Skocz do zawartości

Zdjęcie

Teal'c [SG1]


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
18 odpowiedzi w tym temacie

#1 biku1

biku1

    BSG FREAK

  • Moderator
  • 6 529 postów
  • MiastoSZCZECIN

Napisano 13.04.2008 - |09:53|

Zdziwiło mnie , że ta postać nie ma tu jeszcze swojego tematu.
Było nie było jest jedną z ważniejszych postaci SG-1.

Więc na dobry początek dam dwa nowe zdjęcia. :D

Posted Image
Posted Image
Głupiec narzeka na ciemność , mędrzec zapala świecę.
Dużo ludzi nie wie, co z czasem robić. Czas nie ma z ludźmi tego kłopotu .

RIP BSG, Caprica
RIP Farscape
RIP Babylon 5
RIP SG-1, SG-A, SG-U
RIP SAAB, Firefly
RIP ST: TOS, TNG, DS9, VOY, ENT

#2 adik182

adik182

    Szeregowy

  • Użytkownik
  • 73 postów
  • MiastoTarnów

Napisano 13.04.2008 - |11:49|

strasznie lubię postać teal'ca, ta jego kamienna twarz, dobrze że zapuścił włosy tak jakoś normalniej wygląda tak ludzko. ciekawe czy zobaczymy go jeszcze w SGA lub SGU.
  • 0

#3 scan

scan

    Szeregowy

  • Użytkownik
  • 5 postów
  • MiastoBolesławiec

Napisano 15.04.2008 - |20:16|

Teal'c to ziom wystarczy obejrzeć 3 pierwsze sezony żeby się skapnąć że mam racje :lol:
  • 0

#4 baloo

baloo

    Plutonowy

  • Użytkownik
  • 350 postów
  • MiastoWarszawa

Napisano 15.04.2008 - |21:04|

Teal'c jakby nie patrzeć jest najbardziej, a właściwie jedyną rozbudowana postacia w SG-1. Poza tym czesto mam wrażenie, że tylko Judge stara sie "grać".
Nie ma co ukrywać moja ulubiona postać. Chociaż tego co z nim zrobili w ostatnim sezonie wybaczyć nie można. Nagle z najciekawszego charakteru zrobiono mieśniaka, który jedynie potrafi strzelać z P-90. :angry: . Jeszcze na dodatek ta samotna wędrówka w Arce. Tylko ręce załamać.

Czasami też powódź "Indeed" była męcząca. Pierwsze zdanie zawsze jednak pozostaje w mocy: najlepsza postać SG-1.
  • 0

#5 pixey

pixey

    Kapral

  • Użytkownik
  • 177 postów
  • MiastoLBN/ Krk

Napisano 15.04.2008 - |21:20|

Indeed męczące?! A w życiu! To jest najlepiej rozpoznawalny txt w całym SG-1! Serial bez tego tekstu tylko by stracił.
Co do postaci Teal'c'a - faktycznie, jedna z lepiej rozbudowanych postaci.
  • 0
WACKO!!

#6 enzo

enzo

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 252 postów
  • MiastoWarszawa

Napisano 17.04.2008 - |08:35|

Indeed to kultowa wypowiedź w całym serialu.
Teal'c-a lubię za kamienną twarz oraz to jak próbował się nauczyć opowiadać żarty, nie mógł pojąć kiedy ktoś żartuje i z jakich żartów się śmiać.
Faktycznie to co zrobiono z tą postacią w ostatnim sezonie jest straszne. Zamieniono go w takiego Rambo. 2x P90 i do przodu, bez strachu. Nie wiem czym go faszerowali że stracił tyle ze swojej innej osobowości.

Super go ujrzeć w odcinkach SG-A, zawsze przypomina mi się wtedy ten dawny Teal'c. Wolałem jak chodził w swoim wdzianku niż w tym które noszą żołnierze Taurii.

Mam nadzieje że ujrzę go jeszcze nie raz w uniwersum SG.
  • 0
Pozdrowienia:
SG: Goauld: Jaffa Cree !!!
SG: Asgard: Greeting
Startrek: Borg: Low you shields, Prepare to assimilate :)

#7 kozuch

kozuch

    Plutonowy

  • Użytkownik
  • 394 postów
  • MiastoBydgoszcz

Napisano 17.04.2008 - |08:57|

Faszerowali go Tretoniną może coś dodawali oprócz tego , a wracając do T bardzo go lubię, za jego poczucie humoru, odwagę, lojalność i mam nadzieje że jeszcze go zobaczymy w uniwersum SG, oprócz filmu Continuum bo tam wiadomo że będzie.
  • 0

#8 katja

katja

    Grupa Hatak

  • Grupa Hatak
  • 704 postów
  • MiastoArrakis

Napisano 02.06.2008 - |22:29|

ja go lubiłam. kiedyś. w podstawówce, za czasów emisji sg-1 w tvnie.
potem nadrobiłam zaległości i doszłam do wniosku, że bardziej tak ciekawej postaci nie można było schrzanić. od 'jaffa-zbuntowałem się przeciwko bogom' do 'jaffa-umiem strzelać z dwóch p90 jednocześnie', wszystko okraszone coraz mniej przekonującym 'indeed'. sorry, nie mój gust.

aktor też miał kawałek wyzwania przed sobą -- na pewno gdzieś w archiwach studia istnieje masa blooperów, w których po prostu nie wytrzymał ze śmiechu [i założę się, że jaffa joke musieli kręcić kilka razy ;D].
  • 0
GG/L/MC/SS d+x s: a--- C+++(++++) !U--- P L---@ !E W+++ N- !o K--? w+ !O !M !V
PS++$ PE- Y+ PGP--@ t++ 5+++ X+++ R tv- b+++ DI+ !D- G++ e(++++) h-- r+ x*>**

I always hope for the best. experience, unfortunately, has taught me to expect the worst.

