Skocz do zawartości

Zdjęcie

The Lost Team


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
18 odpowiedzi w tym temacie

#1 Ogotai

Ogotai

    Plutonowy

  • VIP
  • 456 postów

Napisano 08.07.2004 - |09:58|

Witam. Zostałem ostatnio zachęcony do napisania fanfica :D Moje wypociny zamieszczam tutaj:
THE LOST TEAM - ZAGUBIENI

Godzina 11.15 czasu SGC

Od dwunastu minut jednostka O'Reillego dokonywała rozpoznania terenu. Mówiąc szczerze, O'Reilly wolałby już nadzorować wydobycie naquadah przy nowo odkrytych złożach na jednej z planet, niż badać te skorupy w towarzystwie jajogłowego. Zasadniczo były dwa powody kiepskiego humoru pułkownika: pierwszym był fakt, że spędzą dobrych kilka godzin badając ruiny. Oczywiście i tak nic nie znajdą (tego O'Reilly był tak samo pewien jak wejścia do półfinałów swojego ulubionego zespołu), bo dlaczego akurat oni - SG-7 mieliby znaleźć to czego wszystkie zespoły szukają?
Drugi powód złego nastroju, właśnie badał resztki budowli jaka zapewne kiedyś tu stała. Doktor Anthony Dante. Był on uosobieniem tego czego pułkownik nie cierpiał: absolutnego braku dyscypliny. Należał do tego typu ludzi, którzy uwielbiają mieć ostatnie słowo, a w dodatku nieznoszą kiedy wydaje im sie rozkazy. Oczywiście przydziałów się nie wybiera, więc musieli obydwaj zaakceptować swoje towarzystwo. Trzeba przyznać, że Hammond nieźle się bawił, gdy obaj zobaczyli, że razem będą w jednostce - oczywiście przed samym rozpoczęciem misji. tym bardziej, że w międzyczasie doszło do sprzeczki między naukowcem a pułkownikiem.
O'Reilly zaklął cicho i odwrócił się w drugą stronę. Kilkanaście metrów dalej, zabezpieczali teren pozostali członkowie jednostki: kapitan Alice Cox oraz kapral Matt Stewart. Nie miał co do nich żadnych wątpliwości - wypełniali swoją służbę nienagannie. Zresztą, wspólnie odbyli kilka misji w których znaleźli się pod ostrzałem nieprzyjaciela.
- Cox, wszystko w porządku? - zawołał raczej dla formalności
- Teren czysty, sir! - odpowiedziała kapitan
Pułkownik odwrócił się w kierunku doktora.
- Nie wychodź poza obręb ruin - powiedział poprawiając broń - Obejdę teren dookoła, w razie czego - wiesz jak się obsługuje radio?
Cyniczny uśmiech pojawił się na twarzy Dantego.
- Twoje poczucie humoru jest porażające - mruknął i pochylił się nad fragmentem kolumny. O'Reilly puścił to mimo uszu i ruszył na obchód. Właściwie to tylko po to, by się uwolnić od naukowca.
"Cholera, czego my tu szukamy?" - pomyślał sięgając do kieszeni w której miał papierosy. Właściwie to aż za dobrze wiedział czego. Tego co inne zespoły: Zaginionego Miasta.

godzina 11.55 czasu SGC

- Dante, liczę, że coś znalazłeś! - pułkownik wyłonił się niespodziewanie
- Do diabła! Mógłbyś się tak nie skradać!
- Od kiedy to jesteś taki nerwowy? - O'Reilly uśmiechnął się cynicznie
- Od kiedy cię poznałem! - naukowiec zazgrzytał zębami
- Sir, zbadaliśmy cały teren - ze zwiadu wróciła akurat pani kapitan - nie ma śladów bytności Goa'uldów. Cały teren czysty i zabezpieczony.
- Zrozumiałem - O'Reilly poprawił czapkę - No więc, panie doktorze... Jest tutaj coś wartego uwagi?
Ale Dante jakby nie słuchał. Nerwowo zaczął ocierać ręką fragment monumentu przy którym pracował, po czym błyskawicznie zaczął wertować swoje zapiski.
- Sir? - zdumiony Stewart postąpił dwa kroki do przodu - Co się dzieje?...
- Nie mam pojęcia - mruknął O'Reilly - Dante?!
- MAM!! - krzyknął uradowany naukowiec -Mam! To jest tutaj...
- Mów jaśniej, do cholery...
Doktor poprawił nerwowo okulary.
- Te częściowo zatarte inskrypcje są fragmentem jakiegoś poematu, rzekłbym nawet: eposu - mówiąc to, wskazał na ledwie widoczne inskrypcje - Poznaję to po niektórych słowach, zwrotach, wyrażeniach...
Pułkownik spojrzał na Stewarta i Cox baranim wzrokiem. Ale oni również nic z tego nie rozumieli.
- Ale to co najważniejsze to to, że ten fragment - zatoczył koło tak, że nie było właściwie wiadomo o który mu chodzi - jest niemalże w całości identyczny z tablicą znalezioną na Abydos!
- Tę którą doktor Jackson znalazł szukając Oka Ra? - domyśliła się Alice
- Tę samą!
- Nie rozumiem, co to nam daje - wzruszył ramionami Stewart
Naukowiec sapnął.
- Z tego co tutaj widzę, tablica była częścią większej całości - podniósł się doktor - Co więcej, mogę powiedzieć, że ten "epos", może być bezpośrednią wskazówką do odnalezienia Zaginionego Miasta...
Błysk zrozumienia pojawił się w oku O'Reillego.
- Jest pan tego pewien?
- Na tyle pewien, że pokazałbym to doktorowi Jacksonowi.
- To mi wystarczy. Stewart powiadomcie bazę, że potrzebne nam wsparcie.
Kapral posłusznie rozpoczął wybierać sekwencję. W tym momencie kapitan Cox poczuła przeszywający ją dreszcz. Zignorowała by ten fakt, gdyby nie to, że dreszcz przeszedł w drgania.
- Sir - zaniepokojona zwróciła się do O'Reillego - Czuje pan to?...
Doktor również wydał się zaniepokojony.
- To mi się nie podoba...
Nagle utworzył się tunel. Stewart już miał wejść do, gdy nagle i on poczuł drgania. Odwrócił się zdziwiony, i w tym momencie został oślepiony poprzez gwałtowny błysk. Przez moment nic nie widział, a gdy odzyskał wzrok nie był pewien czy to co widzi jest prawdą. Po ruinach, inskrypcjach i SG-7 nie został najmniejszy ślad. Osłupiałym wzrokiem spoglądał próbując pojąć co się stało. Wypełnioną poprzednio, a teraz pustą przestrzeń wypełnił krzyk:
- SIIIIIR!!!...

c.d.n (o ile się spodoba - czekam na opinie!!!

Użytkownik Ogotai edytował ten post 08.07.2004 - |19:40|

  • 0

#2 EsaSol

EsaSol

    Starszy szeregowy

  • Użytkownik
  • 142 postów
  • MiastoTarnobrzeg

Napisano 15.07.2004 - |18:16|

pięknie, pięknie :clap: :clap: :clap:
:afro: nawet lepsze jak moje
ale kiedy będzie reszta??
  • 0

#3 Ogotai

Ogotai

    Plutonowy

  • VIP
  • 456 postów

Napisano 16.07.2004 - |20:57|

- Kapral Stewart? Gdzie jest reszta drużyny? - zapytał zaniepokojony generał wchodząc do pomieszczenia. Stewart oparł się rękoma o kolana i zaczął oddychać głęboko.
- Kapralu?
- Sir, oni... oni po prostu zniknęłi...
Hammond spojrzał na stojącego obok sierżanta.
- Może pan mówić jaśniej?
- Badaliśmy właśnie ruiny... doktor Dante odkrył jakieś inskrypcje i polecił by sprowadzić doktora Jacksona... Gdy aktywowałem wrota... ziemia zaczęła drgać... Nastąpił błyski i... wszystko zniknęło...
- Kod 9! - zawołał generał - Zespoły SG-3, SG-5 i SG-9 mają wrócić i sprawdzić co się stało!
Stewart złapał powietrze.
- Sir, powinniśmy powiadomić doktora Jacksona. Inskrypcje mówiły o Zaginionym Mieście...
Hammond spojrzał na kaprala.
- W tej chwili to nie jest możliwe - powiedział - Doktor Jackson jest chwilowo niedostępny tak samo jak i SG-1. Teraz niech się pan uda do ambulatorium, za chwilę powinniśmy coś wiedzieć.
- Tak jest, sir - podniósł się Stewart. Do pomieszczenia wrót wbiegły zespoły ratunkowe.

Godzina 13.50 czasu SGC
- Sir. SIr! - Alice nerwowo potrząsała ramieniem pułkownika.
- Cholera, Thomson, daj pospać - mruknął myśląc, że jak budzi go sierżant z którym ostatnio był na misji
- Sir!
O'Reilly ocknął się i otworzył oczy. Przez chwilę próbował sobie przypomnieć co się stało.
- Cox? Co się u diabła... Jest pani cała? - zreflektował się natychmiast
- Tak jest, sir. Byliśmy nieprzytomni ponad godzinę.
- Co z Dante?
Alice obróciła się.
- Wciąż jest nieprzytomny. Ale chyba nie odniósł żadnych obrażeń.
O'Reilly dopiero teraz rozejrzał się dookoła. Byłi wśród ruin które badali. Jednakże na zupełnie innej planecie.
- To jakiś senny koszmar - próbował sobie tłumaczyć. Cox próbowała się uśmiechnąć, ale wyszło to blado.
- Niestety sir, ale to się dzieje naprawdę. Jesteśmy na zupełnie innej planecie...
- Do diabła z tym! - podniósł się z ziemi i założył czapkę - Wrócimy na Ziemię i zameldujemy co się stało...
- W tym rzecz, sir. Tutaj nie ma wrót...
O'Reilly nie odezwał się, tylko ruszył w kierunku miejsca, gdzie poprzednio znajdowały się wrota. Istotnie, nic tam się nie znajdowało. Rozejrzał się dookoła - z jednej strony znajdowała się ściana drzew, z drugiej pustkowie. Cisza była przenikającą. Dwa księżyce świecące na niebie, uświadomiły O'Reillemu, że tutaj jest najpewniej środek nocy. Powoli wrócił do reszty zespołu.
- Obawiam się, że nic teraz nie zrobimy - stwierdził - Przeczekamy do rana, a potem poszukamy wrót.
- Sir... - zaczęła Alice - Myśli pan, że są tu wogóle wrota?
O'Reilly nic nie odpowiedział.

- Aktywacja z zewnątrz! - zawołał sierżant - Sir, mamy sygnał... to kod SG-3!
- Otworzyć przesłonę! - rozkazał Hammond i ruszył w kierunku pomieszczenia wrót.
- Sir - major Snipe zdjął otarł czoło - Tak jak kapral Stewart powiedział, nie ma śladu ruin ani SG-7...
Hammond zmarszczył czoło.
- Proszę się przebrać. Za pół godziny odprawa. - powiedział krótko i ruszył ku wyjściu.
- Sir - zawachał się major - Jednak coś znaleźliśmy... To notatnik doktora Dante.

c.d.n

Użytkownik Ogotai edytował ten post 16.07.2004 - |20:57|

  • 0

#4 EsaSol

EsaSol

    Starszy szeregowy

  • Użytkownik
  • 142 postów
  • MiastoTarnobrzeg

Napisano 17.07.2004 - |13:16|

nareszcie :clap:
kiedy będzie reszta :P
  • 0

#5 Ogotai

Ogotai

    Plutonowy

  • VIP
  • 456 postów

Napisano 26.07.2004 - |21:01|

Godzina 16.00 czasu SGC

- Daniel? - powolnym krokiem do kwatery dr Jacksona wszedł O'Neill - Nie powinniśmy być teraz gdzie indziej?
- Nie.... - mruknął Jakson słuchając tylko jednym uchem - A powinniśmy?
- Ty mi to powiedz - podszedł powoli pułkownik i spojrzał przez ramię doktorowi - Na przykład na odprawie? - dodał spoglądając na trzymany w rękach Jacksona zeszyt. Nagle Daniel podniósł glowę; może nazbyt gwałtownie bo okulary mu się zsunęły. Natychmiast je poprawił.
- Jack, to jest to! - powiedział podnieconym głosem.
O'Neill chrząknął.
- Tak, po każdej misji udajemy się na odprawę - stwierdził cynicznie - A więc z całą pewnością to jest "to"...
- Nie, Jack - przerwał mu doktor - To jest TO! SG-7 znaleźli drogowskaz do Zaginionego Miasta!
O'Neill wbił w niego oczy z lekkim zdziwieniem. Jackson często bredził, ale dzisiejszego dnia chyba przeszedł samego siebie.
- Co ty wygadujesz? - przed podjęciem drastycznych kroków, O'Neill wolł się upewnić.
Jackson spojrzał na pułkownika podekscytowany.
- Doktor Dante przepisał inskrypcje z ruin... Jest w nich ukryty drogowskaz!
Jack się poderwał.
- Tak czy inaczej, powinniśmy być już na odprawie - oznajmił i uczynił zachęcający acz zdecydowany gest ręką w kierunku drzwi.

- Cox? Niech się pani obudzi! - ramieniem kapitan Cox potrząsnął gwałtownie O'Reilly - Prosze się obudzić!
Alice odwróciła głowę w jego kierunku i miała właśnie zapytać co się dzieje, ale w tym momencie pułkownik zatkał jej usta swoją dłonią.
- Niech pani nic nie mówi! - syknął pochylając się i jednocześnie zmuszając ją do tego samego - Mogą nas usłyszeć!...
Oczy Alice powiększyły się; próbowała podnieść głowę by dojrzeć o kim mowa.
- Musimy się wycofać do lasu - oznajmił szeptem O'Reilly. Cox kiwnęłą głową i oboje przemknęli pod ścianę lasu.
- Sir - zapytała cicho - Doktor Dante, on tam pewnie...
- Doktorka kiedy się obudziłem już nie było - przerwał pułkownik - Obudził mnie ten dźwięk, jakby... - zawachał się - rozdzieranego papieru?
- Czego? - zapytała niedowierzająca kapitan
Pułkownik machnął ręką.
- Po chwili nad ruinami przeleciały trzy myśliwce... Ale u diabła, zapewniam panią, że z takim czymś jeszcze się nie spotkaliśmy. To nie był żaden pojazd, który znamy...
Oboje wychylili głowy znad kępy roślin za którymi się ukryli. Kilkanaście metrów od nich, ktoś przeszukiwał ruiny. Do ich uszu docierały chwilami słowa w nieznanym języku, jakby komendy. Dopiero teraz Alice dostrzegła pojazd o którym wspomniał O'Reilly - unosił się kilka centymetrów nad ziemią; kilkanaście metrów od ruin.
- Nie mogę rozpoznać kto to jest... - podniosła głowę bardziej. Pułkownik natychmiast pociągnął ją ku ziemi.
- Zwariowała pani?! - syknął - Nie wiadomo kim oni są, ale na pewno nas szukają!
W tym momencie kapitan uswiadomiła sobie coś.
- Sir - wyszeptała - A my? Gdzie my jesteśmy?...

Godzina 16.10 czasu SGC
- I to jest wszystko co znaleźliśmy - zakończył major Snipe - Gdyby nie to, że SG-7 odkryła wcześniej tam ruiny, nigdy bym nie powiedział, że tam kiedykolwiek coś się znajdowało.
O'Neill zmarszczył czoło.
- Dziękuję majorze - odezwał się Hammond po czym zwrócił do Stewarta - Kapralu?
Kapral podniósł głowę; widać było, że wciąż jest w szoku.
- Mówiłem już o tym, ale nie w obecności SG-1... - odezwał się niepewnie.
O'Neill zrobił nerwowy ruch ręką.
- Słyszeliśmy co się stało. Ponowne sprawozdanie nie będzie konieczne.
Hammond spojrzał na pułkownika.
- Bardzo dobrze. Czy zatem mogę usłyszać wasze opinie na temat tego co się stało z SG-7? - zapytał odchylając się na fotelu. Lubił dotyk materiału zwłaszcza, że jego tusza idealnie wpasowywała się w kształty fotela.
Jackson chrząknął.
- Daniel Jackson chce chyba coś powiedzieć - podnióśł brew Teal'c
- W istocie - odezwał się doktor i otworzył zeszyt - Nie wchodząc w szczególy, mogę powiedzieć, że SG-7 odnalzał drogowskaz do...
- Danielu - żachnął się pułkownik. Oczy Stewarta się poszerzyły.
- Doktor Dante mówił, że doktor Jackson będzie tym zainteresowany...
- A zatem - chrząknął Daniel - Pomimo małej ilości czasu, przetłumaczyłem inskrypcje i porównałem z tłumaczeniem doktora.Miałem nadzieję, że się pomylił - niestety nie... - stwierdził z kwaśną miną.
- Wracając jednak do tłumaczenia - ponowił - Odkryte ruiny były archiwum...
- Moment - przerwał O'Neill - Czy to znaczy, że był tem jedna z tych... - machnął rękoma - "Mózgo-wysysaczy"?
- ...archiwum sztuki - dokończył Daniel - Był to zarazem pomnik jak i archiwum, gdzie Pradawni...
Hammond spojrzał na doktora.
- Ale co to ma do rzeczy?
- Tyle, że w inskrypcjach zakodowana jest lokalizacja Zaginionego Miasta. Ale i coś jeszcze - odezwał się Daniel po chwili wachania. Wszyscy spojrzeli na niego.
- Przetłumaczony tekst mówi również, że ci, którzy poznają jego położenie, zabiorą tą wiedzę ze sobą i z nikim już się nią nie podzielą...
- A zatem pułapka? - zapytał O'Neill. Daniel spojrzał na niego z kwaśną miną.
- No co?

C.D.N
  • 0

#6 Ogotai

Ogotai

    Plutonowy

  • VIP
  • 456 postów

Napisano 09.08.2004 - |18:12|

Ok, nie wiem czy to się podoba czy nie (mam to u licha ciągnąć dalej ku uciesze Esy??), więc kolejna część zostaje dopisana.

Godzina 17.00 czasu SGC
Od około godziny dziwne istoty penetrowały ruiny. Najwyraźniej nie znalazły tego czego szukały (jak przypuszczał O'Reilly poszukiwli właśnie ich), bo chodziły bezładnie po całym terenie. Dało to okazję dla pułkownika do przyjrzenia się im. Na pierwszy rzut oka, istoty wyglądały niczym z jakiegoś serialu sci-fi; długie białe włosy, blada cera, dziwne hełmy. No i ta ich broń, zupełnie niepodobna do żadnej wrogiej broni. Co prawda nie mieli okazji by ujrzeć efekty jej użycia, ale prawdę mówiąc O'Reilly wcale nie miał ochoty tego oglądać. Istota, która najwyraźniej dowodziła tutejszym oddziałem (długie, ciemne ubranie przypominające jakiś rodzaj skórzanego płaszcza), również wydawała się znudzona. Zrobiła przywołujący gest ręką po czym cała ekipa ruszyła. Członkoiwe SG-7 przyglądali się im, aż całkiem zniknęli z pola widzenia.
- Widział to pan? - podniosła się Alice. O'Reilly pociągnął ją ku ziemi.
- Niech się pani niewychyla - mruknął wyciągając broń przed siebie - Mogą tu zaraz wrócić.
Obawy pułkownika okazały się bezpodstawne, chwilę później przemknęły nieboskłonem trzy myśliwce i nastała cisza. O'Reilly się podniósł.
- Teren czysty - stwierdził - Widziała to pani? Co to za zmutowane potwory??
Alice tylko pokręciła głową.
- Sir, powiniśmy odszukać doktora.
Nie w smak był ten pomysł O'Reillemu, ale cóż było robić...
- Ma pani rację, rozdzielmy się - zdecydował po chwili wahania. Rozeszli się po okolicy w poszukiwaniu śladów. W pewnym momencie O'Reilly poczuł na sobie czyjś wzrok; obrócił się ale nikogo nie dojrzał. Szelest liści upewnił go jednak, że ktoś go obserwuje niedaleko. Natychmiast opracował plan unieszkodliwienia przeciwnika, zniknął za drzewem w takim miejscu, by podglądacz musiał się ukazać. W tym momencie go złapał.
- Mam cię!! - wrzasnął i w tym momencie zdumiony spostrzegł, że trzyma co najwyżej dziesięcioletnią dziewczynkę. Ogłupiały zamrugał oczami, podczas gdy ta się rozryczała.
- Sir, słyszałam.. - podbiegła kapitan Cox i również osłupiała - Sir, nie mówił pan, że ma dzieci?
O'Reilly rzucił jej krótkie spojrzenie i postawił dziecko na ziemi.
- Jak masz na imię mała? - przykucnął. Nic to nie dało, bo mała nadal ryczała. Cox podeszła do nich.
- Sir, chyba jednak nie ma pan zbytniego doświadczenia z dziećmi... - kucnęła i wyjęła husteczkę, którą otarła twarz dziecka. Następnie uśmiechnęła się. Mała przestała płakać.
- Jak masz na imię, malutka? - zapytała. Dziewczynka patrzyła na nią wielkimi oczami nic nie mówiąc. Pułkownik się podniósł i otrzepał spodnie.
- Cox, ona jest zbyt przestraszona - powiedział - Lepiej poszukajmy jej rodziców...
Alice nic nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się jeszcze raz do dziewczynki.
- Nie bój się malutka... Ja mam na imię Alice, to jest pułkownik O'Reilly. A ty, jak masz na imię?
Mała patrzyła na nią przez chwiłe, po czym szybko powiedziała:
- Aurora.
O'Reilly się obrócił.
- Gdzie są twoi rodzice? - zapytał - Twój tata i twoja mama?
Mała popatrzyła na niego nieprzytomnie i znów się rozryczała.
- Sir, co pan narobił?! Spotkała ją jakaś tragedia, a pan... - wyciągnęła znowu husteczkę Cox. Przez chwilę wsłuchiwali się w łkanie dziecka.
- Zo...zostali...chlip...zabrani.... - mazgaiła się Aurora. O'Reilly natychmiast skojarzył fakty.
- Przez kogo?! - pytanie wymsknęło się, chociaż tak naprawdę to znał odpowiedź.
- Ppprzez.... chlip.... przez upio... Upiory...
Spojrzał nerwowo na Alice. Na jej twarzy również malował się niepokój.

C.D.N (?)

Użytkownik Ogotai edytował ten post 09.08.2004 - |20:16|

  • 0

#7 gulus

gulus

    Sierżant

  • VIP
  • 757 postów

Napisano 09.08.2004 - |19:48|

Kontynuuj, na pewno masz kilku czytelników.

gulus
  • 0

#8 ArTi

ArTi

    Kapral

  • VIP
  • 187 postów
  • MiastoMielec

Napisano 10.08.2004 - |07:27|

pisz dalej :clap: :clap: :clap:
Nie tylko Esa Phoebe ;) to czyta

Użytkownik ArTi edytował ten post 10.08.2004 - |08:12|

  • 0
Być człowiekiem to znaczy zmieniać się by stać się lepszym
J.L. Picard


Teoria jest wtedy gdy nic nie działa choć wszystko jest wiadome.
Praktyka jest wtedy gdy wszystko działa choć nikt nie wie dlaczego.
Łącze teorie z praktyką, nic nie działa i nikt nie wie dlaczego

#9 EsaSol

EsaSol

    Starszy szeregowy

  • Użytkownik
  • 142 postów
  • MiastoTarnobrzeg

Napisano 10.08.2004 - |09:02|

pisz dalej :clap:  :clap:  :clap:
Nie tylko Esa Phoebe ;)  to czyta

I widzisz miałam racje nie tylko ja to czytam :P :D

czytać wypowiadać sie ludziska -_-
  • 0

#10 harcerzyk123

harcerzyk123

    Starszy szeregowy

  • Użytkownik
  • 129 postów
  • MiastoWhitestock

Napisano 10.08.2004 - |09:55|

Całkiem ciekawe. Poczekam na zakończenie i dopiero wtedy dokładnie ocenię. Pisz dalej nie tylko Esa czyta Twoje opowiadanie.
Pozdrawiam i zyczę duuużo weny twórczej.
  • 0
"Ambassador Kosh has been a busy boy today."
"They say God works in mysterious ways."
"Maybe so, but He's a con-man compared to the Vorlon."
-- Garibaldi and Sinclair in Babylon 5:"Deathwalker"

#11 Ogotai

Ogotai

    Plutonowy

  • VIP
  • 456 postów

Napisano 12.08.2004 - |09:23|

Godzina 17.55 czasu SGC

- Major Carter? - do drzwi laboratorium zapukał sierżant. Sam podniosła głowę znad laptopa i spojrzała z zainteresowaniem - Jest pani proszona do sali odpraw... Podobno mają coś co panią zainteresuje...
Carter podniosła się z krzesła.
- To znaczy?
- Nie wiem, pułkownik O'Neill powiedział, że cytuję: "Carter to się spodoba".
Sam nic nie powiedziała tylko ruszyła za sierżantem. Po drodze głowiła się co takiego mogli odnaleźć. Zmodyfikowany reaktor naquadah? Eksperymentalny generator antygrawitacyjny? A może nawet... Sam całkowicie się rozmarzyła. W sali odpraw czekał na nią cały sztab kryzysowy w postaci Hammonda, SG-1 oraz Stewartsa.
- Sir - usiadła w najbliższym fotelu. Daniel przygasił światło i zapuścił projektor. Obraz z laptopa stojącego na stole został wyświetlony na ekranie wisząym za stołem.
- Przed dziesięcioma minutami zkończone zostało wstępne rozpoznanie terenu - walnął Jackson bez ogródek - Szukaliśmy czegokolwiek co pomogłoby nam w odnalezieniu SG-7. I... znaleźliśmy.
Sam spojrzała pytająco na O'Neilla. Ten podparty ręką o stół tylko syknął: "to bardzo interesujące", po czym odwrócił się do Daniela.
- Wstępne przeskanowanie terenu pod kątem ukrytych pomieszczeń wskazuje, że pod zaginioną budowlą jest olbrzymia podziemna komora - w tym momencie na ekranie ukazał sę schemat podziemnej struktury. Sam cicho gwizdnęła. Od głównej komory rozchodziły się cztery korytarze; na ich końcu znajdowały się kolejne, tym razem mniejsze komory.
- Sir - zwróciła się do Hammonda - Wydaje mi się, że te cztery korytarze doprowadzały zasilanie do głównego kompleksu.
Daniel kiwnął głową.
- Trafiliśmy na coś jeszcze większego - powiedział - To nie tylko archiwum, ale...
- ...ale urządzenie transportowe - domyśliła się Sam
- Dlaczego nie spotaliśmy tego rodzaju budowli do tej pory? - zapytał Hammond
- Wydaje m się - zamyślił się Daniel - że ta budowla jes stosunkowo niedawno wzniesiona. Przynajmniej tak stwierdził doktor Dante, a ja nie mam powodu mu nie wierzyć...
- No i? - mruknął O'Neill
- Wniosek z tego, że mogła zostać zbudowana tuż przed odejściem Pradawnych, tuż po ukryciu Zaginionego Miasta.
Sam spojrzała z zainteresowaniem na Daniela.
- Jeśli tak, to może to oznaczać, że urządzenie pod ruinami przeniosło SG-7 właśnie do Zaginionego Miasta!
- To mi wystarczy - podniósł się O'Neill - Sir, proszę o pozwolenie na wyruszenie, Carter, uruchomisz to ponownie?...
- Powoli, Jack - podniósł dłoń Hammond - Nie mamy żdnej pewności co do tego, że uda się powrócić. A dopóki nie będę miał tej gwarancji - w postaci SG-7 - nie pozwolę na utratę kolejnej drużyny.
O'Neill opadł na krzesło.
- Proponuję na razie abyście odpoczęli - zwłaszcza ty, Jack - O'Neill się skrzywił - Pomówimy o sprawie rano.

13 godzin później

Jack właśnie zabierał się do golenia. Przez pół nocy siedział nad krzyżówką, nie udało mu się jej rozwiązać, więc przypiął ją do lustra. Gdyby wiedział o czeka go dzisiejszego dnia, zapewne straciłby cały humor. W pewnym momencie nadeszła pierwsza z tych rzeczy - zadzwonił telefon. Pełen najgorszych przeczuć, odebrał go. Tak, to był Daniel. Bredził coś o "tej rzeczy co chwyta za głowę i omal nie zabiła Jacka". O'Neill został przyciśnięty do muru i obiecał przybyć za pół godziny.
  • 0

#12 Ogotai

Ogotai

    Plutonowy

  • VIP
  • 456 postów

Napisano 21.08.2004 - |12:47|

13 godzin wcześniej...

Godzina - brak korelacji z czasem SGC

- Cholera - warknął O'Reilly - Rozwaliłem zegarek!..
- Sir, mógłby pan nie używać takich wyrazów przy dziecku - skrzywiła się Alice i uśmiechnęła do małej.
Pułkownik popatrzył na nią jakby nie rozumiał co do niego mówi.Profesjonalizm nie pozwolił mu tego skomentować, więc kucnął przy Aurorze i spojrazł jej głęboko w oczy.
- Nie widziałaś może tego trzeciego co był z nami? Wygląd inteligentnego orangutana i wkurzający sposób bycia...
Oczy Aurory zrobiły się momentalnie wielkie. Sekundę później znowu ryczała. O'Reilly się podniósł.
- No tak. Ja już nie mogę... Może pani uda się czegoś dowiedzieć?
Alice rzuciła mu piorunujące spojrzenie, ale posłuchała.
- Kochanie, wiem, że się boisz - zaczęła - ale powiedz, czy nie widziałaś tutaj jeszcze kogoś, kto był ubrany tak jak my?
Aurora przestała płakać i otarła nos rękawem.
- Wi... widziałam... jak był w wiosce przed przybyciem... Upiorów...
O'Reilly nadstawił uszu - wreszcie jakaś konkretna wiadomość.
- Możesz pokazać nam drogę do wioski?
Aurora niepewnie kiwnęła głową i spojrzała na Alice. Kapitan natychmiast chwyciła ją za rękę.
- Nie bój się - powiedziała ciepło - Nie pozwolimy zrobić ci krzywdy.
O'Reilly westchnął ciężko.
- Ruszajmy zatem,jeślimy mamy odnaleć doktorka i wrota!
- Sir - powiedziała niepewnie kapitan - Dlaczego doktor udał się do wioski bez nas?
- Diabli go wiedzą - mruknął O'Reilly - Sam chciałbym to wiedzieć.

Okazało się, że do wioski nie jest daleko. Znajdowała się po drugiej stronie lasu w którym schowali się przed atakiem. Na pierwszy rzut oka wydawała się składać z kilku chat. O'Reilly nie był historykiem ani archeologiem, ale na podstawie własnych doświadczeń, bez trudu określił stopień zaawansowania tej kultury; społeczeństwo rolnicze, od dłuższego czasu (zapewne kilku pokoleń) prowadzące osiadły tryb życia. Niedaleko dostrzegł pole uprawne z czymś, co wyglądało jak pszenica. Właściwie, to przypominało to trochę ranczo wuja Sama, które w młodości często odwiedzał. Usmiech pojawił się na jego twarzy na wspomnienie. Nagle uchwycił kątem oka ruch i momentalnie chwycił po broń. Zza jednej z chat wysunęła się czyjaś głowa a następnie reszta tułowia. Nieuzbrojonego na szczęście. Aurora wydała z siebie radosny piski i podbiegła do człowieka.
- Aurora! Myślałem, że cię zabrali! - chwycił ją i podniósł - Dlaczego uciekłaś? Wiesz jak się baliśmy?
- Khm - znacząco chrząknął O'Reilly. Dopiero teraz mężczyzna ich dostrzegł. Wolno opuścił Aurorę na ziemię.
- Jeśli przybyliście tutaj by nas ograbić, musicie wiedzieć, że nie poddamy się bez walki - zmarszczył czoło. Aurora chwyciła go za rękę.
- Amar, to przyjaciele Ineka!
Człowiek nazwany Amarem spojrzał na nią a następnie na SG-7.
- Wobec tego przepraszam za posądzenie - uśmiechnął się - Powinienem poznać od razu po ubiorze. Przyjaciele Ineka są naszymi przyjaciółmi!
- Ineka? - O'Reilly spojrzał zaciekawiony na Alice.
- Zapraszam do siebie, inni wkrótce wrócą z kryjówki - Amar wskazał ręką drogę po czym wziął Aurorę na barana i ruszył do jednej z chat.

CDN

Użytkownik Ogotai edytował ten post 21.08.2004 - |12:48|

  • 0

#13 Ogotai

Ogotai

    Plutonowy

  • VIP
  • 456 postów

Napisano 23.08.2004 - |18:43|

Wnętrze chaty nie wyglądało zachęcająco. O'Reillemu od razu na myśl przyszła farma starego O'Donella, sąsiada jego wuja. W obydwu przypadkach widać było, że gospodarz niezbyt przywiązuje wagę do tego by dom nadawał się do mieszkania. Z jednym wyjątkiem - O'Donellowi podpalono w końcu chatę.
- Aurora powiedziała, że jej rodzice zostali zabrani przez.... Upiory - odezwała się nieśmiało Alice. Amar spojrzał na nią.
- Jestem jej bratem. Tak, to prawda - dodał po chwili - Nasi rodzice zostali uprowadzeni, ale było to trzy lata temu. Od tamtego czasu to ja opiekuję się Aurorą.
Pułkownik przerzucił wzrok ze ścian na Amara.
- Gościliście tutaj człowieka, który był ubrany podobnie jak my, tak?
Amar uśmiechnął się.
- Inek, tak. Był u nas zaledwie kilka godzin temu. To dzięki niemu zdążyliśmy się schować przed atakiem. Jesteśmy mu za to wdzięczni...
- Inek? - podchwyciła Alice
- Wśród naszej społeczności oznacza to: "Wiedzący". Tak nazywamy tych, którzy...
- ...są przemądrzali i wiedzą wszystko najlepiej - mruknął O'Reilly.
- W rzeczy samej - uśmiechnął się Amar
- Kapitanie, jakim cudem doktor Dante przewidział atak, ostrzegł tych ludzi i na dodatek poszedł do wszystkich diabłów w tak krótkim czasie??
Alice tylko wzruszyła ramionami.
- Kapitanie... Też interesujące określenie... - zdziwił się Amar
- To określenie stopnia wojskowego... Mam na imię Alice, a to pułkownik O'Reilly.
Amar znów się uśmiechnął i miał coś powiedzieć, ale Aurora wydala z siebie pisk.
- Wracają!
Amar wyjrzał przez okno.
- Rzeczywiście, nasi wracają z kryjówki...
- Musimy wiedzieć dokąd udał się doktor... tzn. Inak - przerwał O'Reilly - I jeszcze...
- Dowiecie się wszystkiego, ale proszę, dzisiaj jesteście mymi gośćmi...
Pułkownik bezradnie spojrzal na Alice.
- Nie możemy zostać, musimy go odnaleźć.
Amar zmarszczyl brwi.
- Pozwólcie przynajmniej, że przedstawie was starszyźnie, a potem wskażę wam drogę.
Wyszli na zewnątrz; w kilku słowach Amar opowiedział o przybyszach. Rozległy się okrzyki podziwu. O'Reilly uciszył wszystkich.
- Dziękujemy, ale musimy odnaleźć...Ineka - kolejne okrzyki potwierdziły, że tutejszy lud rzeczywiście poznał doktora - I zapewne możecie też wskazać nam drogę do gwiezdnych wrót.. Okrągły pierścień...
Zapadła dziwna cisza.
- Czy powiedziałem coś nie tak? - mruknął O'Reilly.
- Macie na myśli... Wrota Piekieł?... zapytał z niedowierzaniem Amar - Postradaliście rozum?!
- Tylko tak możemy wrócić do domu...
Ktoś z tłumu zakaszlał.
- Nie wiecie, że z Wrót Piekieł przybywają Upiory? - zawołoł ktoś.
- To pewnie ich słudzy! - dodał kto inny.
- Kłamcy!
- Są w zmowie!
Amar podniósł rękę.
- To przyjaciele Ineka! Niech nikt nie waży się by ich oskarżać! - oznajmił i odwróćił się do SG-7 - Jesteście pewni, że chcecie tam iść?
O'Reilly kiwnął głową.
- A zatem niech tak się stanie. Zapewne po drodze spotkacie Ineka, udał się w tamtym kierunku, tylko do opuszczonego miasta...
- Cały doktorek - mruknął pułkownik - Wskaż nam drogę i już nas nie ma.
- Zaprowadzę was do miasta. Potem musicie iść sami...
Aurora pociągnęła za nogawkę Amara.
- Nie tym razem siostrzyczko - kucnął przy niej - Wrócę niedługo...
- Nie chcę zostać sama... - oczy małej znów zrobily się duże.
- Wrócę do ciebie. Obiecuję - Amar powstał i obrócił się do SG-7 - Ruszajmy zatem, wkrótce nastanie zmierzch.

CDN

Użytkownik Ogotai edytował ten post 23.08.2004 - |18:44|

  • 0

#14 harcerzyk123

harcerzyk123

    Starszy szeregowy

  • Użytkownik
  • 129 postów
  • MiastoWhitestock

Napisano 25.08.2004 - |20:59|

Akcja rozwija się coraz lepiej i jest coraz ciekawiej. Czekam na dalsze części. Na razie więcej się nie wypowiem, poczekam na kontynuację. Na razie jest dobrze.
Pozdrawiam.
  • 0
"Ambassador Kosh has been a busy boy today."
"They say God works in mysterious ways."
"Maybe so, but He's a con-man compared to the Vorlon."
-- Garibaldi and Sinclair in Babylon 5:"Deathwalker"

#15 Ogotai

Ogotai

    Plutonowy

  • VIP
  • 456 postów

Napisano 29.08.2004 - |17:58|

Szli już dłuższy czas. O'Reilly odniósł wrażenie, że kręcą się w kółko. Nagle siarczyście zaklął. Amar obrócił się zdziwiony; pułkownik wyrżnął nogą w jakąś roślinę przypominającą kaktusa.
- Szlag by to... Jesteś pewien, że idziemy w dobrym kierunku?
Amar skinął głwą.
- Wkrótce tam dotrzemy. Ruszajmy!
Alice spojrzała pytająco na pułkownika ale ten tylko wzruszył ramionami i ruszył za przewodnikiem. Jakieś piętnaście minut później O'Reilly miał ponowić pytanie o to, jak długo jeszcze będą szli, gdy nagle Alice go trąciła:
- Sir, niech pan spojrzy! - wskazała ręką na jakiś kształt wystający ponad otaczające drzewa. O.Reilly przystanął i wyciągnął lornetę. Rzeczywiście, była to jakaś wieża porośnięta i najwyraźniej opuszczona od jakiegoś czasu.
- Widzice centrum miasta - wyjaśnił Amar - Za chwilę wejdziemy w dolinę w której się ono znajduje. Niestety...tam będę musiał was pożegnać...
O'Reilly bez słowa wskazał, że mają iść dalej. Teren rzeczywiście zaczął się obniżać, nastroju opuszczenia dodawał nadchodzący zmierzch. W pewnym momencie stanęli przed dobrze zachowanymi murami. Alice odeszła bliżej i pogładził je ręką.
- Sir, nie jestem ekspertem, ale budowniczy tego miasta musieli dysponować wysoce zaawansowanymi metodami budowy... Praktycznie nie ma szczelin pomiędzy łączeniami, a powierzchni jest wypolerowana z niewiarygodną dokładnością...
O'Reilly ruszył w kirunku bramy koło której się znajdowali, gdy nagle odezwało się jego radio.
- ...SG-7... ...SG-7... Odbiór!... SG-7...
Pułkownik od razu rozpoznał głos doktora.
- W końcu mamy zasięg - mruknął i się odezwał:
- Co ty do cholery wyrabiasz?! Pół dnia za tobą ganiamy, nawet nie wiedząc gdzie jesteśmy...
- ...O'Reilly? Miło słyszeć... ...twój głos...
- Co ty mi pier...
- ...zostańcie tam gdzie jesteście... ...obserwują was w tej chwili i zabiją... ...jeśli wkroczycie poza mury...
O'Reilly spojrzał zdziwiony na Alice. Teraz ona wzruszyła ramionami.
- ...zaraz do was przyjdę... ...odłóżcie broń i usiądźcie na ziemi... ...cały czas w was celują...
- Dante? Dante!!...
Ale z drugiej strony nikt się nie odzywał. Pułkownik obrócił się w kierunku Amara z błyskiem w oku.
- Ty sukin... Wcignąłeś na w pułapkę, tak?!
Amar pokręcił przecząco głową. W jego oczach pojawiło się przerażenie.
- Gadaj, kto o w nas celuje? Ludzie z wioski? Upiory? A może... armia Jaffa?!
- Sir...
O'Reilly odwrócił się w kierunku kapitan. Przez chwilę zastanawiał się co zrobić. W końcu zreygnowany zdjął karabin, usiadł na ziemi i położył go koło siebie. To samo uczyniła Alice. W tym momencie Amar zerwał się do biegu i uciekł tą samą drogą którą przybyli. Kilka sekund SG-7 usłyszało kilka strzałów i krótki krzyk.
- Sir... co teraz?
- Możemy tylko czekać. I - O'Reilly zacisnął zęby - Zaufać doktorkowi.

CDN
  • 0

#16 Ogotai

Ogotai

    Plutonowy

  • VIP
  • 456 postów

Napisano 10.09.2004 - |13:46|

Oczekiwanie się jednak przedłużało. O'Reilly siedział z przymkniętymi powiekami; zdawał sobie sprawę, że w obecnej sytuacji wiele nie mogą zrobić. Słyszał przyspieszony oddech Alice - zdawał sobie sprawę, że ona jest bardziej zdenerwowana całą tą sytuacją. Właściwie... to dziękował Opatrzności, że to nie jest jeden z tych dni w miesiącu, kiedy służba z kapitan Cox staje się nieznośna. Nagle za swoimi plecami usłyszał trzask.
- O'Reilly...
Momentalnie się zerwał. Przed nim stałuśmiechając się głupawo Dante. Co gorsza, w otoczeniu gromady obdartusów. Uzbrojonych obdartusów.
- Ty sukin...! - pułkownik rzucił się na doktora lecz w tym samym momencie oberwał od jednego z grupy. Chwilę później rozcierał guza leżąc na ziemi. Nad pułkownikiem pochylił się doktor.
- Zachowaj spokój O'Reilly... Oni są gotowi was zabić.
O'Reilly spojrzał na niego z wściekłością. Za chwilę przerzucił wzrok na smutn twarz Alice po czym się rozsziadł i wyjął z kieszeni "fajranty". Przez chwilę rozkoszował się smakiem papierosa. W końcu wypalił, wstal i przydeptał niedopałek.
- Ok Dante - powiedział - Mów co i jak. Najlepiej od początku.
Dante machnął ręką i wszyscy usiadli na ziemi.
- Ocknąłem się chyba jako pierwszy... A może i nie - w każdym bądź razie jeszcze spaliście.
Alice potwierdziła jego słowa.
- Wtedy, przyznaję, ujrzałem trzy myśliwce i natychmiast uciekłem do lasu... To był odruch spontaniczny...
Pułkownik złowrogo błysnął oczami.
- Wtedy właśnie natknąłem się na tych ludzi... Ludzi z wioski. Szukali jakiegoś dziecka - mimo, że był środek nocy...
- Aurora... - szepnęła Alice
- ...byli początkowo nastawieni nieufnie wobec mnie, ale powiedziałem, że nadlatują myśliwce. Daję słowo, że byłem przekonany iż to atak Goa'uldów.
- To nie byli oni - mruknął O'Reilly zapalając kolejnego papierosa - Kontynuuj.
- Nie pytając o nic, zabrali mnie do jednej ze swoich kryjówek. Tam dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy... O Upiorach atakujących co drugie pokolenie, o przodkach, którzy władali niespotykaną mocą... I o Wrotach Piekieł.
O'Reilly spojrzał porozumiewawczo na Alice.
- Opowiedziałem im o naszej walce z Goa'uldami, o odkrywaniu nieznanych światów. Od tamtej pory zaczęli nazywać mnie...
- Inekiem.
- Tak, Inekiem. Pułkowniku! To jest wręcz niewiarygodne! Ci ludzie nie mają pojęcia, że istnieje taka rasa jak Goa'uldowie! - podniósł głos doktor. Rozejrzał się dookoła po czym kontynuował:
- Oczywiście, zażądałem, żeby zaprowadzili mnie do wrót. Bali się. Mowili, że trzeba przejść przez przeklęte miasto z którego nikt nie wraca. Niemniej uzyskałem informację gdzie mam się udać...
- Ale drużynę zostawiłeś samą sobie, co?! - wrzasnął O'Reilly. Dante tylko wzruszył ramionami.
- Wiedziałem, że i beze mnie dacie sobie radę. Radio nie działało a powrót uznałem za zbyteczną stratę czasu. Tak czy inaczej - kontynuował - dotarłem tutaj. Właściwie, to przekroczyłem bramę. Jest tam kilka interesującyh pozostałości z czego najciekawsza jest główna wieża. Dostałem się do niej - wewnątrz były umieszczone symbole planet z którymi ta placówka utrzymywała kontakt. Wtedy oni się pojawili.
O'Reilly ponownie spojrzał po twarzach grupy towarzyszącej doktorowi.
- Tak, ci ludzie od razu oznajmili, że wkroczyłem na teren ich przodków. Powiedzieli, że zbeszcześciłem miejsce ostatniej walki... Nagle jeden z nichdostrzegł emblemat SGC na moim ramieniu. Zapytał skąd to mam. Powiedziałem, że pochodzę stamtąd. Natychmiast spojrzeli na mnie inaczej. Zapytali skąd pochodzę - opowiedziałem im wszystko.. Wtedy z wieży ujrzałem, że się zbliżacie...
- Zabili Amara - wycedził O'Reilly
- Tego człowieka, który wam towarzyszył? Nie mieli wyjścia. Nie mógł wrócić i opowiedzieć o przeklętym mieście...O'Reilly, teraz najważniejsze; spośród symboli zapisanych w wieży, jeden był szczególnie wyróżniony - nie mam wątpliwości, że reprezentował on to miejsce... Dopiero wtedy zrozumiałem co jest nie tak - wszystkie symbole składały się nie z siedmiu a z ośmiu znaków!
- Co ty... - zaczął O'Reilly, ale nagły wrzask mu przerwał. Z zarośli wyszedł jeden z ludzi trzymając za rękę płaczące dziecko.
- Aurora...! - krzyknęła Alice zrywając się gwałtownie. Natychmiast ją zatrzymał jeden z towarzyszy doktora. W tym samym momencie O'Reilly pochwycił swój karabin i wycelował w niego.

CDN
  • 0

#17 Ogotai

Ogotai

    Plutonowy

  • VIP
  • 456 postów

Napisano 13.09.2004 - |22:05|

- Puść ją! - warknął O'Reilly. Wiedział jednak, że to bezsensowne posunięcie nie polepszy ich sytuacji.
- Odłóż broń - powiedział powoli doktor. Jeden z jego towarzyszy zrobił ruch ręką, jakby sięgając po swoją broń, ale Dante podniósł swoją dłoń.
- Odłóż broń - powtórzył
- Puśćcie dzieciaka! - krzyknął O'Reilly - Liczę do trzech...
- Nie wygłupiaj się... wiesz, że nie masz żadnych szans...
- Jeden!
Dante rozejrzał się zaniepokojony.
- Dwa!
- Nie zrobisz tego...
- Trz...
Ostatnią rzeczą, którą O'Reilly zapamiętał, był oślepiający błysk. Potem otoczyła go ciemność.

***

- Alice... - stęknął otwierając oczy. Kark miał cały zesztywniały; nie mógł obrócić głową.
- Sir... Jestem tutaj - usłyszał cichy szept. Wtedy zrozumiał, że klęczy, a ręce ma skute łańcuchem, który łączył się z obręczą na jego szyi. Łańcuch spinał również jego ramiona i nogi tak, by nie mógł się poruszyć.
- Alice... co oni u diabła z nami zrobili?...
- Gdybyś idioto... nie robił z siebie bohatera... - usłyszał z boku głos doktora - Doczekalibyśmy jutra...
W tym momencie O'Reilly ujrzał, że klęczą naprzeciw wrót.
- Musimy się uwolnić... wrócimy do domu...
- Nigdzie nie wrócimy!... - ryknął Dante. Krępujące go łańcuchy zabrzęczały. - Idioto... Osiem symboli... Rozumiesz?! Jesteśmy w innej galaktyce!...
- Alice... - jęknął O'Reilly - Co z małą?...
- Jest koło mnie...
Nagle zapalił się pierwszy szewron. O'Reilly skupił cały swój wysiłek by się wyrwać z okowów.
- Nie bój się malutka - usłyszał cichy szept Alice. Tylko matka mogła się zdobyć na taki spokojny ton w obliczu nadchodzącego końca... Zapalił się drugi szewron.
- Wypuśćcie nas! Nie jesteśmy wrogami!... - krzyknął pułkownik
- To na nic... - wycharczał Dante - Zanim mnie ogłuszyli, powiedzieli, że służymy demonom... I że odeślą nas przez bramę do ich królestwa...
Zapalił się trzeci szewron. Alice wciąż mówiła starając się przerwać szloch Aurory.
- Nie bój się... wkrótce będziemy wszyscy razem...
O'Reilly zaczął rozumieć. Kapitan Cox nigdy nie wspominała o macierzyństwie. Nigdy... od czasu ataku na ich drużynę kilka lat temu. Zapalił się czwarty szewron.
- Nie po to przybyliśmy tutaj, żeby teraz... W ten sposoób... - zająknął się. Uślyszał charczenie doktora.
- O'Reilly... Wiedziałem, że przyniesiesz mi pecha...
Piąty szewron.
- ..wkrótce będziemy szcześliwi, będziemy... w domu... - usłyszał. Wtedy zrozumiał. Alice nie mogła mieć dzieci. Wprawdzie w wyniku ataku zostali napromieniowani, ale zapewniono ich, że to nic groźnego. Kłamstwa! Kłamstwa. Kłamstwa...
- Alice... - jęknął. Ona zdawała się go nie słyszeć. Ale dopiero teraz zaczął rozumieć, że to jego wina.
Szósty.
- O'Reilly... - wystękał Dante - Bądź... bądź przeklęty!...
Pułkownik gorączkowo rozmyślał. Przed oczami przemykały mu obrazy ze wszystkich misji, każdy zwiad i... każde zwycięstwo. W każdym obrazie jego wspomnień pojawiała się smutna twarz Alice.
- Kapitanie... przepraszam... - stęknął. Nagle zrozumiał. Nie musiał przepraszać. Dzięki Aurorze, Alice poczuła się przez chwilę szczęśliwa i spełniona. Całe życie skondensowane do kilku sekund... A przecież przeżyte bardziej intensywnie niż przez jednego człowieka. A Aurora... przestała płakać. Gdy spoglądała na Alice, w jej oczach było coś czego nie mógł pojąć. Aż do tej pory... Pułkownik uśmiechnął się. Już wiedział.
W tym momencie zapalił się siódmy szewron.
Sekundę później utworzył się tunel.
A po dziesięciu sekundach zamknął.


...pozostały tylko mocowania łańcuchów.

KONIEC

(wszelakie komentarze prosze zamieszczać. Będę wdzięczny za wyrazy uznania - i co ważniejsze - za krytykę)

Użytkownik Ogotai edytował ten post 14.09.2004 - |09:05|

  • 0

#18 typcio

typcio

    Plutonowy

  • Użytkownik
  • 352 postów
  • Miasto

Napisano 10.05.2005 - |11:31|

Pomysł ciekawy wykonanie niezłe :piwo:

..tylko czegoś mi brak ..trochę sprawia wrażenie niepełnej ...za dużo dialogów za mało opisów ( nie myślałem ,ze kiedys będę na to narzekał B) ) .Podoba mi sie jednak :D
  • 0

#19 Megi

Megi

    Starszy szeregowy

  • Użytkownik
  • 86 postów
  • MiastoCrosno

Napisano 25.09.2008 - |14:37|

Mi się też podoba...tylko ta opowieść jest jakby...niedokończona...
  • 0




Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych