inżynier potwierdzi swoją obecność.
- Chyba tak, kapitanie. Prześlę całą moc z uzbrojenia do wiązki holowniczej, powinno się udać... Nieźle nas pokiereszowało, mam nadzieję, że sieć energetyczna wytrzyma...
- Ja też - mruknął komandor. - Kurs na niszczyciel. Pół impulsowej naprzód.
Patrolowiec ruszył w kierunku uszkodzonej jednostki.
- W porządku, mamy ich już w zasięgu wiązki - stwierdził Kal. - Spróbujmy ich złapać.
Czerwonawy promień energii połączył oba okręty. Oba zaczęły posuwać się w kierunku stacji.
Po paru minutach oficer taktyczny zameldował:
- Kapitanie, Elveni rozpoczęli ewakuację okrętu.
- No i dobra... Co pokazują skanery?
- Przestrzeń czysta. Ani śladu Kardasjan. Elveńskie niszczyciele będą tu za pięć minut.
- Czyli lecimy do domku... Maszynownia! Jaką prędkość możemy teraz wyciągnąć?
- Więcej jak warp 4 się nie da... Wilk musi iść na dok.
- W porządku - Se'Datha wzruszył ramionami. - Kurs: Forteca. Prędkość: Warp 4.
- Współrzędne wprowadzone.
- Kapitanie, Elveni przesyłają podziękowania... I pytają o nazwę okrętu - wtrącił się taktyczny.
Se'Datha zamyślił się na chwilę.
- Zignorować - polecił w końcu. - Pewnie i tak mają naszą nazwę na zapisie video... Ale ja nie zamierzam z własnej woli przyznawać się do wejścia na ich terytorium. Przynajmniej nie do momentu zakończenia negocjacji - uśmiechnął się lekko.
- Kapitanie, taka akcja może być dla naszych stosunków tym, czym dla Klingonów była akcja Enterprise-C w 2346-tym - zauważył pierwszy oficer. Po twarzy dowódcy przemknął cień.
- Albo i nie - odpowiedział. - Jakiś twardogłowy może podnieść krzyk, że naruszyliśmy granice suwerennego państwa i że to zła oznaka na przyszłość... Nie, za dużo możemy stracić. Wynośmy się stąd... Start!
Żaden z oficerów patrolowca nie poniósł konsekwencji. Dowództwo Floty uznało, że akcja Wilka była spowodowana "wyższą koniecznością" i zawiesiło śledztwo, poprzestając na udzieleniu komandorowi Se'Dathcie reprymendy. Ten przyjął to ze stoickim spokojem. Na wszystko miał jedną odpowiedź: "Inaczej się nie dało". Trudno było komukolwiek dyskutować z taką argumentacją. Tym bardziej, że większość dowództwa po cichu zgadzała się z decyzją komandora. Dodatkowo negocjacje z Elvenami nabrały tempa. Żadna ze stron nie poruszyła oficjalnie sprawy pomocy udzielonej przez fregatę, niemniej jednak wszyscy domyślali się powodów, dla których stosunki między Rzeczpospolitą a Cesarstwem uległy znacznemu ociepleniu.
"Dobre i to" - siedzący w kasynie Kal skończył opróżniać kufel piwa sporządzonego ściśle według starej ziemskiej receptury. Do wyjścia Wilka z doku został jeszcze tydzień. Komandor zastanawiał się, czy następna misja również zakończy się remontem okrętu...
Zlotym i srebrnym przetykane swiatlem,
Blekitne, ciemne, przydymione szaty
Nocy i swiatla, i polswiatla,
Rozpostarlbym je pod twoje stopy.
Lecz biedny jestem: me skarby -- w marzeniach,
Wiec ci rzucilem marzenia pod stopy;
Stapaj ostroznie, stapasz po marzeniach...
#5
Napisano 24.08.2004 - |08:20|
Autor: Zeal
Biały błysk rozświetlił przestrzeń kosmiczną, gdy patrolowiec klasy Nowy Orlean wyszedł z warp.
- Raport! - zarządził dowódca.
- Skanery bliskiego zasięgu niczego nie wykazują. Skanery dalekiego zasięgu zgłupiały od zakłóceń - zameldował markotnie oficer naukowy.
- Bywa - pocieszył go komandor Se'Datha. - Co na naszej planetce?
- Sporo zakłóceń niewiadomego pochodzenia. Transport niemożliwy.
- Więc zrobimy to w starym dobrym stylu - Kal podniósł się z fotela. - Za pół godziny chcę mieć prom gotów do lotu. Pełne wyposażenie do zwiadu planetarnego. Łącznie z uzbrojeniem.
- Przewiduje pan kłopoty? - zaciekawił się porucznik Blast.
- Nie. Po prostu nie chcę nagle ocknąć się z ręką w nocniku - odpowiedział spokojnie dowódca. - Proszę wyznaczyć dwóch ludzi. Oni i pan lecicie ze mną.
- Kapitanie, chyba nie chce pan... - zaczął pierwszy oficer.
- Cicho - przerwał mu Se'Datha. - Chcę zobaczyć, jak będzie się zachowywał prom po przeróbkach, które chłopcy wprowadzili w bazie.
- Raporty pilotów panu nie wystarczą?
- Jest takie powiedzenie: "Pańskie oko konia tuczy" - mruknął Kal. Spojrzał na dowódcę ochrony - Za pół godziny - przypomniał.
- Tak jest - skinął głową tamten. Komandor ruszył w stronę wyjścia z mostka.
- Okręt jest pański, pierwszy - rzucił, po czym dodał po króciutkim namyśle:
- I chyba dobrze byłoby podnieść stan gotowości załogi...
- Żółty alarm! - usłyszał, dochodząc do rozsuwanych drzwi. Uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem. Tak, stanowczo nie miał powodów do narzekań. Załoga była zdyscyplinowana, okręt - w pełni sprawny. Czego jeszcze może chcieć kapitan? Tak rozmyślając doszedł do swojej kajuty i rozpoczął przygotowania. To miał być krótki zwiad, ale wolał się zabezpieczyć na tyle, na ile to możliwe.
Niewielki stateczek opuścił hangar patrolowca i wziął kurs na widoczną w odległości kilkuset kilometrów planetę. Pilotujący prom Se'Datha korygował odruchowo kurs, błądząc myślami zupełnie gdzie indziej. Jego okręt już od kilku tygodni przebywał poza bazą. Zadanie Wilka było proste: odwiedzić położone w pobliżu kardasjańskiej granicy planety i sprawdzić ich przydatność pod kątem założenia na nich niewielkich baz remontowych. Dowództwo przewidywało, że wkrótce nastąpi eskalacja działań wojennych. Flota Odrodzonej Polski ciągle jeszcze była nieliczna i każdy okręt był na wagę złota. W razie rozpoczęcia działań bojowych na pełną skalę powrót uszkodzonej jednostki do bazy głównej Floty trwałby zbyt długo. Z kolei remont okrętów w otwartej przestrzeni, bez obecności doków i magazynów z częściami zamiennymi - cóż, sam taki pomysł przyprawiał logistyków i remontowców o ból głowy. W końcu jednak znalazło się rozwiązanie pośrednie. W pobliżu przewidywanej linii frontu miały powstać niewielkie magazyny. To, czego załogi nie byłyby w stanie same otrzymać z replikatorów lub trwałoby to zbyt długo, miało się znaleźć właśnie w owych niewielkich bazach. Daleko idąca unifikacja podzespołów okrętów Floty tylko ułatwiała sprawę.
Wilk odwiedził już dziesięć takich planet. Osiem z nich zakwalifikowało się do wybudowania na nich tymczasowych punktów obsługi technicznej. Ta była jedenasta.
Czwarta planeta układu Vhaeruna nie wyglądała z orbity zbyt zachęcająco. Jej odległość od słońca powodowała, że nawet w najcieplejsze dni panowała tam temperatura ośmiu stopni Celsjusza. Według danych posiadanych przez Flotę planeta była niezamieszkała przez istoty rozumne i pokryta w osiemdziesięciu procentach lasami. Pozostałe dwadzieścia przypadało na różnej wielkości zbiorniki wodne. Dane wspominały również o zakłóceniach, mogących uniemożliwić przesyłanie ludzi i sprzętu na powierzchnię planety. Według danych przekazanych przez sondy miały charakter czasowy - dwie do czterech standardowych ziemskich dób. Istniały hipotezy, że ich przyczyną były erupcje na powierzchni słońca układu, nikt jednak tego nigdy nie sprawdził. Bo i po co? Istniały ciekawsze miejsca do badań niż takie galaktyczne za[beeep]e. W pobliżu nie przebiegała żadna trasa transportowa, nie było żadnego obiektu o charakterze strategicznym... Do czasu secesji z Federacji nikomu ten układ nie był potrzebny do szczęścia. Dopiero teraz pojawiła się konieczność jego bliższego zbadania.
- Akurat na nas musiało trafić - porucznik Blast również nie wyglądał na zachwyconego.
- A co, wolałby pan wycieczki po Fortecy oprowadzać? – dociął mu wyrwany z zamyślenia komandor.
- Czemu nie? Podobno wkrótce ma nas odwiedzić elveńska eskadra niszczycieli. Ich załogi na pewno byłyby wdzięcznymi słuchaczami...
- Jasne – mruknął Kal. – Mnie by kark zesztywniał od ciągłego patrzenia w górę. Widział pan opis ich rasy? Średnia wzrostu - dwa metry. Rasa koszykarzy, niech ich...
- I tak będzie pan musiał z nimi porozmawiać – porucznik uśmiechnął się filuternie. – Z tego co słyszałem, w programie wizyty mają rozmowę z dowódcą okrętu, który narozrabiał w układzie Shar.
- Tam, gadanie – żachnął się Se'Datha. – Przecież nas tam nie było. To znaczy – oficjalnie.
- Toteż i ten punkt ich wizyty oficjalny nie jest – Blast świetnie się bawił, widząc minę komandora.
- Echhh – westchnął tamten. Spojrzał na konsolę.
- Złapcie się czegoś, zaraz wejdziemy w atmosferę – uprzedził.
Załoga promu zaparła się mocno w swoich fotelach. Stateczkiem zatrzęsło kilkakrotnie, a potem nagle wszystko się uspokoiło. Se'Datha odczekał jeszcze chwilę, żeby się upewnić, że prom już wyszedł z jonosfery, po czym otworzył kanał wywoławczy:
- Se'Datha do Wilka. Jesteśmy w atmosferze. Zaczynamy szukać miejsca do lądowania.
- Miło mi to słyszeć, kapitanie – z głośnika dobiegł głos pierwszego. Nagle w tle dał się słyszeć krzyk oficera taktycznego ze zmiany beta:
- Sensory bliskiego zasięgu wykryły zbliżający się okręt! To kardasjański Keldon! Leci kursem przechwytującym!
- Czas?
- Minuta!
- Alarm bojowy! Kapitanie – pierwszy oficer ponownie zwrócił się do Kala – proszę o instrukcje.
- Zjeżdżajcie stamtąd! I to już! – Se'Datha zacisnął z wściekłości pięści.
- Proszę o powtórzenie – pierwszy oficer zachowywał nieludzkie wręcz opanowanie.
- Szlag, mam ci to na czole napisać? Zabieraj ten @#$5ny okręt i jazda do bazy! Jak was dopadnie, nie będzie z Wilka czego zbierać! Możecie po nas wrócić później!
- Zrozumiałem – pierwszy oficer potwierdził przyjęcie rozkazu do wiadomości. – Wrócimy najszybciej, jak będzie można. Bez odbioru.
Komandor obejrzał się do tyłu. Pobladłe twarze członków załogi nie napawały otuchą.
- Spokojnie, Wilk ich zgubi – powiedział uspokajająco. – My sobie zaraz wylądujemy i poczekamy. Upieczemy kilka kiełbasek, pośpiewamy trochę... Zrobimy sobie mały biwak.
- A skanery Kardacha? - zapytał jeden z załogantów.
- Teraz są wymierzone w nasz patrolowiec – odparł dowódca. – Wątpię, aby zauważyli jak opuszczamy hangar. Skoro nasze skanery dalekiego zasięgu były ślepe, to i ich nie mogły być w lepszym stanie. Nie mają powodu, by szukać czegokolwiek na planecie... Jeśli będziemy mieli szczęście, Wilk odciągnie ich na tyle, że nie będzie im się chciało tutaj wracać.
- A kiedy nasi tu wrócą?
- A tego to ja już nie wiem – przyznał uczciwie Kal. - W najgorszym razie Keldon będzie ich ścigał prawie pod Fortecę, czyli trzy dni lotu w jedną stronę, trzy dni w drugą. Razem – sześć. Hmmm...
- Dawno myślałem o urlopie – uśmiechnął się porucznik. – Wreszcie mam...
Promem szarpnęło. Rozjęczały się wszystkie możliwe alarmy.
- Co za... - Se'Datha błyskawicznie zrozumiał, co się stało. – Trafiło nas jakieś wyładowanie! Lepiej się mocno trzymajcie. Spróbuję gdzieś posadzić tego grata, ale nie wiem, czy się uda. Wszystkie systemy siadły...
Komandor skupił się na pilotażu. Ustabilizował w miarę lot promu. Na wzrastającą prędkość opadania nic jednak nie mógł poradzić. Mógł jedynie starać się nieco spłaszczyć trajektorię. Prom przebił pokrywę chmur. Kal rozejrzał się gorączkowo i zaklął. Wszędzie las. Ani skrawka wolnej przestrzeni.
- Ciekawe, gdzie się podziało te dwadzieścia procent niezalesionej powierzchni – mruknął przez zęby, walcząc z opornym stateczkiem. – Na drugiej półkuli?
Prom był coraz niżej. Prawie muskał czubki drzew.
- Dobra. Złapać się, czego można i modlić się! – dowódca podciągnął po raz ostatni nos promu. Dolna część pojazdu zahaczyła o wierzchołek drzewa. Rozpędzony prom przechylił się gwałtownie i zanurkował między pnie. Rozległ się trzask i łomot. Przez krótką chwilę słychać jeszcze było zgrzyt dartej blachy a potem zapanowała cisza.
Se'Datha otworzył powoli oczy. Siedział nadal na fotelu. Poczuł na twarzy lepką wilgoć. Dotknął jej palcami. Krew. Spojrzał na nią bez większego zainteresowania. "Reszta!" – przypomniał sobie nagle. Szarpnął całym ciałem, chcąc się obejrzeć. Przeraźliwy ból wygiął go w łuk. Dał za wygraną. Dotknął ostrożnie prawego boku. Pociemniało mu w oczach. "Złamane żebro, może dwa" - ocenił. Znał ten ból. Kardasjanie już się o to postarali.
Obejrzał się ponownie. Tym razem ostrożniej. Przyciemniona pomarańczowa poświata świateł awaryjnych pomogła mu w ocenie sytuacji. Jego ludzie byli nieprzytomni. Blast musiał wyrżnąć głową o konsolę. Jeden z załogantów wyleciał przy przyziemieniu z fotela, a drugi... Kal odwrócił wzrok. Element konstrukcji promu zmiażdżył tamtemu głowę.
Se'Datha wygramolił się z fotela i krzywiąc się z bólu poszedł powoli na tył promu. Zdjął ze stojaka dwa karabiny i odczepił z nich pasy. Połączył je razem i zacisnął wokół ciała, na wysokości złamanych żeber. Ból zelżał. Pojawiły się z kolei kłopoty z oddychaniem, ale na to nie było już rady. Kal sięgnął po apteczkę i klęknął przy nieprzytomnym załogancie. Skrzywił się, widząc głębokie rozcięcie na głowie tamtego. Jedna z rąk nieprzytomnego człowieka była wygięta pod nienaturalnym kątem – najpewniej złamana. Se'Datha obrócił go na plecy. Posłuchał oddechu tamtego i pokiwał głową. Oddychał, więc to już coś. Z dalszym udzielaniem pomocy musiał poczekać. Trudno spytać nieprzytomnego, co go właściwie boli... Odwrócił się w stronę porucznika. Blast uśmiechał się posępnie.
- Niezłe lądowanie – stwierdził. Komandor rozłożył bezradnie ręce.
- Wiem, wiem, kapitanie – porucznik uśmiechnął się blado. – Sam jestem nienajgorszym pilotem i dziwię się, że w ogóle udało nam się przeżyć.
- Nie wszystkim – westchnął ponuro Kal. Oficer ochrony wzruszył ramionami.
- Zrobił pan, co mógł – powiedział pocieszająco.
- Nie byłbym pewien. Może gdyby... A, szlag. Co z panem? – komandor zmienił raptownie temat.
- Mam złamaną nogę – mruknął Blast. – Poza tym w porządku. A co z panem? – wskazał na pas, uciskający klatkę dowódcy.
- Złamane żebro, może dwa. Dzięki pasowi złamane kości nie będą się przemieszczać – wyjaśnił dowódca, oglądając nogę porucznika. – Rzeczywiście, złamana. Chyba będę musiał...
Szarpnął mocno. Porucznik wrzasnął z bólu.
- Przepraszam – komandor spojrzał z troską na podwładnego. – Musiałem to nastawić.
Rozejrzał się. Szukał pewnej rzeczy. W końcu westchnął i przyniósł karabiny, z których wcześniej odpiął pasy. Rozebrał wprawnie oba egzemplarze broni. Chodziło mu o lufy. Doskonale nadawały się do usztywnienia złamanej nogi. Umieścił je po obu stronach złamanej kończyny i obwiązał nogę wyciągniętym z apteczki bandażem. Porucznik zaciskał zęby z bólu, ale nie protestował. Komandor na koniec wstrzyknął mu środek znieczulający.
- Starczy na jakieś osiem godzin – uśmiechnął się lekko i usiadł. Po jego twarzy przebiegł grymas bólu.
- Pan nie wziął znieczulenia? – domyślił się porucznik.
- Nie potrzebuję. Mamy ograniczoną ilość leków. Wilk przybędzie po nas w bliżej nieokreślonej przyszłości. Musimy oszczędzać zawartość apteczki.
- A przez ten czas będzie się pan męczył?
- Powiedzmy, że mam wprawę – komandor nie ciągnął dalej tematu.
Jonski – ocalały załogant – miał, jak się potem okazało, wstrząśnienie mózgu i złamaną rękę. Wychodziło na to, że Kal był jedyną w miarę sprawną osobą. Starał się jak mógł o utrzymanie swoich ludzi przy życiu. Przynajmniej sama planeta nie robiła dodatkowych trudności. Gęsta warstw chmur sprawiała, że ciągle panował na niej półmrok. Dodatkowo chmury odgrywały rolę płaszcza termicznego, utrzymującego temperaturę atmosfery na stałym poziomie dwudziestu stopni. Se'Datha przeprowadził wstępne rozpoznanie i z zadowoleniem stwierdził, że planeta idealnie nadaje się na budowę bazy.
Sześć dni po katastrofie komandor zaczął się martwić. Leki w apteczce były już na wyczerpaniu. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego podwładni powinni jak najszybciej znaleźć się w szpitalu. Dodatkowo do komandora przypałętała się jakaś infekcja. Początkowo tylko kaszel, który Se'Datha całkowicie zlekceważył. Błąd. Dwa dni później Kal stwierdził, że ma gorączkę. Nie musiał mierzyć temperatury. Znał swój organizm i wiedział, że jeśli boli go wszystko – łącznie z włosami – to termometr nie pokaże mniej, niż trzydzieści dziewięć stopni. Nie mówił o tym swoim ludziom – nie chciał ich martwić.
Usiadł właśnie wygodniej na fotelu pilota i otulił się ciasno kocem, gdy na zewnątrz rozległy się jakieś kroki. Komandor odwrócił się gwałtownie. Gorączka spowolniła jego reakcje, ale i tak prędkość, z jaką wymierzył w luk promu lufę karabinu, zrobiła wrażenie na wchodzącym do środka mężczyźnie.
- Ostrożnie, kapitanie – uśmiechnął się. – Głowę mi pan odstrzeli…
- Mógłby pan zapukać, pierwszy – Se'Datha odłożył broń. – Niech się pan skontaktuje z Wilkiem i poleci przygotować ambulatorium. Mam tu rannych.
- To będzie problem – powiedział cicho pierwszy oficer. Zanim Kal zdążył zapytać, co tamten ma właściwie na myśli, za jego plecami ujrzał jakiś ruch. Do promu wsunęła się szczupła, wysoka sylwetka, odziana w brązowy mundur. Mimo panującego w promie mroku Se'Datha zauważył czarny kolor skóry i jasne włosy nowoprzybyłej osoby.
- Elveni tutaj? Co tu się u licha dzieje?
- Opowiem panu potem – pierwszy odwrócił się do nowoprzybyłego i coś mu szybko szepnął. Tamten skinął głową i wycofał się na zewnątrz.
- W skrócie sytuacja przedstawia się tak, że na orbicie czekają trzy elveńskie niszczyciele. Zabieramy pana i pozostałych na ESD Halrathn. Ambulatorium jest już gotowe.
- W porządku – skinął głową Se'Datha. – Ale będzie miał pan sporo do wyjaśniania.
- Kto inny wyjaśni panu wszystko o wiele lepiej, niż ja – rozbawiony z jakiegoś powodu zastępca wyszczerzył się radośnie.
- Zobaczymy – mruknął nieprzekonany komandor.
- Halrathn, czterech do zabrania – klepnął komunikator ciągle uśmiechający się pierwszy.
Ambulatorium na pokładzie elveńskiego niszczyciela rzeczywiście było przygotowane na przybycie rannych. Zanim komandor zdążył cokolwiek powiedzieć, on i jego ludzie leżeli już na wygodnych kojach, naszprycowani środkami znieczulającymi i troskliwie opatrywani. Se'Datha chciał rozejrzeć się po otoczeniu, ale nie zdążył. Jeden z lekarzy zaaplikował mu łagodny środek nasenny.
Gdy Kal otworzył w końcu oczy, nie leżał już w izbie chorych. Znajdował się w niewielkiej kabinie oświetlanej przez przyćmione purpurowe światło. Rozejrzał się. Oprócz łóżka w środku znajdowały się dwa krzesła i stolik – wszystkie wykonane w bardzo misterny sposób. Wyglądały na tak delikatne, że zdawało się niemożliwe, by były w stanie udźwignąć coś więcej niż własny ciężar. Na jednym z krzeseł leżały rzeczy komandora – troskliwie złożone w kostkę. Nie brakowało niczego, nawet pistoletu plazmowego. Se'Datha usiadł i obmacał bok. Jego palce trafiły na warstwę bandaża. Poruszał ciałem w różne strony i z zadowoleniem stwierdził, że żebra już nie dają mu się we znaki. Domyślał się, że to zasługa środków znieczulających, ale nie przeszkadzało mu to. Nie tęsknił za bólem. Po gorączce również nie było już śladu. Ubrał się i zaczął zastanawiać się, co dalej. Chętnie dowiedziałby się więcej o okręcie, na którego pokładzie przebywał, ale nie znał elveńskich zwyczajów i nie wiedział, czy łażenie samopas po niszczycielu będzie mile widziane.
Jego wątpliwości rozwiała niewielka kartka, leżąca na stole.
"Do komandora Se'Dathy. Po przebudzeniu proszę się ze mną skontaktować. Kapitan Eiranne Vharcan"
Kartka była przyciśnięta niewielkim, bogato zdobionym urządzeniem. Kal domyślał się, że to zapewne jakiś rodzaj komunikatora. Przycisnął go.
- Komandor Se'Datha do kapitan Vharcan. Melduję gotowość do służby – nie wiedział, co właściwie powiedzieć i postanowił zachować się tak, jakby był na jednym z okrętów Floty.
- Proszę zaczekać w kabinie, komandorze. Już idę – z komunikatora dobiegł ciepły kobiecy głos.
Kal odłożył komunikator. Po chwili do kabiny weszła białowłosa kobieta. Komandor poderwał się na równe nogi.
- Kapitan Vharcan, dowódca niszczyciela ESD Halrathn.
- Komandor Se'Datha, dowódca patrolowca...
- ... ORP Wilk – dokończyła Elvenka. Uśmiechnęła się.
- Mam u pana dług, komandorze – powiedziała.
- Chyba odwrotnie. Przecież to wy wyciągnęliście nas z tamtej planety. A właśnie, jak moi ludzie?
- Dochodzą do zdrowia – kobieta usiadła przy stole. Kal dołączył do niej.
- A dług mam ja – Eiranne zamyśliła się na chwilkę. – Widzi pan... Jakiś czas temu pański okręt odpowiedział na wezwanie pomocy, wysłane przez jedną z naszych stacji. Okręt, który był unieruchomiony przez Kardasjan... No cóż, jest pan na jego pokładzie.
Se'Datha popatrzył na kobietę w niedowierzaniu.
- Mały jest ten wszechświat – wymruczał po chwili. – Przepraszam za niedyskrecję, ale... Skąd wy się właściwie tam wzięliście? W układzie Vhaeruna? I co robi mój pierwszy na waszym okręcie?
- To trochę skomplikowane – Elvenka powiedziała z namysłem. – Sprawa przedstawia się tak...
Wilk uciekał przed Keldonem przez dwa dni. Trzeciego wpakował się prosto w zgrupowanie kardasjańskich okrętów. Najwyraźniej Kardasjanie planowali przeprowadzenie nagłego uderzenia na Fortecę. Patrolowiec zdołał im umknąć, ale nie bez strat. Został ciężko uszkodzony i po przycumowaniu do bazy okazało się, że nie jest w stanie wrócić po zostawionych w układzie Vhaeruna ludzi. Traf chciał, że właśnie wtedy wszystkie okręty Floty były zajęte odpieraniem ataku i Dowództwo nie było w stanie wysłać żadnej jednostki po komandora. W tym momencie do akcji postanowili włączyć się Elveni. Ich delegacja pojawiła się na Fortecy trzy dni przed przybyciem Wilka. Powrót uszkodzonego patrolowca nie uszedł uwagi załóg niszczycieli. Eiranne rozpoznała nazwę okrętu i odszukała pierwszego oficera Wilka. Porozmawiała z nim chwilę i natychmiast zaoferowała Flocie pomoc. Godzinę później trzy niszczyciele były już w drodze.
- Tak to właśnie wygląda – podsumowała kapitan Vharcan.
Se'Datha siedział przez chwilę w milczeniu.
- Dziękuję w imieniu swoim... I moich ludzi – powiedział w końcu. – Było już z nami nie za wesoło.
- Od tego ma się przyjaciół – roześmiała się Elvenka. Dodała poważniejąc:
- Nasze Cesarstwo postanowiło utworzyć na Fortecy placówkę dyplomatyczną. Moja eskadra ma pełnić rolę reprezentacyjną.
Przechyliła głowę, a w jej oczach pojawiły się wesołe ogniki.
- A jeśli chodzi o pańskie... zgłoszenie do służby, to powinno być raczej odwrotnie. To ja powinnam meldować panu.
Kal zrobił pytającą minę.
- A tak – roześmiała się jego towarzyszka. – Nasze Naczelne Dowództwo porozumiało się z waszym. Część naszych załóg przejdzie na wasze okręty, a część waszych ludzi trafi do nas. Oficjalnie w celu "wymiany kulturowej", nieoficjalnie – aby zgrać ewentualne manewry naszych flot. Kardasjanie dają się nam we znaki coraz mocniej. Zapewne Cesarstwo ogłosi wkrótce oficjalną chęć podpisania z wami paktu o współpracy militarnej. A tymczasem po cichu będziemy już opracowywać odpowiednią taktykę.
- Ufacie nam? – zdziwił się komandor. – Przecież my też możemy chcieć zająć wasze terytorium albo ważne dla was planety.
- Już to stwierdzenie dowodzi czegoś wręcz przeciwnego. Poza tym spora część z nas jest empatami. Nie można nas oszukać.
- Bardzo rozsądnie – pochwalił Se'Datha. – To rzeczywiście dużo ułatwia.
- Cieszę się, że tak pan uważa. Rozumiem, że nie będzie pan miał nic przeciwko obecności kilkorga z nas na pokładzie Wilka?
- Wilka? Nie, oczywiście, że nie. Tyle tylko, że pobyt na patrolowcu nie da wam zbyt wiele. Nie lepiej byłoby wysłać tych ludzi na któregoś Ambassadora? Tamte okręty są większe, bezpieczniejsze, lepiej uzbrojone i dostają ciekawsze zadania.
- Gdyby nie empatia, pomyślałabym, że po prostu nam pan nie ufa – lekki uśmiech złagodził ostre słowa. – Jeśli mamy współpracować skutecznie, musimy znać możliwości i zadania wszystkich jednostek. Nie tylko tych największych.
- Skoro tak...
- Więc osiągnęliśmy porozumienie? – Elvenka spojrzała wyczekująco.
- Tak, pani kapitan.
- Bardzo dobrze. W takim razie... - wstała i przyjęła postawę zasadniczą.
- Eiranne Vharcan melduje gotowość do objęcia stanowiska pierwszego oficera! – wyrecytowała z kpiącym uśmiechem. Se'Datha zrobił zaskoczoną minę.
- Pani... U mnie?
- Dokładnie – kobieta usiadła z powrotem i ciągnęła normalnym już tonem. – Pański pierwszy oficer przejdzie na jeden z naszych okrętów. W ten sposób obie strony na tym skorzystają.
- Zaraz. Jest pani kapitanem, dowodzi pani samodzielną jednostką. I chce pani przejść pod moje rozkazy?
- A kto lepiej dopilnuje zgrania dwóch różnych flot, składających się z zupełnie różnych od siebie jednostek, jeśli nie dwoje kapitanów? Trudno byłoby znaleźć na naszych dwóch okrętach osoby lepiej zorientowane w strukturze i taktyce floty niż nasza dwójka. Ta decyzja była jak najbardziej logiczna.
Kal zastanawiał się chwilę.
- Muszę przyznać pani rację – powiedział w końcu. – W takim razie pozostaje mi tylko wyrazić swoje zadowolenie z tego, że chce pani służyć na moim okręcie.
- Ja również się z tego cieszę...
Zlotym i srebrnym przetykane swiatlem,
Blekitne, ciemne, przydymione szaty
Nocy i swiatla, i polswiatla,
Rozpostarlbym je pod twoje stopy.
Lecz biedny jestem: me skarby -- w marzeniach,
Wiec ci rzucilem marzenia pod stopy;
Stapaj ostroznie, stapasz po marzeniach...
#6
Napisano 24.08.2004 - |08:21|
Autor: Zeal
Se'Datha rzucił niedbale padd z raportem. Opadł na oparcie krzesła i westchnął. Wyglądało na to, że patrolowiec spędzi w doku jeszcze kilka dni. Przysunął do siebie kubek z kawą.
- Wróżysz z fusów? - usłyszał nad głową. Białowłosy Terranin nie czekając na zaproszenie przysiadł się do stolika komandora.
- Powiedzmy - mruknął Kal. - Jak tak dalej pójdzie, to za kilka patroli ze starego Wilka zostanie tylko nazwa. Podliczyłem zużycie części i wyszło mi, że już jedna czwarta okrętu uległa wymianie.
- Przynajmniej nie będziesz marudził, że masz starą jednostkę - Coen wzruszył ramionami. - No i obsługa doku nabiera dzięki tobie wprawy w szybkiej wymianie podzespołów. A swoją drogą myślałem, że skończą szybciej. Uszkodzenia nie były przecież aż tak poważne.
- Tu nie tylko o uszkodzenia chodzi - Kal poskrobał się po głowie. - Widzisz, dostałem do załogi kilku Elvenów. Oni widzą w podczerwieni. A to znaczy, że trzeba przebudować część konsol, zmienić trochę wyposażenie kilku kajut... Ot, takie tam niewielkie przeróbki. Niewielkie, jeśli idzie o nakład pracy.
- Za to czasochłonne? - dodał domyślnie dowódca Gromu. Pokiwał głową - Teraz wszystko jasne. A właśnie. Jak ci się z nimi układa współpraca?
- Nie narzekam - uśmiechnął się Se'Datha.
- Nigdy nie narzekasz - podsumował go Coen. Podniósł się z krzesła.- Chyba już skończyli uzupełnianie torped...
- Znowu gdzieś lecisz?
- Muszę, skoro pewien patrolowiec wciąż siedzi w doku - roześmiał się Terranin.
- Jak cię... - zaczął komandor i po chwili również się uśmiechnął.- Kiedyś ci to wypomnę - obiecał.
- Nie wątpię. Tak jak ja ci wypomnę pewne dwie flaszki - Coen machnął ręką na pożegnanie i wyszedł na korytarz.
- O. Takiego… - usłyszał jeszcze. Nie musiał się oglądać. Dobrze wiedział, jaki gest wykonuje w tej chwili siedzący przy stoliku oficer. Uśmiechnął się do siebie i pospieszył w stronę doku.
Komandor przewracał się niespokojnie z boku na bok. W pewnym momencie siadł nagle, wpatrzony ślepo przed siebie. Po chwili zamrugał oczami.
- Światła - mruknął. Pokój wypełniła delikatna purpurowa poświata, dobiegająca z ukrytego dyskretnie szklanego klosza. Oświetlała najbliższe otoczenie łóżka. Reszta pomieszczenia tonęła w półmroku. Sposób i barwa oświetlenia pokoju bardzo przypominały to, co Se'Datha zaobserwował na Halrathnie. W pewien sposób uspokajało go to.
Oficer spojrzał na zegar i skrzywił się. Spał niecałe cztery godziny. I tak nie liczył na przespanie więcej niż sześciu, ale cztery...
- Przeklęte koszmary - mruknął, wstając z łóżka. - Pamiątka z wojny, niech ją szlag...
Sny męczyły Se'Dathę od momentu, w którym odzyskał wolność, ale dotąd nie dawały mu się aż tak we znaki. Komandor zastanawiał się, czy nie jest to czasem oznaka nadchodzącego załamania. Wzruszył ramionami. "Będzie, co będzie".
Ubrał się i opuścił pokój. Wiedział, że i tak już nie zaśnie. Na Wilku nie miał nic do roboty przez najbliższe parę dni...
- No cóż - skierował się w stronę najbliższego holodeku. Intensywny trening powinien dostarczyć mu zajęcia na kilka ładnych godzin.
Komandor wchodził już niemal do środka, gdy usłyszał stłumioną eksplozję. Ułamek sekundy później rozległ się alarm. Se'Datha rozejrzał się w niedowierzaniu. "Alarm tutaj? Teraz?" Miał prawo być zdziwiony. Wysunięte posterunki nie meldowały o żadnych zbliżających się wrogich okrętach. Również okręty patrolujące obszar Odrodzonej Polski nie donosiły o niczym nadzwyczajnym...
Faktem jednak pozostawało, że coś eksplodowało. I faktem też pozostawało ogłoszenie alarmu, który postawił wszystkich na nogi.
Z komunikatora dobiegł nagle głos oficera dyżurnego, nadzorującego całą Bazę:
- Pięć osób kieruje się do doku drugiego. Muszą być natychmiast zatrzymani. Uwaga, jedna z nich jest zakładnikiem.
Kal w nagłym otrzeźwieniu zdał sobie sprawę, że śluzy prowadzące do doku nr 2 i do przycumowanych w nim okrętów, są przecież na tym poziomie. Bez namysłu klepnął komunikator.
- Se'Datha do dyżurnego. Jestem na tym poziomie co poszukiwani, czterysta metrów od śluz.
- Jest pan uzbrojony?
- Nie.
- Proszę tam zaczekać, wysyłam oddział ochrony. Będą za dwie minuty.
- A ja za trzydzieści sekund - włączyła się jakaś kobieta. Kal znał ten głos - Mam ze sobą pięciu ludzi.
- Bardzo dobrze, pani kapitan - ucieszył się.
- To nie jest sprawa Elvenów - zaprotestował oficer dyżurny.
- Mamy tu do czynienia z zagrożeniem bezpieczeństwa Bazy. Bazy, na pokładzie której znajdują się załogi trzech elveńskich niszczycieli. Niech mi pan nie mówi o nie wtrącaniu się. Zagrożenie Bazy jest równoznaczne z zagrożeniem bezpieczeństwa moich ludzi. Może odmówi nam pan prawa do obrony? - głos Elvenki był zimny jak lód. Wzrok zresztą też. Kal mógł się o tym przekonać na własne oczy. Elveni doszli do niego w momencie, w którym kapitan Vharcan skończyła mówić. Zanim oficer dyżurny zdążył coś powiedzieć, Se'Datha warknął pod jego adresem:
- Ani słowa. Biorę na siebie wszelką odpowiedzialność za udział w akcji naszych gości. Bez odbioru.
Spojrzał na nowoprzybyłych. Elveni mieli ze sobą ciężkie karabiny szturmowe. To znaczy - "ciężkie" z nazwy, bo ich masa była mniejsza, niż na przykład standardowych federacyjnych karabinów fazerowych. Kal miał już okazję trzymać w ręku elveński karabin i przekonał się, że mimo mniejszego niż posiadany przez polską broń zasięgu, jego siła ognia była porównywalna z siłą ognia broni iskrowej. Może nawet większa. Oprócz tego kapitan miała ze sobą niewielki pistolet laserowy. Co prawda Eiranne miała przejść pod rozkazy Se'Dathy, ale oboje doszli do wniosku, że dopóki Wilk nie wróci do służby, kobieta powinna piastować dotychczasowe stanowisko: dowódcy niszczyciela i jednocześnie głównodowodzącej elveńskiej eskadry reprezentacyjnej.
- Witam panią - uśmiechnął się Kal.
- Eiranne. Chyba już to ustaliliśmy - poprawiła go kobieta. Rozejrzała się.
- W którą stronę?
- Tędy - Se'Datha ruszył bez wahania w kierunku śluz. Elveni ruszyli za nim, czujnie omiatając otoczenie lufami karabinów.
- Potrzebujesz broni? - Eiranne wyciągnęła w jego stronę karabin.
- Nie - pokręcił głową Kal. - Poradzę sobie.
Białowłosa kobieta wzruszyła ramionami.
Oddziałek doszedł do załomu korytarza. Komandor wyjrzał zza ściany i odskoczył gwałtownie. Promień energetyczny przeciął powietrze w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą była jego głowa. Se'Datha podsumował sprawę jednym, absolutnie niecenzuralnym słowem. Vharcan uśmiechnęła się lekko.
- Znaczy, nic ci się nie stało - stwierdziła. Spoważniała.
- Jaka sytuacja?
- Pięciu ludzi. Dwóch kryje ogniem korytarz, jeden przełamuje kod bezpieczeństwa zamykający śluzę, jeden pilnuje zakładnika.
- A rozstawienie? Nie, nie mów - podniosła rękę. Przymknęła oczy. Kal patrzył na nią w zdumieniu. Ułamek sekundy później poczuł jej obecność w swoim umyśle. To nie było nieprzyjemne uczucie. Kojarzyło się ze strumieniem ciepłej wody, prześlizgującym się przez gąszcz myśli człowieka. Chwilę potem Elvenka wycofała się. Klepnęła komunikator.
- Vharcan do oficera dyżurnego. Proszę o zgaszenie oświetlenia w korytarzu przy doku drugim.
- Ale..
- Wykonać - włączył się komandor. Domyślił się, co planują Elveni.
- Tak jest - dyżurny nie zamierzał sprzeczać się z Se'Dathą. Kal zdążył jeszcze rzucić kobiecie wściekłe spojrzenie.
- Przepraszam - powiedziała cicho. Tyle tylko zdążyła zrobić, zanim korytarz pogrążył się w mroku.
Elveni natychmiast ruszyli do przodu. Im panująca ciemność nie przeszkadzała. Natychmiast po wyjściu zza załomu otworzyli ogień. Niestety, spóźnili się. Trafili dwóch ludzi, pełniących rolę osłony. Pozostała trójka była już na pokładzie niewielkiego cywilnego transportowca.
- Zatrzymać okręt przycumowany przy śluzie G-4! - Vharcan natychmiast skontaktowała się z dyżurnym.
- Nic z tego - w głosie dyżurnego dała się słyszeć bezradność. - Znają wszystkie kody. Nie zatrzymamy ich w ten sposób.
- Jeden z okrętów na pewno... - Kal słyszał wszystko.
- Wątpię, komandorze. Żaden nie jest wystarczająco blisko Bazy. Żaden też nie wyjdzie dostatecznie szybko z doku.
- Wasz może nie... - Elvenka uśmiechnęła się drapieżnie. - Vharcan do Halrathna. Siedmioro do zabrania. Bezpośrednio na mostek.
Cała siódemka zmaterializowała się na mostku niszczyciela. Okręt był już postawiony w stan pełnej gotowości bojowej. Piątka przybyłych ze stacji Elvenów opuściła mostek, zostawiając na nim Eiranne i komandora.
- Cel: transportowiec. Kurs przechwytujący. Pełna impulsowa! - kapitan zajęła swoje miejsce, wyrzucając z siebie serię rozkazów. Smukła jednostka bojowa drgnęła i opuściła dok, przyspieszając do maksymalnej prędkości impulsowej. Skanery niszczyciela odnalazły cel i zaczęły go śledzić.
- Będziemy mieli go w zasięgu za pół minuty - odezwał się taktyczny.
- Celować w silniki.
- Tak jest. Cel namierzony... Pani kapitan, wywołuje nas!
- Na ekran.
Na ekranie pojawił się jeden ze ściganych.
- Jeśli zaczniecie strzelać, zabijemy zakładnika - zagroził.
- Wtedy i was nic nie uchroni przed śmiercią - zareagowała chłodno kobieta. Tamten roześmiał się.
- Ale między Odrodzoną Polską i Cesarstwem nastąpi znaczne ochłodzenie stosunków. Ludzie nie ucieszą się, gdy okaże się, że elveńska jednostka zdmuchnęła z nieba jednego z ich najważniejszych naukowców... - przyciągnął do siebie zakładnika. Kal nabrał gwałtownie powietrza.
- Przemyśl to, laleczko - poradził jeszcze ścigany i przerwał połączenie.
- Kogo mają? - kobieta spytała ostrym tonem.
- To Alexander Lenscher. Główny projektant naszych układów ofensywnych. Ci, którzy go mają, będą mogli zneutralizować naszą broń. Wystarczy, że zmuszą go do podania kilku istotnych parametrów. A zmuszą... - Se'Datha oparł się bezradnie o ścianę.
Ścigany okręt wszedł w warp i obrał kurs w kierunku terytorium Kardasjan. Niszczyciel podążał za nim jak cień. Nie strzelał jednak.
- Pani kapitan, przekaz z Fortecy! - odezwał się oficer taktyczny. Na ekranie pokazał się admirał Devron.
- Pani kapitan, muszę panią prosić o nie podejmowanie jakichkolwiek działań - powiedział ciężko.
Se'Datha wysunął się do przodu, zasłaniając sobą Elvenkę.
- Wie pan, co będzie, jeśli oni z nim zwieją?
- Wiem - admirał nie okazał nawet cienia zdziwienia na widok podwładnego. - Ale mam związane ręce. To kardasjańska operacja. Zniszczenie ich okrętu przez elveński niszczyciel będzie miało poważny oddźwięk polityczny. Pojawią się głosy, że Elveni wykonują za nas brudną robotę, że się nimi wysługujemy... To dumna rasa. Proces integracji z Cesarstwem zostanie poważnie spowolniony.
- Więc wypuścimy go, a Kardachowie przylecą za tydzień z urządzeniami neutralizującymi nasze uzbrojenie. Rozsądnie - mruknął Kal.
- Do tego czasu zdążymy przerobić nasze jednostki - Devron uciekł spojrzeniem w bok.
- Sam pan w to nie wierzy... - Se'Datha zamilkł. Obejrzał się nagle. Eiranne wstała z fotela i podeszła do niego bez słowa. Sięgnęła do przegubu lewej ręki i odpięła misternie rzeźbioną bransoletę, będącą oznaką jej rangi. Po chwili bransoleta zamknęła się na ręce komandora. Kobieta spojrzała na admirała.
- Przekazuję dowództwo okrętu ESD Halrathn komandorowi Se'Dathcie. Jest pan świadkiem.
Admirał przez chwilę patrzył nic nie rozumiejąc, a potem uśmiechnął się szeroko.
- Potwierdzam - powiedział wesoło. Vharcan przeniosła wzrok na Kala.
- Pańskie rozkazy, kapitanie?
Se'Datha milczał przez chwilę.
- Cel: silniki transportowca. Ognia ze wszystkiego, co mamy - rozkazał w końcu.
Taktyczny bez słowa wystukał polecenie. Niszczyciel oddał salwę. Wyrwany z warp transportowiec zawirował bezwładnie.
- Wiązka holownicza!
- Tak jest!
Promień energii ustabilizował obracającą się jednostkę.
- Mamy go! - stwierdziła Vharcan z satysfakcją.
Se'Datha skończył wpisywanie raportu. Przeczytał go, a potem odłożył padd. Zamyślił się. Dużo ryzykował, wydając rozkaz otwarcia ognia. Tamci mogli przecież spełnić swoją groźbę i zabić Lenschera. Jednak w momencie, w którym zostali ostrzelani przez Halrathna, zrozumieli, że Flota jest zdecydowana na wszystko. I że dla Dowództwa ważniejsze od jakichkolwiek traktatów jest bezpieczeństwo okrętów i ich załóg. Se'Datha zastanawiał się, co się stanie z agentami Kardachów. Nie działali przecież z własnej woli. Pranie mózgu działa cuda. Istniała szansa, że uda się im pomóc, ale niezbyt wielka. Kal zadawał sobie pytanie, ilu jeszcze takich ludzi jak tamci pozostało na obszarze Odrodzonej Polski czy Federacji…
Komandor spojrzał na lewą rękę i uśmiechnął się lekko. Vharcan również ryzykowała. Dobrowolnie oddała swój okręt pod dowództwo oficera służącego w polskich siłach zbrojnych. Przekazanie bransolety było równoznaczne z przekazaniem komandorowi wszystkich uprawnień. A przecież jak na razie Odrodzoną Polskę i Cesarstwo łączył zaledwie pakt o nieagresji i kilka luźnych porozumień handlowych. Przynajmniej oficjalnie. Kobieta natomiast zachowała się tak, jakby miała do czynienia z najbardziej zaufanym sojusznikiem. Okazało się przy okazji, że Elveni mają swoje sposoby docierania do prawdy. Kapitan Halrathna została poinformowana, że nie zostaną jej przedstawione żadne zarzuty…
Od strony drzwi dobiegł sygnał oznajmiający czyjeś przybycie.
- Wejść! - oficer obejrzał się i poderwał na nogi. Do środka wsunęła się elveńska kapitan.
Milczała przez chwilę.
- Chciałam... przeprosić - powiedziała w końcu.
- Usiądź - Kal odsunął od stołu krzesło. Poczekał, aż kobieta zajmie miejsce. - Za co? - zapytał.
- Wiesz dobrze. Nie powinnam była bez pytania grzebać ci w umyśle.
Se'Datha usiadł naprzeciw Elvenki.
- Myślałem, że jesteście co najwyżej empatami - stwierdził cicho.
- Zazwyczaj tak jest. Zdarza się jednak, że niektórzy z nas potrafią coś więcej. Umieją odczytać myśli innych. Zwłaszcza, jeśli są to ich bliscy.
Komandor zastanawiał się przez moment.
- Ja twoją rodziną nie jestem – wymruczał w końcu.
- To prawda. Jednak udało mi się zajrzeć w twój umysł.
Człowiek westchnął.
- I co mam powiedzieć? Oburzać się, że pogwałciłaś moją prywatność? Wściekać się? Grozić ci?
- Nie wiem... - Vharcan opuściła głowę.
- Wiesz, co myślę?
Kobieta podniosła pytający wzrok.
- Sprawdź - Kal uśmiechnął się kpiąco.
Eiranne przymknęła oczy, by po chwili je otworzyć.
- Dziękuję - szepnęła. Komandor mrugnął do niej okiem.
- Tylko nie rób tego za często - powiedział. - Aha! - sięgnął do zapięcia noszonej na ręce bransolety. - Muszę ci to oddać.
- Nie - powstrzymała go kobieta. - Zatrzymaj ją.
- Na pewno?
- Tak - teraz to Eiranne się uśmiechnęła.
Zlotym i srebrnym przetykane swiatlem,
Blekitne, ciemne, przydymione szaty
Nocy i swiatla, i polswiatla,
Rozpostarlbym je pod twoje stopy.
Lecz biedny jestem: me skarby -- w marzeniach,
Wiec ci rzucilem marzenia pod stopy;
Stapaj ostroznie, stapasz po marzeniach...
#7
Napisano 24.08.2004 - |08:25|
Autor: Zeal
W sali odpraw Fortecy trwało omawianie sytuacji taktycznej. Dowództwo floty Odrodzonej Rzeczypospolitej zakładało, że kapitanowie poszczególnych jednostek powinni wiedzieć, co się dzieje. Jak pokazało doświadczenie, takie postępowanie owocowało znacznym zwiększeniem elastyczności działań poszczególnych okrętów. Ich dowódcy potrafili szybko – i zazwyczaj bezbłędnie – dostosowywać się do nagłych zmian sytuacji. Było to bardzo pożądane, tym bardziej, iż flota ORP wciąż była nieliczna…
- … tak więc w ciągu najbliższych tygodni powinno być raczej spokojnie – głos prowadzącego odprawę oficera był bardzo monotonny. Se’Datha rozejrzał się dyskretnie. Uśmiechnął się lekko, widząc rysującego coś na kartce papieru Coena. Dowódca Gromu był niewątpliwie człowiekiem czynu. Takie „nasiadówki” na pewno nie leżały w jego stylu… Kal osunął się lekko w krześle, walcząc z sennością…Nagle wygiął się w łuk. Jego oczy niemal wyszły z orbit. Przygryzł sobie język. Oficer prowadzący odprawę urwał w pół słowa.
Dowódca Wilka targnął się konwulsyjnie i wywrócił się razem z krzesłem. Ogarnęła go ciemność.
-… nie mam pojęcia, dlaczego – słowa opornie torowały sobie drogę do świadomości Se’Dathy. Kal otworzył oczy. Leżał w ambulatorium bazy. Kilka metrów od jego łóżka stało dwóch ludzi: lekarz i Coen. Dowódca fregaty potrząsnął głową, a potem usiadł ociężale. Spuścił nogi na podłogę.
- Komandorze… Powinien pan leżeć! – oficer medyczny natychmiast zauważył ruch pacjenta. Podbiegł do niego i próbował położyć go z powrotem.
- Spływaj… - Se’Datha był uparty. Odsunął ręce lekarza.
- Ale…
- Proszę go posłuchać – dowodzący Ambassadora obserwował uważnie przyjaciela. Lekarz uniósł ręce w geście rezygnacji i opuścił pomieszczenie. Kal zbierał przez chwilę siły, po czym stanął na równe nogi.
- W porządku? – głos Coena był pełen troski.
- Nie – Se’Datha pokręcił głową. Popatrzył na towarzysza.
- Potrzebuję promu. Ze zdolnością do wejścia w warp. Moje mają przegląd.
- Co to było? – dowódca Garlanda nie musiał precyzować pytania.
- Eiranne ma kłopoty – odpowiedź była zwięzła.
Coen nie drążył tematu. Dawno już zauważył, że Elvenka stała się dla Se’Dathy kimś ważnym. Nie wiedział tylko, jak bardzo. O to jednak nie zamierzał pytać.
- Sądzę, że Garland obędzie się bez jednego wahadłowca. Na kiedy go chcesz?
- Za godzinę.
- Pewien jesteś? Nie wyglądasz najlepiej… - Coen przyjrzał się mężczyźnie.
- Dasz mi ten prom czy nie? – ton głosu Kala był agresywny. Ale oprócz agresji było w nim coś jeszcze. Coś jak… Niepokój?
- Aż tak źle?
- Bardzo. Ona może już nie żyć.
Dowódca Garlanda aż sapnął.
- Prom będzie gotów za godzinę. Jakieś życzenia?
- Nie… Sam sobie zorganizuję zaopatrzenie. Potrzebuję tylko wahadłowca.
- Załatwione – Coen odwrócił się na pięcie i ruszył do drzwi. Zatrzymał się na progu.
- Jeśli jest jeszcze coś…
- Dzięki… Ale teraz to już sprawa osobista.
Wahadłowiec ORP wszedł w obszar układu Eilistraee. Siedzący za sterami Kal skierował wahadłowiec ku czwartej planecie układu. Minutę później konsola wydała ostrzegawczy dźwięk. Po obu burtach promu pojawiły się elveńskie patrolowce.
- Zidentyfikuj się, albo otworzymy ogień - padło polecenie.
- Komandor Kal Se’Datha z Polskich Sił Zbrojnych – człowiek nie wyjaśniał niczego więcej. Był ciekaw reakcji Elvenów. Przez dobre kilka minut panowało milczenie.
- Numer identyfikacyjny?
- 78102616339 ORP.
- W porządku. Proszę trzymać się nas…
Kal uśmiechnął się lekko. Elveni znali jego numer, coś takiego… Zrównał prędkość z okrętami patrolowymi.
Pół godziny później na ekranie promu pojawiła się planeta.
- Har’oloth – szepnął do siebie człowiek. Rodzinna planeta Elvenów…
- Dalej będzie prowadziła pana wiązka naprowadzająca lądowiska – odezwał się jeden z pilotów patrolowców.
- Rozumiem. I dziękuję.
Se’Datha przestroił konsolę na odbiór wiązki wiodącej. Dwie minuty później wszedł na tor podejścia do lądowania.
Rodzinną planetę Elvenów otulała ciemność.
„Normalnie noc..” – pomyślał komandor, schodząc po trapie na lądowisko. Rozejrzał się. Pomimo panującego mroku dostrzegł kilka sylwetek. Skierował się w ich stronę.
- Co pana tu sprowadza?- spytał jeden z oczekujących. Tak jak pozostali, miał na sobie brązowy mundur. Z umieszczonego dyskretnie na rękawie symbolu Kal wywnioskował, że ma do czynienia z członkiem elveńskiej ochrony.
- Chcę wiedzieć, co stało się z Eiranne Vharcan, dowódcą ESD Halrathn.
Elven milczał przez chwilę.
- Proszę za mną – odezwał się w końcu z nienaganną uprzejmością. – Zaprowadzę pana do pańskiej kwatery.
Kal zacisnął pięści aż chrupnęło.
- Co się stało z Eiranne? – powtórzył.
- Nie potrafię panu powiedzieć. Otrzymałem właśnie polecenie odprowadzenie pana na kwaterę i poproszenie, by zechciał pan poczekać na kogoś bardziej kompetentnego.
Se’Datha przeżuwał przez chwilę informację.
- Jak długo?
- Nie dłużej niż godzinę.
- Dobrze – skinął głową oficer. – Godzinę wytrzymam. Ale potem… - pozwolił, by w jego głos wkradła się agresja. Elven zachował spokój.
- To w zupełności wystarczy – stwierdził. Ruszył przed siebie. Terranin postępował za nim krok w krok. Rozglądał się uważnie. Z informacji umieszczonych w bazie danych Fortecy wynikało, że przez dziewięćdziesiąt procent czasu obiegu Har’oloth wokół słońca na planecie panowała ciemność. Najwyraźniej teraz panował okres przejściowy, ponieważ człowiek był w stanie rozróżnić zarysy otaczających go przedmiotów. Natężenie światła odpowiadało ziemskiej księżycowej nocy. Pięć minut po opuszczeniu lądowiska oficer oraz towarzyszący mu Elveni weszli między budynki. Kal nie mógł nie zauważyć zawartego w nich piękna. Na pierwszy rzut oka elveńskie konstrukcje wykazywały podobieństwo do ziemskich budowli gotyckich, były jednak od nich dużo „lżejsze”. Większość domów posiadała strzeliste iglice. Z kolei wejścia do budynków były poprzedzane delikatnymi kolumnami. Wszystkie były rzeźbione. Dominował motyw roślinny. Nawet z niewielkiej odległości wyglądało to tak, jakby kolumny były oplecione przez łodygi. Se’Datha był zazwyczaj ślepy na architektoniczne piękno, tym razem jednak nawet jego ogarnął niemy zachwyt. Widział co prawda niezbyt dużo, ale nawet to wystarczało…
Zajęty podziwianiem miasta nawet się nie spostrzegł, gdy doprowadzono go na miejsce.
- To tutaj – Elven pokazał na niewielki pawilonik. Kal skinął głową i bez słowa udał się we wskazanym kierunku. Wszedł do budynku. Na jego powitanie zapaliło się dyskretne purpurowe światło. Wewnątrz znajdowały się dwa pokoje. Nie wyglądały na zamieszkałe. Se’Datha przypuszczał, iż były to swego rodzaju kwatery gościnne. Usiadł na stojącym pod ścianą łóżku i splótł dłonie. Zamyślił się.
Dwa dni wcześniej Eiranne poprosiła o zgodę na tygodniowe odwiedziny rodzinnej planety. Sytuacja na granicach ORP tymczasowo się ustabilizowała, a część floty - między innymi Wilk - przechodziła przeglądy. Nie było powodu, dla którego obecność Elvenki byłaby niezbędna… Kal zgodził się bez wahania.
- Chętnie sam bym zobaczył Har’oloth – powiedział, udzielając kobiecie zezwolenia na opuszczenie okrętu.
- Nic ci nie stoi na przeszkodzie – Eiranne przechyliła zalotnie głowę.
- Wiesz, że nie mogę… Ktoś musi dopilnować przeglądu…
- A może jednak? – kusiła kobieta.
- Idź. I to już. Bo jak cię zaraz…
- Idę, idę… - Elvenka skierowała się ku wejściu. Tuz przy drzwiach wysłała Se’Dathcie pewien obraz.
- To obietnica? – Kal uniósł brew.
- A jak sądzisz? Myślisz, że do czego niby chcę nabrać sił w domu? – Eiranne przestąpiła próg.
- Aha… Dobra. Trzymam cię za słowo. A spróbuj się po powrocie bólem głowy wymówić… - dobiegło jeszcze z pokoju.
Dwa dni później sztabowcy rozpoczęli odprawę…
Tuż przed utratą przytomności umysł człowieka zanotował uderzenie mentalne. Było tak silne, że gdyby wytrzymał choć sekundę dłużej, mógłby oszaleć. W tym wypadku omdlenie spełniło funkcję bezpiecznika. „Wyłączyło” Kala, zanim jego mózg doznał nieodwracalnych uszkodzeń. Komandor zdążył jednak rozpoznać osobę, która to spowodowała. Tak samo, jak i rodzaj uderzenia. To nie był atak. Eiranne wysłała wołanie o pomoc. Wołanie, którego siła została zwielokrotniona przez potężną emocję. Być może strach… Tego oficer nie potrafił stwierdzić. Wiedział tylko, że musi natychmiast ruszyć w drogę…
Syk rozsuwanych drzwi wyrwał go z zamyślenia. Do pomieszczenia wszedł ubrany w fioletową szatę Elven. Stopień skomplikowania wzorów na noszonej przez tamtego na lewym przegubie bransolety wskazywał, iż nie jest to ktoś przeciętny. Kal podniósł się.
- Witaj, Terraninie – odezwał się nowoprzybyły. Miał przyjemny głos – jak niemal wszyscy przedstawiciele jego rasy. – Jestem Samalar. Należę do Pierwszego Kręgu.
Se’Datha skinął głową z szacunkiem. Jak dowiedział się kiedyś od Eiranne, elveńska struktura władzy opierała się na dwóch Kręgach. Drugi Krąg był odpowiednikiem dawnego ziemskiego państwa, powiększonego do rozmiarów kontynentu. Każdy kontynent danej planety był rządzony przez Elvenów, należących do Drugiego Kręgu. Na jednej planecie było tych Kręgów tyle, ile kontynentów.
Spośród członków każdego Drugiego Kręgu wybierano jedną osobę, która wchodziła w skład Pierwszego Kręgu. Pierwszy Krąg odpowiadał za politykę planety. Każdy Pierwszy Krąg delegował jednego przedstawiciela do Obręczy. Obręcz podejmowała decyzje na skalę systemu gwiezdnego. Z kolei każda Obręcz posiadała swojego przedstawiciela w Pierścieniu. Pierścień odpowiadał za decyzje na szczeblu Cesarstwa Elvenów. Głową całego Cesarstwa był oczywiście cesarz, z tym, że mógł on podjąć samodzielnie decyzje dotyczące jedynie spraw wewnętrznych. O polityce zewnętrznej decydował cały Pierścień.
Tak czy inaczej, Kal nie spodziewał się, że zostanie zaszczycony odwiedzinami jednej z osób, odpowiadających za całą planetę. W dodatku nie byle jaką. Har’oloth był dla Elvenów tym, czym dla Terran - Ziemia.
- Domyślam się, że jesteś tu z powodu Eiranne – Salamar nie owijał w bawełnę.
- Zgadza się – Se’Datha również cenił sobie natychmiastowe przechodzenie do sedna.
- Dobrze więc…
Postępowanie Eiranne podczas pościgu za porywaczami Lenschera było ostro krytykowane w niektórych kręgach. Oficjalnie dowództwo elveńskiej floty oczyściło ją z wszelkich zarzutów. Nieoficjalnie natomiast twierdzono, że oddanie Halrathna pod komendę człowieka było błędem. Część oponentów nie wahała się nawet użyć słowa „zdrada”. Elvenka dowiedziała się o tym ze swoich źródeł i postanowiła wyjaśnić sprawę. Dwa dni po przylocie zaczepił ją jeden z elveńskich nacjonalistów. Zanim zdążyła się zorientować, postrzelił ją.
- Miała szczęście. Mierzył, by zabić – Salamar był ponury. – W ostatniej chwili odchyliła się trochę. Przeżyła, ale straciła przytomność. Jest teraz w szpitalu.
- Obudziła się? – Se’Datha mimowolnie zacisnął pięści.
- Nie. Jej stan jest stabilny, sądzę, że to tylko kwestia czasu…To jednak nie wszystko. Nacjonaliści tak rozdmuchali sprawę, że Eiranne staje się powoli symbolem uległości Cesarstwa wobec Odrodzonej Polski. Najgłośniej zaś mówi o tym ród Faerie. Czy wiesz, po co tak naprawdę tu przyleciała?
- Nie – Kal pokręcił głową.
- Sn'dar'adii.
Widząc w oczach komandora kompletny brak zrozumienia, Elven westchnął i rozpoczął tłumaczenie.
- Może o tym wiesz, może nie… Kiedyś byliśmy rasą koczowników, myśliwych. Oczywiście byliśmy wtedy dużo bardziej agresywni. Sn’dar’adii jest zwyczajem, pochodzącym jeszcze z tamtych czasów… Zdarzały się czasem spory lub zniewagi, których nie sposób było rozwiązać inaczej. Przedstawiciele zwaśnionych stron stawały naprzeciw siebie i rozpoczynali walkę na śmierć i życie. Z każdej strony jeden wojownik. Przegrana walczącego oznaczała przegraną tych, których reprezentował. W ten sposób unikaliśmy bratobójczych wojen na pełną skalę. Życie i bez nich było wystarczająco ciężkie. W końcu stopniowo zaczęliśmy odchodzić od tego zwyczaju. Ostatni sn’dar’adii, o jakim mi wiadomo, miał miejsce ponad trzysta lat temu. Eiranne nie miała jednak wyjścia. Musiała zgodzić się na wyzwanie, rzucone przez Faerie. Jeśli udałoby się jej wygrać, raz na zawsze oczyściłaby swoje imię. Teraz już jednak tego nie zrobi.
- Dlaczego?
- Sn’dar’adii ma się odbyć jutro wieczorem. Eiranne na pewno nie da rady stanąć do walki. A Faerie nie zgodzą się na zmianę terminu.
- Zaraz… - człowiek popatrzył na Elvena. – A nie może walczyć za nią ktoś inny?
- Kto? Mógłby ktoś z jej rodu… Ale ona jest sierotą. Nawet nie wiadomo, z jakiego rodu pochodzi.
- A ja?
- Wybacz… Ale nie jesteś jednym z nas. Ten obyczaj dotyczy tylko Elvenów – głos Salamara był poważny.
Komandor pokręcił głową w niedowierzaniu.
- To nie może być prawda…
Desperacko starał się znaleźć jakieś rozwiązanie. Przejechał machinalnie ręką po włosach. Rękaw jego munduru zsunął się, odsłaniając bransoletę.
- Co? – opanowanie Salamara prysło jak bańka mydlana. Chwycił Kala za przegub.
- To.. Jej?
- Tak – Se’Datha spojrzał wyczekująco.
- W takim razie…Jest nadzieja. Dawno ci ją dała?
- Ponad dwa tygodnie temu.
- Świetnie! – Salamar nie ukrywał radości.
- Nie rozumiem… - zaczął człowiek, lecz Elven przerwał mu w pół słowa.
- Nie musisz. Zaufaj mi.
- Zaufanie jest dla głupców – stwierdził Kal. Salamar uśmiechnął się.
- Nie masz innego wyjścia...
Delikatne światło oświetlało leżącą na łóżku kobietę. Długie, śnieżnobiałe włosy rozsypały się na poduszce. Przyspieszający gojenie opatrunek zakrywał jej lewą skroń. Se’Datha patrzył na Eiranne z zaciśniętymi zębami. Widząc, w jakim jest ona stanie, odczuwał niemal fizyczny ból. Podszedł powoli do łóżka i ukląkł przy nim. Ujął dłoń kobiety. Wyszeptał coś cicho. Wyglądało to tak, jakby coś obiecywał. Obserwujący całą scenę Salamar mógłby bez wysiłku wedrzeć się w myśli mężczyzny, ale szanował jego prywatność. Kal podniósł się na nogi. Pogładził delikatnie włosy Elvenki i skierował się do wyjścia.
- Pora – stwierdził Salamar.
- Chodźmy.
Obaj wyszli na korytarz. Żaden z nich nie zauważył drżenia powiek kobiety.
Arena nie była duża. Była okrągła. Jej średnica wynosiła sześć metrów. Aż nadto do walki dwóch przeciwników. Jak wyjaśnił po drodze Kalowi Elven, każde miasto miało taki obiekt. Siła tradycji…
Faerie już czekali. Gdy Elven i Se’Datha zbliżyli się, jeden z nich wystąpił przed resztę.
- Rozumiem, że Vharcan się nie stawi? Chyba należy uznać walkę za rozstrzygniętą?
- Mylisz się – Salamar był spokojny. – Ktoś będzie walczył za nią.
- To niemożliwe. Przecież ona nie ma rodu!
Kal postąpił krok do przodu.
- Nie musi mieć – wycedził. Faerie popatrzył na niego ze zdumieniem.
- Ty? Przecież nawet nie jesteś Elvenem! Tradycja mówi wyraźnie, że…
- Wiemy, co mówi tradycja – wtrącił Salamar. – Mówi też jednak, że do sn’dar’adii może stanąć nie tylko krewny. Również wybranek lub wybranka wyzwanego. Oto dowód!
Chwycił Kala za rękę i podciągnął rękaw jego munduru. W słabym świetle błysnęła bransoleta. Faerie przyjrzał się jej.
- Bransoleta jest autentyczna – wymruczał. – Skąd jednak mam wiedzieć, że minął termin jej zwrotu?
- Zajrzyj do moich wspomnień – warknął Se’Datha. Faerie spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Tak po prostu mnie wpuścisz?
- Rób swoje – człowiek tracił powoli cierpliwość. Faerie przymknął oczy i wśliznął się delikatnie w myśli komandora. Oficer skrzywił się, ale nie wykonał żadnego gestu. Faerie wycofał się po chwili.
- Mówi prawdę – oznajmił. Człowiek pokiwał głową.
- W imieniu Eiranne Vharcan staję do sn’dar’adii. Przyjmujecie… Czy poddajecie się? – spytał twardo.
- Przyjmujemy!
Przed grupkę Faerie wysunął się ubrany na niebiesko Elven.
- Walczymy do śmierci – oznajmił. Kal skinął na znak zgody.
Wstąpili obaj w obręb areny. Nie mieli żadnej broni. Nie potrzebowali jej. Sn’dar’adii nie był niczym innym, jak ordynarną młócką przy użyciu tylko pięści i nóg. Zasady? Istniała tylko jedna zasada: może przeżyć tylko jeden. Czysta brutalność. Dzika walka wywołana przez równie dziką agresję.
Przeciwnicy przybrali postawy bojowe. Kal zmierzył wzrokiem górującego nad nim Elvena. Tamten był wyższy, ale lżejszy. „Zobaczymy” – westchnął bezgłośnie człowiek.
Oficer i Faerie czaili się, gotowi do skoku. W końcu Elven ruszył. Uderzył pięścią z góry, drugą ręką próbując haka. Kal uchylił się od górnego ciosu, ale hak sprawił, że zadzwoniły mu zęby. W rewanżu uderzył łokciem w splot słoneczny przeciwnika. Tamten sapnął i kopnął człowieka kolanem w żołądek. Se’Datha zgiął się wpół. Elven próbował ponowić cios, tym razem mierząc kolanem w twarz oficera. Kal zablokował cios skrzyżowanymi rękoma, po czym zebrał się w sobie i skoczył, przewracając białowłosego na ziemię. Zaczęła się kotłowanina. To jeden to drugi pojawiał się na wierzchu, by po sekundzie zginąć w tumanach kurzu. Gdy w końcu się uspokoiło, Elven leżał nieruchomo ze strzaskaną krtanią. Se’Datha podniósł się chwiejnie. Popatrzył na Faerie.
- Zejdźcie mi z oczu!
Elveni rozeszli się w milczeniu, zabierając ze sobą ciało. Człowiek stał w bezruchu. Salamar poklepał go delikatnie po ramieniu.
- Dobra robota – pochwalił cicho.
Kal wypluł ułamany ząb i skrzywił się.
- Powiedz mi lepiej, o co chodzi z tą bransoletą…
„To akurat ja mogę ci wyjaśnić” – odezwał się w jego myślach rozbawiony głos.
„Eiranne?”
W odpowiedzi Se’Datha odczuł raczej niż usłyszał łagodny śmiech.
Elvenka siedziała na łóżku, oparta wygodnie o poduszkę.
- Paskudnie wyglądasz – przywitała wchodzącego człowieka.
- Taki się urodziłem – Kal wzruszył ramionami. Eiranne uśmiechnęła się.
- Humor ci dopisuje…
- Dopisze bardziej, gdy dowiem się w końcu, o co chodzi z tym – wskazał na opasujący jego przegub kawałek metalu. Kobieta skinęła głową.
- To akurat jest proste. W elveńskiej kulturze dajesz komuś swoją bransoletę, jeśli czujesz się z tą osobą związany. Związany uczuciem. Nie jest to odpowiednik waszego ślubu… Ale prawie. Obdarowana osoba ma tydzień na przyjęcie lub odrzucenie podarunku. Jeśli go zatrzyma, to znaczy, że akceptuje partnera.
- Aha. A jeśli obdarowany nie zna tego zwyczaju?
Eiranne spoważniała.
- Wtedy ma prawo oddać bransoletę w momencie, gdy dowiaduje się prawdy.
Człowiek pokiwał głową, po czym zdjął bransoletę. Przyjrzał się jej, jakby widział ją po raz pierwszy. Eiranne wstrzymała oddech.
- Nie wiem, czy zrobiłaś dobry wybór – Kal uśmiechnął się figlarnie i z powrotem założył bransoletę – ale cóż… Będziesz musiała żyć z konsekwencjami swojego czynu….
Puścił oko. Elvenka roześmiała się.
Zlotym i srebrnym przetykane swiatlem,
Blekitne, ciemne, przydymione szaty
Nocy i swiatla, i polswiatla,
Rozpostarlbym je pod twoje stopy.
Lecz biedny jestem: me skarby -- w marzeniach,
Wiec ci rzucilem marzenia pod stopy;
Stapaj ostroznie, stapasz po marzeniach...
#8
Napisano 24.08.2004 - |08:29|
Autor: Coen
Wilk ostrożnie wytracając prędkość zbliżał się do stacji. Uszkodzone w czasie bitwy systemy kontroli lotu wcale nie ułatwiały tego zadania. Kal westchną ciężko, ale z ulgą kiedy zbliżyli się na tyle iż Forteca złapała ich stabilna wiązką holującą, pomimo promienia z rozszczelnionego rdzenia które przez wyrwa w poszyciu zalało sporą części kadłuba.
- ORP Wilk, witajcie w domu, ekipy naprawcze i medyczne od razu zajmą się waszymi potrzebami. Forteca koniec.
Komandor Se’Datha klepną komunikator na ramieniu
- Wszyscy członkowie załogi niech złożą raporty z ostatniej misji do swoich przełożonych, potem macie wolne.
Mówił spokojnie i powoli, był po prostu zmęczony, dlatego postanowił zejść teraz z mostka, zjeść coś, odświeżyć się, a następnie po otrzymaniu raportów i przestudiowaniu ich zabrać się za składanie własnego dla dowództwa floty. Bardzo nie chciało mu się tego robić, ale w końcu życie dowódcy to nie tylko przyjemności.
Kal siedział spokojnie w kantynie ‘U Prixa’, jednej z ośmiu kantyn/barów/restauracji na tej gigantycznej stacji, które zapewniały część rozrywki niezbędnej do funkcjonowania pięćdziesięciotysięcznej populacji. Popijał napój jaki zaproponował mu gospodarujący tu deltanin, a mianowicie syrop z czarnych porzeczek z mocno gazowaną wodą mineralną i o ile rzadko lubił nowości tak tym był zachwycony. Mocny smak owocu był dodatkowo potęgowany i wzmacniany przez każdy pękający bąbelek. Nagle o mało się nie zakrztusił bowiem w jasnym błysku, tuż za oknem pojawił się ogromny czerwono-czarny Ambassador gubiąc plazmę z obu gondol. Komandor bez trudu rozpoznał numer identyfikacyjny wypisany na boku jednostki: CK 3
- Grom? – mrukną – co do kur… - zaczął, lecz nie skończył dopijając sok jednym haustem i rzucając się do drzwi kantyny.
W korytarzu panował spory ruch. Rannych, z uwagi na ryzyko rozregulowania się wzorców transportowych, które ulegały ciągłej zmianie z powodu pogarszającego się stanu zdrowia. Co prawda Gwiezdna Flota ślepo ufna w precyzje swojego sprzętu natarczywie się do tych środków bezpieczeństwa nie stosowała, a jak głosiła plotka popularna wśród bardziej inteligentnych istot federacji, które interesowały się tym zagadnieniem, władze federacji, FAI’a (Federacyjna Agencja Informacyjna) głosząca ‘’wolność’’ prasy skutecznie tuszowały wszystkie odstępstwa od normy. Flota Polska na szczęście dbała o swoich oficerów oraz marynarzy i utrzymywała te zabezpieczenia. Z tego też powodu ranni byli transportowani tylko do hali transportera i stamtąd do ambulatorium konwencjonalnymi metodami. Jeśli kogoś nie udawało się utrzymać po drodze do ambulatorium to i w ambulatorium niczego by nie zwojowano. Se’Datha właśnie wcisnął się w ścianę, aby przepuścić nosze z rannym murzynem, kiedy dostrzegł wśród koordynatorów znajomą twarz. Młoda betazoidka wstawała właśnie od leżącej na noszach kobiety, którą od razu zabrali medycy. Kal zauważył, iż ranna zamiast twarzy miała tylko krwawą miazgę, nie wiedział co prawda co z oczami ale wątpił aby coś tak kruchego jak gałka oczna mogło przetrwać. Betazoidka oparła się o ścianę nie mogąc utrzymać równowagi i wywróciłaby się jakby komandor jej nie podtrzymał. Okrążył ją chcieć spojrzeć w twarz jasnowłosej kobiecie, jednak nie spodobało mu się to, co zobaczył. Młoda, gładka i wyrazista twarz kobiety była ściągnięta grymasem ogromnego bólu, fizycznego i psychicznego, z jej oczy leciały łzy. Instynktownie przytulił kobietę, ta zaś wcisnęła się mocno w jego ramiona płacząc. Rozładowując, jak to się technicznie nazywało wśród telepatów nagromadzony ładunek. Eiranne tłumaczyła mu to kiedyś, chodziło mianowicie o to, że jak telepata wejdzie w czyjś umysł, aby ulżyć temu komuś w cierpieniu wiele emocji, bólu czy wspomnień czasowo przechodzi na telepatę, ładując go jak akumulator. Każdy telepata czuje kiedy jego limit pojemności się zbliża i musi rozładować to emocjonalne napięcie, inaczej nie będzie mógł nikomu więcej pomóc. Przyjmowanie bólu i emocji innych poza własne maksimum kończyło się prawie zawsze chorobą psychiczną, w pozostałych przypadkach zaś śmiercią. I to właśnie robiła teraz Eldicoranna. Po chwili odsunęła się ocierając zawilgocony nos skiniemy głowy podziękowała za pomoc.
- Co się stało? Gdzie Coen? – spytał od razu Kal niepokojąc się o przyjaciela, bowiem w kobiecie którą przed chwilą zabrano rozpoznał bajorankę pełniąca funkcję sternika.
- Kardi uderzyli na nas kiedy eskortowaliśmy Władysława Jagiełłę do planety przeznaczonej na zasiedlenie w układzie Shaundakul. Dziesięć cholernych okrętów, w tym pięć tych nowych, Demoliszów.
Kalowi aż chrupnęły zaciśnięte szczęki. Demolisz to była nazwa nadana przez oficerów Floty w celu określenia nowej klasy jednostek kardaziańskich po raz pierwszy dostrzeżonych trzy miesiące temu. Były nad wyraz podobne do starszych Galorów, które w kodzie odznaczeniowym nosiły miano Liszy, logicznym więc było iż podobną do Galorów, a znacznie silniejszą jednostkę zaczęto nazywać Demoliszami. Kobieta zaś kontynuowała
- Podzielili się na dwie grupy, wszystkie Demolisze oraz dwa Lisze rzuciły się na nas podczas gdy reszta zajęła się Jagiełłą. Nie mieliśmy szans w walce z nimi jednak Logan nie chciał słyszeć o ucieczce. Zniszczyliśmy, więc jednego Demolisza i Lisza, oraz uszkodziliśmy jeszcze jednego kiedy ich salwa przebiła osłony i gruchnęła w kadłub w miejsce łączenia maszynowni z szyją. Nie mieliśmy już wtedy innego wyjścia jak skakać w Warp i lecieć tutaj. Kardi nie polecieli za nami, więc pewnie spróbowali przejąć Jagi…
Nie skończyła, bowiem w korytarzu dało się słyszeć pokaźną wiązankę w Lyrańskim opisującą dokładnie relacje matek i ojców sanitariuszy do siódmego mistycznego pokolenia włącznie.
- Mówiłem wam, wy niedouczone Targ’i iż nic mi nie jest, zajmijcie się rannymi bo osobiście rozedrę was na sztuki. – zagrzmiał Coen w stronę sanitariuszy ze stacji, którzy nie przejmując się w ogóle groźbami przełożyli go od razu na nosze. Noga pokryta mocno przesiąkniętym przez krew opatrunkami zahaczyła o nosze co spowodowało krzyk bólu i kolejną wiązankę, tym razem po volkańsku.
Kal odetchną z ulgą znaczyło to bowiem znaczyło to iż kapitanowi nic poważnego nie dolega. Ciągle pozostawała jednak kwestia ponad pięćdziesięciu tysięcy osób na pokładzie Władysława Jagiełły oraz całego sprzętu przeznaczonego do budowy posterunku obronnego, a więc zalążków koloni bojowej.
Coen leżał na szpitalnym łóżku zajadając się wiśniową galaretką. Nie przepadał za wizytami w ambulatorium w charakterze klienta, ale skoro już musiał to chciał mieć pełny zakres usług. Poza tym przyjemny smak odciągał go od myślenia o klęsce jaką poniósł. Tak przynajmniej sobie mówił. Nie cierpiał przegrywać, po prostu nienawidził tego. Poczuł wzbierającą w nim złość na wszystko i właśnie wtedy ciepła kobieca dłoń dotknęła jego twarzy. Ten delikatny, nieomal ledwo wyczuwalny dotyk miał kojące działanie. Eldi uśmiechnęła się do niego, była tu od kiedy lekarze poskładali mu nogę do kupy i nie odstępowała ani na krok. W tym momencie rozsunęły się drzwi i wszedł przez nie Kal. Logan powitał go unosząc miseczkę z galaretką, kobieta zaś ciepłym uśmiechem, na co on odpowiedział skinie głowy.
- Jak noga? – spytał Komandor, bardziej aby zacząć rozmowę bowiem wiedział dobrze co mogła zdziałać medycyna.
- Już wygojona zupełnie, teraz tylko muszę zostać tu kilka godzin, w ciągu których ciało musi zaakceptować sztucznie przyśpieszone gojenie – odpowiedział kapitan poczym ponownie wzniósł miseczkę z galaretką – jest świetna, jeśli chcecie to częstujcie się
Kal wziął łyżeczkę i nabrał trochę półprzeźroczystej galaretowatej substancji o trudnym to określenia stanie skupienia. Faktycznie była nad wyraz smaczna, Se’Datha więc wziął drugą porcje idąc za dawno otrzymanym przyzwoleniem. Betazoidka jednak nie skorzystała z pozwolenia uśmiechając się i umownie pokazując na swój brzuch. Obaj mężczyźni uśmiechnęli się rozbawieni bowiem Eldi miała go nad wyraz wypracowanego. Nagle jednak Coen zepsuł cały dobry nastrój pytając
- A jaka jest sytuacja na zewnątrz?
Kal usiadł powoli na sąsiednim, wolnym łóżku i zaczął opowiadać.
- Nie do końca wiem, od czego znacząc. Grom wyląduje w doku na ponad miesiąc
- Na ile?!
- Miesiąc, i to jak się sprężą, bowiem będzie też przezbrajany, tak jak i reszta floty.
Coen tylko wściekle zawarczał, Eldi jednak nie rozumiała za bardzo, dlaczego go przezbrajali ani tym bardziej, na co. I wiedzieć nie mogła, nie miała wystarczającego statusu uprawnienia. Spytała więc o to od razu a Kal odpowiedział wprost, skoro uzbrojenie już mieli dawać nowe to w tajemnicy tego i tak nie utrzymają.
- Mamy potwierdzenie iż kardazianie przejęli Jagiełłę i odholowali do jednej ze swoich silnie chronionych baz wojskowych. Jak wiesz uzbrojenie jakie miała otrzymać kolonia na Shaundakul jest identyczne z tym jakie mamy obecnie na standardzie we flocie. Jest ono technologicznie dość prymitywne, bowiem nigdy nie było przewidziane do walki, a jedynie do sprawdzenia możliwości modyfikacji uzbrojenia oraz sieci dystrybucji energii. Teraz kiedy kardazianie przejęli i pełne dane i samą broń bez trudu uodpornią swoje jednostki na nią. Uzbrojenie faktycznie zaprojektowane dla naszej floty, czyli dezruptory polaronowe jest dopiero testowane i miało być wprowadzane dopiero za pół roku, miało wtedy zachwiać równowagą sił znacząco przewyższając wszystko czym, dysponują rasy z Alfy. Niestety, na obecnym poziomie otrzymamy standardy federacji, w najlepszym razie klingonskie, ale nie liczył, bym na to.
Kal widząc minę przyjaciela powiedział szybko
- A więc widzisz, w końcu nie tylko jeden taki pewny patrolowiec dba o to aby w magazynie nie było nadmiaru części
Odniosło to porządny efekt, bowiem Coen wyszczerzył się od ucha do ucha
- Tia, jasne, tu miałeś racje, ale pewne dwie flaszki i tak przegrasz.
- Mhm, przegram, a świstak siedzi bo sreberka były dziubane
- Nie wyskakuj ze sloganami z dwudziestegopierwszego wieku, bo nam naszą betazoidzką terapeutkę w zakłopotanie wprowadzasz.
- Nie, nie – odparła szybko Eldi – studiowałam ziemskie archaiczne powiedzonka i znam ich znaczenie, choć nadal nie rozumiem jak tekst z komercyjnej propagandy mógł zrobić taką furorę.
- Tego nikt nie wie – odparł jej Kal – że o popularności zatruwania się chemią, czy łączeniu w pary osobników tej samej płci nie wspomnę. To już na zawsze pozostanie tajemnicą tamtych dzikich czasów
- Masz racje, nawet nie wiem czy powinniśmy to poznawać – odparła uśmiechając się – a o jakie dwie flaszki wam chodziło? – w tym momencie zapiszczał jaj komunikator
- Adahl do Eldicoranny, mamy już gotowy raport zabitych i rannych – dobiegło z komunikatora na jej ramieniu zaś wiadomość ta wyraźnie popsuła wszystkim humory – proszę przy najbliższej okazji dostarczyć go kapitanowi, Adahl, koniec
Eldi potwierdziła szybko wiadomośc
- A co z załoga Jagiełły? – spytał kapitan ponownie obwiniając siebie o stratę tak ważnej jednostki. Kobieta objęła delikatnie ramionami jego głowę i przyciągnęła do siebie, chcąc dodać mu wsparcia.
- Obecnie prowadzone są z Unią rozmowy w celu ich zwolnienia. Na statek czy surowce się nie łudzimy, ale załogi nie popuścimy chodzi w końcu o pięćdziesiąt tysięcy istnień.
- I to utwierdza mnie w przekonaniu iż decyzja o zawarciu z wami sojuszu była nad wyraz słuszna – usłyszeli głęboki, ponury głos dobiegający od drzwi. Martok wszedł powoli do pomieszczenia, Se’Datha i Eldicoranna wstali oraz zasalutowali do jakby nie patrzeć wyższego rangą oficera sojuszniczej floty. Coen z racji swojego stanu tylko zasalutował. Zrobili to staro polskim sposobem, dwoma palcami, Martok odpowiedział im klingońskim salutem wojowników.
- Jak się domyślam to pan nie jest dowódcą tego nieznanego okrętu, który w układzie Shar pokonał kardazian ratując placówkę i okręty elveńskie? – spytał Generał patrząc na Se’Data z ironicznymi iskierkami w oczach. Kal bezbłędnie odgadł ich znaczenie i kiwając głową odparł
- Niestety generale, to nie ja i nie mam pojęcia, kto to był, ani co to za okręt.
Martok również kiwną głową poczym jednak spoważniał
- Mam sprawę do waszego kapitana
Oboje popatrzyli na Coena, on zaś skiną głową i po chwili został sam z klingonem.
- Nie mamy dużo czasu, więc jeśli pan pozwoli kapitanie przejdę prosto do sprawy.
- Oczywiście, nawet tak wolę.
- Strata tamtego okrętu spowodowała iż straciliście nieomal wszystkie technologiczne asy z rękawów w ewentualnej wojnie z Unią. Mam możliwości zapewnić dodatkowego asa zarówno wam jak i Imperium Klingonskiemu, ale potrzebna mi będzie pańska pomoc.
- Moja? – zdziwił się Logan – przez najbliższą dobę sam nie doczłapię nawet do drzwi.
- Twoją, lub jednego z czterech innych kapitanów w Polskiej Flocie, wszyscy jednak dowodzą okrętami, które nadal są w linii,. Przy osłabieniu Rzeczypospolitej przez utratę Jagiełły oraz konieczność przezbrajania okrętów głupotą było by odwoływanie ich od zadań, które mają powierzone. Grom jednak pozostanie w doku już od teraz, dlatego przyszedłem spytać czy zgodzi się pan wsiąść ze mną udział w tej misji. Niestety szczegóły będę mógł podać dopiero jak znajdziemy się na pokładzie mojego okrętu.
- Generale, bardzo chętnie bym z panem poleciał ale musze tu grzać tyłek przez kilkanaście godzin…
- Zalecę aby przenieść pana od razu na San’Kal, dolot w miejsce spotkania zajmie nam z maksymalna możliwą szybkością około pięciu dni, w pełni zdąży się wiec pan wyleczyć. Więc jak?
Martok podszedł bliżej wyciągając do człowieka rękę. Coen uśmiechną się tylko i uścisną ją mocno
- Wchodzę w to
Vor’Cha w jasnym błysku wyskoczyła z podprzestrzeni i ruszyła szybko przed siebie. Coen stał na mostku i patrzyła na rosnący na ekranie okręt
- Wow – wyrwało mu się tylko.
- Dobrze powiedziane – poparł go Martok – I.K.C. Negh’Var, pierwszy w swojej klasie, i nieznany nikomu. Jesteś pierwszą osobą nie z Imperium, która może go w ogóle zobaczyć.
- A Tal’Shiar czy Sekcja 31 o nich nie wiedzą?
- Sam fakt, że wiesz iż takie organizacje istną dowodzi tego jak marne są w tym co robią. Ani jedni ani drudzy nie rozpoznali by informacji wywiadowczej nawet jakby podeszła i dała im w morę.
Coen parskną przyznając mu racje i wracając do podziwiania piękności na ekranie. A było co podziwiać. Negh’Var był największym znanym mu okrętem zbudowanym przez klingonów, z jednej strony trzymał normy ustalone jeszcze tysiąc lat temu jeśli idzie o budowę okrętów wojennych czyli dziób, szyja i potem masywna część rufowa co znacznie zwiększało możliwości manewrowe. Na końcach skrzydeł zalazły się masywne gondolę Warp zaś pod samym głównym kadłubem…
- A to co to jest? – spytał Coen pokazując dwa spore wypusty.
- To przyjacielu jest najpotężniejsza broń energetyczna, jaką znała ta części galaktyki – odparł klingon spokojnie – Dezruptory mk 18
- To są dezruptory? – spytał terranin patrząc na gigantyczną broń – Deflektor na Gromie jest od tego niewiele mniejszy
Generał podszedł do konsoli łączności i wysłali kod identyfikacyjny poczym obaj z Loganem znaleźli się na pokładzie nowego okrętu. Coen obawiał się iż zatracą one swój spartański urok i zacznie ono przypominać liniowcowe wnętrza jednostek federacyjnych. Na szczęście jednak tak nie było. Od razu wyszedł po nich oficer w randze kapitana i zaczął prowadzić na mostek. Kiedy na niego dotarli Negh’Var leciał już w Warp.
- W porządku Generale, miał mnie pan wprowadzić w nasze zadanie.
Klingon podszedł do jednej z konsol i nacisną kilka klawiszy. Na ekranie pojawiła się mapa przygranicznych terenów federacji, konkretnie rozległego pasa asteroid. Wydawał się on Cenowi dziwnie znajomy.
- Kilkanaście lat temu USS Pegasus miał przetestować nielegalną dla federacji, mocno zawansowaną technologię. Na pokładzie doszło do buntu i słuch o jednostce zaginą. Oficjalnie doszło do eksplozji na pokładzie i utraty sporej części załogi, jednak sporo osób przypuszczało, iż Pegasus przetrwał i gdzieś zaginą. Sądzę iż go znaleźliśmy, właśnie tam – mówił Martok wskazując na ekran
- Czy to jest to, co myślę? – spytał Coen
- Owszem, tam miałeś pierwsze skierowanie po Akademii Gwiezdnej Floty, niewiele osób, do których mam dostęp zna ten teren, potrzebuje więc abyś pomógł poszukiwaniach.
- A właściwie to jakiej technologii mamy szukać?
Generał uśmiechną się tylko
- Pierwsze, federacyjne urządzenie maskujące
- Federacja złamała swoje ‘święte’ zasady? Zaczyna im to w krew wchodzić.
- Tak, jak zwykle, oni tylko się chwalą jacy to są porządni a pod względem oszustw to kardazianie i romulanie razem wzięci są jak pchły przy słoniu.
- Tak, Federacja ma po prostu dobrych speców od public relations
Po tych słowach na mostku Negh’Var dało się słyszeć radosny śmiech.
Eiranne popatrzyła z góry, krytycznie na Kala. Oboje byli na szarej macie wyściełającej podłogę jednej z sal treningowych. Mężczyzna zbierał się właśnie z ziemi zastanawiając się co się stało. Właśnie demonstrował swojej pierwszej oficer techniki aikido, kiedy nagle wykonała jakiś ruch ręką i Se’Datha odkrył, iż leci w powietrzu a potem hukną o pokład.
- Jeszcze jakieś wasze techniki rozbrajania przeciwników chcesz mi zademonstrować? – spytała z pięknym uśmiechem kiedy udało mu się złapać pion. Popatrzył na nią zmęczonym wzrokiem i nagle drapieżnie się uśmiechną
- Naturalnie – odparł i złapawszy ją za ramiona podciął ją szybkim ruchem nogi, tyle że ona go złapała za ręce i pociągnęła za sobą. Wylądował na niej z głową wciśniętą w hebanowy, ukryty za bawełnianym materiałem biust. Podniósł ją powoli napotykając rozbawione spojrzenie czerwonych oczu
- Wygodnie ci? – spytała powstrzymując się od śmiechu
- No w sumie… - odparł układając się wygodniej, jednak tak aby nie przygniatać kobiety – materac dość miękki, ale trochę za durzy
- Orz ty – syknęła z udawana złością i zaczęła łaskotać swojego dowódcę, on zaś nie pozostał jej dłużny, a w tej zabawie szło mu jednak lepiej. Miał w końcu większe pole działania. W sali zaczął się rozrastać ładunek śmiechu, jednak przerwał im dźwięk dzwonka. Informował on iż remonty na Wilku zostały zakończone i mieli się stawić na pokładzie. Misje patrolową przydzielono im już trzy dni temu.
- Fajnie – warkną tylko Coen obserwując konsolę taktyczną. Były na nich idealnie widoczne dwa romulańskie Warbirdy klasy D’Deridex. Patrolowały one ten obszar we włączonym kamuflażu ale widać nie stanowił on żadnego problemu dla czujników klingonskiego pancernika. Ich zachowanie dawało do zrozumienia iż nie zdołali jednak wykryć Negh’Vara
- Sądzę iż jeśli będziemy utrzymywać te pozycję, nie wykonywać intensywnych skanów ani manewrów to romulanie nas nie wykryją – odparła klingonka w średnim wieku operująca przy tej konsoli – niestety, aby móc przeszukać ten układ to musimy wykonywać skanowanie intensywne które zdołają szybko i łatwo wykryć.
- Hmmm…jakie mamy szanse w walce z tymi kolegami? – spytał Logan
- Trudno określić – odparł oficer taktyczny – przewyższamy ich właściwie pod każdym względem, ale jest ich dwóch, a to największa możliwa przewaga. Poza tym dłuższa walka na pewno ściągnęła by tu kogoś z federacji, a szybko tego nie załatwimy.
Po tym spokojnym, konkretnym oświadczeniu na mostku zapadła cisza. Nagle po chwili Martok spytał
- Czy dostarczono na pokład SPE?
- Oczywiście – odparł pierwszy oficer – na czternaście godzin przed pana przybyciem, choć na razie tylko jedną sztukę.
- Wystarczy – powiedział generał rozważając wszystko dokładnie i po chwili wydał rozkazy – wyprowadzić z doku zakamuflowany wahadłowiec i zamontujcie na nim SPE a potem wyślijcie w stronę centrum federacji. Może romulanie pomyślą iż ich wykryto i uciekną.
- SPE? – spytał terranin
- System Powiększania Echa – wyjaśnił taktyczny – urządzenie zaprojektowane do dekoncentrowania wroga w czasie bitwy, takie przeciwieństwo kamuflażu, może naśladować dowolne echo, jakie pojawia się na czujnikach.
- Upodobnijcie wahadłowiec do Excelsiora B, jest to typowa jednostka do patrolowania takich regionów, a przy tym na tyle słabe iż romulanie zaczną się obawiać po jakie posiłki poleciał.
- Lub postanowią go dogonić i uciszyć – powiedział taktyczny przekazując rozkazy
- To nawet jeszcze lepiej – padło w odpowiedzi.
Klingońska załoga jak zawsze sprawnie i fachowo wzięła się za wypełnianie poleceń. Już po chwili z niewidzialnego hangaru wyleciał niewidzialny wahadłowiec wyglądający jak mały B’Rel. Jak tylko odsuną się troszkę od macierzystej jednostki skoczył w Warp i zaczął emitować odpowiednią sygnaturę. Dowodem był nowy sygnał na skanerach, odpowiadający idealnie lecącemu w Warp Excelsiorowi. Romulanie jednak zachowali się dość nieoczekiwanie, zamiast uciec, lub zacząć gonić Excelsiora, podzielili się i szybciej zaczęły patrolować obszar, sporo szybciej. A więc również niedokładniej, czego Negh’Var nie zamierzał przepuścić i rozpoczął własne poszukiwania. Jako że w przeciwieństwie do romulan wiedzieli czego szukają skupili się tylko na asteroidach większych niż pięćset metrów w średnicy. Podchodzili na niecałe dwa kilometry do każdej i rozpoczynali skanowanie. Był to proces powolny, ale jedyny na jaki mogli sobie pozwolić…
Wilk leciał powoli u boku innych, cięższych okrętów. Razem z czterema innymi jednostkami eskortowali Kazimierza Jagielończyka na pokładzie którego były materiały do założenia koloni bojowej. Układ Shandakul był zbyt istotny aby odpuścić budowę tam. Lecz jako że Kardazianie już o nim wiedzieli tym razem eskorta była znacznie liczniejsza: ORP Gryf, Mazur, Generał Haller, Komendant Piłsudski oraz Wilk stanowiły siłę bojową z jaką każdy musiał się liczyć. Kal miał jednak nieodparte wrażenie iż włażą w paszczę lwa.
- Wykrywam coś dziwnego – powiedział nagle Vislan, elven, który pełnił na Wilku funkcje oficera naukowego – małą sondę oddaloną od nas o jedną dziesiątą roku świetlnego.
- Czy inni też ją wykryli? – spytał automatycznie Kal. Nie musiał wydawać rozkazu przygotowania się na niespodziewaną sytuacje bowiem od kiedy tylko zbliżyli się do miejsca dawnej walki wszystkie jednostki przeszły od razu na alarm bojowy
- Potwierdzam – padło ze stanowiska łączności – wykryli również trzy inne w podobnej odległości.
Komandor zerwał się z siedzenia
- To puła… - zaczął, lecz nim zdążył dokończyć czy cokolwiek zadziałać Vislan krzykną ostrzegawczo
- Sondy emitują jakiś rodzaj promieniowania…
- Tracimy stabilność pola Warp! – włączyła się do kakofoni sterniczka.
Sześć okrętów wypadło nagle gwałtownie z podprzestrzeni, dokładnie przed półkolistym polem szczątków. Wtem na części szczątków zaczęły się zapalać białe i pomarańczowe światła, kiedy ponad dwadzieścia kardaziańskich jednostek bojowych budziło się do życia. Se’Datha widziało wszystko na głównym ekranie
- Będzie fajnie – mrukną tylko poczym zaczął błyskawicznie wydawać rozkazy…
Negh’Var leciał z pełną prędkością odpowiadając na wezwanie pomocy. Warp 9,6 powodowało iż cała konstrukcja drżała ostrzegawczo, ale Coen się nie obawiał, wiedział że szkielet wytrzyma. Kilkadziesiąt minut temu odebrali wezwanie pomocy z konwoju KWSS 2 i teraz grzali z pełną, możliwą prędkością w stronę miejsca walki.
- Wykrywam pobojowisko, jest dużo wraków, głownie kardaziańskie.
- A okręty nadal istniejące? – spytał Coen z wyczuwalnym w głosie zdenerwowaniem
- Jeden masowiec, jeden D’Tai i jedna Akira oraz Nowy Orlean, choć są mocno uszkodzone, do tego dziesięć transportowców kardaziańskich, oraz osiem krążowników klas Galor oraz Keldon. Wszystkie bojowe są uszkodzone
Coen odetchną z ulgą wiedząc iż Wilk jeszcze istnieje, jednak martwiła go sytuacja w jakiej musiał się znajdować. Po chwili byli już na tyle blisko że sensory wykryły walkę na pokładach wszystkich polskich okrętów.
- Widać kardazianie mają chrapkę na przejęcie abordażem kolejnych jednostek – zauważył Coen ze złością. Jak by nie patrzeć, dziesięć transportowców to bez mała trzydzieści pięć tysięcy żołnierzy mogło być, a do tego jeśli dodać załogi krążowników to marnie widział swoje szanse. Co prawda każdy okręt polski przewoził własny regiment bojowy, Gryf miał nawet cztery tysiące piechurów na pokładzie ale to i tak było sporo za mało.
- No to się przejadą – odparł zimno Martok i przez interkom kazał się przygotować załodze do walki wręcz. Zdziwiło to trochę Logana, widział co prawda sporo klingonów na pokładzie ale jakoś nigdy go nie interesowało ilu ich jest, spytał wiec teraz o to. Generał się tylko uśmiechną i odparł szczerze
- Dwa tysiące siedmiuset standardowej załogi oraz dziesięć tysięcy wojowników, natomiast do skutecznej obsługi Negh’Var potrzebuje tylko tuzina
- Wow – usłyszał tylko w odpowiedzi, poczym terranin pobiegł do jednej z sal transporterów.
Kardazianie nie mieli za dużych szans. Ich krążowniki krążyły w okuł uszkodzonych polskich jednostek doglądając akcji przejmowania ich. Każdy był lżej lub bardziej uszkodzony, lecz ich ofiary nie były w stanie oddać chodźmy jednego strzału. Kardazianie byli pewni swojej wygranej. I to ich zgubiło. To, oraz doskonałość kontrwywiadu klingońskiego, który uniemożliwił wyciek chodźmy bita informacji o nowym pancerniku. Dlatego właśnie kardazianie nie byli w stanie rozpoznać okrętu który nagle lecąc z prawie pełną impulsową pojawił się przed nimi, co dodatkowo zwolniło ich reakcje. Nim się otrząsnęli jeden Keldon, trafiony czterema zielonymi torpedami po prostu wyparował. Taki sam los spotkał Galora który został trafiony salwą z dwóch ogromnych dezruptorów. Masywne, trzydziesto centymetrowe pociski uderzyły w niechroniony z powodu awarii osłonami kadłub masakrując go w przerażająco skuteczny sposób. Nim minęło pięć sekund od pojawienia się pancernika jedna czwarta bojowych jednostek kardaziańskich przestała istnieć. Wraz z ostrzałem rozpoczął się transport oddziałów na polskie okręty. Słabnące szeregi polskie zasiliły nagle, rządne słodkiej, kardaziańskiej krwi klingońskie zastępy.
Dowódcy Galorów i Keldonów otrząsnęli się jednak dość szybko, zaś widząc iż nieznany agresor ma opuszczone osłony rozpoczęli zaciekły ostrzał. Jednak ponad dwu decymetrowy pancerz Negh’Vara był więcej niż dość wytrzymały na ich siłę ognia. Natomiast jego uzbrojenie, było więcej niż znacznie wystarczające na pomarańczowe, podłużne krążowniki i transportowce. Co i rusz, któryś z nich znikał w jasnym błysku światła po prostu rozdarty na strzępy przez zielone wiązki i pociski. Próbowali uciec ale ich silniki nadal były pod wpływem działania promieniowania zakłócającego działanie napędu Warp mimo że ono samo zostało wyłączone chwilę wcześniej. Kardazianie z przerażeniem odkryli, iż wpadli we własne sidła. Ale już było o wiele za późno. Negh’Var zatoczył ostatni, pełny krąg nad pobojowiskiem doganiając dwa uciekające transportowce. W każdy z nich trafiły po trzy ogromne zielone pociski, wbijając się głębiej i głębiej w nie opancerzony kadłub. Wewnętrzne i zewnętrze eksplozje szlachtowały załogę na strzępy, spalały na popiół i resztki wyrzucały w bezkresny, zimny niebyt kosmosu. Gdyby klingoni zostawili kogokolwiek przy życiu jego opowieść napędziła by w władzom Unii takiego strachu iż nie mieli by odwagi rozpocząć wojny. Nie przeżył jednak nikt…
Dwa tygodnie później Kal wysiadał z transportowca, razem ze swoją pierwszą oficer po wizycie na planecie Elvenów. Czekał na nich Coen. Od razu zobaczyli iż był wyraźnie podenerwowany.
- Co się stało? – spytał Kal. Logan wręczył mu tylko pada z zapisaną jakaś wiadomością. Mężczyzna nacisną przycisk odtwarzania i na małym ekraniku pojawiła się twarz starszego, może siedemdziesięciu letniego człowieka. Nosił krótką, siwiejącą, ale nadal gęstą brodę mimo iż jego głowa była już łysa jak kolano. Zarówno elvenka jak i terranin rozpoznali w tej postaci Roberta Płatnerza, króla Rzeczypospolitej. Przemówił z nagrania głosem kogoś zmęczonego życiem, ale jednocześnie posiadającego dość sił aby iść dalej.
- Trzysta lat temu, globalna wojna spowodowała zagładę naszego umiłowanego kraju. Utraciliśmy prawie wszystko w nuklearnym ogniu, ogniu najpotężniejszej broni jaką wtedy znaliśmy. Teraz broń jaką znamy jest kilka set razy silniejsza niż przedtem, jednak się nie cofniemy i nie oddamy tego co nasze. Jak doskonale wiecie kilka tygodni temu Unia Kardaziańska porwała ponad pięćdziesiąt tysięcy naszych obywateli, oskarżając ich o wtargnięcie do kardaziańskiej strefy wpływów. Nasi Federacyjni sojusznicy nalegali abyśmy załatwili sprawę polubownie, godząc się na kardaziańskie żądania ustępstw terytorialnych aż do linii układów Bane-Gond-Malar, czyli ponad czterdziestu procent naszych włości. Terenów na których żyje prawie sześć miliardów osób nie mogliśmy oddać, bowiem w Polsce żywe pozostaje stwierdzenie prezydenta Mościckiego iż nieznany pojęcia ‘pokoju za wszelką cenę’. Z tego też powodu, trzy godziny temu kardazianie zabili wszystkich jeńców wyrzucając ich w próżnię… Określili to jako nauczkę na przyszłości, iż należy robić to co karzą. I wzięliśmy z tego naukę. Nauczyliśmy się iż kardazianie są bestialskimi mordercami, bez krzty szlachetności, moralności czy miłosierdzia. Są oni bestiami, takimi jak te z naszych pradawnych legend. I jak takie bestie musza być traktowani. Z tego też powodu mniejszym wypowiadamy wojnę Uni Kardaziańskiej. Nie okażemy im litości tak jak nie zaznaliśmy jej z ich ręki. Sami wznieśli topór nad swe głowy, my go teraz tylko ujmiemy i wykorzystamy. Za każde z istnień jakie straciliśmy i stracimy z ich rąk, zginie dwudziestu kardazian. Rzucimy ich na kolana i przyciśniemy tak mocno iż pożałują że kiedykolwiek odkryli napęd Warp. Wiedźcie i przygotujcie się wszyscy. Od dzisiaj jesteśmy w stanie wojny!
Na tym zdaniu nagranie się kończyło. Mimo iż prawie wszyscy obsługi hangaru to widzieli i tak w okuł elvenki i obu mężczyzn zebrał się spory tłumek, który jednak nie pisną ani słówkiem w czasie przemówienie, mimo iż odczucia wściekłości było widać na wszystkich twarzach. Pierwsza nie wytrzymała Eiranne
- Vith’rell – warknęła tylko. Ze wszystkich zebranych co to znaczy wiedział tylko Kal, jednak reszta bez trudu się domyśliła. Se’Datha odszedł jednak na bok w milczeniu opierając się o durzy iluminator. Rozciągał się z niego widok na stocznie będąca przy Fortecy, jednak mężczyzna go nie widział. Myślał.
Coen i elvenka podeszli do niego cicho, nie przeszkadzali mu.
- Ciężko to wszystko widzę – burkną w końcu – kardachy zdobyły naszą technologie, przezbrojenie się potrwa trochę czasu niezależnie od tego co byśmy nie robili, a i nie posiadamy żadnej przewagi która mogła by zrównoważyć przewagę ilościową wroga.
Słysząc to Coen uśmiechną się lekko, po raz pierwszy, od kiedy dowiedział się o śmierci wszystkich Jagiełły, poczym klepną tylko w komunikator.
I nagle, tuż obok stacji, przestrzeń zafalowała i stała się na moment matowa, by po niecałych dwóch sekundach ukazać ogromnego, czarno-czerwonego Ambassadora
- Jesteś pewny że nie mamy żadnej przewagi? – spytał cicho Coen
Komandor uśmiechną się lekko lecz szybko spoważniał ponownie. Oto bowiem zaczynał się prolog najnowszego rozdziału historii Polski. A tytuł tego rozdziału zaczynał się od słowa ‘Wojna’
Zlotym i srebrnym przetykane swiatlem,
Blekitne, ciemne, przydymione szaty
Nocy i swiatla, i polswiatla,
Rozpostarlbym je pod twoje stopy.
Lecz biedny jestem: me skarby -- w marzeniach,
Wiec ci rzucilem marzenia pod stopy;
Stapaj ostroznie, stapasz po marzeniach...
#9
Napisano 24.08.2004 - |08:32|
Autor: Zeal
Kal patrzył przez chwilę na pojawiającego się znikąd Ambassadora.
- Zaraz, przecież maskowanie jest… - zaczął czysto automatycznie i uśmiechnął się szeroko. Obserwujący go Coen doskonale wiedział, czemu.
- Fakt, nie jesteśmy już w Federacji – komandor pokręcił głową, częściowo rozbawiony, a częściowo rozdrażniony tym, iż stare nawyki ciągle się w nim odzywają.
- Popraw mnie, jeśli się mylę, ale remont Gromu miał trwać jeszcze dwa tygodnie?
- Ano. Ale remont nie oznacza, że nie można przy okazji wprowadzić kilku poprawek - Coen rozłożył niewinnie ręce. Oficer tylko skinął głową. Nie pytał, skąd krążownik wziął maskowanie. O niektóre rzeczy po prostu się nie pyta. A już na pewno nie w takim miejscu. Byle szpieg mógłby podsłuchać ich rozmowę.
Widok ciężkiej jednostki przypomniał Kalowi o czymś jeszcze. Klepnął komunikator.
- Se’Datha do Wilka. Status?
- Wszystkie systemy sprawne – odezwał się głos Elvena, dowodzącego fregatą pod nieobecność obojga starszych oficerów. – Stoimy tam, gdzie zawsze. I, kapitanie… Witamy w domu.
- Dziękuję. Se’Datha out.
Kal odwrócił się do Eiranne.
- Pora wracać do obowiązków – wymruczał, po czym ruszył w kierunku śluzy, prowadzącej na pokład Wilka. Elvenka szła tuż przy nim. Żadne nie zauważyło, że dowódca krążownika idzie z tyłu. Coen uśmiechał się do siebie szelmowsko.
Dwieście metrów i kilka zakrętów korytarza później Se’Datha stanął jak wryty. Do śluzy pozostało jeszcze czterdzieści metrów. Trzydzieści było zajęte przez dwa stojące twarzami do siebie szeregi. Komandor rozpoznał w nich członków załogi Wilka oraz Elvenów z przebywających w bazie niszczycieli Cesarstwa. Wszyscy mieli na sobie galowe mundury. Na widok pary oficerów smukły, ciemnoskóry mężczyzna, dowodzący jednym z niszczycieli, wydał komendę:
- Całość… Baczność!
Szeregi wyprostowały się. Tu i ówdzie błysnęła paradna broń elveńskiego oficera.
- Wiwat młoda para!
- Wiwat!
Potężny okrzyk wstrząsnął korytarzem. Se’Datha patrzył na to w oszołomieniu.
- Zaraz, a skąd oni wiedzieli o… - zerknął podejrzliwie na stojącą przy jego boku kobietę. Eiranne zajmowała się właśnie podziwianiem sufitu. Robiła to bardzo intensywnie, z tak niewinną mina, jak to tylko było możliwe. Stojący za Kalem dowódca Gromu całkiem już otwarcie wyszczerzył zęby, bawiąc się doskonale całą sytuacją. Nachylił się do ucha przyjaciela:
- Przegrałeś…
- Pałuj się – odpowiedział Se’Datha bez urazy. Westchnął ciężko.
- Jutro. „U Prixa”. Ja stawiam – wyszeptał cicho.
- Chyba oczy w słup – zareagowała natychmiast Eiranne, dowodząc, iż co jak co, ale słuch to ma doskonały. Człowiek udał, że nie słyszał tego zdania. Ujął ją za rękę i z rezygnacją poprowadził w stronę śluzy.
- Gratulacje! No, nareszcie, kapitanie! Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia! – dobiegały zewsząd okrzyki. Kobiecie i towarzyszącemu jej człowiekowi udało się w końcu przedostać do windy. Kal odetchnął z ulgą, gdy zasunęły się drzwi. Przynajmniej na chwilę odgrodziło ich to od rozentuzjazmowanych ludzi.
- Mostek! – zarządził.
- Czemu akurat tam? – zaciekawiła się Eiranne. Se’Datha uśmiechnął się tylko tajemniczo. Kobieta bez wahania wśliznęła się w jego myśli.
- O nie. Nie odważysz się.
Kal uniósł lewą brew.
- Nie?
Winda zatrzymała się, a jej drzwi rozsunęły się z sykiem. Obecni na mostku oficerowie obejrzeli się i zamarli ze zdumienia. Mieli oto okazję ujrzenia po raz pierwszy w swoim życiu, jak średniego wzrostu człowiek wychodzi z windy z ponad dwumetrową Elvenką na rękach i robi to tak, że żadna z części ciała kobiety nie uderza o framugę. A o windach można by mówić wiele…Ale na pewno nie to, że są szerokie. Przynajmniej, jeśli chodzi o wyjście. Kapitan skierował się do swojej kabiny.
- Postawisz mnie? -w głosie Eiranne zabrzmiało lekkie ostrzeżenie.
- Eeee… Nie – Kal niezmordowanie parł w kierunku kabiny.
- Skoro tak… - ramiona kobiety mocniej opasały szyję oficera. Wyglądało na to, że jest jej tam całkiem wygodnie.
Se’Datha wszedł do kajuty, dopełniając w ten sposób starej tradycji, według której pan młody powinien przenieść pannę młodą przez próg. Wtedy dopiero delikatnie postawił Eiranne na podłodze.
- Pomieścimy się chyba, co? – uśmiechnął się. Elvenka rozejrzała się i skinęła głową.
- Skoro mieściliśmy się w tej sypialni na Har’oloth…
Se’Datha roześmiał się. Rzeczywiście, tam było naprawdę ciasno…
W tym samym momencie rozległ się dzwonek sygnalizujący, że ktoś prosi o wpuszczenie.
- Wejść! – Eiranne i Kal zawołali jednocześnie. Popatrzyli po sobie i uśmiechnęli się.
Do kabiny wszedł człowiek w towarzystwie Elvena. Człowiekiem był bezpośredni przełożony Se’Dathy, zaś Elvenem – Salamar. Oficerowie przyjęli postawy zasadnicze.
- Spocznij – admirał machnął ręką. Popatrzył badawczo na oboje.
- Moje gratulacje.
Kobieta spuściła skromnie głowę, zaś Kal odpowiedział:
- Dziękujemy.
Przyjrzał się nowoprzybyłym.
- Nie wiedziałem, że admirał albo członek Pierwszego Kręgu mają w zwyczaju odwiedzać nowożeńców…
- Jesteście pierwszą mieszaną parą w historii naszych ras. To zrozumiałe, że się pojawiliśmy – uśmiechnął się Salamar. Admirał dodał:
- Poza tym chcielibyśmy wręczyć wam skromne prezenty…
Cofnął się do drzwi i odebrał od stojącego za nimi porucznika dwa podłużne, wąskie pakunki. Podał oficerom.
- Rozpakujcie – powiedział. Eiranne i Kal odwinęli płótno. Trzymali w rękach miecze. Elvenka – scimitara, zaś Kal – katanę. Oba z dedykacjami. Przepiękne wykończenie broni pozwalało sądzić, iż są one wykonane w całości ręcznie.
- A to mój prezent – Salamar podszedł do obojga. Wyciągnął z kieszeni dwa pudełeczka. Otworzył je. W każdym z nich znajdował się medalion, przedstawiający stylizowany miecz, umieszczony na tarczy księżyca. Wykonano je z materiału, który na pierwszy rzut oka wyglądał jak srebro, był jednak od niego o wiele wytrzymalszy. Eiranne wstrzymała oddech.
- To chyba nie…
- A jednak.
Salamar założył je obojgu na szyje. Zwrócił się do kobiety:
- Jesteś sierotą. Nie miałaś rodu… Aż do teraz. Od tej chwili oboje jesteście głowami nowego rodu Elvenów.
- Ja… - w oczach Eiranne pojawiły się łzy. Był to chyba najwspanialszy prezent, jaki mogła kiedykolwiek otrzymać. Salamar dobrze wiedział, co czuje Elvenka.
- Kto jak kto, ale ty na pewno zasługujesz na własny ród – uśmiechnął się i skłonił lekko. Popatrzył na admirała.
- Zostawmy ich samych – zasugerował. Admirał skinął głową, po czym obaj opuścili kabinę.
Se’Datha zgasił światło i wyciągnął się na koi. Leżąca obok niego Elvenka wierciła się niespokojnie.
- Niech to…
- Co się stało?
- Nie mam miejsca. Ta koja jest za mała – pożaliła się kobieta.
- To po co tak rosłaś? – zażartował komandor. Otrzymał w odpowiedzi cios w żebra.
- Śmiało, nabijaj się. Swoją drogą, ciekawe, jak radzą sobie inni Elveni na waszych okrętach. Ja mam ciasno, a przecież jestem jedną z najniższych elveńskich kobiet…
Kala zatkało.
- Mówisz poważnie? – spytał. Przecież przy Eiranne wyglądał jak karzełek… A ona twierdziła, że wcale nie jest wysoka…
- Jak najbardziej. Czekaj, czekaj, chyba już wiem…
Se’Datha sapnął, gdy znalazło się na nim nagle całe siedemdziesiąt kilogramów wagi kobiety. Elvenka zwinęła się w kłębek.
- Od razu lepiej – wymruczała, przymykając oczy.
- Jak komu – sapnął Kal.
- Nie możesz oddychać? – zaciekawiła się Eiranne.
- No…Niezbyt.
- Cierp – padło w odpowiedzi.
Sala odpraw była pełna. Wypowiedzenie wojny zmusiło Sztab Floty do gwałtownej zmiany planów. Stratedzy łamali sobie głowę, jak jednocześnie przezbroić okręty i utrzymać jako taką sprawność bojową. Zdecydowano się w końcu na desperacki krok. Na pierwszy rzut miały iść ciężkie jednostki. Od razu montowano na nich maskowanie, co znacznie podnosiło ich walory bojowe. Reszta jednostek – patrolowce i kanonierki – planowano poddać refitowi później. Jedynym wyjątkiem był Wilk, który wszedł na dok akurat w momencie podjęcia decyzji o przyspieszonym przezbrojeniu. Dzięki temu Nowy Orlean otrzymał nowe uzbrojenie i wzmocnione osłony. Co do maskowania jednak… Cóż. Okazało się, że zaadoptowanie nowej technologii na mniejszych jednostkach jest możliwe, ale wymaga dogłębnych badań, mających na celu znalezienie optymalnej konfiguracji sieci dystrybucji energii. Liczono na to, że w momencie zwolnienia doków przez ciężkie jednostki, badania będą już ukończone. Na razie jednak Flota Odrodzonej Polski musiała walczyć tym, co miała „na teraz”. Tymczasowa doktryna stawiała na prowadzenie wojny obronnej. Żadnych agresywnych wypadów. Po prostu podzielono Flotę na kilka sekcji. Każda z nich dostała pod opiekę parę sektorów. Rozkazy mówiły wyraźnie: „bronić”.
Wilk wszedł w skład sekcji alfa, mającej bronić sektorów graniczących z Kardasjanami. Był to wąski przyczółek, ale jego utrata byłaby dość bolesna. W jednym z sektorów znajdowała się kopalnia dwulitu. Jej utrata zmniejszyłaby na pewien czas zdolności bojowe polskiej floty. Uruchamiano co prawda kopalnię zapasową, ale ponieważ zaczynano praktycznie od zera, musiało to potrwać… A do tego czasu kopalnia musiała być broniona za wszelką cenę.
-… i sekcja alfa wyruszy za godzinę. Powodzenia – zakończył prowadzący odprawę oficer. Dowódcy okrętów podnieśli się z krzeseł.
- Cóż, będziesz miał ciekawą podróż poślubną – Coen klepnął Kala po ramieniu. Ten machnął tylko ręką z rezygnacją.
- Nabijaj się, nabijaj… Poczekam, aż ty i Eldi zmienicie stan cywilny. Ciekawe, jak wtedy będziesz śpiewał…
- Pewnie cienko – zarechotał dowódca Gromu.- A właśnie. Jak Eiranne przyjęła twój powrót po „wypłacie” zakładu?
- Nawet nienajgorzej. Musiałem spać na fotelu, ale dało się przeżyć.
- Kapitan śpiący na fotelu we własnej kabinie… To musiało ciekawie wyglądać.
- Nie wiem, spałem – odciął się Kal. Zaśmiali się obaj. Po chwili spoważnieli.
- Masz chyba najgorszy odcinek do obrony – mruknął oficer, dowodzący krążownikiem. Se’Datha wzruszył ramionami.
- Haller, Czapla, Ryś i my. Mogło być gorzej.
Zerknął na noszony na prawym przegubie staromodny zegarek. Normalnie nosił go na lewym, ale od czasu otrzymania elveńskiej bransolety zegarek powędrował na drugą rękę.
- Cóż, pora. Muszę jeszcze dopilnować kilku spraw. Do zobaczenia – ruszył pospiesznym krokiem.
- Uważaj na siebie – dobiegło z tyłu. Coen patrzył jeszcze przez chwilę w ślad za przyjacielem, po czym wolno poszedł w kierunku doku Ambassadora.
Mijał już trzeci dzień patrolu sekcji bojowej alfa. Trzeci dzień spokoju. Kal siedział na fotelu dowódcy, lekko podsypiając. Mógł sobie na to pozwolić. Wiedział, że w razie problemów jego ludzie natychmiast dadzą znać. Zastanawiał się mimochodem, kiedy Kardasjanie wpadną na to, by zająć kopalnię. Co prawda do uruchomienia drugiej pozostał tylko tydzień, niemniej jednak… Na razie wyglądało jednak na to, że Kardasjanie są pochłonięci badaniem technologii zdobytej na Jagielle. „Oby tak dalej” – mruknął w duchu Se’Datha. Każdy dzień zwłoki w ataku to następny okręt, wychodzący z doku…
Te pogodne rozmyślania przerwał brutalnie Blast:
- Kapitanie, czujniki wykrywają pięć kardasjańskich jednostek. Dwa Lisze i trzy Demolisze. Przekraczają naszą granicę!
- Alarm bojowy! – natychmiast ocknął się Kal. Z korytarza dobiegł jęk sygnału.
- Co na to reszta? – zainteresowała się Eiranne.
- Potwierdzają kontakt. Szykują się do walki. Przekaz z Hallera!
- Na ekran.
Oczom oficerów patrolowca ukazał się dowodzący Mirandą człowiek w średnim wieku.
- Wszystkie okręty – zwrot bojowy! Wchodzimy na kurs przechwytujący. Wilk i my na czele, reszta – z tyłu. Szyk theta. Haller out.
- Słyszałaś rozkaz – mruknął Kal w kierunku siedzącej za konsolą sternika kobiety.
- Tak jest!
Grupa bojowa alfa rozprysła się we wszystkie strony, by po chwili znowu zewrzeć szyk. Miranda i Wilk leciały obok siebie, tworząc energetyczną pięść. Ich rola miała polegać na przełamaniu szyku przeciwnika i ściągnięciu na siebie ognia wrogów. Pozostałe dwie jednostki trzymały się na ich flankach, nieco z tyłu. One z kolei miały „podgryzać” wroga, korzystając ze swej ruchliwości.
Dziesięć minut później polska eskadra wyskoczyła z warp.
- Już są – mruknęła patrząca na odczyty czujników Elvenka.
- Cóż… Jak to rdza powiedziała – Poloneza czas zacząć…
- Masz to samo co Coen – skrzywiła się kobieta.
- Co?
- Ciągotki do archaizmów. I gierek słownych.
- Cierp – odpowiedział człowiek jej własnym zdaniem.
Kardasjanie również ich zauważyli. Ich jednostki rozproszyły się, po czym przypuściły atak.
Blast otrzymał od taktycznego z Hallera informację, którą wrogą jednostkę kanonierka bierze w obroty. Bez zdziwienia zauważył, że jest to jeden z Demoliszy. Przesłał dane dowódcy. Kal przejrzał je i skinął z aprobatą głową.
- Cel – napęd warp. Wszystkie wyrzutnie i broń energetyczna jednocześnie.
- Cel namierzony – potwierdził porucznik.
- Strzelaj razem z Hallerem..
- Tak jest.
Obie jednostki zaczęły otrzymywać trafienia. Nie przejmowały się tym jednak. Miranda odpaliła torpedy. W tym samym momencie wszystkie trzy wyrzutnie Nowego Orleanu plunęły ogniem, a osłony wrogiej jednostki liznął jęzor broni energetycznej.
- Bezpośrednie trafienie! – krzyknął z zachwytem porucznik. – Osłony celu – czterdzieści procent. Nasze – siedemdziesiąt.
- Utrzymywać dystans, ogień ciągły… - polecił Kal. Zwinny patrolowiec wszedł na ogon przeciwnika. Kardasjańska jednostka próbowała go strząsnąć, ale na próżno. Polski okręt oddawał salwę za salwą. Osłony nieprzyjaciela ciągle spadały. Gorzej, że patrolowca również…
Lisze co i rusz przypuszczały atak. Jak dotąd szybkie interwencje dwóch pozostałych jednostek kupowały Wilkowi kilka cennych sekund, ale to nie mogło trwać wiecznie.. Kal zdawał sobie z tego doskonale sprawę, ale nie miał wyjścia. Musiał „dokończyć” tego Kardacha…
Jeszcze jedna salwa. I kolejna. I następna, oddana na spółkę z Hallerem…
- Mamy go! – krzyknął taktyczny. Rzeczywiście, Demolisz zaczął się rozpadać.
- Jeden z głowy, zostało cztery – skrzywił się Kal.
Na konsoli Blasta pojawił się jakiś komunikat.
- Kapitanie, dowódca Hallera nakazuje przejść do manewru delta! Cel – drugi Demolisz!
Manewr delta oznaczał atak całej grupy na tylko jeden, wybrany okręt. Było to zazwyczaj stosowane przy przewadze ilościowej, aby jak najszybciej zakończyć starcie… Zazwyczaj.
- Można i tak – uśmiechnął się ponuro Se’Datha. Wydał niezbędne rozkazy.
Wszystkie jednostki otoczyły wroga i runęły na niego. Zanim Demolisz zdążył cokolwiek zrobić, po prostu zniknął. Pozostałe trzy jednostki wykonały zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i weszły w warp.
Cztery polskie okręty zastopowały…
Iskry z popękanych konsol były jedynym źródłem światła. Eiranne podniosła głowę. Jej zdolność widzenia w podczerwieni sprawiła, że kobieta natychmiast zorientowała się w sytuacji. Podczas ataku Wilk odniósł ciężkie uszkodzenia. Połowa systemów na mostku – łącznie z oświetleniem - po prostu padła. Elvenka spojrzała w bok. Kal leżał oszołomiony. Eiranne nie miała siły wstać. Zamiast tego wysłała silny impuls myślowy. Se’Datha jęknął, po czym otworzył oczy.
- Ale burdel – mruknął, gdy tylko zorientował się, co właściwie zaszło. Klepnął komunikator.
- Dowódca do wszystkich. Raport u uszkodzeniach!
Po chwili zaczęły napływać pierwsze informacje. Lewa gondola uszkodzona, dolna wyrzutnia zniszczona, napęd impulsowy uszkodzony, system podtrzymywania życia sprawny w trzydziestu procentach…
- Ładnie – podsumował Kal. – Ciekawe, jak reszta grupy…
- Istnieje – dobiegł z tyłu głos taktycznego. – Chyba nam oberwało się najmocniej…
- Jak zwykle – Se’Datha nie przejmował się drobiazgami. Otarł z czoła jakąś wilgoć. Była lepka.
„Pewnie krew” – pomyślał bez zainteresowania.
- Kapitanie, Haller i reszta ruszają w kierunku kopalni! – odezwał się nagle taktyczny. – Wygląda na to, ze Kardasjanie ją jednak zaatakowali.
- Szlag! Pełna impulsowa – polecił komandor.
- Mamy rozkaz zostać na miejscu. Dowódca Hallera twierdzi, że w obecnym stanie i tak nic nie pomożemy…
Kal zaklął, ale wiedział, że tamten ma rację. Rzeczywiście, w obecnym stanie Wilk mógłby robić jedynie za tarczę strzelniczą.
- Drużyny remontowe – natychmiast do roboty! – polecił wściekle. – Najpierw napęd i uzbrojenie…
Pół godziny później sprawy zaczęły wyglądać nieco lepiej. Ale tylko trochę. Wilk odzyskał osłony i napęd impulsowy. Z uzbrojeniem było gorzej. Zniszczoną wyrzutnię można było naprawić – a właściwie wymienić - jedynie w doku. Okazało się również, iż jedna trzecia pasów broni energetycznej wytrzyma jeszcze dwa – góra trzy strzały, zanim się przepali. Światło na mostku nadal pozostawało na liście rzeczy do naprawy.
- Ale dali nam łupnia – Kal był niepocieszony. Poprawił owijający głowę bandaż. Okazało się, że jeden ze szczątków rozciął mu czoło.
- My im też – pocieszyła go Eiranne.
- Tak, ale…
- Odbieram wezwanie o pomoc! – przerwał dowódcy taktyczny. Bez czekania na rozkaz przełączył sygnał na głośniki.
- Mówi dowódca elveńskiego transportowca Yathrin. Jesteśmy atakowani przez kardasjańskie jednostki! Prosimy o natychmiastową pomoc!
- Yathrin?! – Elvenka aż poskoczyła. – Kal, ten transportowiec wchodzi w skład konwoju, ewakuującego jedną z naszych kolonii! Nie bylibyśmy w stanie jej obronić, więc postanowiliśmy ją opuścić… Tam są cywile!
Se’Datha zacisnął pięści. Klepnął komunikator.
- Dowódca do maszynowni. Chcę maksimum warp. I to już.
- Kapitanie, gondola nam się rozpadnie. Albo okręt. Albo i to i to.
- Maksimum warp. Już. – powtórzył komandor. W jego głosie nie było żadnych emocji, tylko nieludzki wręcz chłód. Główny inżynier nie kontynuował dyskusji.
- Maksimum warp. Tak jest – wyłączył się. Niecałą minutę później sterniczka zameldowała:
- Mam nominalną moc silników.
- Kurs na elveński konwój. Maksymalna prędkość. Start.
Patrolowiec przyspieszył gwałtownie i zniknął w jasnym błysku. Uszkodzona gondola wpadła w rezonans, który przenosił się na cały okręt. Kal zastanawiał się przez chwilę, czy mu się czasem Wilk nie rozpadnie… Porzucił szybko te rozważania. I tak nic by to nie zmieniło.
Dwadzieścia minut później patrolowiec wciąż jeszcze był w jednym kawałku. Wyszedł z warp dokładnie w oznaczonych współrzędnych.
- Raport! – zażądał komandor.
- Czujniki wykrywają dwa Galory, trzy elveńskie niszczyciele i dwa transportowce. Oprócz tego – sporo szczątków. Sądząc po ich ilości i rodzaju – cztery niszczyciele Elvenów, jeden transportowiec, jeden Keldon i trzy Galory. Skutecznie się bronili – powiedział cicho Blast.
Eiranne uśmiechnęła się tylko ze swego rodzaju dumą. Porucznik kontynuował:
- Wszystkie niszczyciele nie mają napędu. Galory zajmują się aktualnie transportowcami…
- Pełna impulsowa! – zarządził Kal. Patrolowiec ruszył w kierunku walczących jednostek. jednostek pewnej chwili Blast zameldował:
- Wykrywam jeszcze jedną jednostkę… Już na terytorium Federacji! To okręt klasy Galaxy, USS Odyssey…
- Kanał wywoławczy do federacyjnego okrętu! – zareagował natychmiast Se’Datha.
- Otwarty.
- Komandor Se’Datha wzywa federacyjny okręt USS Odyssey. Proszę o pomoc przy odpieraniu kardasjańskich agresorów…
Na ekranie pojawił się federacyjny kapitan.
- Przykro mi – powiedział beznamiętnie. – Mam bezpośrednie rozkazy z Kwatery Głównej. Nie wolno mi się mieszać.
- Tam giną ludzie! – nie wytrzymała Eiranne. Zerwała się z fotela i wyprostowała, patrząc wściekle na człowieka.
- Powtarzam: nie wolno mi się mieszać.
- A dyrektywa, nakazująca Gwiezdnej Flocie odpowiadać na każde wezwanie o pomoc? – Kal stanął u boku kobiety.
- Bezpośredni rozkaz admiralicji. Nie wolno mi prowokować Kardasjan.
- Czyli trzymacie się dyrektyw tylko wtedy, gdy to wam odpowiada? – spytał dowódca patrolowca. – Bardzo wygodnie.
- Bardzo niesprawiedliwie nas pan osądza – twarz kapitana Galaxy poczerwieniała, ale mówił jeszcze spokojnie.
- Mówię, co widzę – Kal patrzył tamtemu w oczy bez mrugnięcia. Federacyjny oficer odwrócił wzrok. Se’Datha powiedział cicho:
- Dobrze więc… Sami to załatwimy. A was…Niech piekło pochłonie, „sojusznicy”…
Nie wiedział wtedy, że niektóre życzenia się spełniają…
- I ty u nich służyłeś? – mina Eiranne wyrażała całkowite niedowierzanie.
- Cóż, głupota wieku młodzieńczego – Se’Datha rozłożył przepraszająco ręce.
Podczas całej rozmowy Wilk zbliżył się do atakowanych jednostek na tyle, że mógł już wejść do walki.
- Cel: dowolny. Sposób prowadzenia ognia: dowolny – polecił Kal. Blast spojrzał w jego stronę ze zdumieniem.
- Nie sprecyzuje pan, jak mam atakować?
- Jakkolwiek… Aby skutecznie – padło w odpowiedzi.
Porucznik wzruszył ramionami i przebiegł palcami po konsoli. Czujniki odnalazły cel. Ułamek sekundy później bliższy z Galorów wstrząsnął się od trafienia. Do Kardasjan dotarło, że do gry wszedł nowy czynnik. Skierowali się przeciw nowemu przeciwnikowi. Po chwili polski okręt rozjęczał się od ciosów. Nie pozostawał jednak dłużny, ciągle odpowiadając ogniem. Niestety, uszkodzenia odniesione w poprzednim starciu znacznie osłabiły jego wartość bojową… Po kilku chwilach osłony patrolowca opadły do zera. Wilk zaczął obrywać po kadłubie. Parę strzałów – i polski okręt pozbył się lewej gondoli. Następne dwie salwy uciszyły jego wyrzutnie. Kolejne podejście Galora – i broń energetyczną trafił szlag. Kardasjańskie okręty zatoczyły krąg. Nie spieszyły się z dobiciem ofiary. I tak nigdzie by im nie uciekła… Wilk wszedł na ich celowniki. Zaczęły powoli zbliżać się do ciężko uszkodzonej jednostki, gdy nagle tuż obok polskiego patrolowca pojawiło się sześć wychodzących z warp elveńskich niszczycieli. Ich dowódcy nie pytali o nic. Od razu wydali rozkaz otwarcia ognia.
Zmasowany ostrzał sprawił, że jeden z Galorów zamienił się we wrak w ciągu kilkunastu sekund. Drugi nie czekał na swoją kolej… Skoczył w warp i zmył się z pola walki.
- W samą porę – podsumował Se’Datha. Eiranne uśmiechnęła się.
- Dokładnie – wymruczała…
Drogę powrotną Wilk przebył na holu elveńskiego niszczyciela. Przez cały czas jej trwania Kal zastanawiał się, jaką Odrodzona Polska ma szansę… Doszedł w końcu do wniosku, że można liczyć jedynie na siebie… I na Elvenów, którzy zaraz po bitwie wypowiedzieli wojnę Unii Kardasjańskiej.
Se’Datha nie komentował tego faktu, ale w duchu był zadowolony. Elveńska zajadłość, którą mógł zaobserwować, oraz taktyka walki czyniła ze współbraci Eiranne groźnych przeciwników….
Miał tylko nadzieję, że się nie myli.
Zlotym i srebrnym przetykane swiatlem,
Blekitne, ciemne, przydymione szaty
Nocy i swiatla, i polswiatla,
Rozpostarlbym je pod twoje stopy.
Lecz biedny jestem: me skarby -- w marzeniach,
Wiec ci rzucilem marzenia pod stopy;
Stapaj ostroznie, stapasz po marzeniach...
#10
Napisano 24.08.2004 - |08:34|
Autor:Corvus
- Kapitanie Corvus... czy mógłby pan zostać jeszcze chwilę? – pytanie admirała Skansena, skierowane do czarnookiego oficera, przykuło uwagę pozostałych osób w sali.
- Oczywiście panie admirale – padła odpowiedz po chwili.
Pozostali oficerowie opuszczali salę z uśmieszkami na twarzy mijając oficera, no może poza dwoma.
- Powodzenia ze starym. Czekamy w kantynie – szepnął białowłosy kapitan ‘Groma’.
- Tylko się nie spóźnij, nie będziemy czekać wiecznie – dorzucił z uśmiechem komandor Se’Datha
- To się zobaczy.– odpalił Nezar, zastanawiając się jednocześnie o co może chodzić głównodowodzącemu.
Admirał Floty Piotr Skansen odezwał się dopiero po opuszczeniu sali przez ostatniego oficera...
- Siadaj – rzucił, a admirałom z zasady się nie odmawia – Mam do ciebie dwie sprawy. Po pierwsze... bardzo nie lubię gdy podwładni zachowują dla siebie istotne informacje.
- Słucham?
- W ostatnim czasie w moje ręce wpadły dość ciekawe akta... dla ułatwienia podpowiem że to pańskie akta.
Kapitan zrozumiał o co chodzi admirałowi. Jego przełożony w jakiś sposób dostał się do jego pełnych akt, a nie ‘okrojonej wersji ‘ dostarczonej dowództwu polskiej floty. Cały problem polegał na pytaniu jak admirał wszedł w ich posiadanie gdyż jedyna kopia tych akt znajdował się w pilnie strzeżonym archiwum wywiadu Imperialnej Marynarki na... Romulusie.
- Nie bardzo rozumiem o co panu chodzi, sir?
- Proszę sobie darować tą grę. Pan doskonale wie o co mi chodzi, czyż nie tak Riov Corvus? O tym że służył pan w Galae wiedzieliśmy w dowództwie od początku, zresztą pan sam tego nie ukrywał przed nami. Mimo to, te akta pokazują że był pan ważniejszą personą, niż chciałeś nam wmówić. Nie będę pytał też dlaczego odszedłeś. Bo pewnie byś mi tego nie zdradził, a poza tym wiele mi powiedziały słowa osobnika który dostarczył mi te akta. Pozwól że zacytuje; ‘Corvus nie będzie zbyt mile widziany na Romulusie przez najbliższe 50 lat’, koniec cytatu...
- Mam złożyć rezygnację czy zostanę dyscyplinarnie usunięty z floty?
Śmiech admirała niósł się przez salę dobre parę minut.
- Wręcz przeciwnie, Riov Corvus. W tej chwili brakuje nam doświadczonych dowódców, wiec pana wyrzucenie może nam bardziej zaszkodzić niż pomóc. Co więcej ja wiem że dotrzyma pan przysięgi złożonej na wierność Rzeczypospolitej. Poza tym mam zamiar wykorzystać pańskie umiejętności i doświadczenie. Teraz pan rozumie?
- Tak jest, sir – Nezar prawie stanął na baczność – I dziękuje za zaufanie jakie pan pokłada w mojej osobie.
- Ufam panu, ale umiem ‘zapłacić’ za zdradę... dokładnie tak jak pan to potrafi – w oczach admirała zabłysły na moment złowrogie ogniki, natomiast Romulanin wyglądał jakby nigdy nie usłyszał ostatniego zdania. – A tak przy okazji, czy ktoś wie poza dowództwem, kim pan jest i był?
- Tylko kapitan Coen... no jeszcze komandor Se’Datha zaczyna się domyślać..
- Tylko Coen? Jak się dowiedział?
- Krótko przed secesją wykonywałem misje dla Galae na terytorium federacji. Nawaliło mi maskowanie i na moje nieszczęście namierzył mnie jeden z federacyjnych okrętów. Kapitanem tego okrętu okazał się Coen. Tak czy inaczej wynikło później pewne zamieszanie i w jego czasie udał mi się wycofać w całości... Później się dowiedziałem że federacja utajniła ten ‘incydent’.
- Ciekawe, będę musiał zbadać tą sprawę – wystukał coś na padzie trzymanym w ręku - a wracając do pańskiego doświadczenia i umiejętności. Bardzo się panu przydadzą przy zadaniu które mama dla pana. – wręczył Kapitanowi pad i dał chwilkę na zapoznanie się z jej zawartością.
- Gul Malik?
- Dokładnie, co pan wie na jego temat ?
Były kapitan Kardasiański. Z niewyjaśnionych powodów opuścił ich flotę i zajął się piractwem. Zawsze działał na terenach innych państw, ale zawsze w pobliżu granic Unii. Jego grupa jest dość dobrze wyposażona i całkiem nieźle wyszkolona. Nazywają siebie Karishi. Sam Gul jest osobnikiem dość gwałtownym i bezwzględnym. Jakimś dziwnym trafem jego wypady zawsze kończą się powodzeniem. Podejrzewam że albo ma doskonałą siatkę informatorów, albo co uzyskuje informacje z innego źródła. Osobiście sądzę, że będzie to Centralne Dowództwo.
- Doskonale – uśmiechnął się Skansen – Już się bałem że wyszedł pan z wprawy.
- Staram się nie wyjść, sir.
- Liczę na to, a wracając do tematu. Niewiele się pan pomylił, tyle że Malik nigdy nie wystąpił z Centralnego Dowództwa, przez ten cały czas wykonywał rozkazy przełożonych. Teraz wykonują kolejne rozkazy przeniósł się ze swoimi ludźmi na nasze terytorium, na razie działa w sektorach przygranicznych, ale przypuszczamy że wkrótce może zmienić swoje zwyczaje i wejść głębiej w nasze terytorium. W związku z tymi przewidywaniami Dowództwo Królewskiej Marynarki Wojennej postanowiło się rozprawić z tym problemem jak najszybciej i przy najmniejszych kosztach, a to pociągnęło moje rozkazy dla pana – Corvus przyjął staromodną kartkę papieru z wypisanym na niej rozkazem, a głos admirała przybrał formalny – Ma pan za wszelka cenę przegnać Gula Malika i jego Karishi z terytorium Odrodzonego Rzeczpospolitej. Sposób pozostawiam panu, ale musi się to odbyć jak najszybciej. Poza tym dostanie pan dostęp do wszystkich materiałów wywiadowczych związanych z pańskim zadaniem. Jakieś pytania?
- Tak, jedno. Z całym szacunkiem dla Admiralicji, ale jeden okręt, nawet Ambasador, może nie dać rady grupie piratów. Mam nadzieję że panowie admirałowie zdają sobie z tego sprawę.
- Oczywiście, że zdają – tym razem admirał Skansen obdarował kapitana kpiącym uśmiechem – Dlatego dostanie pan do pomocy jeszcze 3 okręty. Jedną K’T’Inge i dwa Centaury, a wraz z pańskim Garlandem powinniście sobie poradzić z każdymi piratami. Pańska grupa będzie miała od teraz kodowe oznaczenia Grupa Bojowa 13. Pozostałe okręty czekają na pana w układzie Helma. Pański okręt już dostał rozkazy i będzie gotowy za godzinę, wtedy pan wyruszy. Czy wszystko jasne?
- Tak wszystko, sir.
- To dobrze. Jest pan wolny. Odmaszerować!
Corvus zasalutował dwoma palcami i skierował się do drzwi.
Cała drogę do kantyny zajęło kapitanowi, przetrawienie informacji które uzyskał i trwożenie pierwszych planów operacji. W kantynie Fortecy panował niezły tłok i dopiero po chwili Romulanin zauważył tych których szukał. Coen i Se’datha siedzieli przy jednym ze stolików ustawionych pod ścianą, a przed nimi stała dość duża butelka z czarnym płynem w środku.
- No nareszcie jesteś. Stary dał ci do wiwatu? – zaczął Coen z szerokim uśmiechem
- Tak bym tego nie nazwał – odparł Corvus
- Masz spróbuj to cię rozluźni – powiedział kapitan ‘Wilka’ wręczając romulaninowi kieliszek z czarnym płynem – To jest Elevańska Brandy. Dostałem ja od Eiranne...
Nazar nie namyślając się zbyt długo wychylił kieliszek jednym haustem. Aż do chwili reakcji kubków smakowych nic się nie wydarzyło. Później nastąpiła reakcja wytrzeszcz połączony z próbą złapania powierza. Nezar natychmiast złapał szklankę z wodą przezornie podsuniętą przez Coena, który dał sobie spokój z powstrzymaniem śmiechy i wybuch nim na cały głos, mniej więcej w tym samym czasie co komandor. Corvus czekał cierpliwie czekał aż przyjaciele opanują śmiech.
- Bardzo śmieszne, naprawdę śmieszne- sarknął Nezar dopijając wodę
- Pewnie że śmieszne. Gdybyś tylko mógł zobaczyć swoją minę.. – odparł białowłosy już opanowanym głosem
- Niech was cholera. Mogliście powiedzieć. Do draństwo jest mocniejsze od romulańskiego wina, a smak ma gorszy od klingońskiego, choć nie sądziłem że coś gorszego istnieje.
- Gdybyśmy powiedzieli, to byś nie spróbował – zauważył komandor
- Fakt.. – dalszą część przerwał komunikator - Corvus słucham?
- Sir! Okręt gotowy do drogi. Czekamy tylko na pana. – zameldowała pierwszy oficer Garlanda.
- Rozumiem, już idę. Corvus koniec.
- A dokąd się wybierasz – spytał Coen – O ile to nie tajemnica?
- Stary kazał mi się zająć piratami.
- Może Kirashi? – kolejne pytanie Coena
- Tak. Skąd wiesz?
- Wiesz, krążą plotki.
- Taa... Wiem. No dobra musze się zbierać, a co do tej brandy to jeszcze się zemszczę.
- Uwiężę kiedy zobaczę i powodzenia. Przyda ci się.
- Powodzenia – dorzucił Se’Datha
- Dzięki może się przyda.
Trasa do układu Helma ani niebezpieczna, ani tym bardziej ekscytująca. Można powiedzieć że była nudna i monotonna. Nudna, tak, ale nie dla załogi okrętu ORP Garland. Ciągłe alarmy i ćwiczenia nie dawały czasy załodze na nudę. Jednak te 2 dni podróży były tylko echem Piekielnych Miesięcy , jak załoga nazwała pierwsze 3 miesiące pod dowództwem kapitana Nezara Corvusa na Garlandzie. Wtedy alarmy rozbrzmiewały prawie nieprzerwanie. Ludzie dochodzili do granic swoich możliwości, a czasami je przekraczając i zastanawiali się dlaczego jeszcze żyją. Pod konie trzeciego miesiąca na pokładzie zaczęto przebąkiwać o buncie. Wtedy to los znów zabawił się z załogą , posyłając na granicę dwa Lisze na rajd w głąb terenów Rzeczypospolitej. Załoga kierowana bardziej odruchami wpojonymi przez morderczy trening, niż przez swoje świadome poczynania, reagowała szybciej i bardziej zdecydowanie niż kiedykolwiek. Pierwszy Lisz został zniszczony po krótkiej wymianie ciosów i dwóch torpedach. Kadłub drugiego został zdemolowany do tego stopnia, że nadawał się tylko i wyłącznie na złom. Własne uszkodzenia też były znaczne, ale naprawy postępowały szybko i dokładnie. Po tym zwycięstwie załoga zrozumiała dzięki czemu je zawdzięcza. Od tego czasu ich stosunek do kapitana zmienił się diametralnie, a jego rozkazy były wykonywane od tej chwili dokładnie i szybko...
- Sir! Weszliśmy do układu Helma. Wygląda na to że pozostało okręty już czekają – stwierdziła pierwszy oficer Garlanda, pani komandor Tora Laner.
- Widzę. Czy Mike zmodyfikował sondy jak go prosiłem? – spytał kapitan, mając na myśli głównego inżyniera na pokładzie Mika’e Grahama.
- Rano to sprawdziłam i nasz rudzielec że do wieczora zdąży wyposażyć taką liczbę sąd o jaką prosiłeś... tylko nie wiem po co kazałeś zamontować całe to wyposażenie.
Nezar spojrzał na piękną twarz bajoranki i nieznacznie się uśmiechnął.
- O ile sienie mylę to nie długo się przekonasz.
Mina pierwszej wskazywała że nie jest zadowolona z tej odpowiedzi, ale już nie poruszyła tematu.
- Panie Shibar proszę pozdrowić w moim imieniu kapitanów okrętów i zaprosić je na odprawę na pokład Garlanda na godzinę 18.00. Proszę zaznaczyć że obecność jest obowiązkowa. Ja tymczasem będę w kajucie.
Odprawa upłynęła w przyjemnej atmosferze, poniekąd dlatego ze dowódcami Ślązaka, Czajki i Rybitwy były kobiety. Kapitan wykorzystał cały swój urok i dobre wychowanie by nieporozumienia nie naruszyły dobrej współpracy jak się kreowała na tym spotkaniu. Corvus pomimo swojej opinii twardego dowódcy zawsze wysłuchiwał rad i opinii swoich oficerów jak i każdej innej istoty. Narada zakończyła się ustaleniem kolejnych posunięć i szczegółów operacji. Ustalono że najpierw grupa rozłączy się by jak najszybciej ustawić przebudowane sondy w systemach w których mogą działać piraci. Po przejrzeniu wszystkich informacji wytypowano około 20 takich systemów. Wedle rozkazów dowódczy Garlanda sady miały być umieszczone na swoich miejscach w jak największej tajemnicy. Tak by nie spłoszyć zwierzyny.
Ze względu na ograniczenia cała faza ustawiania sond zabrał prawie miesiąc. Zgodnie z wcześniej przyjętym planem Grupa miała czekać przez tydzień na jakikolwiek sygnał przez tydzień, a później zacząć szukać swojej ofiary bardziej aktywnie. Jednak nie dane im był czekać nawet jednego dnia...
Sonda 375/73/2/B zareagowała... wykryła wejście grupy okrętów do systemu Mystre. Systemu który pilnowała. Uaktywnił się miniaturowy komputer oraz pasywne skanery. Zgodnie z programem na podstawie śladów jonowych sprawdziła typy i obliczyła ilości okrętów, skompresowała dane i wysłała wiadomość podprzestrzenną wiązką kierunkową celując w Garlanda. Który zresztą był parę systemów dalej. Po wykonani pierwszego polecenia sonda rozpoczęła drugą fazę programu. Wysłała sygnał gotowości do pozostałych sond w systemie, a sama przystąpiła do sprawdzania i aktywacji systemów celowniczych i zagłuszania...
Sygnał dotarł do adresata chwile później niż został wysłany.
- Kapitanie! Mamy sygnał z układu Mystre. Wygląda na to że zjawił się nasza zwierzyna...
- Słucham dalej Nathanie – rzucił kapitan czekając na ciąg dalszy wypowiedzi podwładnego.
- Tak jest, to jest... tych okrętów jest trochę za dużo i są za mocne jak na bandę piratów, sir!
- Poproszę o trochę więcej szczegółów – odrzekł, zaprzestając wreszcie rozmyślać o losie załogi Jagiełły, uznając to za bezcelowe.
- Tak... więc pojawiły się tam; 1 Demolisz, 2 Lisze, 5 Ghuli, a do tego 1 romulański Scout, 5 Raiderów i 9 frachtowców różnych typów.
- Trochę dużo jak na piratów ... i nasze siły – sternik wypowiedział głośno to na czym zastanawiali się wszyscy na mostku.
Twarz kapitan przybrała marsowy wyraz. Przez dłuższą chwile milczał i intensywnie zastanawiał się nad czymś.
- Panie Shibar proszę przekazać pozostałym kapitanom te dane i powiadomić że wyruszamy w ciągu 5 min. Centaury maja się zająć frachtowcami i drobnicą. Frachtowce chcę w całości, a nie w proszku. Garland i Ślązak zajmą się okrętami Unii. Bo mogę się założyć, że wszystko poza Raiderami i B’Relem ma na kadłubach symbole floty Unii. – oświadczył spokojnym głosem i spojrzał na pierwszą – Czy Garland jest gotowy do boju?
- Aye, Aye, sir! Garland jest w pełni sprawny i gotowy.
Na wszystkich okrętach zawyły syreny bojowe i przyciemniały światła. Dość szybko zaczęły się oddalać od zielonej planety wokół której orbitowały od kilku godzin. Obrały kurs na niepewność i możliwą śmierć. Obrały kurs na układ Mystre...
- Ile czasu do wejścia do wejścia w zasięg czujników Kardasian?
- Za 20 sekund – natychmiast padła odpowiedz taktycznego
- Dobrze, Tora uaktywnij wszystkie sondy w systemie. Scott – sternik odwrócił się lekko od swojej konsoli – wychodzimy z warp 15 kilometrów od tego Demolisza z odchyłem 12 stopni na sterburtę. Zrozumiano? Chcę go ostrzelać, a nie w nim parkować. – Scott Dantor uśmiechnął się z żartu i chciał coś powiedzieć, ale się rozmyślił. W końcu kapitan się jeszcze nigdy nie pomylił... może to będzie pierwszy raz – pomyślał i natychmiast odsunął od siebie tą myśl, a kapitan dalej wydawał rozkazy.
- Tom, chce żeby skoncentrował cały ogień na tym demoliszu, pozostałe okręty zrobią to samo, ten okręt ma być zniszczony jako pierwszy.
Blondyn za konsolą taktyczna tylko kiwną głową.
Sondy posłuszne elektronicznym rozkazom rozpoczęły włączanie wszystkich podsystemów. Najpierw włączyły się potężne systemy zagłuszania ustawione na częstotliwości kardasiańskie. Lecz zamiast zwykłych szumów z głośników na okrętach zaczęły się wydobywać pierwsze takty i słowa starej, dwudziestowiecznej szanty pod tytułem ‘Powrót’. Szanty z którą od jakiegoś czasu Garland zawsze podążał do boju.
Następnie włączyły się zamontowane na pokładzie sond układy namierzania. Prymitywne i proste, ale o mocy i parametrach, urządzeń montowanych na krążownikach i niszczycielach. Najpierw pojawiło się 5 pierwszych sygnałów wysłanych z najbliższych ECM. 5 sekund później sondy uaktywniły swoje napędy i teraz już 12 ECM’ów celowało w flottylę.
Rozpoczęła się bitwa.
Dni mijały z wolna, czas wlókł się niczym żółw.
Dzień za dniem, bez końca, rozsadzał się w czaszce mózg.
Ile lat wytrzymać trza jeszcze będzie nam?
Hej, ha, nadejdzie czas, gdy wrócę pod swój dach.
Kardasianie czuli się pewnie, zbyt pewnie. Gdy zadziałały zagłuszacie odcinając łączność między okrętami, załogi straciły cenne sekundy wsłuchując się ze zdziwieniem w dziwną muzykę. Pojawienie się sygnałów o namierzeniu prze obce okręty, spowodowały czerwone alarmy na wszystkich okrętach. Konsekwencja aktywacji napędów ECM’ów stała się panika i gorączkowe próby namierzenia wyrzutni i okrętów z których wyleciały ‘torpedy’.
Prawdziwe zagrożenie w postaci 13 Grupy Bojowej zostało zauważone dopiero gdy okrety wystrzeliły pierwszą salwę torped, a ich lasery przeszły na ogień ciągły.
Wrócimy wszyscy razem, wrócimy, choć zły wiatr
Chłoszcze nas po twarzach, a wodę leje za kark.
Czy człowiek ten to ja, czy to zupełnie inny ktoś?
Hej, ha, nadejdzie czas, a wrócisz pod swój dach.
Demolisz nie miał szans dostając 4 z 5 torped wystrzelonych w jego kierunku z niebezpiecznie małego dystansu. Niestety Garland mimo osłon oberwał fragmentem eksplodującego wroga . Trafiona gondola silnika zaczęła gubić plazmę. Piąta torpeda nie trafiła w Demolisza gdyż oberwał nią jeden z Ghuli który znalazł siew niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Nie przetrwał trafienia.
Skipper mawiał często - Nie dla was taka gra.
Niejeden szlak już przeszedł, aż po Kanał la Manche.
Czy Horn, czy sztorm, czy fala zła, gdziekolwiek walnie wiatr,
Zaśpiewaj sobie w duchu, że wrócisz pod swój dach.
Centaury odłączył się od grupy kierując siew kierunku swojego celu niszcząc po drodze 2 Raidery.
Wrócimy wszyscy razem, wrócimy, choć zły wiatr
Chłoszcze nas po twarzach, a wodę leje za kark.
Czy człowiek ten to ja, czy to zupełnie inny ktoś?
Hej, ha, nadejdzie czas, a wrócisz pod swój dach.
Garland przewalił się na bakburtę i zanurkował za szczątki Keldona, chcąc się dobrać do rufy jednego z Liszy. Połowicznie się to udało Lisz dostał mocno, ale zdążył się odgryźć, uszkadzając jedna z wyrzutni torpedowych. Przed dalszymi uszkodzeniami uchronił go Ślązak, przejmując prowadzenie i częściowo zasłaniając Garlanda swoim kadłubem. Lisz nie przetrwał ostrzału Ślązaka, niebieska torpeda i seria czerwonych błyskawic zakończyła jego żywot.
Wiedzieli wszyscy dobrze, że wpadną w dziwny stan,
Zatańczą nieraz z diabłem, ze śmiercią pójdą w tan,
Niestraszny będzie im ten rejs, niestraszny też zły wiatr,
Nie wzruszy serca nawet kurs, na złe Van Diamands Land.
Czajka wdała się w pojedynek z drugim Liszem i nie przetrwał tego. Na rozkaz z Garlanda, Ślązak oderwał się od jego burty i skierował się prosto na brązowego nieprzyjaciela. Garland natomiast oganiał się od dwóch Ghuli atakujących go. Na niewiele się zdała odwaga załóg obu maleństw. Najpierw jeden zniknął w oślepiającej eksplozji, niedługo później drugi podzielił jego los. Garland tymczasem zaczął się rozglądać za Scoutem na którego pokładzie zapewnię znajdował się Gul Malik. W tym samym czasie zakończył swój żywot drugi z Liszy. Nie wytrzymując ognia z Dzika. Wraz z nim zniszczony został jeden z Raiderów który znalazł się zbyt blisko zniszczonej jednostki.
Wrócimy wszyscy razem, wrócimy, choć zły wiatr
Chłoszcze nas po twarzach, a wodę leje za kark.
Czy człowiek ten to ja, czy to zupełnie inny ktoś?
Hej, ha, nadejdzie czas, a wrócisz pod swój dach.
Garlan puścił się za zauważonym Scoutem. Zdążył oddać zaledwie kilka strzałów, gdy ten zamaskował się i zniknął.
Wiatr wyliże rany, sól opatrzy kark.
Za kwartę zrobisz wszystko, do piekła pójdziesz bram,
By choć na chwilę w myślach, tych słów usłyszeć czar,
Że minie szybko rok lub dwa i wrócisz pod swój dach.
- Zaczynają uciekać – skomentował obraz na monitorze naukowy.
- Niech Rybitwa i Ślązak spróbują ich odciąć.. – zaczęła pierwsza
- Nie! Są zbyt uszkodzone.. – kapitan odwołał rozkaz podwładnej i spojrzał na jeden z monitorów przymocowanych do jego fotela. – po walce z Liszem i Ghulami, jest inne wyjście. Nathan kanał ogólny floty.
- Już.
-‘ Kapitan Nezar Corvus dowódca ORP Garland i 13 Grupy Bojowej, do wszystkich Polskich jednostek w okolicy systemy Mystre. Właśnie toczymy potyczkę z siłami Kardasiańskimi i pirackimi. Większość jednostki które przetrwały nasz ogień właśnie rozpoczęła odwrót. Proszę o przechwycenie tych jednostek, gdyż moje siły są zbyt szczupłe na prowadzenie pościgu. Corvus koniec.’
Wrócimy wszyscy razem, wrócimy, choć zły wiatr
Chłoszcze nas po twarzach, a wodę leje za kark.
Czy człowiek ten to ja, czy to zupełnie inny ktoś?
Hej, ha, nadejdzie czas, a wrócisz pod swój dach.
Bitwa zakończyła się całkowitym zwycięstwem. Lecz nie bez strat. Zniszczona został Czajka, a Rybitwa była w nie lepszym stanie. W najlepszym stanie znajdował się Ślązak. 7 z 9 frachtowców zostało przechwyconych i obsadzonych Legionistami z pokładowych kontyngentów z Garlanda i Ślązaka. Pozostałe 2 frachtowce trzeba było zniszczyć. Na tych które przetrwały znaleziono nieprzebrane ilości najróżniejszych towarów. Tylko 4 okręty umknęły z masakry, ich los nie zależał już od 13 Grupy Bojowej.
- Panie kapitanie wiadomość z dowództwa na kanale ogólnym... najwyższy priorytet.
- Proszę wiec go dać na główny ekran.
Im dłużej odtważała się wiadomość tym bardziej ulatywał radość z odniesionego zwycięstwa...
- Wojna – szepnęła pierwsza
- Tak... wojna – nie pierwsza i zapewne nie ostatnia w jego życiu. Mino to głos kapitana był spokojny i pewny – Przygotować okręty do drogi, kurs na Fortecę. Trzeba się przygotować do tej awantury...
Zlotym i srebrnym przetykane swiatlem,
Blekitne, ciemne, przydymione szaty
Nocy i swiatla, i polswiatla,
Rozpostarlbym je pod twoje stopy.
Lecz biedny jestem: me skarby -- w marzeniach,
Wiec ci rzucilem marzenia pod stopy;
Stapaj ostroznie, stapasz po marzeniach...
#11
Napisano 24.08.2004 - |08:39|
Cykl czyta się fajnie i lekko - wciąga swą wartka akcją i ewentualne niedociągnięcia umykaja memu niewprawnemu oku. Raziła mnie tylko jedna rzecz - ale to w ostatnich opowiadaniach - mianowicie: sposzczenie, a właściwie uslangowienie nazw kardaziańskich okrętów. Moim zdaniem lepiej byłoby zostawić nazwy oryginalne.
Cóż - to moja opinia
Czekamy na dalsze opowiadania
Zlotym i srebrnym przetykane swiatlem,
Blekitne, ciemne, przydymione szaty
Nocy i swiatla, i polswiatla,
Rozpostarlbym je pod twoje stopy.
Lecz biedny jestem: me skarby -- w marzeniach,
Wiec ci rzucilem marzenia pod stopy;
Stapaj ostroznie, stapasz po marzeniach...
#12
Napisano 24.08.2004 - |09:32|
Qoy puqbe'pu'
yoHbogh matlhbogh je SuvwI'
Say'moHchu' may' 'Iw
maSuv, manong, 'ej maHoHchu'
nI'be' yInmaj 'ach wovqu'
batlh maHeghbej 'ej yo' qIjDaq
vavpu'ma' DImuv.
pa' reH maSuvtaHqu'.
mamevQo'.
maSuvtaH ma'ov.
#13
Napisano 25.08.2004 - |10:23|
Pozdrawiam.
"They say God works in mysterious ways."
"Maybe so, but He's a con-man compared to the Vorlon."
-- Garibaldi and Sinclair in Babylon 5:"Deathwalker"
#14
Napisano 27.08.2004 - |10:16|
Autor: Zeal
- Nie! – głośny okrzyk wyrwał Eiranne ze snu. Elvenka otworzyła gwałtownie oczy. Śpiący dotąd spokojnie przy jej boku Kal siedział teraz na łóżku, wpatrzony przed siebie. Jego ciało pokrywał pot. Trząsł się jak w febrze. Kobieta usiadła również i dotknęła uspokajająco jego ramienia.
- Co się stało? – spytała łagodnie.
- Nic – odpowiedział komandor zachrypniętym głosem. Opuścił nogi na podłogę i wstał. Ruszył bez słowa w stronę replikatora.
- Woda. Zimna – zarządził. Chwilę później trzymał już w ręku szklankę. Stanął przy iluminatorze i zaczął ją powoli opróżniać. Elvenka położyła się, obserwując człowieka z niepokojem. Nie pierwszy już raz zbudził ją w środku nocy. Zastanawiała się, co się z nim dzieje. Mogła co prawda sprawdzić to telepatycznie... Ostatecznie miała przyzwolenie Kala na wślizgiwanie się do jego umysłu, kiedy tylko chciała. Czuła jednak instynktownie, że w tym akurat przypadku Se'Datha wolałby, aby tego nie robiła. Mogła tylko obserwować. Tymczasem komandor był myślami gdzieś daleko… W końcu potrząsnął głową i położył się z powrotem. Eiranne przytuliła się do niego i zamknęła oczy. Sen jednak nie przychodził do żadnego z nich…
Przeglądający raport napraw Kal westchnął ciężko. Zanosiło się na to, że Wilk pozostanie w doku jeszcze przez tydzień. Gdy przyprowadził go do domu, inżynierowie złapali się za głowy. Nie mieli pojęcia, jakim cudem patrolowiec nie eksplodował. Według wszelkich danych uszkodzenia były tak poważne, że okręt powinien rozlecieć się sam z siebie. Najwyraźniej jednak był tak samo uparty, jak jego dowódca…
Dźwięk dzwonka wyrwał go z zamyślenia.
- Wejść!
Do środka wsunął się dowódca Gromu.
- Mazur właśnie wrócił z patrolu – rzucił podekscytowanym głosem. – Spotkali Galora. Rozmienili go na drobne… Ale nie to jest najlepsze. Mają jeńców!
- No i? – Se'Datha nie wyglądał na poruszonego.
- Trzeba ich przesłuchać. Im szybciej, tym lepiej.
- A co, nie mamy do tego specjalnie wyszkolonych ludzi?
- Nie tylu. Poza tym pamiętaj, że sytuacja w sektorach może zmienić się z godziny na godzinę. Za dwie doby ich informacje będą równie przydatne, co pusta butelka na pustyni. Niby coś jest… Ale nie to, co trzeba.
Komandor wrócił bez słowa do przeglądania raportów. Coen wycedził:
- Ten Galor… Był jednym z okrętów, które przechwyciły Jagiełłę.
Kal podniósł się natychmiast z krzesła.
- Skoro był w tej grupie uderzeniowej, to może jego załoga wie coś więcej – mruknął.
- Miło, że w końcu to do ciebie dotarło…- białowłosy patrzył wyczekująco.
- Już idę.
- Idziemy – poprawiła go wychodząca z sąsiedniego pomieszczenia Eiranne. Długie, świeżo umyte włosy błyszczały łagodnie w świetle lamp.
Cała trójka wyszła na korytarz i podążyła w kierunku sekcji więziennej.
W niewielkiej celi siedział Kardasjanin. Oznaki na jego mundurze oraz zachowanie mówiły wyraźnie, że mają do czynienia z jednym ze starszych oficerów.
Przed pomieszczeniem pełnił wartę uzbrojony członek ochrony Fortecy. Nie było to, co prawda konieczne – ostatecznie więzień był odgrodzony od reszty stacji polem siłowym – ale najwyraźniej ktoś „na górze” doszedł do wniosku, że strzeżonego…
- Proszę o opuszczenie pola – zwrócił się do pilnującego Coen. Strażnik skinął głową i wyłączył pole. Trójka oficerów znalazła się w celi. Gdy tylko to nastąpiło, pole siłowe pojawiło się ponownie.
- Co robiliście w układzie Selune? – spytał białowłosy. Kardasjanin wzruszył ramionami.
- Gdzie są wasze okręty? Co planujecie? Jaki jest cel waszego następnego ataku? – padały kolejne pytania. Zero odpowiedzi. Coen zaczął się lekko irytować. Nie zauważył, że Se'Datha już od dłuższej chwili patrzy dziwnie na Kardasjanina.
Elvenka widziała minę mężczyzny – i wcale się jej to nie podobało. Tak samo, jak nie podobały się jej zaciskające się i rozluźniające cyklicznie pięści komandora.
- To nic nie da – stwierdził zrezygnowany dowódca krążownika.- Chodźmy, zobaczymy, czy inni czegoś się dowiedzieli. Jeśli nie – wrócimy. Ale wtedy zabierzemy się do rzeczy w zupełnie inny sposób… - Coen pozwolił, aby do jego głosu wkradł się delikatny cień groźby. Kardasjanin uśmiechnął się lekceważąco.
- I co, myślisz, że będziesz bardziej skuteczny, niż przy osłonie Jagiełły? – rzucił. Białowłosy zatrzymał się w pół kroku. Zacisnął pięści.
- Nie igraj z ogniem – warknął, nie odwracając się. Uśmiech Kardasjanina tylko się poszerzył.
- Bo co? Uderzysz mnie? Jestem jeńcem, nie wolno ci...
W głowie Kala coś trzasnęło. Poczuł chłód. Jednocześnie jednak wyzwoliła się w nim nienawiść. Tak ogromna, że stracił nad sobą wszelką kontrolę. Obrócił się na pięcie i rzucił na mówiącego – wszystko to jednym płynnym ruchem. Chwycił Kardasjanina za gardło i poderwał go na nogi. Ciągle go dusząc zaczął uderzać jego głową o ścianę.
- Zostaw! Oszalałeś? – Coen chwycił go za ramiona i pociągnął do tyłu. Nie dało to żadnego efektu. Dowódca Wilka nadal uderzał jeńcem o ścianę. Furia dodała mu sił. Kardasjanin zaczął charczeć.
- Eiranne, zrób coś!
- Nie mogę! – krzyknęła Elvenka. – Coś mu się stało, w ogóle nie mogę się przebić, blokuje mnie!
- On go zatłucze! – Coen już nie odciągał komandora. On się na nim uwiesił. Równie dobrze mógłby wieszać się na niedźwiedziu…
- Wybacz – szepnęła kobieta. Wyciągnęła szybkim ruchem pistolet igłowy z kabury. Chwyciła go za lufę i uderzyła kolbą w głowę Kala. Dowódca Wilka stracił przytomność.
Pierwszą rzeczą, jaką poczuł po ocknięciu się, był delikatny dotyk chłodnej dłoni. Podniósł powieki. Napotkał zatroskane spojrzenie czerwonych oczu. Chciał coś powiedzieć, ale jego głowa odezwała się tępym bólem.
- Co jest? – syknął. Dotknął bolącego miejsca. Siedząca obok Eiranne opuściła wzrok.
- Musiałam cię ogłuszyć – powiedziała cicho. Kal zesztywniał. Tymczasem Elvenka ciągnęła dalej:
- Gdybym tego nie zrobiła, zabiłbyś go. Zamordowałbyś bezbronnego jeńca. Nie było innego wyjścia. Ja… - głos kobiety załamał się. Ucichła, patrząc w podłogę.
Se'Datha milczał. Podniósł się w końcu z jękiem do pozycji siedzącej. Dotknął delikatnie ramienia Eiranne. Spojrzała na niego z obawą.
- Czy ty czasem nie masz w ręku dynamitu? – spytał całkowicie poważnie komandor. – Łeb mi mało nie odpada…
Kobieta uśmiechnęła się niepewnie. Kal przytulił ją i szepnął cicho:
- Dobrze zrobiłaś. Mało brakowało…
Zamilkł. Przytulona doń ciągle Elvenka zapytała:
- Powiesz mi, dlaczego?
Se'Datha już chciał warknąć, że to jego sprawa. Pohamował się jednak. Od momentu, w którym założył bransoletę, skończyły się „jego” sprawy… Miała prawo wiedzieć.
- Zobacz, jeśli chcesz – wymruczał. Eiranne potrząsnęła gwałtownie głową.
- Nie. Chcę to usłyszeć. Nie zobaczyć.
Mężczyzna westchnął. Przez chwilę panowała cisza. W końcu zaczął mówić beznamiętnym tonem:
- Wiesz, że kiedyś byłem w Gwiezdnej Flocie. Do 2366-tego Federacja prowadziła wojnę z Kardasjanami… Dwa lata przed jej końcem trafiłem do niewoli. To było piekło. Przynajmniej tak wtedy myślałem.
Wpatrzył się w ścianę niewidzącym wzrokiem, wracając wspomnieniami do ostatniej walki okrętu, na którym wtedy służył. I do tego, co było potem. Po chwili kontynuował:
- Spróbowałem ucieczki… Schwytali mnie i skazali na śmierć. Między wyrokiem a egzekucją był tydzień czasu. Przekonałem się, że piekło ma drugi wymiar… - mówiąc to ponownie widział twarze oprawców. Niemal czuł ból łamanych kości i swąd przypalanej skóry. - Tuż przed egzekucją na nasz obóz uderzyli marines. Wyciągnęli mnie śmierci spod kosy…- zaciął się. Elvenka nie odzywała się. Słuchała. Była przerażona. Nie spowodowała jednak tego treść opowiadania Se'Dathy… Lecz sposób, w jaki to czynił. Jego głos był wyprany z jakichkolwiek emocji. Eiranne znała kilku Elvenów, zachowujących się jak jej towarzysz. Wszyscy oni balansowali na cienkiej granicy między szaleństwem a normalnością. Niektórzy spadli…
- Dopiero po trzech miesiącach lekarze jako tako mnie poskładali. Przynajmniej fizycznie…
- Stąd twoje koszmary? – odezwała się w końcu białowłosa. Kal skinął głową.
- Przepraszam. Powinienem powiedzieć ci dużo wcześniej, zanim jeszcze…
- Cicho. To i tak by nic nie zmieniło… - kobieta przymknęła oczy. Siedziała jeszcze przez chwilę w objęciach męża, a potem delikatnie się oswobodziła.
- Za kilka godzin cię stąd wypuszczą – mruknęła, wstając. – I tak ci pewnie nic nie jest, ale lekarze jak się uprą…
Podeszła do drzwi ambulatorium. Odwróciła się jeszcze.
- Dziękuję – powiedziała miękko.
- Za co? – Se'Datha zrobił zaskoczoną minę.
- Za zaufanie. Za to, że mi opowiedziałeś…
- Miałbym kłamać telepatce? – Kal zachowywał się, jakby te zwierzenia nie były niczym specjalnym. Eiranne nie dała się jednak wyprowadzić w pole. Widziała, jaki ból sprawiają mu wspomnienia i tym bardziej ceniła sobie to, że spełnił jej prośbę…I o wszystkim opowiedział sam. Dobrowolnie.
- Gdybym nie była telepatką…Nie powiedziałbyś mi? – skontrowała, po czym wyszła na korytarz.
„Wygrałaś…” – dobiegła ją jeszcze ciepła myśl. Kobieta uśmiechnęła się lekko. Spoważniała po sekundzie. Zastawiała się. W końcu usatysfakcjonowana skinęła głową. Ruszyła raźnym krokiem w kierunku biura bezpośredniego przełożonego Se'Dathy.
- W porządku komandorze – lekarz zakończył badania. – Nic panu nie jest. Nawet guza pan nie ma… Jest pan wolny.
- W końcu – westchnął z ulgą Kal i wstał z łóżka. Skierował się ku drzwiom. Patrzący za nim medyk rzucił:
- Do zobaczenia, komandorze…
- Oby nie – mruknął Se'Datha. Lekarz roześmiał się.
Oficer wyszedł na korytarz. Nie zdążył zrobić trzech kroków, gdy odezwał się jego komunikator:
- Devron do Se'Dathy. Proszę się u mnie natychmiast zameldować.
- Tak jest – mężczyzna potwierdził otrzymanie rozkazu. Zastanawiał się chwilę, czego „stary” może od niego chcieć. Wzruszył w końcu ramionami. Istniał tylko jeden sposób, by się tego dowiedzieć…
Admirał siedział za biurkiem dokładnie tak samo, jak w dniu, gdy komandor przybył na Fortecę. Podniósł wzrok.
- Proszę usiąść – wskazał na stojące przed nim krzesło. Kal zajął miejsce. Admirał dokończył wpisywanie czegoś na paddzie. Odłożył go i wyprostował się, patrząc surowo na podwładnego.
- Pańskie zachowanie w celi było karygodne. Co ma pan na swoje usprawiedliwienie?
- Nic – odpowiedział cicho komandor.
- Nic, powiada pan… - admirał zamilkł, przyglądając się z namysłem dowódcy Wilka. – Wie pan, że za coś takiego powinien pan zostać zdegradowany?
Mężczyzna milczał. Devron pokiwał głową.
- Pewnie pan wie… Na pana szczęście mamy jednak dość trudną sytuację… I nie stać nas na pozbywanie się oficerów. Zwłaszcza oficerów, którzy skutecznie działają… A tego panu odmówić nie mogę – starszy mężczyzna splótł palce.
- I co ja mam z panem zrobić? – spytał w końcu. Se'Datha nadal milczał. Devron westchnął.
- Wilk zostanie w doku jeszcze tydzień. Na ten czas udzielam panu urlopu. Musi pan odpocząć.
- Nie mogę, muszę nadzorować… - zaczął protestować Kal. Kiedy jednak napotkał spojrzenie admirała, zamilkł.
- To nie propozycja. To rozkaz. Idzie pan na urlop. Od teraz.
- Tak jest – mruknął człowiek. Nic innego mu nie pozostało… Widząc, że admirał najwyraźniej już skończył, wstał i odmeldował się, po czym opuścił biuro. Gdy szedł do windy, wpadł na idących z przeciwnej strony dwóch oficerów. Pierwszy z nich był białowłosym człowiekiem, drugi zaś – Romulaninem.
- Nareszcie cię wypuścili – uśmiechnął się Coen. – Eiranne tak ci przyłożyła, że wyglądało, jakby ci łeb miał zaraz odpaść.
- A miała inny wybór? Gdyby nie to, oskarżono by mnie już o morderstwo. A tak…
- A tak tylko opr od admirała…- dokończył domyślnie Corvus, wyciągając logiczny wniosek odnośnie miejsca, w którym napotkali komandora. Se'Datha pokiwał tylko głową. Romulanin dołączył do załogi Fortecy nie tak dawno, zdążył jednak zaskarbić sobie uznanie przełożonych. Ostatecznie Garlanda nie dostał za nic…Przez długi czas Kal omijał go z daleka. Wspomnienie śmierci rodziców ciągle bolało – nawet teraz, po tych wszystkich latach. Z tego też powodu komandor nienawidził wszystkich przedstawicieli Imperium Romulańskiego. W końcu jednak przekonał się, że nie należy oceniać każdego tylko po tym, do jakiej rasy należy… Ale również po charakterze. Trudno oczywiście było mówić o pełnym zaufaniu, ale przynajmniej przestał darzyć dowódcę Garlanda bezpodstawną niechęcią.
- I przymusowy urlop – dodał Se'Datha, wyrzucając z głowy niepotrzebne myśli. – Nie chce mnie widzieć na służbie do momentu wyjścia Wilka z doku. Ja się chyba zanudzę…
- Z Eiranne? Zero szans – parsknął śmiechem Coen. – Już ona znajdzie ci… Zajęcie…
Puścił oko. Kal wziął zamach.
- Jak cię palnę…
- To sobie rękę stłuczesz – białowłosy szczerzył zęby. Tak samo zresztą, jak bawiący się świetnie całą sytuacją Romulanin.
- Aaaa… Idę stąd. Nie mogę z wami dwoma… - komandor pokręcił głową z rezygnacją i ruszył do windy. Ścigał go śmiech przyjaciół.
- Tak, tak, śmiejcie się… Jeszcze wam się odwdzięczę…
- Czekamy – padło w odpowiedzi.
Eiranne siedziała na łóżku ze skrzyżowanymi nogami. Była to jej ulubiona poza. Uśmiechnęła się na widok wchodzącego do kabiny mężczyzny.
- I jak? – spytała.
- Normalnie – wzruszył ramionami Kal. Usiadł przy kobiecie. Zawsze zastanawiało go, jakim cudem Elvenka potrafi siedzieć w ten sposób całymi godzinami. Spróbował kiedyś i po piętnastu minutach dał za wygraną.
- Devron wysłał mnie na urlop – mruknął po krótkiej chwili. – W celu – jak to ujął – „odpoczynku”.
Białowłosa przekrzywiła głowę.
- To cię martwi? Wolne od dawna ci się należy. Jeśli nie dowodzisz okrętem, to załatwiasz zaopatrzenie. Wypalisz się w ten sposób…
- Wolałbym osobiście dopilnować remontu Wilka, a tak… - Se'Datha zaczynał wpadać w ponury nastrój.
- Dobra, dobra – przerwała mu Elvenka. – Dość marudzenia. Urlop jest ci potrzebny… I nawet wiem, gdzie go spędzisz.
- O? – w tej jednej sylabie było zawarte wszystko.
- Polecisz ze mną na Ak'uech.
- Dokąd?
- Na „planetę oczyszczenia”.
- Po co? – komandor miał dość irytujący sposób drążenia tematu. Krótkie, zwięzłe pytania potrafiły zdenerwować każdego. Tym razem jednak trafiła kosa na kamień. Wyprowadzić Eiranne z równowagi było bardzo trudno.
- Opowiadałam ci trochę o historii mojej rasy. Byliśmy kiedyś myśliwymi. Agresja pomagała nam przeżyć… Potem nastąpił rozwój cywilizacji. Nie było już konieczności polowań… Agresja jednak pozostała. Nie mogliśmy jej ukierunkować przeciw zwierzętom…Ukierunkowaliśmy ją przeciw sobie. Jedynie największym wysiłkiem naszych najlepszych dyplomatów udało się zażegnać groźbę anihilacji całej naszej planety… Wkrótce potem odkryliśmy napęd warp. Dwa lata po rozpoczęciu eksploracji przestrzeni jedna z naszych ekspedycji trafiła na Ak'uech. Ta planeta jest… Dziwna. Wystarczą dwa dni pobytu na jej powierzchni, a stajesz się wyciszony… Spokojny… Może to coś w atmosferze, może jakieś nieznane promieniowanie, nie wiem… Wiem tylko, że można tam pogodzić się z każdymi wspomnieniami… I znaleźć w końcu wewnętrzny spokój. – głos kobiety był cichy. Kojący.
- To brzmi jak jakaś religia – mruknął człowiek.
- Nie. To po prostu opis faktu… Chcę cię tam zabrać. Tydzień wolnego to aż nadto.
Kal skinął powoli głową. Nagle zerwał się na równe nogi.
- Zaraz. A skąd ty wiesz, że dostałem akurat tydzień?
Miał prawo się dziwić. Nie powiedział przecież ani słowa na temat długości „urlopu”. Kobieta nie wykryła tego również telepatycznie. Wyczułby jej obecność. Istniało tylko jedno rozwiązanie…
- To ty! Ty namówiłaś admirała, żeby usunął mnie ze służby!
Elvenka wstała. Poruszała się z wdziękiem czarnej pantery. Była równie zwinna jak ona.
- Kal…
- Nic nie mów. Dlaczego za mnie zadecydowałaś? Nie mogłaś chociaż spyt…
Eiranne nie czekała, aż Se'Datha skończy. Po prostu chwyciła go za rękę. Zanurkowała pod jego ramieniem. Obróciła się wokół własnej osi i pociągnęła lekko człowieka. Komandor wywinął salto i gruchnął plecami o podłogę. Uderzenie pozbawiło jego płuca powietrza, co skutecznie go uciszyło.
Kobieta najspokojniej w świecie usiadła na powalonym. Nachyliła się nad nim, tak, że jej włosy łaskotały jego twarz.
- Nie pytałam. Nie zgodziłbyś się. A te wspomnienia cię zabijają. Zresztą, nie tylko ciebie. Myślisz, że to takie przyjemne budzić się co noc z powodu cudzego wrzasku?
Uśmiechnęła się, łagodząc ostatnie słowa.
- Eir… Ja cię kiedyś…
- Kiedyś mnie…Co? – Elvenka zrobiła zaciekawioną minę.
- A chociażby… To! – Kal objął kobietę i przewrócił ją na podłogę. Teraz to on był górą. Tyle tylko, że Eiranne wcale się nie broniła. Założyła ręce pod głowę.
- Zacząłeś… To dokończ… - mruknęła z wymownym błyskiem czerwonych oczu…
Elveński prom wszedł w atmosferę. Spłaszczył trajektorię lotu i obniżył nos. Kilka chwil później usiadł na lądowisku.
- No i jesteśmy – Eiranne wyłączyła silniki. Kal bez słowa wstał z fotela i skierował się na tył stateczku, gdzie leżały ich rzeczy. Nie mieli ich dużo. Raptem dwa plecaki, wypełnione kilkoma sztukami ubrań, przyborami toaletowymi i tego typu drobiazgami. Oprócz tego oboje zabrali ze sobą otrzymane w prezencie ślubnym miecze. Do tej pory nie mieli sposobności sprawdzić wzajemnie swoich umiejętności szermierczych. Elvenka uznała, że szkoda byłoby zmarnować tak wyśmienitą okazję.
Komandor podniósł oba plecaki i otworzył klapę promu. Zszedł na lądowisko i rozejrzał się.
Ak'uech była leśną planetą. Do złudzenia przypominała Har'oloth… Tyle tylko, że tutaj było o wiele jaśniej. Niewielkie lądowisko sąsiadowało z kilkoma budynkami. Jeden z nich był przeznaczony dla obsługi technicznej, pozostałe – dla ewentualnych gości.
Eiranne stanęła u boku Se'Dathy.
- Tam – wskazała na jeden z budynków i ruszyła w jego kierunku. Kal zarzucił oba plecaki na ramiona i pomaszerował za białowłosą.
Weszli do środka bez problemów. Nic dziwnego. Pozwolenia na lądowanie udzielano jedynie osobom zaakceptowanym przez kierownictwo lądowiska. A jeśli kogoś zaakceptowano, stawał się on automatycznie gościem Ak'uech.
Wnętrze nie było zbyt luksusowe. Kilka prostych, ale wygodnych łóżek, dwa stoły, kilka szafek… To wszystko. Nie było się jednak czemu dziwić. Ci, którzy tu przybywali, szukali nie luksusu… Ale spokoju. Zbytni przepych raczej by im nie pomógł. Wręcz przeciwnie.
Komandor zlustrował wnętrze budynku i skinął z aprobatą głową.
- W zupełności nam to chyba wystarczy – powiedział. Eiranne uśmiechnęła się. Postawiła plecak przy jednej z szafek i wyciągnęła się wygodnie na łóżku. Kal od razu zauważył, że były projektowane specjalnie dla Elvenów. Mimo swojego wzrostu kobieta miała jeszcze po kilka centymetrów luzu z każdej strony…
- W końcu nie muszę się zwijać w kłębek – wymruczała, przeciągając się.
- A szkoda – puścił oko komandor. – Zacząłem się już przyzwyczajać.
- Czekaj, czekaj… - pogroziła mu palcem białowłosa. – Przypomnę ci to po powrocie…
Wstające rankiem następnego dnia słońce zastało już oboje kilka ładnych kilometrów od lądowiska. Elvenka zerwała człowieka na nogi dobre dwie godziny przed wschodem. Uzasadniła to chęcią pokazania mężowi pewnego miejsca. Jak to ujęła – im szybciej, tym lepiej…
Kal nie sarkał. Mimo tego, że spał krótko, obudził się wypoczęty. Po raz pierwszy od kilku lat przespał noc jednym ciągiem. Bez koszmarów. Eiranne również to zauważyła, ale nic nie powiedziała. Uśmiechała się tylko do siebie. Wyglądało na to, że „terapia” działa…
Od początku podróży szli lasem. Elvenka prowadziła komandora w kierunku widocznych na horyzoncie gór. Podróżowało im się lekko. Nie zabrali ze sobą niczego oprócz paru racji żywnościowych i mieczy. Ak'uech wciąż była dziką planetą. Nie było na niej co prawda drapieżników groźniejszych od zwykłego psa, ale i pies potrafi ugryźć… Zwłaszcza, jeśli jest w towarzystwie sfory…Elveńskie przepisy zabraniały zabierania ze sobą broni energetycznej. Broń biała była dozwolona.
Godzinę po wschodzie słońca Eiranne zatrzymała się. Stali oboje u podnóża gór. Kobieta rozejrzała się uważnie.
- Tam – pokazała człowiekowi widoczną kilkaset metrów dalej budowlę. Ruszyła bez wahania. Se'Datha szedł za nią krok w krok.
W miarę zbliżania się do celu komandor dostrzegał coraz więcej szczegółów. Budowla miała kilka wyraźnie odcinających się od siebie pięter. Była wysoka na jakieś sto metrów. Wyglądała na masywną. Trudno zresztą, aby była inna, skoro zbudowano ją z kamienia…
Kal zauważył, że budowla cechowała się typowo elveńskimi rozwiązaniami. Widoczne tu i ówdzie ornamenty nie pozostawiały co do tego żadnych wątpliwości. Użyty do budowy czarny kamień powinien sprawić, że budynek wygląda „ciężko”.
Nie tym razem. Budowniczym udało się uzyskać efekt optycznej lekkości. Zupełnie jak w przypadku domów, które mężczyzna widział na Har'oloth…
Przed wejściem płonęły dwie potężne pochodnie. Każda z nich miała wysokość dorosłego człowieka. Umieszczono je dwa metry nad ziemią.
Samo wejście było zamknięte dwuskrzydłową, drewnianą bramą. Gdy Eiranne i Se'Datha stanęli przed nią, człowiek zastanowił się, jak ją otworzą. Wyglądała na bramę, którą otwiera co najmniej sześciu ludzi…
Ledwo przemknęła mu przez głowę ta myśl, brama uchyliła się gościnnie.
Mężczyzna zerknął podejrzliwie do środka. Nie zobaczył nikogo. Spojrzał pytająco na towarzyszkę.
- Mechanizm zbliżeniowy – roześmiała się białowłosa, po czym wkroczyła śmiało do budynku. Kal deptał jej po piętach.
W środku panował półmrok. Olbrzymia hala była pusta. Z jednym wyjątkiem. Na samym środku rozpoczynały się spiralnie skręcone schody. Wiodły na szczyt budynku. Se'Datha popatrzył na schody, popatrzył na Elvenkę…
- Nie – mruknął.
- Tak – uśmiechnęła się kobieta. Zbliżyła się spokojnie do schodów i rozpoczęła wspinaczkę. Komandor pokręcił głową.
- Lekko nie będzie – westchnął.
- Chodź chodź, nie marudź – dobiegło gdzieś z góry.
Widok z tarasu położonego na szczycie budynku był przepiękny. Zalesione grzbiety gór schodziły łagodnymi łukami. Fioletowe niebo rozświetlały promienie zielonego słońca. Kal rozejrzał się po okolicy i westchnął:
- Dawno nie czułem się tak… Spokojny…
Eiranne pokiwała głową.
- Patrz…. I ciesz się chwilą – wymruczała, przytulając się do człowieka.
I rzeczywiście. Po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu komandor czuł się wolny. Wolny od wspomnień. Wolny od koszmarów…
Błysk eksplozji rozświetlił niebo. Głośny huk przetoczył się po niebie. Nad miejscem, gdzie było lądowisko, pojawiła się łuna.
- Co to? – zmartwiał Kal.
- Pojęcia…- zaczęła Elvenka. Urwała nagle, a jej palce kurczowo zacisnęły się na ramionach człowieka. Gdyby nie komandor, najprawdopodobniej upadłaby.
Se'Datha objął ją w pół, patrząc z niepokojem w jej oczy. Nie widziała go. Była skupiona na czymś zupełnie innym…
- Nie żyją – szepnęła w końcu. – Wszyscy z lądowiska nie żyją.
- Co takiego?
- Atak Kardasjan.
- Skąd wiesz?
- W chwili śmierci umysł mimowolnie wysyła silny impuls myślowy. Tak jak inni telepaci z mojej rasy – potrafię zignorować impulsy przedstawicieli innego gatunku. Ale nie Elvenów.
- I teraz właśnie… - domyślił się Kal. Białowłosa przytaknęła ponuro.
- Czyli jesteśmy tylko my i Kardasjanie?
- Dokładnie. Nie mamy broni, żywności, sprzętu…. – zaczęła wyliczać kobieta.
- Nie mają szans – mruknął komandor. Eiranne uśmiechnęła się mimowolnie. Po sekundzie spoważniała.
- Może nasz prom ciągle jeszcze tam stoi… Musimy sprawdzić. To jedyna szansa, żeby się stąd wydostać albo wezwać pomoc.
- Chodźmy więc – Kal ruszył w stronę schodów.
Droga powrotna zajęła im mniej czasu niż marsz w stronę gór. Spieszyli się…
Lądowisko nosiło ślady ciężkiego ostrzału. Wysadzono w powietrze budynek generatorów. To najwyraźniej było źródłem eksplozji, słyszanej przez kobietę i jej towarzysza. Między stojącymi jeszcze budynkami widać było poruszających się Kardasjan. Eiranne lustrowała uważnie teren. W pewnym momencie chwyciła rękę męża.
- Patrz – wyszeptała przez zaciśnięte zęby.
Przed budynkiem kontroli lotów leżał rząd ciał. Wzrost oraz białe włosy zabitych nie pozostawiały miejsca na wątpliwości. Ich ułożenie wskazywało na jedno..
- Egzekucja – Se'Datha zacisnął pięści. Znał ten widok aż za dobrze. Zerknął w lewo, na płytę lądowiska. Prom, którym oboje przybyli, ciągle jeszcze czekał. Wyglądał na nieuszkodzony.
- Ruszajmy – mruknął mężczyzna. W tym samym momencie do uszu obojga dobiegł trzask suchej gałęzi. Odwrócili się błyskawicznie, sięgając instynktownie po miecze.
Dwa metry dalej stało dwóch Kardasjan. Mierzyli w ich stronę.
- Żadnych głupich ruchów – ostrzegł starszy. Oficerowie zastygli w bezruchu.
- Tak lepiej – mruknął młodszy. Starszy tymczasem przypatrywał się intensywnie Se'Dathcie.
- Proszę, proszę – zaśmiał się w końcu ponuro. – A jednak cię dostałem…
Komandor nic nie odpowiedział. Nie musiał. Jego wzrok mówił wszystko. Trzymający go na muszce Kardach był jednym z oficerów mających „pieczę” nad obozem jeńców. Tym samym, w którym zamknięto Kala. Człowiek do tej pory pamiętał trzask pękających żeber. Swoich żeber. Kardasjanin podszedł do dowódcy Wilka i bez uprzedzenia trzasnął go kolbą w żołądek. Se'Datha zwinął się z bólu.
- To zaliczka. Resztę wypłacę ci później – powiedział tamten z zadowoleniem. Zerknął na Eiranne.
- A tobą ślicznotko… Zajmę się w wolnej chwili…
Jego wzrok powrócił do człowieka.
- Z drugiej strony… Odrobina rozrywki nie zaszkodzi…
Kopnął ciągle pochylającego się komandora w bok a potem wzniósł do góry rękę z bronią, zamierzając opuścić ją na głowę jeńca.
Elvenka już od dłuższej chwili napinała się wewnętrznie. Widziała wyjście z sytuacji… Ale nie mogła go wykorzystać. Nie tak. Cały czas się wahała. Była rozdarta między tym, co jej wpojono, a tym, co powinna zrobić. Zaciskała zęby, gdy Kardasjanin uderzał jej męża. Kiedy jednak zobaczyła jego unoszącą się do góry uzbrojoną rękę, coś w niej pękło. Aż warknęła z wściekłości…
Kardasjanin zatoczył się. Z jego uszu buchnęła krew. Jego towarzysz popatrzył na niego z przerażeniem. Przeniósł wzrok na Elvenkę. Na jego twarzy pojawiło się zrozumienie. Uniósł nieco wyżej broń. Zaczął naciskać na spust…
Kal odzyskał oddech. Zobaczył, co się dzieje. Bez zastanowienia skoczył na tamtego, przewracając go na ziemię. Kardasjanin upuścił broń. Zanim zdążył cokolwiek zrobić, Se'Datha uderzył go kantem dłoni w grdykę. Minutę później było już po wszystkim. Mężczyzna podniósł się i spojrzał na starszego z wrogów, który leżał kilka metrów dalej. Tak, jak jego młodszy kolega, Kardach był martwy.
Kal spojrzał na Eiranne. Wpatrywała się w leżące na ziemi ciało. Podszedł do niej i objął ją bez słowa. Domyślał się, co się stało.
- Dziękuję – wyszeptał.
- Nie powinnam była…
- Bzdura – uciął komandor. – Zrobiłaś to, co musiałaś.
- Nie wolno nam używać swoich zdolności do krzywdzenia innych. Całe życie mnie tego uczono… I na darmo – głos Elvenki był przepojony smutkiem. Se'Datha westchnął.
- Nie mamy czasu na takie dyskusje, ale... Coś ci powiem. Gdyby nie twoja akcja, ten bydlak po prostu by mnie zatłukł. Zabiłaś go.. Ale nie dla własnej zachcianki. Broniłaś innej osoby. Jak dla mnie – wszystko wygląda w porządku.
- Ale nie dla mnie… - szepnęła Eiranne.
- Wolałabyś, żebym to ja tam teraz leżał?
- Nie – pokręciła głową białowłosa.
- Ja też nie – mruknął komandor. Pokręcił głową.
- Chodźmy – zaproponował w końcu, podnosząc broń jednego z przeciwników.
Oboje zaczęli przesuwać się ostrożnie w kierunku promu. Wykorzystywali każde, nawet najmniejsze wgłębienie terenu, aby zminimalizować możliwość wykrycia. Szczęście im sprzyjało…
Rampa promu była opuszczona. Kal wśliznął się do środka pierwszy. Omiótł wnętrze lufą broni.
„Pusto” – przesłał Elvence impuls myślowy. Parę sekund później Eiranne była już przy nim. Bez słowa siadła za konsolą pilota. Wcisnęła kilka przycisków. Rampa podniosła się i zamknęła hermetycznie prom. Kobieta przesłała moc do silników. Elveńskie odpowiedniki gondol rozjarzyły się jasno, powracając do życia. Nagłe poruszenie na zewnątrz przyciągnęło uwagę Se'Dathy. Spojrzał w bok i zaklął. Wśliznął się natychmiast za konsolę taktycznego i uruchomił osłony. Miał ku temu powody. Z jednego z budynków wybiegło pięciu Kardasjan. Gdy tylko zobaczyli, co się dzieje, otworzyli ogień. Na szczęście Kal był szybszy. Promienie energetyczne prześliznęły się bezsilnie po osłonach promu.
Eiranne zwiększyła moc. Prom uniósł się w powietrze. Obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni i rozpoczął wznoszenie. Wibracje kadłuba powiedziały mężczyźnie o tym, że prędkość wznoszenia znacznie przekracza margines bezpieczeństwa. Nie odzywał się jednak. Rozumiał doskonale pragnienie kobiety, aby jak najszybciej opuścić planetę. Popierał je z całego serca.
Prom opuścił atmosferę. Chwilę później Eiranne jęknęła z rozpaczą:
- Nie…
Na ekranie pokazał się pędzący z pełną impulsową Galor. Ścigał prom, bezustannie skracając dystans. Se'Datha trzasnął pięścią w oparcie fotela. Jego towarzyszka rozpoczęła serię uników, robiąc jednocześnie jedyną rzecz, którą mogła zrobić. Otworzyła kanał alarmowy.
- Eiranne Se'Datha do wszystkich jednostek w sektorze Ak'uech! Jesteśmy atakowani przez kardasjański okręt! Prosimy o pomoc, nie poradzimy sobie…
Z głośników dobiegły jedynie trzaski. Nie odezwał się żaden okręt. Komandor zacisnął zęby. Byli skazani sami na siebie… Lecąc z prędkością impulsową i korzystając ze zwrotności promu, mogli przez pewien czas wymykać się Galorowi. Gdyby weszli w warp, byłoby już po sprawie. Kardasjanie mieliby ich jak na widelcu…
Wstrząs przerwał rozmyślania mężczyzny. Ścigający ich okręt otworzył ogień. Nie odpalał torped. Nie było sensu. Zwinna jednostka bez trudu by je wymanewrowała. Nie można było za to tego powiedzieć o broni energetycznej…
Promem co chwila targał następny wstrząs. Eiranne i Kal próbowali wszystkiego. Bezskutecznie. Osłony bezustannie spadały…
Kolejny wstrząs. Konsola rozjęczała się sygnałem alarmowym. Stan osłon – zero…
Kardasjański okręt wystrzelił ponownie. Bezpośrednie trafienie w kadłub zniszczyło napęd promu oraz wyrzuciło z foteli jego pasażerów. Stateczek zaczął bezwładnie wirować. Galor zwolnił, po czym zatrzymał się zupełnie. Obrócił się powoli.
Mężczyzna podniósł się chwiejnie z podłogi, na którą rzucił go wstrząs. Przysunął się do odzyskującej właśnie przytomność białowłosej. Usiadł przy niej i podparł ją delikatnie. Spojrzał w ekran. Nigdy jeszcze nie widział Galora z tak bliska… Wiedział doskonale, co teraz nastąpi. Przytulił do siebie ciągle jeszcze oszołomioną kobietę, po czym wyszeptał, patrząc z nienawiścią na kardasjański okręt:
- No… Dalej, „bohaterowie”…
Czekał na ostatnią salwę, która odeśle Eiranne i jego w niebyt.
Biały błysk widoczny tuż za Kardachem oznajmił przybycie nowej jednostki. Zanim ktokolwiek zdążył ją zidentyfikować, cztery torpedy rozbijały się już o kadłub Galora. Kardasjanie byli tak pewni siebie, że nawet nie podnieśli osłon. Teraz miało się to na nich zemścić… Ułamek sekundy później ciężkie disruptory dokończyły dzieła. Ostrzelany okręt przestał istnieć. W miejscu, gdzie przed chwilą się znajdował, pozostała tylko chmura błyskawicznie stygnących szczątków. Niezidentyfikowana jednostka zatoczyła wdzięczny łuk i podeszła powoli do promu, dając komandorowi okazję do przyjrzenia się jej.
Od razu poznał elveński sposób budowy…
Ogólny design bazował na niszczycielach klasy Lit'aan. Wprawne oko Kala dostrzegło jednak natychmiast sporo znaczących różnic.
Nowa jednostka miała charakterystyczny – typowy dla Elvenów – wygląd. Wystarczy wyobrazić sobie położony na stole sztylet o klindze dłuższej trzy razy od reszty, krótkim – ledwo wystającym poza szerokość ostrza – jelcu oraz smukłej rękojeści. Tak w dużym uproszczeniu można było opisać elveńską jednostkę. Czubek „sztyletu” był stępiony. Mieścił się w nim wylot ciężkiego działa pulsowego. Również powierzchnie „klingi” nie tworzyły „powierzchni tnącej”. Wyglądało to tak, jakby jakiś gigantyczny szlifierz po prostu obciął jej część, tworząc w ten sposób burty. Całość „ostrza” rozszerzała się pod kątem jakichś dwudziestu stopni, co umożliwiło zamontowanie na burtach czterech wyrzutni torped – po dwie na stronę. Se'Datha bez problemu rozpoznał typ, montowany na Nowych Orleanach. Następne dwie wyrzutnie były zamontowane na „rękojeści”. Odpowiadały za osłonę tylnych części jednostki. Widoczne po jej obu stronach czerwone pasy były efektem przepływu plazmy przez cewki warp. W miejscu spotykanej w broni siecznej głowicy krążownik posiadał świecącą niebieskawo półsferę.
Oprócz wyrzutni jednostka posiadała również klingońskie disruptory, dostosowane do potrzeb Elvenów. Na burtach rozmieszczono ich łącznie sześć. Kolejne osiem - ułożonych w dwa kwadraty, rozmieszczono na górze i dole „jelca”. Najwyraźniej – podobnie jak na niszczycielach – tam właśnie mieścił się mostek
Patrząc na okręt komandor nie mógł wyjść z podziwu. To była machina przeznaczona do walki, ale machina niewiarygodnie wręcz piękna. Po raz pierwszy w swoim życiu Kal widział okręt, którego nie sposób było sobie wyobrazić bez uzbrojenia. Nawet klingońskie jednostki mógł sobie jakoś przedstawić bez disruptorów. Ale nie ten krążownik… A mimo to Elvenom udało się zachować lekkość sylwetki. Brązowy kadłub był pokryty odlewanymi ornamentami, przedstawiającymi tak lubiane przez jego twórców motywy roślinne. Wśród metalowych gałązek dało się bez trudu dostrzec pisaną ozdobnymi elveńskimi literami nazwę: ESC Streea…
Siedemsetpięćdziesięciometrowy kadłub rzucił cień na prom. Jasna wiązka holownicza ustabilizowała uszkodzony stateczek, po czym zaczęła wciągać go do hangaru.
Se'Datha siedział w kabinie, którą dowódca krążownika przydzielił Eiranne i jemu. Patrzył z troską na kobietę. Minęły już dwa dni od chwili, gdy wydostali się z Ak'uech i trafili na Streeę. Od momentu wejścia na pokład elveńskiego okrętu, białowłosa milczała. Zamknęła się w sobie. Kal był pewien, że ciągle czyni sobie ona wyrzuty…
- Dość – powiedział w końcu głośno. Jego towarzyszka podniosła na niego wzrok.
- Ciągle siedzisz i katujesz się myślami na temat tego, co się stało. Dlaczego?
Eiranne odwróciła głowę. Milczała.
- Eir...
- Tłumaczyłam ci, dlaczego – powiedziała w końcu z ociąganiem. Odezwała się po raz pierwszy od dwóch dni. – Używając swoich zdolności w ten sposób, postawiłam się poza nawiasem społeczeństwa.
- To znaczy? – komandor usiadł przy kobiecie.
- To znaczy, że nie mam już prawa wstępu na Har'oloth. To znaczy również, że zostanę usunięta z floty Cesarstwa. Przyniosłam hańbę całej swojej rasie – po policzkach Elvenki spłynęły łzy.
- Nie. Ocaliłaś mi życie – Kal nie mógł patrzeć na płaczącą Eiranne. – I do diabła ze wszystkimi, którzy chcieliby cię za to sądzić.
Kobieta bez słowa się do niego przytuliła. W kabinie zapanowała cisza, mącona jedynie dalekim pomrukiem generatorów…
Zlotym i srebrnym przetykane swiatlem,
Blekitne, ciemne, przydymione szaty
Nocy i swiatla, i polswiatla,
Rozpostarlbym je pod twoje stopy.
Lecz biedny jestem: me skarby -- w marzeniach,
Wiec ci rzucilem marzenia pod stopy;
Stapaj ostroznie, stapasz po marzeniach...
#15
Napisano 10.09.2004 - |23:21|
Autor: Katharn
Kosmos... Bezlitosna pustka...
Ciemność...
Czuła tylko zimno... Serce biło coraz wolniej, wolniej i wolniej... W głowie kołatała się tylko jedna myśl...
"Na marne, tyle poświęconych istnień i wszystko przepadło... Nikt się nie dowie..."
Zemdlała...
Postać leżała na twardej podłodze czegoś, co jeszcze nie tak dawno było klingońskim wahadłowcem. Teraz jednak przypominał on kupę poskręcanego ręką szalonego artysty metalu.
Snop iskier z rozbiej konsoli rozjaśnił na moment mrok, ukazując porozbijane wnętrze kabiny... Leżący człowiek poruszył się i zamarł w nowej pozycji. Znowu zapadła niczym niezmącona cisza.
Śmiertelnie ugodzony pojazd dryfował w czarnej odchłani kosmosu.
***
"U Pirxa" jak zwykle było gwarno i tłoczno. Głosy nieustannie wydostawały się na prowadzący do kantyny korytarz. Śmiechy mieszały się z okrzykami zdziwienia i pomrukami. Ktoś postronny mógłby usłyszeć tu wiele historii z pola walki. W końcu trwała wojna - nowopowstałe Państwo Polskie musiało wyrąbać sobie szablą drogę do istnienia.
W kącie, w półmroku samotnie przy stoliku siedział człowiek. Z wyglądu dość niepozorny. Brunet, o twarzy naznaczonej zmarszczkami, zupełnie nie pasującymi do młodego wieku. Krótko i nienagannie przystrzyżona broda oraz wąsy sugerowały, iż jest on - na swój sposób - pedantyczny. Ubrany był w mundur Federacji, co świadczyło, iż przybył tu niedawno, lub jest gościem Fortecy. Na kołnierzyku połyskiwały trzy złote nity przyciągając wzrok siedzących w pobliżu niczym magnes przyciąga opiłki żelaza. Na stoliku stała szklanka, zawierająca nieokreślony bliżej płyn, z której obcy popijał, obserwując salę spod przymkniętych powiek.
Nagle w gwar głosów wdarł się bezlitośnie obcy dźwięk, jakże nie pasujący do atmosfery. Pisk komunikatora zabrzmiał aż nadto wyraźnie.
- Komandor Weber zamelduje się u dowódcy bazy.
Obcy klepnął mały, połyskliwy znaczek Gwiezdnej Floty na piersi i wyszeptał:
- Zrozumiałem - po czym wstał, podszedł do baru, uregulował należność i wyszedł odprowadzany spojrzeniami gości siedzących w pobliżu. Ten i ów rzucił sąsiadowi pytanie
– Kim on jest i co tu robi?
Jednak odpowiedzi na to pytanie nie znał nikt...
***
Obudziła się nagle. Stwierdziła, że leży na podłodze ciemnej kabiny. Spróbowała podnieść się, lecz straszliwy ból skutecznie ten wysiłek udaremnił. Opadła bez sił na podłogę. Przez chwilę leżała bez ruchu wciągając łapczywie do płuc lodowate powietrze.
Utkwiła wzrok w niewielkiej poświacie - jedna z tablic sterowniczych świeciła blado w ciemnościach. Ostatkiem sił doczołgała się do niej. Jeden rzut okiem wystarczył, by pojąć grozę sytuacji. Wahadłowiec już dawno powinien rozlecieć się. Jednak wbrew wszelkim naprężeniom w jakiś cudowny sposób był ciągle cały, tylko jak długo?
Uniosła się na łokciach z podłogi. Każdemu ruchowi towarzyszył ogromny ból w klatce piersiowej.
"Pewnie mam połamane żebra" - pomyślała - "zresztą to i tak nie ma znaczenia...".
Jej drobne drżące palce sięgnęły do konsoli i wykonały kilka ruchów. Po chwili blask przygasł.
Kobieta opadła na podłogę bez sił. Oddychała z trudem. Wsłuchiwała się w rytm swego serca. Zastanawiała się czy to, co zrobiła, jeszcze jedno poświęcenie, wystarczy by wszystkich uratować. Zamknęła oczy i uśmiechnęła się. W sumie i tak nie lubiła życia... To całe okrucieństwo, z jakim spotykała się od dziecka, ten brak litości, zrozumienia u innych... Decyzja była łatwa. Przed chwilą wyłączyła układy podtrzymywania życia, w cudowny i niezrozumiały sposób ocalałe podczas ataku. Cała moc została przekierowana do nadajnika podprzestrzennego.
"Może odnajdą wrak i dane.... Może..." – myśl sprowadziła uśmiech na kształtne usta, uśmiech ulgi. Tylko to liczyło się dla niej... Życie nie miało znaczenia...
***
- Nie no to już przesada... - o głosie dobiegającym z otwartego tunelu Jeffrisa można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że był spokojny - ... żeby zarządzić kontrolę systemów w niedzielę?!! I to, gdy wszystko działa!!! Auuu..... Cholera jasna - moja głowa!!!!!!
Ostatnim słowom towarzyszył dźwięk głuchego uderzenia. Po chwili w wylocie tunelu okazały się buty, nogi i w końcu cała sylwetka technika ubranego w roboczy kombinezon, jak to w zwyczaju u techników, strasznie poplamiony smarem. Na końcu światło ujrzała głowa. Technik miał przekrwioną twarz i włosy sterczące we wszystkich możliwych kierunkach. Co do ich koloru - ktoś kto określiłby go, kwalifikowałby się do nagrody Noble'a.
- Mam już dość tego wszystkiego! - technik skarżył się chyba otaczającemu go powietrzu - Wiecznie tylko: "Sprawdź to...", "Popraw tamto...", "Napraw to..." i nigdy żadnego, najmniejszego "Dziękuję..."
Idąc w stronę mostka cały czas wypluwał z siebie niekończący się potok skarg i przekleństw... Dotarł w końcu do drzwi, które rozsunęły się z sykiem.
- Sprawdziłem Pani Kapitan - wszystko jest w jak najlepszym porządku. A teraz, jeśli Pani pozwoli pójdę się troszkę umyć, przebiorę się i zdrzemnę ze dwie godzinki... zanim mnie Pani znowu zawoła - dodał po cichutku, po czym rozbrajająco się uśmiechnął.
- Dziękuję chorąży Koszk. Niech to będą cztery godzinki... - wyraz twarzy kapitan Carter nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Została obdarzona przez rodziców znakomitym słuchem - ...gdybyś tylko mógł wcześniej zerknąć jeszcze na konsolę taktyczną byłoby super - jadowity uśmieszek pojawił się i zniknął, jakby go wcale nie było.
- Oczywiście...
Koszk podszedł do konsoli. Siedzący przy niej oficer taktyczny uczynnie zrobił mu miejsce.
- Uruchamiam diagnostykę..... - palce chorążego szybko i wprawnie przeskakiwały między przyciskami - Wszystko sprawne.... Działa jak w zegarku... w dodatku szwajcarskim.... - pełen znudzenia głos informował na bieżąco.
- O cholera! Co jest?! - zdziwienie pojawiło się w głosie Koszka.
- Chorąży! Proszę się wyrażać!
- Przepraszam Panią, ale mam tu coś dziwnego: czujniki pokazują metalowy obiekt na granicy zasięgu. Co pewien czas obiekt emituje serie impulsów podprzestrzennych o niezrozumiałej konfiguracji. Pewnie się znowu któryś system rozregulował.... Da mi Pani troszkę czasu i zaraz wszystko wróci do normy.
- Proszę dokładnie przeskanować źródło sygnału!
Oficer taktyczny bez ceregieli odsunął Koszka od konsoli.
- Skanuję... - do głosu wkradło się lekkie napięcie - Obiekt dryfuje, brak aktywności energetycznej... Czujniki wykryły słabe oznaki życia - jedna osoba...
- Sternik - kurs na obiekt, prędkość maksymalna. Koszk - możesz zapomnieć o tej drzemce, będziesz mi potrzebny.
- Tak jest - odpowiedział służbiście Koszk
"W co my się znowu pakujemy?" - pomyślał - "Przecież to transportowiec, a nie okręt wojenny. To miał być zwykły, rutynowy fracht do Fortecy. Muszę poprosić o przeniesienie – jak najdalej od tej narwanej Carter."
Transportowiec posłuszny rozkazom sternika majestatycznie uczynił zwrot i przyspieszając skierował się w kierunku małego celu na granicy zasięgu czujników.
***
Skończył właśnie zakładać nowy mundur i stał przed lustrem.
"Szykowniejsze te mundury, o wiele ładniejsze od federacyjnych" - pomyślał - "No i ta broń biała..."
Dotknął ręką wiszącej u pasa szabli. Uśmiech zagościł mu na ustach.
"Mam nadzieję, że kiedyś się przyda..."
Nagle gwałtownie odwrócił się od lustra i ruszył w kierunku drzwi kwatery.
- Pora się zameldować...
Wyszedł ze swojej kwatery i zagłębił się w korytarze bazy. Mijał po drodze techników, grupki cywili oraz wojskowych. Ci ostatni wyprężali się w postawie zasadniczej na jego widok i salutowali. Odpowiadał prawie natychmiast.
W pewnym momencie zatrzymał się przy jednym z okien prezentujących otoczenie stacji i pobliskie doki. Wzrok przyciągał dziwny kształt stojący w jednym z nich. Wyglądem nie przypominał niczego, z czym komandor spotkał się do tej pory. Dziób okrętu miał sylwetkę podłużnego, spłaszczonego spodka. Tuż pod nim wyraźnie rysował się deflektor. Jednak jego prostokątny kształt wprawiał w zdumienie. Rufa okrętu natomiast, zasłonięta częściowo konstrukcją doku, sprawiała wrażenie, jakby nie pasowała do smukłego dziobu. Była strasznie kanciasta. Gondole napędu Warp zostały nienaturalnie odsunięte od kadłuba. Okręt wyglądał paskudnie – jak jakaś hybryda zrodzona ze zwariowanego koszmaru, ale jednocześnie urzekał ukrytym pięknem i emanował grozą.
"Ciekawe czy ktoś go już dostał..." - przemknęło przez głowę komandora.
Po chwili patrzenia na uwijające się jak w ukropie wokół doków promy i statki naprawcze, przypomniał sobie gdzie szedł. Nie byłoby dobrze pozwolić admirałowi czekać...
- Wejść! - rozległo się zza drzwi, które w chwilę potem z sykiem rozsunęły się przed Weberem.
- O komandorze Weber! Zapraszam do środka! Jestem admirał Devron, szef tego cyrku zwanego Flotą RP. - w głosie admirała nie było ani krzty ironii.
- Komandor Piotr Weber melduje się do służby.
- Spocznij komandorze, proszę usiąść. – admirał wskazał mu miejsce przed swoim biurkiem. – Jak minęła podróż?
- Nie narzekam. – rzucił siadając
- Widzi pan - mamy ostatnio małe problemy, jeśli chodzi o liczbę naszych dowódców i dlatego pozwoliłem sobie wezwać pana już w dwie godziny po przybyciu. Jak podoba się panu nasza "mała" stacja???
- Robi wrażenie i na pewno nie jest mała - Piotr uśmiechnął się pod wąsem.
- Fakt - admirał odwzajemnił uśmiech - przejdźmy do rzeczy. Spadł nam pan dosłownie z nieba. Potrzebowałem dowódcy dla pewnego okrętu i przyznam szczerze, zastanawiałem się już, czy nie oddać go w ręce jakiegoś podporucznika. Jednym słowem - otrzymuje pan Kruka. Tu są pańskie rozkazy - admirał podał Weberowi PADD - proszę się z nim delikatnie obchodzić. Nasi konstruktorzy są z niego dumni.
Piotr rzucił okiem na rozkazy i na jego twarzy zagościła najczystsza na świecie nienawiść.
- Panie admirale, czy ta misja wiąże się z wizytą na granicy z Unią Kardaziańską?
- Tak komandorze, wszelkie informacje trzyma pan w ręku. Dziękuję i do zobaczenia po powrocie.
Wyszedł i ruszył korytarzami bazy w zupełnie innym nastroju, w ogóle nie patrzył na mijanych ludzi. Szedł jakby nie na swoich nogach, które niosły go do kwatery bardzo szybko. Droga powrotna zajęła mu trzy razy mniej czasu. W myślach przewijał mu się tylko jeden obraz - jeńcy wyrzucani w próżnię, mordowani dla rozrywki. Otwierając drzwi powziął mocne postanowienie.
- Odpłacę im - zabrzmiało głucho w kwaterze.
Usiadł na koi i zaczął studiować rozkazy. W pewnym momencie odłożył PADDa - ORP Kruk okazał się oglądanym przez okno okrętem. Okrętem zresztą ogromnie ciekawym. Powstał w pobliskiej stoczni, zresztą dość niedawno, według projektu pewnego "cudownego dziecka" inżynierii. Zastosowano w nim wiele innowacji, jak na przykład prostokątny deflektor, nowy typ silników impulsowych, zapewniający jednostce niesamowitą wprost zwrotność. Wyposażono go w cztery przednie wyrzutnie torped, trzy skierowane do tyłu oraz w 20 desruptorów pokrywających 360° pole ostrzału. Sklasyfikowano go wstępnie jako lekki krążownik, ale na razie, jako jednostka prototypowa – nie posiadał swojej klasy.
- Woda, zimna - powiedział w kierunku replikatora i po chwili wypił troszkę, po czym wrócił do studiowania zawartości PADDa.
Kilka dni temu urwał się kontakt z jednym z Vor'Cha wykorzystywanych przez wywiad. ORP Jaskółka szpiegował jedną z Kardaziańskich stoczni. Podejrzewano, iż pełni ona także funkcję laboratorium naukowego. Okręt wracał już do domu i z meldunków załogi wynikało, iż odkrył coś ważnego, gdy tuż obok granicy zniknął. Wyparował jakby go nigdy nie było. Kruk miał to zbadać, on miał to zbadać...
Chwycił worek z rzeczami w lewą rękę i wyszedł. Dotarł do właściwego doku dość szybko i po potwierdzeniu tożsamości został wpuszczony do odpowiedniej sekcji. Czekał już tam na niego wysoki blondyn.
- Witam komandorze. Jan Sparrow – przedstawił się - jestem pierwszym oficerem Kruka. Polecimy promem – transportery są właśnie testowane – dodał.
Weber skinął głową i ruszył za swoim Pierwszym. Sprawiał on wrażenie bardzo kompetentnego. Po chwili siedzieli już w małym stateczku.
- Pierwszy, przyjrzyjmy się Krukowi – padło z ust komandora.
- Tak jest.
Prom przechylił się i wchodząc w łagodny łuk, zboczył z dotychczasowego kursu. Piotr patrzył na swój pierwszy okręt. Przypominał on teraz przygotowaną do skoku bestię, spętaną poprzez konstrukcje doku. Ekipy kończyły właśnie malowanie barw maskujących oraz nazwy okrętu. Nieregularne czerwone plamy na czarnym tle przywodziły na myśl czarne ostrze noża, pochlapane krwią. Dziób okrętu odrobinę przypominał grot strzały rozszczepionej na czubku.
- Ok! Wystarczy już tych wycieczek krajoznawczych, Pierwszy. Kurs na główny hangar.
- Wykonuję – prom nagle zmienił swój kurs o 90° i ruszył jak smagnięty biczem koń, wprost w kierunku otwartych drzwi hangaru.
Dźwięk gwizdka bosmańskiego rozdarł bezlitośnie ciszę mostka, wszyscy podnieśli głowy i momentalnie poderwali się z miejsc, stając w postawie zasadniczej.
- Kapitan wchodzi na mostek!
- Dziękuję, bosmanie. Na przyszłość proszę nie urządzać takiego zamieszania. Wszyscy spocznij! Pozwólcie, że się przedstawię – jestem komandor Piotr Weber, jak słusznie zauważył bosman, od tej chwili kapitan Kruka. Mam nadzieję, że będzie nam dane służyć razem długo. A teraz wracajcie do swoich obowiązków.
"Dzielna gromadka" – pomyślał – "mam nadzieję, że nie zginą..."
- Pierwszy, jak wygląda status okrętu?
- Ostatnie testy i przygotowania zostały zakończone 5 minut temu, jesteśmy gotowi do lotu.
- Dziękuję, Pierwszy – Weber usiadł na fotelu kapitańskim w centrum mostka - Sternik, odrzucić cumy, wyprowadzić okręt na bezpieczną odległość od Fortecy, 1/4 impulsowej. Potem kurs na układ Pegaza, prędkość WARP 7.
- Tak jest, wykonuję – palce sternika poczęły skakać błyskawicznie po konsoli, powodując cały łańcuch akcji, koniecznych do wykonania rozkazów.
Cumy odskoczyły z metalicznym szczękiem, po chwili okręt majestatycznie opuścił kratownicową konstrukcję, wykonał zwrot i z umiarkowaną prędkością począł się oddalać od Fortecy.
Odlot był obserwowany przez wiele oczu. Różne myśli przebiegały w głowach obserwujących go ludzi.
W kantynie rozległy się wiwaty i głośne życzenia:
- Pomyślnych łowów!!! - krzyknął jakiś głos. Dołączyły do niego kolejne i po chwili cała kantyna rozbrzmiała okrzykami.
Z okien swej kwatery admirał także patrzył na ginącą w dali rufę Kruka.
- Obyś bezpiecznie wrócił do domu... Tak niewiele ich wraca... – westchnienie zmęczonego, starego człowieka, dźwigającego zbyt wiele na swych barkach, zabrzmiało w kwaterze...
Dzwonek przy drzwiach wyrwał admirała z zadumy. Potrząsnął głową, jakby nagle obudził się z mrocznego snu.
"Nie czas na to" – pomyślał
- Wejść! – zagrzmiał głos, już ani stary, ani zmęczony...
***
Masywny polski transportowiec wyglądał obok małego, poskręcanego klingońskiego stateczku, niczym Goliat obok Dawida.
- Oznaki życia powoli słabną – głos oficera taktycznego i jednocześnie naukowego wyprany był całkowicie z emocji – komputer rozpoznał typ obiektu. To wrak klingońskiego wahadłowca. Jest oznakowany jako wahadłowiec numer dwa z ORP Jaskółka.
- Dlaczego jeszcze nie przeniesiono rozbitka do ambulatorium? – zapytała swych oficerów Carter.
- Coś zakłóca transporter – nie możemy go dokładnie namierzyć...
- Koszk – proszę uaktywnić wiązkę holującą i przyciągnąć go odrobinę do nas – rzekła kapitan podnosząc się z fotela – potem proszę do mnie dołączyć w śluzie numer 4. Pierwszy – wychodząc odwróciła jeszcze głowę – wyślij wiadomość do Fortecy i wszystkie dane, jakie masz. Mostek jest twój.
- Tak jest.
- To znaczy... My wychodzimy w przestrzeń??? – brwi Koszka uniosły się ku górze w geście zdziwienia.
- Czy ja mam jakąś wadę wymowy?! Wykonać rozkaz!
- Już się robi... – głos, tym razem pełen zrezygnowania, rozległ się prawie szeptem.
Bryła metalu uchwycona została w niebieski promień i zmieniła swój kurs, przysuwając się do burty transportowca. Po kilkunastu minutach w jego boku ukazał się malutki otwór i dwie sylwetki okryte kombinezonami ochronnymi wypłynęły w próżnię, ciągnąc za sobą dość duży pakunek. Lot swój skierowały wprost do miejsca, gdzie powinna znajdować się śluza powietrzna wahadłowca. Na szczęście była ona na swoim miejscu i dała się ręcznie otworzyć.
W środku skierowali swe kroki ku kabinie sterowniczej i na podłodze zauważyli skulony kształt. Leżąca kobieta tuliła coś do siebie tak mocno, że nie byli w stanie wydrzeć przedmiotu z jej ramion. Wspólnymi siłami ułożyli ranną na noszach. Koszk pstryknął włącznikiem i momentalnie pole siłowe otoczyło nosze zółtawą poświatą, załączyły się też systemy podtrzymywania życia. Zbierali się już do powrotu, gdy w komunikatorach rozległ się głos pierwszego oficera:
- Wykrywam trzy niezidentyfikowane statki wchodzące do sektora. Pani kapitan proszę się pospieszyć.
Rzeczywiście do układu Motyla weszły trzy okręty i skierowały się wprost na trwający w bezruchu transportowiec.
- Obce statki podniosły osłony i ładują uzbrojenie.
"Nie zdążymy wrócić" – przebiegło przez głowę kapitan Carter
- Pierwszy, zabieraj się stąd, ale to już! Nadaj naszą pozycję i uciekaj...
- Komputer zidentyfikował okręty jako kardaziańskie. Jeden Keldon i dwa Galory. Mamy przerąbane... – głos dobiegający z małego głośniczka wyrażał zrezygnowanie – zdążyłem nadać jeden raz naszą pozycję, potem zaczęli zagłuszać łączność dalekosiężną... Nie zostawimy was...
- Pierwszy, bez gadania! Swoimi dwoma desruptorami nic nie zdziałasz, nawet im tarcz nie zarysujesz, spadaj stąd, nas może nawet nie zauważą – wiedziała, że to tylko złudzenia. Kardaziańskie sensory wcale nie były gorsze od polskich – na razie robisz za kaczkę na strzelnicy!!!
- Nie zostawię was!!! Sternik, zwrot przez bakburtę!
Transportowiec poruszył się. Silniki powoli przyspieszały. Statek wykonał niezgrabny zwrot przez lewą burtę i po chwili na pełnej impulsowej, wciąż holując za sobą klingoński wrak, rozpoczął swą ucieczkę...
***
Widział wszystko aż nadto wyraziście. Ojciec tulący płaczącą matkę, pocieszający Marka – jego młodszego brata. I nagle ostry dźwięk, światła alarmowe, towarzyszące otwieraniu się olbrzymich wrót hangaru. Krzyk płynący z wielu gardeł i wycie uciekającej atmosfery, wysysanej przez bezlitosną i żarłoczną próżnię. Ludzie porywani przez ogromy huragan, wyrzucani w otchłań... Odpływające powoli od pomarańczowych kadłubów niezliczone ciała...
Obudził się...
Sen ten powracał do niego nieustannie od dnia, gdy siedząc w jednej z kantyn federacyjnej Bazy 21, zobaczył obrazy przedstawiające masakrę jeńców. Ten fakt zadecydował o zmianie zdania. Przed tym feralnym dniem nie popierał decyzji ojca o przyłączeniu się do Polski. Wybrał Federację... Federację, która nęciła humanitaryzmem i pokojem. Federację, która nie zrobiła nic, aby zapobiec ludobójstwu, która ograniczyła się do kondolencji... Pamiętał narastający wówczas gniew, rozgoryczenie...
Potrząsnął głową odganiając od siebie resztki koszmaru... Rozejrzał się po swojej kajucie kapitańskiej... Wyglądała dość przytulnie. Skoncentrował się teraz na dźwięku, który go obudził. Monitor stojący na biurku pulsował rytmicznie czerwonym światłem, zwiastując nadchodzące połączenie najwyższej wagi. Zerwał się gwałtownie z koi i w dwóch skokach znalazł się przy biurku. Odebrał połączenie.
- Tu komandor Weber.
Na ekranie pojawiła się znajoma twarz admirała Devrona.
- Komandorze odebraliśmy dwa przekazy wiążące się z pańską misją. Pierwszy nadszedł w kilkanaście minut po pańskim odlocie. Był zakodowany i odkodowanie go zajęło chwilę – mina admirała nie wyrażała zadowolenia. Ten, kto spowodował opóźnienie, leciał już chyba na najdalej wysuniętą placówkę jako zwykły szeregowy.
– Sygnał pochodził z Układu Motyla i był podpisany ORP Jaskółka – kontynuował admirał.
- Dziwne... – mruknął komandor - Ten układ...
- Wiem. Nie znajduje się on na drodze do Fortecy z rejonu ich patrolu. Proszę mi nie przerywać.
- Tak jest. Przepraszam...
- W chwili, gdy zostałem poinformowany o nadejściu wiadomości, otrzymaliśmy kolejny sygnał z Układu Motyla. Nadany został na otwartym kanale łączności dalekosiężnej z pokładu transportowca ORP Karzeł. Mówił o odkryciu wraku klingońskiego wahadłowca. W komunikacie padło słowo "ORP Jaskółka" i rozbitek. Przepraszam... – admirał odwrócił nagle głowę w bok i z uwagą czegoś słuchał. Po chwili powrócił do zajmowanej poprzednio pozycji.
- Otrzymaliśmy właśnie komunikat od Karła na kanale alarmowym. Są atakowani przez trzy niezidentyfikowane okręty i uciekają. Podali jeszcze tylko swoją pozycję, potem wszelki kontakt urwał się.
- Dziękuję za informacje admirale. Natychmiast zmieniam kurs. Weber koniec.
Narzucił na siebie kurtkę od munduru. Domyślał się, kto ścigał transportowiec. Nareszcie... Zakosztuje zemsty... Podobno smakuje ona najlepiej na zimno... Przynajmniej tak twierdził pewien znajomy Klingon... "Cóż – przekonamy się..."
Wszedł energicznym krokiem na mostek. Zauważył, że ręka bosmana odruchowo powędrowała do gwizdka wiszącego na złotym sznureczku, lecz zamarła ona równie gwałtownie w bezruchu, jak się poruszyła.
- Panie Kamiński, zmiana kursu. Układ Motyla, maksimum Warp – jego głos był zimny jak przestrzeń otaczająca Kruka – chcę tam być najszybciej, jak to tylko możliwe. Proszę, więc wycisnąć z silników jak najwięcej.
Sternik skinął tylko głową i odwrócił się do konsoli. Jego palce rozpoczęły szaleńczy taniec pośród jej kolorowych przycisków.
- Panie Black. Alarm bojowy. Naładować systemy uzbrojenia. Włączyć urządzenie maskujące.
Światła przygasły i zastąpione zostały przez czerwoną poświatę. Na korytarzach i w kwaterach całego okrętu rozległy się sygnały alarmowe. Załoga z pośpiechem zajmowała swe stanowiska.
Kruk przyspieszał coraz bardziej, skręcając delikatnie przez lewą burtę.
- Panie Kamiński. Jaką mamy prędkość i przewidywany czas przybycia do Układu Motyla?
- Warp 9,79; około 12 minut – odpowiedź padła natychmiast.
Czarno czerwony okręt mknąc prawie dwa tysiące trzysta razy szybciej od światła zafalował nagle i zniknął, pozostawiając po sobie tylko pustkę – to zadziałało urządzenie maskujące, ukrywając skutecznie Kruka przed wszelkimi sensorami... Drapieżnik, spragniony krwi, rozpoczął polowanie na kardaziańską zdobycz...
***
ORP Karzeł mknął, napędzany swymi silnikami impulsowymi, jak szalony. Jednak próba ucieczki powolnym transportowcem była z góry skazana na niepowodzenie. Był on o niebo wolniejszy od ścigających go jednostek.
Kardazianie podeszli do pościgu bardzo profesjonalnie. Oba Galory zajęły się pogonią bezpośrednią i szybko zaczęły pomniejszać dystans. Keldon natomiast wszedł w Warp i zniknął, by pojawić się po drugiej stronie sektora.
Transportowiec zmienił lekko kurs tak, jakby chciał uniknąć spotkania z Keldonem, jednak ten desperacki manewr nie przyniósł oczekiwanych skutków. Ścigające go okręty były coraz bliżej i bliżej.
Pierwszy Galor właśnie znalazł się w zasięgu strzału. Żółty promień oderwał się od dziobu statku i poszybował z szybkością światła w kierunku masywnej sylwetki uciekiniera. Swoją drogę zakończył dość szybko, trafiając w rufową sekcję tarcz. Towarzyszył temu błysk i przez moment niewidzialna sfera otaczająca podłużną sylwetkę ukazała się oczom ewentualnych obserwatorów.
- Tylne osłony 84% - zabrzmiało na mostku od strony konsoli taktycznej. Oficer taktyczny zawdzięczał swój spokój wielu latom treningu. Choć w duchu już pogodził się z Bogiem i modlił się teraz o swoich bliskich, na dalekiej planecie, nie okazał po sobie słabości.
- Wyłączyć wszystkie zbędne systemy i przekierować moc do tylnych osłon – rozkaz pierwszego oficera zdopingował wszystkich do działania.
Tymczasem kolejna żółta wiązka pomknęła w kierunku Karła. W chwilę potem drugi Galor znalazł się w zasięgu i także jego wiązki przyłączyły się do ostrzału.
- Tylne osłony 43%.
Kapitan Carter i Koszk spojrzeli jednocześnie na ogromny kształt Karła rysujący się tuż obok maleńkiego wraku.
- To już nie potrwa długo – głos pani kapitan był pozbawiony nadziei na ocalenie. Spojrzała na Koszka – Jesteś wspaniałym mechanikiem. Dziękuję ci za wszystko, co zrobiłeś dla mnie i dla statku...
- Nie ma o czym mówić... Miejmy jednak nadzieję, że wszystko skończy się dobrze... – sam nie wierzył w to, co przed chwilą powiedział. Myślami był w maszynowni transportowca. Oczyma wyobraźni widział kolegów, jak dwoją się i troją, by zapewnić jak najwięcej mocy tylnym tarczom i silnikom.
- Tylne tarcze 19%. Wykrywam mikrouszkodzenia kadłuba od wstrąsów... – zabrzmiało z ich komunikatorów. Spojrzeli sobie w oczy... Tak strasznie jest umierać w samotności... Przytulili się do siebie, na tyle, na ile pozwoliły na to kombinezony...
Transportowiec trząsł się od trafień poziom osłon wciąż spadał. W tym momencie do gry dołączył nowy gracz... Zamaskowany okręt wyskoczył z Warp.
Na mostku Kruka rozbrzmiał głos oficera taktycznego:
- Wykrywam transportowiec ORP Karzeł. Jest ścigany i ostrzeliwany przez dwa Galory. Na krawędzi sektora oczekuje jeden Keldon. Galory zapędzają transportowiec w jego kierunku. Osłony Karła wciąż słabną...
- Dziękuję panie Black, jak tylko znajdziemy się w zasięgu, zdjąć kamuflaż i pociąć mi ich na żyletki. Sternik, kurs na Galory, maksymalna impulsowa.
- Tak jest – padło równocześnie z dwóch stanowisk.
Kruk ruszył szybko w kierunku miodowych sylwetek i gdy tylko znalazł się w zasięgu strzału, wyłączył urządzenie maskujące. Oczom Kardazian ukazał się anioł zemsty, dyszący niczym niepohamowaną żądzą zniszczenia. Desruptory dziobowe i boczne rzygnęły białym światłem w stronę pierwszego z Galorów. W chwilę potem wszystkie cztery wyrzutnie torped także dowiodły, iż nie są tylko ozdobą. Cztery torpedy z ogromną szybkością odnalazły przed sobą zaprogramowany cel i niemal równocześnie cztery komputery pisnęły radosnym dźwiękiem, zwiastującym bliską zagładę dla kardaziańskiego okrętu.
- Sternik zwrot przez sterburtę. Panie Black, dołożyć mu z rufowych.
Kruk nadspodziewanie zwrotnie wykonał rozkaz komandora i rzygnął z rufowych wyrzutni. Tymczasem pierwszy z Galorów, który utracił całkowicie osłony w wyniku pierwszej salwy, próbował jakichś manewrów unikowych. Na niewiele mu się to zdało – trzy torpedy, przy serii eksplozji, rozorały okręt prawie na pół. Przy akompaniamencie potępieńczych zgrzytów i snopach iskier, gigantyczne naprężenia targające, już w tej chwili, wrakiem okrętu, dokończyły dzieła zniszczenia, rozdzierając go do końca. Kruk okrążył tymczasem Karła i rozpoczął systematyczny ostrzał pozostałego Galora. Kardazianie nie pozostali zresztą dłużni. Rozpoczęła się walka manewrowa. Galor przewyższał minimalnie Kruka zwrotnością, lecz nie miał 360° pola ostrzału, które w przypadku Kruka wyrównywało, a nawet dawało mu większe szanse w walce.
Tymczasem załoga Keldona połapała się, że polowanie na bezbronny transportowiec przemieniło się w bitwę z nowym przeciwnikiem. Czym prędzej zmienili kurs swego okrętu i przyspieszyli.
- Kapitanie – Józef Black mówił opanowanym głosem – Keldon za 30 sekund włączy się do walki. W tej chwili namierzają Karła. Prawdopodobnie chcą go zniszczyć, nim zajmą się nami.
- Nie możemy im na to pozwolić! Jaki jest stan osłon Galora?
- 20% i spada – jeszcze kilka salw i będzie wspomnieniem – na twarzy taktycznego malował się pełen samozadowolenia uśmiech.
- Nasz status?
- Osłony na 75%, trzymają, niewielkie mikrouszkodzenia od wstrząsów na pokładach 3, 7 i 9.
Kruk wykonał jeszcze jeden zwrot i kontynuował atak.
Tymczasem załoga Galora zaabsorbowana walką wcale nie zwracała uwagi na ostrzeżenia komputerów. Jedna z połówek wraku znalazła się niebezpiecznie blisko. Gdy zorientowali się w sytuacji, było już za późno. Desperacki manewr unikowy w ogóle nie odniósł skutku. Połowa zniszczonego wcześniej okrętu uderzyła z impetem w osłabione osłony, przenikając przez nie, jakby ich wcale nie było i dotarła błyskawicznie do niczym już nie chronionego burszynowego kadłuba.
Obserwująca biernie walkę załoga transportowca mogłaby przysiąc, że do ich uszu dotarł straszny skowyt rozdzieranego poszycia miażdżonej jednostki. Oczyma wyobraźni widzieli wyraźnie panikę i śmierć szalejącą na pokładzie niszczonego Galora, lecz w ich sercach nie pojawiła się ani odrobina litości.
Kruk tymczasem zgrabnie wziął kurs na zbliżającego się Keldona, który musiał zmienić teraz swoje priorytety.
Na mostku polskiego okrętu panowała radość. Ostudził ją kapitan.
- Jeszcze nie skończyliśmy... Jak dotąd wspaniała robota, ale nadal mamy to żółte [beeep] przed dziobem – głos wyprany z emocji troszkę wszystkich zdezorientował.
- Panie Black, najpierw salwą: desruptory i torpedy. Proszę ustawić tryb zbliżeniowy i celować w generatory osłon. Potem ogień wolny.
Taktyczny skinął głową nic nie mówiąc.
- Panie Kamiński, mamy być jak mały szczeniak - cholernie ruchliwi i zwinni.
- Tak jest! – z entuzjazmem krzyknął sternik i powrócił do swoich obowiązków.
Keldon tymczasem zbliżył się na odległość gwarantującą skuteczny ostrzał i otworzył ogień. Trzy żółte wiązki dosięgły Kruka. Osłony polskiego okrętu zamigotały wszystkimi kolorami tęczy, rozpraszając uderzającą w nie energię. W chwilę potem wyrzutnie wroga wypluły dwa złote punkciki, które pomknęły po zakrzywionej paraboli w kierunku czarno czerwonej sylwetki. Kruk wykonał popisowy unik i z gracją ominął torpedy, po czym sam zaatakował. Niebieskie światełka torped i białe wiązki desruptorów rozbłysły w czarnej, jak atrament przestrzeni, rozświetlanej zazwyczaj jedynie poświatą odległych gwiazd. Keldon począł wykonywać chaotyczne uniki, ale mimo to dwie torpedy trafiły w cel bezpośrednio, zaś kolejna eksplodowała tuż obok, skutecznie redukując poziom osłon do 68%. Chwilowa przerwa, wynikająca z konieczności ładowania się systemów uzbrojenia, nie trwała długo. Już po chwili okręty rozpoczęły walkę manewrową, wymieniając cios za ciosem. Wynik tej rozgrywki zależał od wytrzymałości tarcz, mocy broni i zwinności.
Pokłady Kruka drżały w rytm kolejnych kardaziańskich trafień, lecz załoga, działająca niezawodnie, niczym malutkie trybiki szwajcarskiego zegarka, wcale nie zwracała na nie uwagi. Wszyscy mechanicznie i odruchowo wykonywali swe funkcje. Na mostku oficerowie uwijali się jak w ukropie. Rozumieli dobrze, że stawką jest nie tylko własne życie, ale także los niemego jak dotąd widza – transportowca.
- Status!
- Osłony na 35%, mikrouszkodzenia na pokładach 3, 5, 7, 8 i 9, wyciek plazmy na pokładzie 2, awaria systemów podtrzymywania życia na pokładzie 10.
- Status przeciwnika.
- Osłony na 28%. Lekkie uszkodzenia poszycia.
- Panie Black, kontynuować ostrzał. Maszynownia – Komandor energicznie wydawał polecenia z szybkością karabinu maszynowego – dajcie mi więcej mocy do osłon.
- Panie kapitanie, pracujemy przy 140% obciążeniu!!!!!
- No to dajcie 150%!!!
Przez chwilę wydawało się, że mechanik coś jeszcze powie, ale nagle rozmyślił się i tylko potwierdził przyjęcie rozkazu.
Kolejny wstrząs sprawił, że przyćmione światła zamigotały. Z sufitu mostka posypały się iskry.
- Panie Kamiński, my zachowujemy się jak krowa, a nie jak szczeniak...
Sternik zmarszczył tylko brwi.
"Czy on jest całkowicie pozbawiony emocji??!!" – przemknęło mu przez głowę, ale tylko wzruszył ramionami i zdwoił szybkość naciskania przycisków.
Kruk, niczym dziabnięty niewidzialną ostrogą, wykręcił dziwaczny piruet i rzygnął zabójczą energią w kierunku Keldona. Ten atak przeważył szalę. Wroga jednostka pozbawiona osłon zamieniła się w kulę ognia przyprawioną odłamkami metalu, po czym przestała istnieć.
Na mostku Kruka zabrzmiały wiwaty. Piotr mógłby przysiąc, że gdyby załoga miała czapki, pofrunęłyby one w powietrze. On sam czuł euforię – oto rozpoczął swoją zemstę...
- Pierwszy, raport!
- Osłony 15%, mikrouszkodzenia wykryte na pokładach 3, 4, 5, 7, 8, rozszczelnienie poszycia na pokładzie 9, wyciek plazmy na pokładzie 2, już opanowany, trwają prace naprawcze na pokładzie 10.
- Jacyś ranni, zabici?
- Mamy 35 rannych i 6 zabitych.
- Miejmy nadzieję, że straty się nie powiększą... Ok. Wywołać transportowiec.
- Otwieram kanał – łącznościowiec zabrał się do roboty – kanał otwarty.
Na ekranie ukazała się twarz pierwszego oficera Karła.
- Dziękujemy za pomoc, przylecieliście w samą porę...
- Podziękuje mi pan, gdy znajdziemy się w Fortecy – przerwał wywód Weber – a teraz proszę powiedzieć mi, czy macie na pokładzie rozbitka???
- Nie. Rozbitek, kapitan i główny mechanik są na pokładzie wraku wahadłowca, który jest utzymywany przy naszej prawej burcie wiązką holowniczą.
- Zrozumiałem, zajmiemy się nim, a teraz proszę mnie uważnie posłuchać. Za chwilę przejdziemy na waszą prawą burtę i przechwycimy naszą wiązką holującą wrak. Jak tylko z nim skończymy, opuścicie osłony i przeniesiemy was na Kruka, tuż przed tym włączona zostanie autodestrukcja transportowca, proszę potwierdzić przyjęcie rozkazów.
- Rozkazy zrozumiałem i wykonam, choć pani kapitan się to pewnie nie spodoba – mina pierwszego mówiła sama za siebie. On był tego pewien.
- Nic na to nie poradzę. Nie możemy was chronić przez całą drogę. Weber koniec.
Rozsiadł się wygodniej w fotelu kapitańskim.
- Panie Kamiński, ta ostatnia ewolucja naprawdę mi się podobała – uśmiech na twarzy kapitana podobał się za to Kamińskiemu – sam pan ją wymyślił?
- Sam panie kapitanie.
- Dodamy ją po powrocie do podręcznika akademii, z pana nazwiskiem oczywiście, a teraz proszę nas zabrać na prawą burtę Karła.
- Tak jest.
Kruk powoli ruszył do przodu i ostrożnie okrążył nieruchomą bryłę transportowca. W iście żółwim tempie począł zbliżać się do poskręcanego wraku, aż do momentu zajęcia dogodnej pozycji. Z rufy okrętu wystrzeliła błękitna wiązka bezbłędnie trafiając w sam środek małego stateczku. Po chwili spoczął on delikatnie w hangarze głównym Kruka. Natychmiast pojawili się obok niego technicy i sanitariusze. Ranna kobieta została przeniesiona na noszach do ambulatorium, gdzie lekarz zajął się nią bardzo skrupulatnie.
Tymczasem rozwścieczoną Carter zaprowadzono w towarzystwie potulnego mechanika do pokoju operacyjnego. Gdy tylko przekroczyli drzwi, cała złość młodej pani porucznik przerwała tamy i wylała się na głowę siedzącego tam człowieka.
- Jakim prawem... – zaczęła, lecz uniesiona do góry ręka prawie natychmiast zatrzymała jej krzyk. Mężczyzna odezwał się cicho i spokojnie:
- Jest pani tutaj gościem, moja cierpliwość ma swoje granice, a w pomieszczeniach ochrony są bardzo milutkie cele... – głos był zimniejszy niż lodowe pustkowia planety Kala 4 - Gdyby nie Kruk właśnie spadałaby pani pod postacią atomów w kierunku najbliższej gwiazdy... Zostawiamy pani okręt, ponieważ jest powolny, bezbronny i łatwy do wykrycia... Czy wie pani, kim jest rozbitek?
- Nie. Była cały czas nieprzytomna.
- Cóż... W takim razie dziękuję. Możecie państwo udać się do swojej kajuty i odpocząć. To wszystko. – Weber wstał i wyszedł zostawiając wściekłą porucznik i Koszka w pokoju wraz z marynarzem z ochrony.
Szedł szybko. Kierował się do ambulatorium. Idąc powiedział do komunikatora.
- Pierwszy, przenieście załogę z Karła i odsuńcie nas na bezpieczną odległość. Jak tylko zakończycie procedurę przenoszenia, włączyć kamuflaż.
- Zrozumiałem – dobiegło z malutkiego głośnika.
Dotarł do ambulatorium po dwóch minutach. Drzwi rozsunęły się z cichym sykiem. Nigdy nie lubił tej "pracowni konowałów" – zawsze odnosił wrażenie, że dziwnie w niej pachnie. Teraz 3/4 łóżek było zajęte, a doktor i sanitariusze krzątali się doglądając chorych.
Weber podszedł do najbliższego łóżka. Leżała na nim znaleziona we wraku kobieta. Przyglądał jej się przez chwilę. Była ładna. Lekko owalna twarz, zadziorny nosek, kształtne wargi, wszystko to otoczone włosami barwy kasztanowca sięgającymi do ramion. Figurę też miała perfekcyjną. Tylko oczy pozostawały niewidoczne – kobieta spała.
- Doktorze. Jaki jest jej stan? Wiemy coś o niej?
- W tej chwili śpi. Miała złamane trzy żebra. Przyniesiono ją w stanie skrajnego wychłodzenia organizmu... Technicy zbadali ten wrak – wyłączyła wszystko, pozostawiając tylko nadajnik. Zaś, co do danych personalnych, komputer krzyknął mi, że nie mam uprawnień – w głosie doktora zabrzmiała nutka oburzenia.
- Proszę się o to nie martwić – mówiąc to komandor podszedł do stolika, na którym leżał osmalony PADD – co to?
- Kurczowo trzymała tego PADDa, może pan go sobie zabrać... A teraz, jeśli pan wybaczy, kapitanie, mam pacjentów...
- Dobrze, dobrze, łapiduchu, już mnie nie ma – Weber uśmiechnął się i skierował się ku drzwiom. Zamknęły się one z sykiem. Jednocześnie z nim pisnął komunikator.
- Kapitanie, wykrywam okręt wchodzący do systemu. Ma sygnaturę Federacji.
- Federacja??!! Tutaj??!! – zamruczał zdziwiony komandor – proszę mnie natychmiast przenieść na mostek!!!
Na moment zamknął oczy i po chwili otworzył je, będąc już na mostku.
***
W tym samym czasie, odległy system Plavia miał być niemym świadkiem zagłady konwoju DA492. Tworzyły go cztery transportowce tej samej klasy, co Karzeł. Eskortę stanowiły dwa B'Rel'e – ORP Dzięcioł i ORP Turkawka. Konwój zmierzał do planety Rubikon w sąsiednim systemie, gdzie Flota RP założyła niedawno bazę. Transportowany ładunek nie był ważny, dlatego otrzymał on tak małą eskortę. Kto chciałby atakować 4 transportowce wiozące jakieś części zamienne i środki czystości??? Jednak chętni znaleźli się...
Pięć federacyjnych okrętów klasy Akira wyskoczyło z Warp tuż przed konwojem. Natychmiast uniosły osłony i naładowały broń, po czym bardzo precyzyjnie zajęły się eskortą. ORP Dzięcioł podniósł osłony. Zręcznie uniknął kilku wystrzelonych w jego kierunku torped. Wziął na cel najbliższą Akirę i odpalił torpedy oraz desruptory, lecz federacyjny okręt uciekł przed pomarańczowymi punkcikami, powtarzając wcześniejszy manewr B'Rel'a. ORP Turkawka natychmiast dołączył do swego towarzysza. Wspólnymi siłami udało im się wyłączyć z walki jedną Akirę, która po utracie osłon wskoczyła w Warp. Pozostałe jednostki federacji przypuściły w odpowiedzi atak na Dzięcioła. Zmasowany ostrzał przebił się przez tarcze polskiego statku. ORP Dzięcioł rozcięty pięcioma żółtymi promieniami, zniszczony został ostatecznie przy pomocy dwóch żółtych torped. Teraz pod postacią szczątków dryfował po lewej stronie konwoju.
Kapitan Turkawki był weteranem wielu starć. Choć uczucia mówiły, by kontynuować walkę, stłumił je ze wszystkich sił i wydał komendę podyktowaną doświadczeniem, która zmroziła wszystkich na mostku.
- Włączyć kamuflaż!!!
B'Rel zafalował i zniknął. Napastnicy przerzucili się na transportowce, w kilka chwil zamieniając je po kolei w dymiące wraki i chmury szczątków.
Kapitan patrzył na to wszystko z zaciśniętymi pięściami. Wyraz bezsilnej wściekłości zagościł mu na twarzy. Oto tuż przed nim cztery okręty "sojusznicze" mordowały bez litości załogi polskich statków, a on nie mógł nic zrobić. Coś mu jednak w tym obrazie zagłady nie pasowało. Zmrużył na chwilę oczy, po czym szeroko je otworzył. Federacja nie używa desruptorów spiralnych, które mają charakterystyczny żółty kolor wiązek...
Nie! Musiał źle widzieć, przecież to Akiry...
- Sternik, nic tu po nas... Kurs na Fortecę, maksimum Warp – spojrzał w nachmurzone twarze swoich oficerów – weźmiemy za nich odwet i to już niedługo!
Niewidoczny kształt zatoczył niewielkie koło i skoczył w Warp. Niedługo potem to samo uczyniły okręty federacyjne.
System Plavia opustoszał...
***
- Co to za okręt??? – Weber zapytał od razu.
- Klasa Akira, oznaczony jako USS Nevada.
- Jaka jest nasza sytuacja?
- Transport załogi Karła zakończony, system autodestrukcji aktywny. Oddalamy się od niego na impulsowej z włączonym maskowaniem.
- Dobrze! Wyłączyć wszystkie zbędne systemy. Nas tu nie ma... Udajemy pustkę – padł rozkaz – chcę się przekonać, co on zrobi – dodał - Ile czasu do eksplozji Karła?
- Jakieś 3 minuty.
Kruk zwolnił i ustawił się dziobem w kierunku USS Nevada. Akira natomiast przeprowadziła dokładny skan sektora i upewniwszy się, że w systemie nie ma żadnych statków poza Karłem, uniosła osłony i naładowała broń. Po czym obrała kurs wprost na nieruchomy transportowiec.
Weber patrzył na to wszystko zdumiony...
- Kapitanie – Black nerwowo poinformował – Nevada namierza Karła, za chwilę znajdą się w zasięgu skutecznego ostrzału.
- Widzę poruczniku... Zapomniał pan? Nas tu nie ma! Czas do wybuchu?
- Około 1 minuty.
USS Nevada tymczasem wciąż pomniejszała dzielący ją od transportowca dystans. Już dawno znalazła się w odległości zapewniającej skuteczny ostrzał, lecz mimo to kontynuowała zbliżanie. W końcu, gdy była w połowie zasięgu systemów uzbrojenia, zatrzymała się. W mgnieniu oka z federacyjnego okrętu wystrzeliła zabójcza dawka energii. Cztery żółte wiązki i świetliste punkciki niemal jednocześnie rozorały masywny kadłub Karła, zadając mu śmiertelny cios. W chwilę potem resztki okrętu eksplodowały w oślepiającym błysku. To systemy samozniszczenia zadziałały pomimo poważnych uszkodzeń zadanych przez napastnika.
Akira natychmiast przerwała ostrzał, wykonała zwrot przez sterburtę i wskoczyła w Warp. Kruk pozostał sam na pobojowisku...
- Panie Kamiński, mam już dość na dziś tego systemu, kurs na Fortecę, maksymalna Warp.
Kruk lekko przechylił się na lewą burtę i wskoczył w Warp, pozostawiając za sobą cmentarzysko martwych wraków.
- Czy ostatni atak został zarejestrowany? – z ust kapitana padło pytanie skierowane do oficera naukowego.
- Potwierdzam.
- Bardzo dobrze. Proszę zadbać, by nic się z nagraniem nie stało. Panie Kamiński, ile zajmie nam powrót?
- Przy obecnej prędkości około 12 godzin.
Kruk płynął poprzez przestrzeń sto razy szybciej niż światło. Mechanicy woleli nie wodzić fortuny na pokuszenie – silniki zostały poważnie nadwyrężone podczas walki.
- Pierwszy, mostek jest twój – Weber rzucił przez ramię, kierując się do swej kwatery – powiadom mnie, gdyby stało się coś dziwnego.
Drzwi zamknęły się za nim z cichym sykiem. Weber usiadł przy biurku i popatrzył na trzymany wciąż w dłoni osmalony PADD. Odłożył go po chwili na biurko. Wolał nie sprawdzać, jakie zabezpieczenia zainstalował w nim wywiad. Technicy potrafili być bardzo pomysłowi. Zajmą się nim w Fortecy.
Dotknął klawiatury wtopionej w biurko i wywołał bazę personalną. Wprowadził do niej odciski palców pobrane w ambulatorium od kobiety z wraku. Komputer zażądał kodu dostępu piątego poziomu. Wprowadził długi ciąg znaków i skoncentrował się na wyświetlanych danych.
"Komandor porucznik Miriell West, urodzona w bazie gwiezdnej numer 13..." – przebiegł pobieżnie oczyma po nieistotnych informacjach, przebiegu służby, dość imponujących osiągnięciach, by zatrzymać wzrok na kilku ostatnich zdaniach – "... przeszkolona w zakresie operacji szpiegowskich na głębokim zapleczu wroga. Ostatni przydział – siatka wywiadowcza, Kardaz 1..."
Wstał zza biurka i położył się na koi. "Muszę to sobie przemyśleć..."
***
ORP Turkawka i ORP Kruk prawie jednocześnie wyskoczyły z Warp w bezpiecznej odległości od Fortecy.
- Tu ORP Kruk. Przesyłam kody identyfikacyjne. Prosimy o zgodę na dokowanie i przygotowanie personelu medycznego – mamy rannych – przekazał oficer łączności.
- Przyjąłem, udzielam zgody na dokowanie w doku 14. Witajcie w domu!
W swojej kwaterze Weber zakładał kurtkę mundurową. Po chwili wkroczył pewnym krokiem na mostek.
- Pierwszy, chcę mieć ochronę, gdy będę szedł na spotkanie z admirałem. Nasz rozbitek także ma mieć ochronę podczas transportu.
- Rozumiem.
***
Szedł wyludnionymi korytarzami na spotkanie z admirałem. Zostały one wcześniej oczyszczone profilaktycznie z wszelkiego personelu. Wszedł do gabinetu i złożył pełny raport. Podał admirałowi PADD. Ten przekazał go natychmiast technikom z wywiadu.
W drodze powrotnej, już bez funkcjonariuszy ochrony, minął na korytarzu siwego kapitana Turkawki zmierzającego w przeciwnym kierunku. Udał się na poziomy szpitalne. Chciał porozmawiać z uratowaną agentką wywiadu...
Dyżurujący doktor nie sprzeciwiał się zbyt ostro, widząc jego poważny wyraz twarzy. Usiadł przy łóżku...
Dziewczyna naprawdę była ładna... Chyba zaczynała mu się podobać w ten "specjalny" sposób... Odgonił gwałtownie od siebie te myśli...
Głowa leżącej poruszyła się nieznacznie... Powieki poruszyły się i ukazały, skrywane dotąd, oczy o tęczówkach barwy głębokiego brązu... Kobieta zlustrowała otoczenie i uczyniła ruch, jakby próbowała wstać, ale udało jej się jedynie usiąść...
- Spokojnie – wyszeptał – jesteś już bezpieczna. Leżysz na oddziale szpitalnym Fortecy...
- Co z danymi??? – przerwała mu gwałtownie, odwracając głowę w jego kierunku – co z PADDem???
- Wywiad już go ma, możesz się odprężyć...
Na jej piękną twarz spłynęła dziecięca radość. Do oczu napłynęły łzy ulgi. Zaniosła się płaczem. Przytulił ją, dziwiąc się temu odruchowi...
- Już dobrze, dobrze... – uspokajał dziewczynę – wszystko będzie dobrze...
Czuł się dziwnie. Już dawno bliskość innej osoby nie sprawiła, że był tak spokojny i dobrze się czuł...
"Może coś w tym jest..." – pomyślał...
***
- Jest pan pewien? – admirał wciąż niedowierzał słowom oficera wywiadu.
- Tak jest. Poza tym nagrania z obu okrętów potwierdzają dane z PADDa. Nie znamy jeszcze kilku szczegółów. Ile mają jednostek wyposażonych w to urządzenie maskujące? Czy umożliwia ono podszycie się pod dowolny okręt, czy tylko pod Akirę? I przede wszystkim - w jaki sposób Kardachy położyli łapę na tej technologii. Wyprzedza nas ona dość znacznie.
- Czy możemy opracować jakiś system ich identyfikacji, obrony? – kolejne pytania admirała zawisły w ciszy pomieszczenia, niczym groźba zagłady.
- Mam nadzieję, że tak. Prace nad odpowiednim systemem już trwają. Nie mogę jednak podać terminu ich ukończenia. Poza tym utraciliśmy naszą siatkę na Kardaz 1, a to odcięło nas od najświeższych informacji. Mogą już modyfikować swoje urządzenie, a to raczej nie jest przyjemna perspektywa...
- Musimy poinformować o tym innych – stwierdził admirał – proszę przygotować szyfrowane połączenie z Naczelnym Dowództwem, a potem z Imperium i Radą Federacji... – rzucił w kierunku komunikatora.
Zlotym i srebrnym przetykane swiatlem,
Blekitne, ciemne, przydymione szaty
Nocy i swiatla, i polswiatla,
Rozpostarlbym je pod twoje stopy.
Lecz biedny jestem: me skarby -- w marzeniach,
Wiec ci rzucilem marzenia pod stopy;
Stapaj ostroznie, stapasz po marzeniach...
#16
Napisano 11.09.2004 - |00:07|
Mam nadzieję, że się wam podobało...
Zlotym i srebrnym przetykane swiatlem,
Blekitne, ciemne, przydymione szaty
Nocy i swiatla, i polswiatla,
Rozpostarlbym je pod twoje stopy.
Lecz biedny jestem: me skarby -- w marzeniach,
Wiec ci rzucilem marzenia pod stopy;
Stapaj ostroznie, stapasz po marzeniach...
#17
Napisano 11.09.2004 - |18:13|
Teraz trochę krytyki. Może nie znam dokładnie realiów ORP, w końcu jest wojna i ledwie ciągną, ale w Treku nie podchodzi się do baru i uiszcza należność.
Kombinezon poplamiony smarem? No nie wiem. Układy plazmowe to nie urządzenia mechaniczne.
To jest ORP. Czemu więc tak mało polskich nawzisk?
Carter dowódcą transportowca? Jakiś ortodoksyjny fan SG1 mógłby Cię za to udusić, ale ja do takich nie należę.
Ten prom był strasznie rozwalony. Wiązka holownicza mogła go rozerwać. Nie lepiej było podlecieć bliżej?
Kruk miał być bardzo zwrotny. O ile się orientuję, statki Kardazjan nie są zbyt zwrotne. Wydaje mi się, że w walce manewrowej zwrotność powinna być kolejną przewagą Kruka.
Sensory w ST są w stanie wykryć sygnaturę broni i rozpoznać przynależność. Podobnie z resztą jak z uruchomioną procedurą samozniszczenia.
#18
Napisano 11.09.2004 - |22:25|
Tu nie wiem dlaczego tak napisałem... W sumie Polska to nie Federacja... Tak mi to wszystko po prostu spod paluszków wyskoczyłoMoże nie znam dokładnie realiów ORP, w końcu jest wojna i ledwie ciągną, ale w Treku nie podchodzi się do baru i uiszcza należność.
Tu masz rację, jednak mechanik, to mechanik....Kombinezon poplamiony smarem? No nie wiem. Układy plazmowe to nie urządzenia mechaniczne.
Tuż po powstaniu Państwa Polskiego powiedziane było, iż zmienić obywatelstwo może każdy. Polskimi obywatelami są ludzie o różnych nazwiskach - pamiętajmy, że przez wiele wieków Polski nie było, więc nazwiska się zmieniły, zamerykanizowały... Poza tym obywatelami Państwa Polskiego są także przedstawiciele innych ras (tutaj nie pojawili się, ponieważ mam zbyt mało wiadomości na temat nazwisk i imion z poszczególnych ras).To jest ORP. Czemu więc tak mało polskich nawzisk?
Postanowiłem wpleść zadziorną, ciekawską i troszkę kozacką panią porucznik, jako ciekawy akcent i malutką cząstkę mojego ulubionego serialu. Nie zmienię tego za żadne skarby. Nie wykluczam dla niej jakiegoś innego ciekawego okrętu... No i jeszcze z Koszkiem też pewnie się spotkamyCarter dowódcą transportowca? Jakiś ortodoksyjny fan SG1 mógłby Cię za to udusić, ale ja do takich nie należę. Przynajmniej jak dolecieli do transportowca to pojawiła się stara dobra Carter. Ale od roboty kapitan ma ludzi.
Na to odpowiedzi nie mam - mogę powiedzieć jedynie, że byli ostrożni, poza tym to nie był prom, lecz wahadłowiec. (Promy nie latają z prędkością Warp, wahadłowce takTen prom był strasznie rozwalony. Wiązka holownicza mogła go rozerwać. Nie lepiej było podlecieć bliżej?
Jeśli chodzi o zwrotność, to wnioski wusnuwałem na podstawie gry SC3 (starfleet commnad 3), a tam galory, z którymi miałem się okazję spotkać były zwrotne.Kruk miał być bardzo zwrotny. O ile się orientuję, statki Kardazjan nie są zbyt zwrotne. Wydaje mi się, że w walce manewrowej zwrotność powinna być kolejną przewagą Kruka.
Pomysł napisania opowiadanka zrodził się podczas gry w grę wspomnianej wcześniej. Tam ma miejsce sytuacja podobna - jest urządzenie zmieniające całkowicie sygnaturę i wygląd okrętu. Za wiele na ten temat wam nie napiszę, ponieważ zamierzam ten wątek rozwinąć... Co do samozniszczenia - może nie zwrócili uwagi, a myśleli że PADD jest na pokładzie transportowca (jak ja kocham spekulacjeSensory w ST są w stanie wykryć sygnaturę broni i rozpoznać przynależność. Podobnie z resztą jak z uruchomioną procedurą samozniszczenia.
Mam zamiarek, jak się zorientowaliście z powyższej wypowiedzi, pisać nadal... ale nie wiem kiedy dostarczę kolejne opowiadanko - mam napięta sytuację i urwanie głowy... Postaram się coś niedługo dla was wypichcić...
To na razie tyle tytułem wyjaśnień....
Zlotym i srebrnym przetykane swiatlem,
Blekitne, ciemne, przydymione szaty
Nocy i swiatla, i polswiatla,
Rozpostarlbym je pod twoje stopy.
Lecz biedny jestem: me skarby -- w marzeniach,
Wiec ci rzucilem marzenia pod stopy;
Stapaj ostroznie, stapasz po marzeniach...
#19
Napisano 12.09.2004 - |08:02|
Tak jest tylko w Federacji, bo zaczeli wyznawać zasade iż pieniędzy im nie potrzeba, że ważnijsza od nich jest federacyjna utopijna filozofia. Efekt: obywatele federacja są zawsze tymi co pożyczają pieniądzeMoże nie znam dokładnie realiów ORP, w końcu jest wojna i ledwie ciągną, ale w Treku nie podchodzi się do baru i uiszcza należność.
Co nie znaczy że na okręcie nic się nie smaruje:) Równie dobrze nasz wiecznie nażekający mechanik mugł z zamiłowania składac sobie coś w kajucie, samochud z XX wieku, lub motor (coś jak Garibaldi:) )Kombinezon poplamiony smarem? No nie wiem. Układy plazmowe to nie urządzenia mechaniczne.
Wiązka nie powinna rozerwać niczego, chyba ze tak sie ją ustawi. To nie chwytak magnetyczny jak na Entku, ona jak złapie to za całe poszycieTen prom był strasznie rozwalony. Wiązka holownicza mogła go rozerwać. Nie lepiej było podlecieć bliżej?
Galor jest około pięć i pół raza zwrotnijszy od Galaxy a to wcale nei mało. Tu masz w bazie danych opisane okręty poszczególnych frakcji, w tym CardassianskieKruk miał być bardzo zwrotny. O ile się orientuję, statki Kardazjan nie są zbyt zwrotne. Wydaje mi się, że w walce manewrowej zwrotność powinna być kolejną przewagą Kruka.
Taką sygnaturę broni da się ukryć, pare razy w treku mialo to miejsce. Zaś co do sekwencji autozniszczenia to nie był bym tego taki pewny, moze jakby szukac dokładnie to by zauwazyc ale tak...Sensory w ST są w stanie wykryć sygnaturę broni i rozpoznać przynależność. Podobnie z resztą jak z uruchomioną procedurą samozniszczenia.
<szeptem> Promy też, tylko wolniej(Promy nie latają z prędkością Warp, wahadłowce tak )
Qoy puqbe'pu'
yoHbogh matlhbogh je SuvwI'
Say'moHchu' may' 'Iw
maSuv, manong, 'ej maHoHchu'
nI'be' yInmaj 'ach wovqu'
batlh maHeghbej 'ej yo' qIjDaq
vavpu'ma' DImuv.
pa' reH maSuvtaHqu'.
mamevQo'.
maSuvtaH ma'ov.
#20
Napisano 30.12.2004 - |21:13|
TYTUL: Upiory przeszłości...
AUTOR: Piotr ”KaTHArN” Kępski
KONTAKT: weber80@interia.pl
PRAWA WLASNOSCI: TA HISTORIA MOZE BYC ROZPOWSZECHNIANA BEZ ZGODY AUTORA TAK DLUGO, JAK DLUGO NIE WIAZE SIE TO Z UZYSKIWANIEM KORZYSCI MAJATKOWYCH W ZADNEJ FORMIE.
--------------------------------------- Copyright/Disclaimer Notice --------------------------------------
Chcę zaznaczyć, że nie jestem właścicielem żadnej rzeczy umieszczonej w tym opowiadaniu, a będącej pod ochrona praw autorskich któregokolwiek ze studiów. Tylko część postaci oraz technologii należą do mnie i biorę za nie pełną odpowiedzialność. Opowiadanie niniejsze zostało stworzone dla rozrywki autora i czytelników i nie ma na celu uzyskania korzyści majątkowych.
TO STWIERDZENIE MUSI POZOSTAC W NIEZMIENIONEJ FORMIE PODCZAS DYSTRYBUCJI OPOWIADANIA.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Upiory przeszłości...
Część 1
Biegła potykając się przez mroczny zaułek. Ciężki oddech odbijał się echem od pionowych ścian w kolorach ciemnego brązu. Zatrzymała się na chwilkę, by nabrać oddechu. Jej głowa, niczym piłeczka osadzona na sprężynie, gwałtownie odwróciła się do tyłu, nasłuchując.
"Może już mnie nie ścigają, może ich zgubiłam..." – beznadziejna myśl pojawiła się szybko i równie szybko została wyparta przez odgłos wielu ciężkich, podkutych buciorów walących o bruk.
Pogoń nie straciła tropu swej zwierzyny. Grupę pościgową prowadził młody Kardazianin. Na pierwszy rzut oka nie odznaczał się on od pozostałych sześciu, jednak z bliska, od razu rzucała się w oczy paskudna blizna, biegnąca niczym głęboki kanion, w poprzek twarzy. Drugą niezwykłą rzeczą, w tej wysokiej postaci były błękitne oczy. Niejednokrotnie ich lodowaty błysk przyprawiał podwładnych o drżenie łydek.
Poderwała się do dalszego biegu. Wiedziała każdą komórką i nerwem swego ciała, iż musi zebrać wszystkie siły, by uciec pogoni.
Znała bardzo dokładnie swego prześladowcę, aż zbyt dokładnie... Przez ostatnie pół roku, podczas organizowania siatki agenturalnej i później, gdy ich działalność zaczęła już przynosić owoce, zawsze czuła na plecach oddech tego młodego i zdolnego funkcjonariusza Obsydianowej Kasty, pełniącej funkcję wywiadu i kontrwywiadu. To właśnie jemu podlegał cały personel bezpieczeństwa głównego ośrodka badawczego na Kardaz 1.
Biegnąc starała się nie wywoływać zbyt dużego hałasu, jednak w pewnym momencie nadepnięty kamień wydał z siebie potępieńczy zgrzyt, po czym rozpadł się w proch pod naciskiem podeszwy. Postać uciekinierki zamarła na mgnienie oka nieruchomo w powietrzu, lecz momentalnie poderwała się do dalszego biegu.
Młody gilnn Tawak uśmiechnął się pogardliwie.
"Cóż za amatorka..." – pomyślał, przez ramię zaś rzucił:
- Chcę ją mieć w celi przed zmrokiem. I lepiej nie sprawcie mi zawodu – dodał.
Funkcjonariusze ochrony skulili się gwałtownie, jakby spojrzenie błękitnych oczu kładło im na karki ogromny ciężar. Pogardliwy gest młodego oficera podziałał na nich jak smagnięcie bicza – rzucili się z ogromną szybkością w kierunku uliczki, którą niedawno uciekała agentka... Tawak patrzył na ginące w mroku plecy swoich podwładnych, a na ustach trwał pogardliwy uśmiech.
- Pora na odrobinę rozrywki – mruknął pod nosem sam do siebie z tajemniczym uśmiechem...
Odwrócił się i wyszeptał coś do komunikatora. Blask pobliskiej lampy padł na metalowe insygnia glinn'a widniejące na kołnierzyku czarnego munduru, rzucając refleksy na ciemne kamienne ściany. Postać nagle rozmyła się i znikła.
***
Obudziła się zlana potem. Płuca z trudem łapały powietrze. Uniosła się na łóżku i wyszeptała:
- Komputer, światło.
Kwaterę zalał blask.
- Przyciemnij.
Światło przygasło. Rozejrzała się po kwaterze nieprzytomnym wzrokiem. Jej umysł nie obudził się jeszcze całkowicie. Przez głowę przelatywał wartki potok myśli.
"Dlaczego wciąż śni mi się tamta noc?"
"Co poszło nie tak?"
"Kto mi pomógł?"
Potrząsnęła gwałtownie głową. Na te trzy pytania nie umiała sobie odpowiedzieć. Usiadła na łóżku. To wszystko nie miało sensu. Przez pół roku z trudem organizowała siatkę agenturalną, właściwie nie niepokojona. Potem, gdy siatka zaczęła działać i zdobywać ważne informacje, nagłe odkrycie. To nie mógł być przypadek, ktoś zdradził. Na samą myśl o tym przebiegł ją dreszcz. Gryzło ją to od chwili wyjścia ze szpitala bazy, nie dawało jej spokoju nawet w nocy.
Wstała i weszła do łazienki. Może zimny prysznic pozwoli jej na zebranie myśli.
***
Myśli przebiegały przez jej umysł w szaleńczym tempie...
"Jak im uciec? Dokąd biec? Nie znam tej części miasta..."
Nagle odgłosy pogoni ucichły. Ścigana zatrzymała się prawie zawisając nieruchomo w powietrzu. Po chwili rozległ się śmiech. Pogardliwy, pełen triumfu, pochodzący z wielu gardeł. Napełnił uliczkę dudniącym echem, zdawał się dochodzić z dwóch kierunków...
Rozejrzała się przerażona...
"Okrążyli mnie..." - błyskawicznie przemknęło przez zdesperowany umysł.
Nagle zobaczyła po prawej stronie małą ciemną szczelinę w monolicie ścian. Rzuciła się w jej kierunku. Niepohamowana wola ucieczki dodała jej sił. Po kilkunastu krokach - kiedy minęła zakręt - siły opuściły ją... Przed sobą zobaczyła litą ścianę i zaspawane drzwi. Upadła na kolana...
"Trudno" - pomyślała - "to koniec..."
Językiem wyłuskała kapsułkę tkwiąca między zębami... Oficer na szkoleniu zapewniał, że śmierć nadchodzi błyskawicznie - w końcu kapsułka zawierała najbardziej śmiercionośną toksynę pochodzenia roślinnego znaną człowiekowi...
Zwiększyła nacisk na kruchą powierzchnię kapsułki... Nagle poczuła dziwny bezwład i świat zawirował - upadła na lodowaty bruk.
Pierwszą myślą, jaka pojawiła się w jej skołowanym umyśle było:
"Kłamał! Śmierć nie nadchodzi natychmiast..."
Jednak już po chwili została wyprowadzona z błędu... Padł na nią cień - ktoś pochylił się nad jej ciałem... Poczuła między zębami zimną stal ostrza noża, a potem palce w swoich ustach...
- Nie udało się szpiegu! - zabrzmiało zdanie pełne triumfu - tak łatwo nie umrzesz. Najpierw nam wszystko wyśpiewasz.
Podoficer grupy pościgowej uśmiechnął się do Miriell szyderczo, demonstrując wyjętą z jej ust kapsułkę. Po czym wciąż z tym samym zjadliwym uśmiechem wymierzył jej kopniaka w żołądek. Popatrzyła na niego z wściekłością.
- Grupa pościgowa gotowa do transportu - rzucił w kierunku komunikatora - Mamy naszego ptaszka – dodał, po czym znowu uśmiechnął się do niej.
Nie zauważyła nogi zmierzającej z ogromną prędkością w kierunku jej głowy. Poczuła tylko obezwładniający ból i straciła przytomność.
Leżąca kobieta i sześć postaci zamigotało, rozświetlając zaułek, po czym wszyscy rozpłynęli się w powietrzu.
***
Siedziała na ławce otoczona zielenią.
Kopuła zastępująca dach prezentowała zapierającą dech w piersiach pobliską mgławicę. Olbrzymie skupisko różnych gazów, kawałków rozerwanych potężnymi siłami gwiazd i planet, wisiało na pozór nieruchomo w pustce przestrzeni, rozjaśniając ją blaskiem w promieniu wielu lat świetlnych. Światło w wielu barwach, od jasnej żółci, poprzez odcienie pomarańczu i czerwieni, a na ciemnym fiolecie kończąc, płynęło we wszystkich kierunkach, trafiając także i tu – na promenadę widokową gigantycznej Fortecy.
Miriell jednak nie zwracała uwagi na mgławicę Feniksa, ani na otaczającą zieleń. Cały czas intensywnie myślała i analizowała swoje ostatnie dni na Kardaz 1. Nie mogła jednak, pomimo olbrzymich starań, odkryć jakiejkolwiek nieprawidłowości. Do tego ten niespodziewany ratunek...
***
Przebudzenie nadeszło dość gwałtownie. Świadomość powróciła natychmiast, gdy jej ciało spotkało się z twardą ścianą. To odprowadzający ją strażnicy przy pomocy kopniaków wepchnęli ją do malutkiej celi. Z trudem usiadła. Bolało ją całe ciało. Liczne sińce zdobiły miejsca trafień podkutych buciorów jej eskorty. Poruszyła głową by rozejrzeć się po swoim małym więzieniu. Syknęła. Obrót głowy spowodował uderzenie hydraulicznej prasy wprost w potylicę. Zalała ją fala nieopisanego bólu...
- Przynajmniej wiem, że żyję... – wymamrotała pod nosem.
Obróciła głowę jeszcze troszkę... Prasa zaatakowała ze zdwojoną siłą. Przed oczami zaległa ciemność, zastąpiona wkrótce przez czerwone pierścienie.
„Szkoda, że tym kopniakiem w głowę mnie nie zabił” – pomyślała...
Gdy ból troszkę osłabł przekręciła się tak, by widzieć lewą ścianę pomieszczenia. Ktoś nad samą podłoga brunatnej, metalowej płyty wydrapał: „Za wolność!”, obok ktoś inny dopisał „nogami do przodu”.
Wyprostowała się i troszeczkę uniosła. Siedziała teraz opierając się o metal dokładnie naprzeciwko wejścia do celi. Patrzyła poprzez bursztynową mgłę na korytarz. Właśnie prowadzono innych więźniów. Wśród nich rozpoznała kilka twarzy z jej siatki. Jeńcy szli powłócząc nogami, poganiani kopniakami i uderzeniami kolb. Zemdlała...
Ocknęła się na odgłos kroków. Korytarzem podążali właśnie dwaj strażnicy, dźwigając jakiś worek. Gdy mijali jej celę worek zsunął się odrobinę do tyłu i ujrzała zmasakrowaną twarz człowieka... Znała go... Zacisnęła pięści w bezsilnej wściekłości...
Ron Ford – wysoki, zawsze uśmiechnięty blondyn, teraz jego twarz przypominała raczej krwawy płat mięsa... Przez pół roku był jej prawą ręką, a teraz nie żyje... Strażnicy znikli z jej pola widzenia. Pojawiła się w nim natomiast dość dziwna postać.
Kardazianin, bo wzrost nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do pochodzenia przybysza, okryty był luźnym czarnym płaszczem. Kaptur zasłaniał skutecznie twarz, uniemożliwiając rozpoznanie jej rysów.
Pole ochronne zamigotało i znikło. Przybysz wszedł do celi. Popatrzyła na niego wzrokiem pełnym wściekłości. On pochylił się nad Miriell i poczuła małe ukłucie w okolicy prawego ucha...
„Będzie mnie przesłuchiwał” – przemknęło Miriell przez głowę – „Zabiję go...” – pojawiło się postanowienie. Posłuszne rozkazom mózgu ciało kobiety skuliło się magazynując energię potrzebną do zadania ciosu. Jednak cios nie został zadany. Poczuła coś dziwnego – ból odpłynął, czuła się znowu dobrze – w pełni sił.
Obcy gestem nakazał jej opuszczenie celi. Wyszła na korytarz i zobaczyła w rogu korytarza strażnika śpiącego w najlepsze. Odwróciła się. Ujrzała, jak wysoka postać pochyla się i kładzie coś w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą leżała. Przybysz wyszedł z celi i włączył pole.
Miriell przetarła dłonią oczy... Trudno jej było uwierzyć w to, co nimi oglądała. Oto patrzyła na samą siebie w celi, leżącą i obolałą. Zwróciła głowę w kierunku wybawcy próbując zadać pytanie cisnące się na usta. Ten zauważył jej zamiar, jednak pokręcił głową w przeczeniu. Mieli ważniejsze sprawy na głowie.
Kardazianin podał jej taki sam płaszcz. Założyła go natychmiast. Był miły w dotyku, niczym czarny aksamit, i dość dobrze grzał. Dopiero teraz dostrzegła na kołnierzu obu płaszczy insygnia gul’a. Obcy skinął na nią ręką, by szła za nim i skierował się ku wyjściu.
Szli razem przez wiele korytarzy, całkiem nie niepokojeni. Dotarli w końcu do doków. Czarna postać poprowadziła ją w kierunku ostatniej śluzy. Gdy zatrzymali się przed nią, obcy podał jej PADD i wymownie wskazał w kierunku śluzy. Dalej miała udać się sama. Skinęła głową i szepnęła
- Dziękuję...
Okręt okazał się klingońskim wahadłowcem pochodzącym z ORP Jaskółka.
„Jak się tu znalazł???” – Miriell zadała sobie pytanie, lecz bardzo szybko o nim zapomniała, gdy tylko zerknęła na konsolę wahadłowca. Na monitorach nie było widać klingońskiego statku... Widniał na nich kardaziański wahadłowiec dalekiego zasięgu...
Otrząsnęła się błyskawicznie ze zdumienia...
- Będzie czas by się nad tym zastanowić – zamruczała...
Usiadła za sterami. Dotknęła ich...
W tym momencie miało miejsce kilka powiązanych ze sobą wydarzeń. Konsola sterownicza rozbłysła różnokolorową poświatą. To po kolei budziły się wszystkie systemy stateczku. Komputer przeprowadził samodzielnie diagnostykę i wprowadził wektory odlotu z obszaru doków. W systemie dalekosiężnej nawigacji pojawiły się nagle koordynaty punktu docelowego. Autopilot pisnął i przejął kontrolę nad wahadłowcem. Jednocześnie z aktywacją systemów tuż za fotelem rozległa się mała eksplozja, podobna do wystrzału korka z butelki pełnej szampana..
Miriell usłyszała syk. Kabina zawirowała jej przed oczyma... Straciła przytomność...
Wahadłowiec z nieprzytomną Miriell West za sterami, pod kontrolą autopilota, oddalił się powoli od potężnej stacji i wskoczył w Warp.
***
Centum kontroli Fortecy tętniło zazwyczaj życiem. Teraz jednak nic szczególnego się nie działo. Piętnaście minut temu odleciał ostatni konwój zaplanowany na dziś, natomiast grafik nie przewidywał przybycia żadnych jednostek. Siedzący przy konsoli chorąży John Andrews rozluźnił mięśnie, po czym rozparł się na fotelu wygodnie. Przeciągnął się leniwie. Objął wachtę jakieś pół godziny temu i wcale nie przeszkadzało mu to, że nic się nie dzieje.
"Nareszcie jakaś spokojna wachta..." - pomyślał - "ostatnio rzadko takie się zdarzają..."
Wstał, podszedł do replikatora, stojącego w kącie centrum i zamówił kawę. Ta pojawiła się po chwili z cichym szumem. Wrócił z nią do swojego stanowiska i ponownie usiadł. Wypił łyk słodkiego płynu. Na twarz wypełzł mu wyraz zadowolenia.
***
Przestrzeń pomiędzy stacją a mgławicą Feniksa rozbłysła na ułamek sekundy oślepiającym światłem. Z Warp wyskoczył statek, a właściwie pół-wrak. Ślady trafień torped oraz desruptorów ziały dymiącymi i iskrzącymi dziurami wzdłuż całego kadłuba. Brakowało całej sekcji rufy. Jedna gondola Warp wisiała prawie oderwana od wspornika, druga, również uszkodzona, zostawiała za sobą długi ślad w postaci wyciekającej plazmy...
Ugodzony okręt dryfował w kierunku Fortecy... Ożyły systemy komunikacyjne...
Na przedniej sekcji kadłuba widniała nazwa rozorana teraz dwoma wypalonymi, iskrzącymi kanionami... Ledwo dało się ją odczytać... Napis brzmiał "ORP Kruk".
***
Równocześnie z białym rozbłyskiem konsola Andrewsa rozświetliła się różnokolorowymi światełkami. W chwilę potem rozległ się sygnał alarmowy oraz beznamiętny głos komputera.
"Uwaga. Sygnał na kanale alarmowym."
Andrews akurat poszedł po drugą kawę i właśnie niósł ją trzymając za spodek. Dźwięk alarmowy zaskoczył go. Wykonał gwałtowny skok w kierunku konsoli, zupełnie zapominając o filiżance, która upadła na podłogę roztrzaskując się w drobny mak. Nie zwrócił na to wcale uwagi, ani na rosnąca na podłodze brązową plamę. Zdawał się już nie słyszeć dźwięku alarmu. Jak urzeczony wpatrywał się jednak w ekran ukazujący w dużym zbliżeniu Kruka.
"Jakim cudem taki wrak może latać z prędkością Warp???" - przemknęło mu przez głowę...
Otrząsnął się gwałtownie i zaczął mechanicznie inicjować przewidziane na taką sytuację protokoły. Doki naprawcze, szpital zostały natychmiast powiadomione i postawione w stan najwyższej gotowości. Podobnie zresztą jak pełniące rolę ochrony stacji okręty. Jeden z nich - Vor'cha ORP Koliber natychmiast ruszył w kierunku przybysza, by ustalić lub ewentualnie potwierdzić tożsamość przybysza.
Andrews tymczasem otworzył kanał alarmowy.
- For..ca... Tu O.. Kr... Potrzebujemy ..atych.... ......cy. Jesteśmy po.... uszk.... ..... .el.. ciężko rann.... - trzaski zakłóceń sprawiły, iż wiadomość była prawie niezrozumiała, jednak wskazania sensorów i wizualna ocena kadłuba Kruka nie pozostawiała wątpliwości co do jej treści.
"Kruk? Co on tu robi? Co się stało?" - pytania przemknęły szeroką strugą przez głowę chorążego. Nie przeszkodziły mu jednak w dokładnym sprawdzeniu dryfującego okrętu. Po chwili otrzymał wyniki analizy. Nie były one zbyt optymistyczne. Przesłał je natychmiast do doków i oddziałów szpitalnych, po czym otworzył kanał łączności.
- ORP Kruk, tu Forteca. Wiadomość przyjęta, pomoc w drodze - prawie wykrzyczał - trzymajcie się, już nie długo - dodał ciszej.
***
Miriell została wyrwana ze swoich rozmyślań przez oślepiający rozbłysk. Cała promenada widokowa została na ułamek sekundy zalana potokami oślepiającego światła. Blask zniknął bardzo szybko, a u jego źródła pozostał mały czarny punkcik widoczny doskonale na tle mgławicy. Skoncentrowała wzrok na tej czarnej plamce. Coś było z nią nie tak... Nawet z tej odległości widoczny był wąż tworzony przez wyciekającą plazmę - wyglądał niczym cienka, odrobinę postrzępiona, atłasowa wstążka, przyczepiona do ciemnej kropki wielkości orzecha włoskiego.
Tknięta złym przeczuciem poderwała się z ławki i ruszyła szybkim krokiem wzdłuż alejki prowadzącej do wyjścia z promenady. Idąc rzuciła w kierunku komunikatora:
- Miriell West do chorążego Jana Koszka.
Po chwili z głośniczka popłynęły słowa.
- Tu Koszk. Słuchaj Miriell to nie jest najlepszy moment na rozmowę. Mamy tutaj niezły burdel...
- Co to za okręt? - przerwała mu Miriell gwałtownie.
- Ekhm... - Koszk kaszlnął, próbując w ten sposób ukryć zakłopotanie.
- Powiedz mi, co to za okręt!!! - krzyknęła zdenerwowana. W głębi serca już jednak wiedziała. Strach wkradł się ze swoimi oślizłymi mackami wprost do jej duszy. Spowodował, iż zaczęła się wahać – "czy na pewno chce usłyszeć to, czego się domyśla?"
- Wygląda na to, że Kruk... – choć Koszk starannie ważył słowa, zabrzmiało to niczym wyrok - jest poważnie uszkodzony i mają rannych. To wszystko, co wiemy. Miriell??? Miriell?? Odpowie.... - Przerwała połączenie przyspieszając kroku.
Odcinek pomiędzy promenadą a dokami pokonała prawie biegiem. Mijane korytarze, pomieszczenia zlały się jej w jeden szary tunel prowadzący w kierunku doków. Potrąciła kilkanaście osób, kilka przewróciła. Nie zwracała uwagi na krzyki mijanych postaci, obelgi kierowane pod jej adresem. Mijając ostatni zakręt znowu wpadła na kogoś. Tym razem sama utraciła równowagę i upadła. Spotkanie najpierw z podłogą, a następnie z twardą ścianą korytarza, było dość bolesne, ale nie zwróciła na to uwagi. Podniosła się dość szybko mamrocząc jakieś przeprosiny.
W końcu dotarła do doków. Zobaczyła prawdziwe mrowie ludzi. Wszyscy uwijali się jak w ukropie. Technicy przygotowywali promy medyczne i naprawcze. Lekarze i sanitariusze wsiadali do nich, ustawiali polowe punkty sanitarne. Chaos okazał się na szczęście jedynie pozorny.
Miriell stanęła pod ścianą - tylko to mogła zrobić - stanąć i czekać... Czekać na najgorsze... Zachwiała się nagle i powoli osunęła się na zimną podłogę. Przywarła plecami do ściany w pozycji siedzącej, ukryła twarz w dłoniach... Czekać na najgorsze...
***
Mostek Kruka nie odbiegał wyglądem od reszty okrętu. Z sufitu wisiały kable odbijając się rytmicznie od powyginanych ścian. Iskry sypały się z rozbitych konsol na podłogę nieprzerwanym potokiem. W powietrzu unosił się swąd spalenizny. Jedyne źródło światła znajdowało się przy fotelu kapitańskim, który w przedziwny sposób oparł się zabójczym naprężeniom. Było ono jednak zbyt słabe by w rozproszyć mrok. Tworzyło niewielki żółty krąg na podłodze, pogłębiając tym samym mrok panujący w pomieszczeniu.
W fotelu siedział człowiek... Sprawiał wrażenie martwego... Głowa opadła na klatkę piersiową... Ze skroni po policzku ściekała wąskim strumyczkiem krew, by spaść potem kropla za kroplą na osmalony mundur.
Na mostku panowała cisza. Co jakiś czas przerywały ją zgrzyty metalu – to targana ogromnymi naprężeniami konstrukcja okrętu śpiewała swoją ostatnią pieśń, swój łabędzi śpiew.
Nieruchoma dotąd sylwetka poruszyła się... Siedzący człowiek podniósł powieki... Uczynił to powoli, tak, jakby ważyły tony... Rozejrzał się po zniszczonym pomieszczeniu...
"To nie był sen..." – pomyślał – "to nie był sen..."
Jego wzrok padł na jedyną ocalałą konsolę – jego konsolę kapitańską. Powoli sięgnął ręka w jej kierunku... Palce z trudem nacisnęły kilka przycisków. Cisza na mostku została przerwana gwałtownie.
- Wiadomość przyjęta, pomoc w drodze. Trzymajcie się, już nie długo...
"Wiedzą i może zdołają uratować tych, którzy przeżyli..." – myśl sprowadziła na krótką chwilę uśmiech na twarz komandora Webera. Jednak niemal natychmiast pojawiła się kolejna... Wzrok komandora padł na kilka brunatnych plam na podłodze.
"Tak wielu zginęło..." – rezygnacja, smutek, cierpienie i dzika wściekłość – obrazy uczuć targających Piotrem przewijały się przez jego twarz niczym w kalejdoskopie.
Nagle poczuł wstrząs. Drżenie przebiegło przez całą konstrukcję okrętu powodując kolejny zgrzyt. Po chwili wszystko uspokoiło się...
Mostek na moment rozbłysnął światłem. Weber zmrużył oczy chroniąc je przed nim. Trzy metry od fotela kapitańskiego zmaterializował się wysoki, siwiejący mężczyzna w mundurze oficerskim. Miał wpięty w kołnierzyk znaczek przedstawiający węża Eskulapa.
- Proszę się nie ruszać komandorze.
Wprawnie przystąpił do badania obrażeń Piotra, gdy skończył powiedział:
- Nie odniósł pan poważnych obrażeń, zaraz pana przeniesiemy na Kolibra.
- Ale ja muszę....
- Przykro mi komandorze – medyk przerwał Weberowi – otrzymałem ścisłe rozkazy. Mam pana natychmiast przetransportować na stację. – Zaś w kierunku komunikatora rzucił – Dwóch do transportu na mostek Kolibra.
Postacie zamigotały i rozpłynęły się w powietrzu.
Mostek Kruka opustoszał. Pozostał jedynie niewielki krąg żółtego światła tuż obok fotela kapitańskiego i potoki iskier spadające na podłogę. Zapadła cisza. Kadłub uchwycony w wiązki trakcyjne już nie zawodził. Z dala słychać było jedynie ciche buczenie i syk – to inżynierowie i technicy prowadzili akcję ratunkową wydobywając załogę z odciętych sekcji...
***
Miriell wciąż siedziała na podłodze, opierając się o ścianę doku... Jej oczy wpatrzone były w punkt odległy o miliony lat świetlnych.. Wydawała się nieobecna duchem... W rzeczywistości jej myśli biegły do obiektu znajdującego się o wiele bliżej... Do Kruka...
Odleciał on około miesiąc temu, w dość tajemniczych okolicznościach.... Piotr nie powiedział jej gdzie lecą, było to zresztą powodem ich kłótni. Chciała lecieć z nim... On nie zgodził się... Powiedzieli sobie wiele złych i nie potrzebnych rzeczy...
Westchnięcie wypłynęło z ust Miriell – ileż oddałaby za możliwość cofnięcia czasu... Piotr mógł już nie żyć, a ona pozostanie znowu samotna, bez nikogo...
Ukryła twarz w dłoniach, wielkie łzy powoli zaczęły spływać po jej policzkach... Kap, kap, kap – słone krople kapały cichutko na podłogę...
Nagle pisnął komunikator. Nie zwróciła na niego uwagi. Komunikator pisnął drugi raz, trzeci, czwarty... W końcu otrząsnęła się i odebrała połączenie;
- Tu Koszk – padło z głośniczka – mam dla Ciebie dobre wieści... – głos wprost ociekał nieukrywaną radością - ... komandor Weber żyje, ma się dobrze i właśnie został przywieziony na pokład stacji. Poszli do admirała....
- Dzięki – krzyknęła Miriell rozłączając w biegu Koszka. Miała tym razem do pokonania większą odległość. Poczuła jednak w sobie magiczny przypływ sił. Biegła o wiele szybciej przez kolejne korytarze. Towarzyszyło jej uczucie euforii.
Dotarła w końcu do sektora zawierającego biura admirała. Pokazała strażnikowi przepustkę wydaną przez wydział kontrwywiadu i skierowała swe kroki ku masywnym drzwiom na końcu korytarza.
Była w jego połowie, gdy drzwi otworzyły się. Na korytarz wyszło czterech funkcjonariuszy ochrony i człowiek w zniszczonym mundurze komandorskim. Jak przystało na profesjonalistów ochrona otoczyła podopiecznego i razem skierowali się ku wyjściu... Na ich drodze stała jednak Miriell, choć określenie to momentalnie przestało opisywać jej stan.
W ułamku sekundy po wyjściu pięciu mężczyzn z gabinetu admirała jej oczy zlokalizowały Piotra, o czym nie omieszkały powiadomić żyjącego w ciągłym napięciu mózgu. Ten, ku swej radości widząc ukochaną osobę, wysłał rozkaz nogom – „do roboty”. One zaś nie kazały sobie dwa razy powtarzać i w ułamku sekundy Miriell za ich sprawą osiągnęła całkiem niezłą prędkość.
Reakcja ochrony okazała się nieco powolna. Chorąży idący jako pierwszy krzyknął, co prawda, coś w jej kierunku i nawet próbował ją zatrzymać, jednak finał tego postępowania był dość żałosny. Zadziałały lata treningu... Oczy i uszy Miriell wykryły wrogą działalność i oczywiście powiadomiły mózg, a ten stwierdził w ułamku sekundy, że tak być nie może i poczynił odpowiednie kroki... W ich wyniku ręka chorążego trzymająca fazer wygięła się pod nienaturalnym kątem, wydając jednocześnie chrupnięcie towarzyszące zazwyczaj złamaniom. Miriell wykonała wdzięczny piruet, po czym jej noga wylądowała precyzyjnie miedzy nogami chorążego, posyłając go wprost w objęcia pobliskiej ściany. Tam zadziałała, sztuczna - co prawda - ale miłująca wszystkich, siła grawitacji i biedny chorąży osunął się na podłogę. Tym samym przeszkoda została usunięta i Miriell rzuciła się na Piotra. Złapała go w morderczy uścisk i... Przytuliła się do niego ze wszystkich sił... Łzy szczęścia popłynęły same...
Pozostali ochroniarze stali niczym wykuci z marmuru... Nie wiedzieli co robić w takiej sytuacji... Z kłopotów wybawił ich ochrypły głos Piotra:
- Zaczekajcie na nas przy wyjściu i na Boga wezwijcie pomoc dla tego nieszczęśnika.... – na jego usta wkradł się ironiczny uśmieszek – ... i powiedzcie mu, jak już dojdzie do siebie, że ma u mnie kilka kolejek u Pirxa, za tak bohaterską postawę...
Piotr mówiąc te słowa zachwiał się lekko... Miriell natychmiast podtrzymała go.
- Idziemy do twojej kwatery. Musisz odpocząć. – jej ton był wyraźnie rozkazujący – Potem oczywiście wszystko mi opowiesz – dodała stwierdzając najbardziej oczywisty fakt.
Sześć postaci oddaliło się powoli w kierunku kwater oficerskich pozostawiając za sobą dwóch sanitariuszy podnoszących z podłogi poturbowanego chorążego...
***
Miriell powolutku wstała z łóżka, gdzie jeszcze przed chwilą siedziała przytulona do Piotra. Starała się stąpać bezszelestnie – tak, by nie obudzić śpiącego Webera, choć biorąc pod uwagę jego stan, równie dobrze mogłaby iść krokiem defiladowym. Skierowała się powoli do wyjścia. W progu zawahała się... Zlustrowała wzrokiem pokój. Oczy zatrzymały się na głowie Piotra leżącej na poduszce. Stała tak tuż przy drzwiach i patrzyła... Przez jej ciało nagle przebiegł zimny dreszcz – niczym zimny prysznic, przywrócił ją do pełnej przytomności...
„Ktoś właśnie przeszedł po moim grobie...” – przypomniała sobie XX wieczne powiedzenie...
Uśmiechnęła się smutno do siebie.
Drzwi otworzyły się z cichym sykiem. Wyszła bezszelestnie z pokoju...
Na korytarzu dwóch funkcjonariuszy ochrony pełniło wartę pod kwaterą Piotra. Na jej widok nie odezwali się słowem...
To zadziwiające, jak szybko rozchodzi się poczta pantoflowa... Nie ważne gdzie, na statku, bazie gwiezdnej, czy w więzieniu, zawsze dociera ona błyskawicznie do wszystkich zakamarków... Tym razem wieść niosła – niech się strzeże ten kto stanie między piękną Mieriell West a Piotrem Weberem.
Miriell nawet nie spojrzała na strażników. Czuła się bardzo zmęczona, potrzebowała odpoczynku. Ruszyła korytarzem w kierunku swojej kwatery, jednak nagle w pół kroku zmieniła zdanie. Stanęła na środku korytarza...
„Najpierw muszę podziękować Koszkowi...” – pomyślała – „swoją droga ciekawe co porabia, o tej godzinie już powinien być u siebie...”
Nogi niosły ją szybko w kierunku kwatery Koszka. Minęła kilka skrzyżowań, zjechała windą na niższy poziom. Korytarze coraz bardziej wyludniały się, ze względu na późną porę.
Stanęła w końcu u wejścia do sali przylotów na poziomie 34. Musiała przez nią przejść, by dostać się do kwater mechaników. Wielka sala w odróżnieniu od mijanych korytarzy tętniła życiem. Funkcjonariusze różnych służb przygotowywali wszystko na przyjęcie podróżnych.
Miriell zerknęła na zewnątrz przez jedno z wielkich okien. Do stacji właśnie zbliżał się dość duży statek pasażerski. Na kadłubie przez moment, w świetle silnych reflektorów zamontowanych na konstrukcji doku, błysnęło logo Federacji Zjednoczonych Planet.
Po chwili procedura dokowania została zakończona i z otworu śluzy wysypali się podróżni. Był to bardzo kolorowy tłum. Przedstawiciele różnych ras, kultur. Biznesmeni, turyści, wojskowi, dziennikarze, przygodni podróżni, imigranci, poszukiwacze przygód, awanturnicy – wszyscy ciągnęli nieprzerwanym potopem na polskie ziemie. Wszak tam gdzie trwa wojna, drzemią potężne zasoby gotówki, wspaniałe pole do różnych interesów.
Miriell właśnie dotarła do przeciwległego końca sali i zatrzymała się w cieniu dość potężnej palmy, rosnącej tutaj w ogromnej donicy. Przy wyjściu panował straszny ścisk. Przepychanie nie miałoby sensu, lepiej było poczekać, aż zator sam się rozładuje.
Nagle kątem oka zobaczyła cos, co sprawiło że mimowolnie cofnęła się głębiej w cień rzucany przez palmę. Cofała się aż natrafiła na chłodny metal ściany... To ją troszkę otrzeźwiło. Nerwowo przetarła dłonią oczy.
„Świetnie, zaczynam mieć omamy ze zmęczenia...” – rozbrzmiała gorzka myśl.
Jednak widmo nie znikło sprzed jej oczu. Piętnaście metrów od Miriell stał wysoki, uśmiechnięty blondyn. Miał kręcone włosy, układające się w naturalne fale, krótko przystrzyżone blond wąsy. Pogrążony był w rozmowie z niskim, korpulentnym, czarnowłosym mężczyzną, odzianym w federacyjny mundur kapitański.
Miriell jeszcze raz przetarła oczy... Spojrzała po raz trzeci na upiora wyłaniającego się z przeszłości... Nie... Nie było wątpliwości... Nie mogła się pomylić, w końcu przebywała z tym człowiekiem przez pół roku...
Piętnaście metrów od niej stał i rozmawiał sobie w najlepsze potwór, wielokrotny morderca i najgorszy zdrajca... Piętnaście metrów od niej stał pogrążony w rozmowie Ron Ford...
c.d.n.
Zlotym i srebrnym przetykane swiatlem,
Blekitne, ciemne, przydymione szaty
Nocy i swiatla, i polswiatla,
Rozpostarlbym je pod twoje stopy.
Lecz biedny jestem: me skarby -- w marzeniach,
Wiec ci rzucilem marzenia pod stopy;
Stapaj ostroznie, stapasz po marzeniach...
Użytkownicy przeglądający ten temat: 1
0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych

Logowanie »
Rejestracja