#9 Sagat

Sagat

    Starszy szeregowy

  • Użytkownik
  • 79 postów

Napisano 06.10.2008 - |21:48|

Od początku miał być mięśniakiem, ale wyszło trochę lepiej. Pewnie dlatego pograł dłużej niż jeden sezon:)
  • 0

#10 Crusier

Crusier

    Szeregowy

  • Użytkownik
  • 45 postów
  • MiastoMarki

Napisano 22.05.2009 - |16:08|

Christopher Judge w Macgyverze ;P


  • 0

#11 Mary777

Mary777

    Starszy szeregowy

  • Użytkownik
  • 82 postów
  • MiastoKanie

Napisano 12.05.2011 - |22:59|

Widzę, że tak mało tu jest napisane o Teal'cu, więc nie mogę siedzieć bezczynnie (nawet jeśli niewiele osób to przeczyta).

Teal'c jest zdecydowanie moim ulubionym bohaterem, w końcu napisałam o nim książkę! (Wiem, że to jest raczej przyczyna niż skutek, ale skutek też.) Po pierwsze – jest Jaffa i wszystko, co z tego wynika. Bardzo podoba mi się jego mentalność, zresztą sama mam podobną. Jest odważny, uczciwy i honorowy, a także wrażliwy, chociaż rzadko to okazuje. Cechuje go też wielka pokora, lojalność i oddanie. Wiem, że mój obraz Teal'ca może różnić się trochę od tego przedstawionego w serialu (chociaż trudno mi już powiedzieć w czym), ale jednak stworzyłam go na jego podstawie i jest dla mnie jedyny słuszny. Zresztą wizerunek Teal'ca zmieniał się wraz z całym serialem (precz z ostatnimi sezonami!), więc trudno stworzyć jeden uniwersalny, pasujący do całości.

Zwrócę uwagę na rzeczy, o których dotychczas nikt tu nie pisał („indeed”... W pierwszej serii akurat tego nie było; co nie znaczy, że „w rzeczy samej” nie weszło na stałe do mojego języka, podobnie jak brak ściągnięć po angielsku). A więc może trochę historii...

[Informacja dla tych, którzy nie oglądali / nie pamiętają „Threshold” 5.02 i liczą, że moja książka się ukaże: Kto nie chce psuć sobie niespodzianki, niech lepiej nie czyta tej części.]

Teal'c urodził się na stolicy Kronosa (precz z wyrażeniem „Teal'c z Chulak”) jako syn jego pierwszego przybocznego, Ronaca. Gdy miał niecałe 10 lat, jego ojciec został niesprawiedliwie zamordowany przez swojego pana, który następnie wygnał jego rodzinę na Chulak, stolicę Apophisa. Teal'c przysiągł sobie zostać pierwszym przybocznym Apophisa, który był największym wrogiem Kronosa. Jako że nie miał ojca, od razu po Prim'ta dostał się w ręce mistrza Bra'taca, który był już wówczas pierwszym przybocznym. Uczył się u niego jako mały chłopiec, potem jako cha'tii, a po zwycięskim przejściu próby już jako gwardzista.

Gdy mistrz Bra'tac przedstawił Teal'ca Apophisowi, mówiąc, że szkoli go na swego następcę, Goa'uld zapytał go o ojca, a gdy Jaffa wyjaśnił, co się z nim stało, nazwał Ronaca tchórzem. Teal'c zaprzeczył, więc Apophis przyłożył mu kara kesh (czyli, jak to mówią po angielsku, „hand device”) do czoła, aż do utraty przytomności.

Jaffa wyszedł z audiencji żywy i dalej trenował pod kierunkiem mistrza Bra'taca. Wkrótce poznał i pokochał Drey'auc z Równin Cord'ai. Z okazji ślubu Apophis ofiarował im dom.

Teal'c nie potrafił zrozumieć tego, co stało się podczas jego pierwszego spotkania z Apophisem, więc starał się o tym zapomnieć. Tymczasem mistrz Bra'tac niepostrzeżenie podsycał jego wątpliwości poprzez dwuznaczne słowa i zachowania i coraz wyraźniej dawał mu do zrozumienia, że nie uważa Apophisa za boga. Teal'c zrozumiał to, ale nie chciał się przyznać, że o tym wie i wydać mistrza, mimo nalegań żony. Rosła też w nim świadomość jego własnych wątpliwości, o których tym bardziej milczał.

Przekonał się ostatecznie o ich słuszności, kiedy przyparty do muru nie wykonał rozkazu zabicia swego przyjaciela Va'lara, gdy ten wycofał się z bitwy, ale wypuścił go i oszukał Apophisa, który uwierzył mu, że dokonał egzekucji. Va'lar zginął jednak po kilku latach, gdy Goa'uld powrócił na planetę i rozkazał Teal'cowi spalić wioskę, w której schronił się jego przyjaciel. Jaffa nie mógł wybaczyć sobie, że to zrobił, choć Drey'auc przekonywała go, że było to konieczne dla dobra ich syna, którego miała wkrótce urodzić. Po kilku dniach Apophis mianował Teal'ca swoim pierwszym przybocznym, ale radość z tego faktu zniszczyła rozmowa z mistrzem Bra'taciem, podczas której starszy Jaffa po raz pierwszy mówił z Teal'ciem otwarcie i wyjaśnił mu, jak będzie teraz wyglądało jego życie i na czym będzie polegało jego zadanie „zmieniania czegoś” („making a difference”), czyli możliwego łagodzenia zbrodni Apophisa tam, gdzie będzie to możliwe. Wkrótce Teal'cowi urodził się syn Rya'c, ale Jaffa nie odnalazł już trwałego szczęścia. Szybko przekonał się, że mistrz Bra'tac miał rację. Towarzyszył Apophisowi we wszystkich jego czynach i był zmuszany do mordów i okrutnych zbrodni.

Żył tak przez 10 lat bez żadnej nadziei. Gdy Amaunet, nowa królowa Apophisa, potrzebowała nosicielki, odwiedził ze swym panem nieznaną planetę, gdzie spotkał ludzi o pewnym stopniu zaawansowania technologicznego, którzy stawili im opór. Wkrótce natknął się na nich ponownie na Abydos. Po kolejnym spotkaniu w pałacu na Chulak troje ludzi zostało pojmanych. Teal'c miał okazję przyjrzeć się im i ich broni i zafascynowany pokazał ich mistrzowi Bra'tacowi. On jednak odniósł się do ich potencjału sceptycznie. Następnego dnia odbył się wybór nosicieli dla kilku Goa'uldów, a po jego zakończeniu Apophis rozkazał wymordować resztę więźniów. Gdy w lochu poza ludźmi pozostał już tylko Teal'c z szóstką (pierwsza szóstka gwardzistów, uczestnicząca w zbieraniu nosicieli i pełniąca funkcje reprezentacyjne), jeden z ludzi z wolnej planety niespodziewanie poprosił go o pomoc. Jaffa zwrócił broń przeciwko swoim współgwardzistom i pomógł więźniom się wydostać. Razem z nimi uciekł z Chulak i przyłączył się do nich, by walczyć przeciw fałszywym bogom.

[Tu kończy się streszczenie.]

Po co to wszystko piszę?
Po pierwsze po to, żeby wszystkich zamęczyć. :P Wiem, że tak to może wyglądać, ale nie – nie po to.
Po pierwsze dlatego, że „indeed” i kamienna twarz to nie wszystko. Wbrew pozorom Teal'c jest postacią, która niesie ze sobą na każdym kroku głębokie przesłanie. Kiedy zastanowimy się nad jego przeszłością, wiele jego cech staje się widoczne. Dlaczego zdradził Apophisa? Czy był po prostu buntownikiem, któremu nie podobało się, że ktoś nim rządzi? Nie. Jak przyjrzymy się jego młodości, przekonamy się, że on wcale nie miał buntowniczej natury, wręcz przeciwnie – był z natury pokorny i chciał szanować i czcić Apophisa, którego uważał za boga. Jak więc doszedł do prawdy? Przez to, że Apophis nie był bogiem i w systemie wystąpiła sprzeczność. Teal'c wykrył ją dzięki pewnym cechom swojego charakteru i dzięki przeróżnym okolicznościom, które zaistniały w jego życiu. Główne z nich wyliczyłam powyżej w moim wywodzie. Niewątpliwie miał wiele szczęścia. Ale poza tym szczęściem, które można by było nazwać inaczej, był jeszcze on sam. On, który nie chciał czcić Apophisa ze strachu, ale z szacunku.

Apophis dał mu przecież nauczkę, kiedy zaprzeczył jego słowom. Teal'c miał uznać, że on ma rację, bo jest jego bogiem, że jego ojciec był tchórzem, bo tak mówi bóg. Ale nie zrobił tego, bo wiedział, że to nieprawda. Mistrz Bra'tac ani żadne okoliczności nic by nie zdziałały, gdyby Teal'c po kolejnych latach wzrastających wątpliwości nie miał odwagi sprzeciwić się rozkazowi Apophisa, który uznał za niesprawiedliwy.

Ale poza odwagą poszukiwania prawdy, która doprowadziła go do odkrycia, że Apophis nie jest bogiem, miał coś jeszcze, co zaprowadziło go dalej, tam gdzie nie dotarł rozsądny i sceptyczny mistrz Bra'tac, dopóki nie został pociągnięty przez swego ucznia. On miał jeszcze wiarę, młodzieńczą wiarę w dobro i w wolność, nadzieję na zmianę niemożliwego do zmiany losu. Zdradził Apophisa, bo wierzył, że ci konkretni ludzie mogą sprzeciwić się Goa'uldom i że coś może wreszcie się zmienić. Wierzył aż do szaleństwa. Postawił wszystko na jedną kartę – oddał swoje życie, aby ocalić nieznanych właściwie ludzi, którzy, jak mu się zdawało po krótkim zetknięciu się z nimi, mieli szansę obronić się przed Apophisem. Obronić się, ale to za mało. Jak mógł liczyć, że rzeczywiście zmienią coś we wszechświecie? Oczywiście, tej decyzji nie podjął w spokoju, nie miał czasu jej przemyśleć, ale to, że jednak ją podjął, świadczy o tym, jak głęboko wierzył, że świat można i trzeba zmienić, kiedy jest zły. A co się później okazało? Dzięki Tau'ri Władcy Systemów zostali pokonani.

A co on z tego miał? Nic. Po pierwsze – śmierć, i to raczej niełatwą, chociaż okazało się, że tej uniknął. Nie myślmy też, że zabicie swoich podwładnych było dla niego bez znaczenia. Uniknął śmierci, ale tylko na kilka lat, do czasu dojrzenia symbionta. Przyłączył się do Tau'ri. Z ich strony czekała go nieufność, wśród przyjaciół i w całym świecie Goa'uldów został okrzyknięty shol'va, potępiła go nawet jego własna żona. Czuł się zdrajcą, wpędził swoją rodzinę w nędzę, odrzucił wszystko, co miał przedtem, ale wciąż czuł odpowiedzialność za zbrodnie z przeszłości. Pewne jest jedno – dla siebie nie liczył na nic. Poświęcił się całkowicie i bez zastanowienia, tak jak robił zresztą nieraz i później. Może była to szaleńcza decyzja, ale według mnie zasługuje na podziw i refleksję nad tym, co jest dla nas ważne i co potrafimy dla tego poświęcić.

A zatem po drugie – piszę to, żeby zachęcić do refleksji. Myślę, że historię Teal'ca wszyscy znamy, ale może nie wszystkim zdarzyło się dotychczas głębiej się nad nią zastanowić. Może ktoś będzie miał kiedyś dość cierpliwości, żeby to przeczytać i skłoni go to do spojrzenia na Teal'ca z nieco innej strony. Może też ktoś będzie chciał podzielić się ze mną i z innymi użytkownikami swoimi przemyśleniami, niekoniecznie tak niemożliwie długimi jak moje.
  • 0
Maria Kłeczek „Shol'va” – pierwsza polska książka o „Gwiezdnych wrotach”

#12 Gally

Gally

    Szeregowy

  • Użytkownik
  • 52 postów

Napisano 13.05.2011 - |20:38|

Uaaa, aleś tego urodziła.
Prawie jak samodzielny tekst ;)

Do Teal`ca mam dosyć neutralny stosunek. Nie nie-lubię go, ale też nie odczuwam w stosunku do tej postaci szczególnej sympatii.
Owszem, lubię wątek bohatera pozytywnego z rękami ubabranymi krwią - bo Teal`c czystego sumienia zdecydowanie nie ma - ale brakuje mi tutaj takiego jednego elementu, który kupuje mnie zawsze w tego typu bohaterach. Teal`c szukał prawdy, jaka by ona nie była, a ja mam silne ciągoty w stronę idealistów, którzy są na tyle durni, że przez długi, długi czas zaprzeczają i szukają potwierdzenia swojej mylnej teorii, aż rzeczywistość nie przyjdzie i nie kopnie ich w tyłek.

Idealizm to ostatnia rzecz, o jaką podejrzewałabym tego bohatera. On z całego uniwerum Stargate był chyba największym realistą i widział rzeczy takimi, jakimi były naprawdę. Dodając do tego spokój godny praktykującego buddysty...

Poza tym mam osobisty uraz do Jaffa, strasznie źle mi się o nich pisze.
  • 0

#13 Mary777

Mary777

    Starszy szeregowy

  • Użytkownik
  • 82 postów
  • MiastoKanie

Napisano 13.05.2011 - |22:04|

Mi wręcz przeciwnie, jak chyba widać :) .

No cóż, nie wiem, czy był idealistą, czy nie, chociaż MÓJ TEAL'C chyba faktycznie był, ale raczej każdy zauważył, jak choćby twarz Teal'ca zmienia się, kiedy mówi o wolności. Jeśli dobrze zrozumiałam, to problem w tym, w jaki sposób dążył do prawdy. To, że robił to tak, a nie inaczej, wynika z tego, że kwestia, czy Apophis był bogiem, czy nie, jest dosyć kluczowa, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że Jaffa rozumieją to słowo mniej więcej zgodnie z tym, co ono naprawdę znaczy. Nie jest łatwo z dnia na dzień zamienić słowo „bóg” na słowo „oszust” i dlatego Teal'c cały czas zaprzeczał swoim wątpliwościom, uważając nadal Apophisa za boga, aż okazało się, że to niemożliwe.

A więc tak – uważam Teal'ca za idealistę, bo marzył o wolności, nie mając żadnych podstaw do nadziei na osiągnięcie jej. Realistą jest tu mistrz Bra'tac, który mówił mu, że te marzenia doprowadzą go do zguby. Tymczasem Teal'c już następnego dnia raczej wbrew rozsądkowi zabił nagle swoją szóstkę i niszcząc całe swoje dotychczasowe życie – i zobowiązanie „zmieniania czegoś” wobec mistrza Bra'taca – przyłączył się do ludzi, których nie znał, bo zobaczył, że są wolni i mogą być w stanie stawić czoło Goa'uldom.

A co do spokoju, to Teal'c odnalazł go dopiero po pewnym czasie przebywania wśród Tau'ri. I myślę, że tego typu spokój czują ludzie, którzy po prostu wiedzą, że ich ideały zwyciężą. A właściwie to nie myślę, tylko wiem, bo sama jestem takim człowiekiem. :)

I dziękuję za przeczytanie mojego posta :P .
  • 0
Maria Kłeczek „Shol'va” – pierwsza polska książka o „Gwiezdnych wrotach”

#14 Gally

Gally

    Szeregowy

  • Użytkownik
  • 52 postów

Napisano 13.05.2011 - |22:35|

Pragnienie i wiara w wolność nie czynią dla mnie jeszcze idealisty. Idealistą w Stargate, to był Daniel - nawet jego złe oblicza.
Jackson, w przeciwieństwie do Tealc`a ma tendencje do zamykania oczu na to, w co wierzyć nie ma zamiaru, nawet jeżeli zgarnie za to w zęby (inna sprawa, że Daniel Jackson ma zawsze rację, zgodnie z prawami uniwersum ;) )
Teal`c natomiast nie ma oporów przed zaakceptowaniem prawdy, jaka by nie była. Potem robi to, co uważa za właściwe i sprawiedliwe (ze względu na ten stoicki spokój podejrzewam go o dogłębne przemyślenie każdej sytuacji).

Spokój - chyba źle mnie czytasz, miałam na myśli spokój w zachowaniu, nie spokój ducha.

Co do Teal`cowego "pójścia na żywioł" w Children of the Gods - IMO to żywioł nie był. Wedle storylinii on już dawno miał całkiem sporo dowodów na to, że Apophis bogiem nie jest, ale nakłoniony przez Bra`taca grał swoją rolę, bo sami nie zrobiliby niczego.
A przy Tau`ri trafiła się najbardziej sensowna z możliwych okazja - mają technologię (prymitywną, ale zdecydowanie bardziej rozwiniętą od niepiśmiennych dzikusów), mają Wrota, mają determinację.
Ergo było to logicznie uzasadnione, mimo że na pierwszy rzut oka na takie nie wyglądało...
  • 0

#15 Mary777

Mary777

    Starszy szeregowy

  • Użytkownik
  • 82 postów
  • MiastoKanie

Napisano 13.05.2011 - |23:54|

Co do pierwszej części się zgodzę, co do drugiej już niezupełnie.
To prawda, że Teal'c wiedział, że Apophis nie jest bogiem już od kilkunastu lat, ale nie mógł przypuszczać, że kiedykolwiek dostanie szansę wyzwolenia się i stanięcia do walki przeciwko niemu i innym Goa'uldom, więc nie miał też możliwości przemyślenia tego. Oni nigdy wcześniej nie widzieli wolnych ludzi i mistrz Bra'tac, jak już wspomniałam, ostrzegał Teal'ca przed jego marzeniami. On też wiedział, że są niemożliwe do spełnienia, a to, co zrobił, zrobił pod wpływem słów O'Neilla. W „Children of the Gods – Final Cut” jest takie ładne ujęcie na jego twarz na moment przed nimi, którego nie ma w pierwszej wersji. On był wstrząśnięty i zdruzgotany tym, że zaraz znów wymorduje pół setki ludzi, ale nawet nie przyszło mu do głowy, że może tego nie zrobić. Zresztą z pozostałych ujęć też to widać.
Trudno ocenić słuszność jego decyzji, a już tym bardziej w tamtym momencie, patrząc obiektywnie, trudno było uznać ją za logiczną. On miał zadanie do wykonywania na stanowisku pierwszego przybocznego Apophisa, bolesne i nie dające żadnej nadziei, ale za to przynoszące jakieś pewne rezultaty. Tymczasem postanowił zaprzepaścić to wszystko, żeby ocalić jednorazowo 50 ludzi, wśród których było troje tajemniczych, nieznanych, wolnych i potencjalnie silnych. Na pewno nie wyglądało to na pierwszy rzut oka na logicznie uzasadnione, a Teal'c więcej rzutów oka nie miał, więc nie kierował się raczej logiką.
A więc faktycznie nie był idealistą w takim znaczeniu jak Daniel, ale nie był też stuprocentowym Vulcaninem. ;) Nie mówię, że nie lubię Vulcan, ale ten moment szaleństwa Teal'ca doprowadził do wyzwolenia wszechświata...
  • 0
Maria Kłeczek „Shol'va” – pierwsza polska książka o „Gwiezdnych wrotach”

#16 Gally

Gally

    Szeregowy

  • Użytkownik
  • 52 postów

Napisano 14.05.2011 - |11:45|

Jak nie miał więcej rzutów oka, jak miał?
W tym epizodzie, w którym Bra`tac dosyć brutalnie leczył Teal`cowe pranie mózgu by Apophis mieliśmy bardzo ładny flashback, gdzie sterczeli sobie w okolicy celi i dyskutowali na temat Tau`ri - rozkaz utrupienia wszystkich zgromadzonych przyszedł jakiś czas później, bo kiedy pokazali tego flashbacka w celi był jeszcze Skaara.
Więc mógł sobie przemyśleć, poukładać w głowie i zacząć przypuszczać, że jednak istnieje jakaś możliwość. O`Neill po prostu dołożył ostatnią cegiełkę we właściwym momencie i użył odpowiednich słów.
A potem poszło z górki.

Co do marzeń - niekoniecznie tak to interpretuję. Obaj wiedzieli, co jest grane, a Bra`tac po prostu dobitnie wytłumaczył, dlaczego nie można zrobić niczego z tym fantem i jedyne co im zostało, to odpowiednia gra i szeptanie słówek w ucho nie-boga, żeby przynajmniej w ten sposób ocalić najwięcej istnień. Innej opcji wtedy nie mieli.
Opcja pojawiła się dopiero po kontakcie z Tau`ri (poza tym ktoś musiał rozwalić Ra, a podejrzenie ze względu na technologię spadało tylko i wyłącznie na SG-1, więc tym bardziej prezentowali się obiecująco).

Mnie więc wychodzi, że Teal`c wiedział, co jest grane i co musiał zrobić, ale tego nie robił, bo czekał na okazję, która da mu największe prawdopodobieństwo sukcesu. Przy O`Neillu najwidoczniej dotarło do niego, że teraz albo nigdy, bo więcej nie da się dostać.

Swoją drogą, sama prezentacja tej postaci to niezła manipulacja widzem.
Teal`c zabił masę ludzi, z całą pewnością torturował niejednego, metody przesłuchań nie są mu obce, zdradził własnych ludzi w imię tego, co wydawało się logiczne - a dzięki temu, że pomógł SG-1 przedstawiany jest jako bardzo miła, skrzywdzona postać. Z resztą, sama drużyna ma tendencje do zamykania oczu na to, czego nie chce w nim widzieć.
  • 0

#17 Mary777

Mary777

    Starszy szeregowy

  • Użytkownik
  • 82 postów
  • MiastoKanie

Napisano 14.05.2011 - |15:22|

A więc po kolei.

Też bardzo lubię tę scenę rozmowy w lochu, to na pewno najpiękniejsza scena z całego „Children of the Gods” (tzn. mam oczywiście na myśli ten przedział czasu, nie odcinek). Teal'c był wyraźnie zafascynowany tymi ludźmi – bo że to Tau'ri, to jeszcze nie wiedział – ale to nie znaczy, że faktycznie myślał o tym, że mógłby się do nich przyłączyć. To znaczy, o tym, żeby się przyłączyć, to na pewno nie myślał, bo o tym nie myślał nawet zwracając broń przeciwko gwardzistom, ale o tym, że mógłby być w stanie umożliwić im ucieczkę. Nawet o tym nie myślał, co, jak już wspomniałam, widać po pierwsze na moment przed słowami O'Neilla, a po drugie – już po walce. Oczywiście ta decyzja była skutkiem tego wszystkiego, co stało się w ostatnich dniach i niewątpliwie bardzo rozstroiło Teal'ca, a słowa O'Neilla wreszcie przepełniły czarę, ale na pewno nie planował jej wcześniej. Widać to choćby po tym, jak oszołomiony był po walce, właściwie nie rozumiał, co się stało.

Co do opcji, Ra itp., to to nie jest takie proste. My jesteśmy przyzwyczajeni to świata, gdzie są Asgardzi, Tok'ra, Tau'ri rzecz jasna i mnóstwo innych ras o różnym potencjale, a z drugiej strony powoli rozsypujący się Goa'uldzi. Tymczasem dla Jaffa takich jak Teal'c wyglądało to zupełnie inaczej. Wszędzie dookoła byli Goa'uldzi i podbite przez nich światy, miliony Jaffa i miliardy bezwolnych ludzi, których można było bezkarnie porywać na nosicieli i mordować i którzy po bitwach przechodzili na własność zwycięzcy jak stado bydła. A gdzieś tam jacyś tajemniczy Asgardzi, których mało kto widział na oczy (na pewno nie Teal'c), może jakichś kilku Tok'ra, którzy kiedyś tam się podobno zbuntowali, parę zakazanych planet, gdzie nie wiadomo co się stało – i tyle. Żadnych konkretów. Potęga rozkładała się pomiędzy Władców Systemów, raz miał jej więcej Apophis, a raz Heru'ur, ale w sumie cała należała do Goa'uldów. Więc trudno było liczyć, że kiedyś spotka się kogoś (jeszcze w dodatku ludzi, których Jaffa postrzegają tak, a nie inaczej), kto będzie nagle w stanie ich pokonać czy chociaż nie ulec im.
Teraz Ra. To nie jest tak, że „ktoś musiał rozwalić Ra”, a w każdym razie Teal'c mógł zacząć to podejrzewać dopiero po wizycie na Abydos. Ra zaginął, a nawet nie to, że zaginął, tylko nie było o nim od roku żadnych wieści. Ale gdyby komukolwiek przyszło do głowy, że nie żyje, to Abydos na pewno nie zostałoby zostawione samemu sobie, zwłaszcza że tam jest kopalnia naquadah. Apophis zaczął coś podejrzewać dopiero po wizycie na Tau'ri i dlatego następnym razem poszedł do dominium Ra, co mogło zastanowić Teal'ca, a już na pewno zastanowiło go to, co tam znaleźli. Abydos było najwidoczniej wolne, więc wyglądało na to, że Ra nie żyje. Teal'c mógł podejrzewać, że ma to związek z ludźmi z poprzednio odwiedzonej planety, ale wniosek, że wobec tego oni go zabili, jest chyba trochę za śmiały jak na rozsądnego i logicznie myślącego Jaffa. Z sześcioma gwardzistami Apophisa nie poszło im przecież tak dobrze.

A więc było to tak – nagle pojawili się jacyś tajemniczy, wolni ludzie, którzy mieli nie-goa'uldzką technologię i broń (dość prymitywną), którą udało im się zabić dwóch gwardzistów. To było niesamowite, fascynujące i w ogóle, chociaż na mistrzu nie robiło aż takiego wrażenia. Ale co do innej opcji, to Teal'c i Bra'tac nadal jej nie mieli, bo byli fizycznie uzależnieni od Goa'uldów. Więc jedyne, co Teal'c mógł osiągnąć, to umożliwić im i 50 innym ucieczkę, w ten sposób dostarczyć ich planecie jakichś szczątkowych informacji na temat wroga w postaci tego, co ci troje zobaczyli na Chulak. On zajmował się łagodzeniem zbrodni Apophisa, a także ich popełnianiem. Więc korzyścią dla niego było to, że tej jednej zbrodni nie popełnił i nie popełni już żadnej innej, bo umrze. Ale dla świata nie było to korzystne, bo kolejny pierwszy przyboczny nie troszczył się o to, żeby wyrządzać jak najmniej zła, a tylko jakiś kompletny marzyciel mógł w tamtych warunkach spodziewać się, że ci ludzie (jak się później okazało – Tau'ri) doprowadzą do złamania potęgi Goa'uldów.

I ostatnia kwestia – to prawda, że Teal'c ma wiele na sumieniu, on jest prawie jak jakiś romantyczny bohater tragiczny. Gdyby nie to, że „Konrad Wallenrod” to polska książka i twórcy serialu raczej jej nie czytali, miałabym poważne podejrzenia... Wallenrod i Halban... Niesamowite podobieństwo... Gdyby nie to, że to takie tragiczne historie, to po prostu śmiałabym się, czytając Powieść wajdeloty.
A więc tak, Teal'c sam cały czas uważał się za odpowiedzialnego za wszystkie zbrodnie, do których był zmuszany, a Tau'ri uważali, że to wszystko jest teraz nieistotne („Cor-ai” 1.15). I w dodatku dość dziwnie to tłumaczyli, a mianowicie tym, że teraz się do nich przyłączył i już ich nie popełnia. A on uważał, że nadal jest za to wszystko odpowiedzialny, chociaż nie miał wyboru i robił to po to, żeby zmniejszać zło tam, gdzie to możliwe. Taka różnica między mentalnością ludzi i Jaffa.
Można jeszcze zauważyć, że mistrz Bra'tac był pierwszym przybocznym 10 razy dłużej niż Teal'c...

Aha, a wracając do „Threshold”, Skaary akurat nie było widać w tamtej scenie, bo oni wstawili tam fragment z „Children of the Gods”, kiedy jego już nie było – widocznie nie chciało im się znowu kręcić.

No i znowu trochę przydługi ten post... Ale ostrzegałam od razu, jak tylko pojawiłam się na tym forum. :P (Zresztą ten pierwszy wcale nie był tak długi, jak można było się obawiać, pewnie dlatego, że był o książce, a nie o tym, o czym jest książka, jak te tutaj.)
  • 0
Maria Kłeczek „Shol'va” – pierwsza polska książka o „Gwiezdnych wrotach”

#18 Gally

Gally

    Szeregowy

  • Użytkownik
  • 52 postów

Napisano 14.05.2011 - |16:13|

Widać to choćby po tym, jak oszołomiony był po walce, właściwie nie rozumiał, co się stało.

IMO raczej zastanawiał się, co dalej i czy zastrzelą go, jak zrobiłby każdy logicznie rozumujący znany mu przywódca (bo zdrajca może zdradzić ponownie), czy nie. Więc czekał na rozwój wypadków.
Poza tym mógł mieć zwyczajnie dość - zabijania, kłamstw, oddawania ludzi Apophisowi, torturowania, padania na twarz przed kolesiem, który złowrogo świeci oczyma (to świecenie zawsze doprowadzało mnie do totalnej głupawki, btw)

Tymczasem dla Jaffa takich jak Teal'c wyglądało to zupełnie inaczej. Wszędzie dookoła byli Goa'uldzi

Oni mieli zwyczaj mordować się wzajemnie, więc o pokonaniu Ra poszłaby fama na całą galaktykę, bo ktoś by przejął armię i takie tam.

Teraz Ra. To nie jest tak, że „ktoś musiał rozwalić Ra”, a w każdym razie Teal'c mógł zacząć to podejrzewać dopiero po wizycie na Abydos. Ra zaginął, a nawet nie to, że zaginął, tylko nie było o nim od roku żadnych wieści.

Ktoś go musiał zdmuchnąć, bo bogowie nie przepadają bez wieści. Szczególnie on, bo w przeciwieństwie dla całej reszty nawet nie chciało mu się specjalnie kombinować nad uzyskaniem przewagi, władzą nad wszechświatem i resztą. Ra częściej machnął ręką i odpuścił, zamiast bombardować z orbity.
Więc w moich oczach takie pokojowe nastawienie stanowi poszlakę, że nie zeszło mu się naturalnie. Druga rzecz to fakt, że po przybyciu na Abydos powinno było obić mu się o uszy, że ktoś przelazł przez Wrota i wysadził boga w powietrze. Resztę dałoby się wywnioskować z tego, co Tau`ri ze sobą przynieśli, ich zachowania i rozmów.

Z sześcioma gwardzistami Apophisa nie poszło im przecież tak dobrze.

Bo wybitnie się ich nie spodziewali? Z Ra sprawa musiała wygladać inaczej, bo czego by o nim nie mówić, to rzucał się w oczy. Plus Teal`c miał okazję zauważyć, że tak jak on potrafią przystosować sie do sytuacji i poczekać na właściwy moment.

Ale co do innej opcji, to Teal'c i Bra'tac nadal jej nie mieli, bo byli fizycznie uzależnieni od Goa'uldów.

Owszem, larwy i te sprawy. Ale jak to z powstaniami bywa - lepiej umrzeć wolnym, niż żyć w niewoli. A to była jedyna i najlepsza okazja, jaka mogła się kiedykolwiek pojawić, bo jak sama zauważyłaś - Asgard to mit, a Tok`Ra to tylko upierdliwy wrzód na zadku.

Aha, a wracając do „Threshold”, Skaary akurat nie było widać w tamtej scenie, bo oni wstawili tam fragment z „Children of the Gods”, kiedy jego już nie było – widocznie nie chciało im się znowu kręcić.

Był, oglądałam jeszcze w tym tygodniu i rzucił mi się w oczy.


A długie posty to nic złego, chociaż dyskutujemy tutaj sobie same... jakbyś jeszcze przeskoczyła na Atlantis i Todda, to byłabym przeszczęśliwa ;)
  • 0

#19 Mary777

Mary777

    Starszy szeregowy

  • Użytkownik
  • 82 postów
  • MiastoKanie

Napisano 15.05.2011 - |10:17|

IMO raczej zastanawiał się, co dalej i czy zastrzelą go [...].
Poza tym mógł mieć zwyczajnie dość.

No właśnie się zastanawiał, co świadczy o tym, że wcześniej się nie zastanawiał. Zresztą to było chyba oczywiste, że go zabiją, bo przecież to shol'va, jakiego jeszcze na świecie nie było!
I na pewno miał tego wszystkiego dość, właśnie dlatego w dużym stopniu to zrobił. Bo logicznie rzecz biorąc, to było korzystne tylko dla niego i tych 50 ludzi. Na pewno nie dla przyszłych ofiar Apophisa czy choćby rodziny Teal'ca.

Oni mieli zwyczaj mordować się wzajemnie, więc o pokonaniu Ra poszłaby fama na całą galaktykę, bo ktoś by przejął armię i takie tam. [...]
Druga rzecz to fakt, że po przybyciu na Abydos powinno było obić mu się o uszy, że ktoś przelazł przez Wrota i wysadził boga w powietrze.

No właśnie o to mi chodziło, że nikt nie pomyślał jeszcze na poważnie, że on nie żyje, bo to wszystko by się stało. Dopiero Apophis zaczął coś podejrzewać po przygodzie na Tau'ri, a Teal'c mógł najwcześniej po Abydos. Ale na pewno nic mu się tam nie obiło o uszy, bo oni tam weszli, zabili wszystkich, wzięli Skaarę i Sha're i wyszli.

[Nie poszło im dobrze] Bo wybitnie się ich nie spodziewali?

Nawet jeśli tak, to pokonanie sześciu gwardzistów a zabicie Władcy Systemów to nie ten sam kaliber. Z szóstką Apophisa walczyli dwa razy i o ile za pierwszym udało im się dwóch zabić (zanim wszyscy zginęli), o tyle za drugim już żadnego. Nie wyglądało to według mnie na potęgę zdolną zniszczyć Ra.

Ale jak to z powstaniami bywa - lepiej umrzeć wolnym, niż żyć w niewoli.

No pewnie, dla powstańców tak, ale Teal'c, jak już mówiłam, miał całkiem ważne zadanie jako pierwszy przyboczny Apophisa, przez które straszliwie cierpiał, ale rozumiał, że jest istotne, co świadczy o tym, że takiej decyzji nie podjąłby na zimno.

[Skaara] Był, oglądałam jeszcze w tym tygodniu i rzucił mi się w oczy.

A to może był na jednym z tych ujęć na cały loch, bo one są na moim nagraniu tak ciemne, że nic nie widać nawet na maksymalnej jasności ekranu. Zresztą wszystko jedno, powinien tam być, więc jeśli jednak gdzieś był, to tym lepiej.

Wracając do tematu, ja wcale nie twierdzę, że decyzja Teal'ca nie miała żadnych podstaw albo została podjęta egoistycznie, tylko że podjął ją właśnie w tamtym momencie pod wpływem słów O'Neilla, bez wcześniejszego przemyślenia. I gdyby nie sądził, że jest dobra dla kogoś innego niż on, to na pewno by jej nie podjął nawet w takim stanie, w jakim się wtedy znajdował. Chodzi mi o to, że raczej nie zrobiłby tego w wyniku jakichś logicznych przemyśleń (zwłaszcza z udziałem mistrza Bra'taca), bo było za mało przesłanek. Ta decyzja świadczy po prostu o tym, jak głęboko wierzył w wolność mimo wszechobecnej niewoli. To właśnie było powodem, dla którego Tau'ri (tzn. „ludzie z tajemniczej planety”) zrobili na nim tak wielkie wrażenie, że w dramatycznej chwili stwierdził, że oni mogą doprowadzić do wyzwolenia wszechświata i warto dla nich poświęcić to wszystko, co robił dotychczas.
  • 0
Maria Kłeczek „Shol'va” – pierwsza polska książka o „Gwiezdnych wrotach”




Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych