Skocz do zawartości

Zdjęcie

ZEMSTA


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
99 odpowiedzi w tym temacie

#41 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 12.06.2011 - |20:16|

pisz sobie na spokojnie :) czekam na dalsze części

Zakumałam o co chodzi. :D
Spoko. Taką presję to ja bardzo lubię. Jeśli ktoś czeka na nowe części, to znaczy, że stare mu się podobały. To chyba dobrze, prawda?
Pozdrawiam.
  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#42 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 13.06.2011 - |15:38|

NIE WOLNO PRZERYWAĆ W TAKIM MOMENCIE :o
Świetna część, teraz w spokoju poczekam na następną :D
  • 1

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#43 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 14.06.2011 - |15:20|

Wow! Tworzysz taką piękną akcję. Uwielbiam sposób w jaki piszesz. Ostatnio zrobiłam się leniwa strasznie (czyt. wakacje nadchodzą jupijupijej!). Ciekawa jestem czy ich wypuszczą. Sorki, że tak długo nie pisałam, ale ne miałam czasu. Teraz w końcu mam i się z tego cieszę :). Nie mogę się doczeakć kolejnej części. Mam nadzieję, że pojawi się za niedługo :).
Pozdrawiam - igut214:)
  • 1
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#44 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 18.06.2011 - |23:14|

cieszę się, ze opowiadanie się wam podoba.
Startuję z następnym kawałkiem. Noc to jest jednak moja pora ;)






Szaman na chwilę zastygł w bezruchu. Powoli opuścił włócznię w dół. Na jego twarzy malowało się zaskoczenie, które jednak natychmiast ustąpiło miejsca zrozumieniu i zaniepokojeniu. Rozejrzał się nerwowo po całej dolinie. Głowy wszystkich tubylców zwróciły się w kierunku samotnej postaci Daniela Jacksona. Stał z tyłu, z rękoma uniesionymi w górę. Wszyscy mogli dokładnie obejrzeć, jego odwrócone ku nim, puste dłonie. Zrobiło się małe zamieszanie. Rozległy się przestraszone okrzyki. Tubylcy ruszyli z miejsca, starając się odsunąć jak najdalej od przybysza. Wkrótce został sam pośrodku pustego placu. Cisza, która teraz nastała, zdawała się dzwonić w uszach. Daniel zrobił krok naprzód.
- Nie rób tego. - Powtórzył. - Wysłuchaj mnie. Nie chcę, aby ktokolwiek więcej zginął. Uwolnij tych ludzi a nikomu nie stanie się krzywda.
Szaman parsknął gniewnie. Dał znak strażnikom. Kilku natychmiast otoczyło Daniela. W rękach trzymali uniesione włócznie, lecz żaden go nie zaatakował. Czekali w napięciu na rozkazy. Czterej pozostali szamani zbliżyli się wymieniając niespokojne spojrzenia ze swym przywódcą.
- Co tu robisz człowieku? - Spytał jeden z nich. - Jak udało ci się dostać aż tutaj?
- Odpowiadaj! - Zawtórował drugi, zanim archeolog miał szansę odpowiedzieć na pytanie. - W jaki sposób nas odnalazłeś?
- Czekajcie. - Szaman stojący na rytualnym kamieniu wpatrywał się w Daniela z namysłem. - Przyprowadźcie go do mnie.
Poczuł pchnięcie w plecy i ruszył naprzód. Ludzie w popłochu usuwali się z jego drogi. Zatrzymał się dopiero przed płaskim głazem. Obrzucił spojrzeniem rozkrzyżowanego na nim pułkownika Burnsa. Mężczyzna był ranny. Nic jednak na razie nie wskazywało na to, że rany zagrażają jego życiu. Był całkowicie przytomny. Wpatrywał się w Daniela oszołomionym wzrokiem. Jakby do końca nie był przekonany, czy archeolog istnieje naprawdę, czy też jest tylko wytworem jego wyobraźni. Oddychał chrapliwie. Sznur zaciśnięty na jego szyi wżynał się głęboko w ciało. Nieopodal klęczała pozostała trójka więźniów. Byli skrępowani, brudni i sponiewierani. Żyli jednak i najwidoczniej nie odnieśli większych obrażeń. Z niedowierzanie przyglądali się, jak Daniel robi jeszcze jeden krok i podnosi wzrok ku szamanowi.
- Nie mam przy sobie broni. - Powiedział spokojnie. - Przyszedłem porozmawiać. Proszę, daj mi szansę na wyjaśnienie tego, co się wydarzyło, odkąd przybyliśmy na planetę.
- Wiemy co się wydarzyło. - Szaman spojrzał na niego z góry. - Nie chcemy słuchać twoich wyjaśnień. Twoje słowa są gładkie, lecz podszyte fałszem. Nie zwiodą nas już.
- Nigdy was nie okłamywaliśmy. Przybyliśmy na planetę jedynie w celu bliższego zbadania minerału, wydobywanego z waszej kopalni. Nie interesowało nas i dalej nie interesuje podbój tego świata. Ja i moi towarzysze odwiedziliśmy już wiele planet. Jesteśmy podróżnikami, badaczami. Szukamy nowych technologii, nawiązujemy znajomości, zawiązujemy sojusze. Wielokrotnie na swej drodze spotkaliśmy tych, których nazywacie dawnymi Bogami. Tak naprawdę to nie są bogowie. Choć bardzo lubią, by tak o nich myślano. To okrutne, złośliwe i egoistyczne stworzenia. Są bardzo zaawansowani technologicznie, mimo to walczymy
z nimi i kilkakrotnie udało nam się ich pokonać. Pośród nas widzieliście zapewne człowieka, którego rasa od wieków służy Goa`uldom. Tak. Teal`c jest Jaffa. Porzucił jednak swojego pana i przeszedł na naszą stronę. Jest naszym przyjacielem. Zapewniam was, że nie knuł przeciwko wam żadnego spisku. Nie planuje inwazji i na pewno nie służy już żadnemu z Goa`uldów.
- Słudzy dawnego Boga zawsze byli bardzo przebiegli. On mógł was omotać, zwieść. Może myślicie to, co chce, żebyście myśleli. Przyprowadziliście go tutaj. Karą za sprowadzenie na planetę obcych Bogów lub ich sług jest śmierć. Karą za rozgniewanie Boga Góry jest śmierć. Karą za złamanie odwiecznego zakazu jest śmierć.
- Nie, nie… Czekajcie. A jeśli Bogowie nie mają racji?
- Kim jesteś, by kwestionować nasze odwieczne prawo? Jak śmiesz podważać boskie wyroki? - Oczy mężczyzny rzucały groźne błyski. Górna warga drgała mu jak u wściekłego psa. Po plecach Daniela przebiegł mimowolny dreszcz.
- Nie kwestionuję waszych praw. - Tłumaczył cierpliwie. - Chciałbym tylko przedstawić wam mój punkt widzenia. Co jeśli pomyliliście się, w odczytywaniu woli waszego Boga? Może nie wymaga on krwawych ofiar? Może wcale nie pragnie zemsty?
- Żyjemy w pokoju od kilkuset lat. Od ucieczki Boga, który niewolił mój lud, od śmierci jego popleczników, nie doświadczyliśmy ani razu gniewu Boga Góry. Od czasu waszego pojawienia się, odczytywaliśmy różne niepokojące znaki, które mówiły, że należy się was strzec. To za waszą sprawą Bóg Góry przebudził się i żąda zadośćuczynienia. Tylko wielkie ofiary mogą mu to zapewnić. Tak jak i przed wiekami, śmierć zdrajców znów przywróci spokój. Zjawiasz się tu i żądasz uwolnienia jeńców. Jesteś tak samo butny, tak samo arogancki jak ci, którzy przybyli tu razem z tobą. Twoje pojawienie się zakłóciło ceremonię. Nie wiem, w jaki sposób odnalazłeś nasze schronienie. Wiedz jednak, że to miejsce jest tajemnicą. Ty również złamałeś tabu! Powinieneś także ponieść karę.
- Nie boję się tabu. Wierzę, że wciąż możemy dojść do porozumienia. Jeszcze raz proszę was, uwolnijcie tych ludzi. - Daniel poczuł, że jego ręce zaczynają drętwieć. Opuścił je wzdłuż ciała i zrobił kolejny krok do przodu. Kolanami niemal dotykał głazu.
- Wysłuchajcie mnie. Ani oni, ani nikt inny nie jest odpowiedzialny za to, co się dzieje na planecie.
- Łżesz! - Wrzasnął szaman stojący za jego plecami. - Oni sprowadzili na nas gniew Boga! I z woli Boga poniosą teraz śmierć.
- Nie! Nie ma żadnego Boga, który pragnąłby zemsty. Proszę, wysłuchajcie mnie! To nie żadna zemsta. To tylko splot nieprzewidzianych zdarzeń.
- Jesteś obcy. Jesteś tak samo winny. Twoi ludzie zginą w mękach a ty zginiesz razem z nimi. - Szaman zrobił krok w tył. Z wysokości obrzuciła Daniela nienawistnym spojrzeniem. Wyciągnął rękę i teatralnym gestem wskazał archeologa. - Związać go!

Powietrze przeszyła seria wystrzałów z karabinu maszynowego. Huk, zwielokrotniony przez odbijające się od gór echo, powalił wszystkich na kolana. Większość tubylców zakryła sobie uszy dłońmi. Rozległy się liczne okrzyki strachu. Gdy wreszcie unieśli głowy, ujrzeli czterech mężczyzn w mundurach. Każdy z nich trzymał broń gotową do strzału. Pojawili się znikąd. Dosłownie wyrośli spod ziemi. Zbliżali się teraz do zgromadzonych szerokim łukiem. Pułkownik Reynolds wykonał w stronę Daniela gest świadczący o tym, że panuje nad sytuacją. Jackson zwrócił się ponownie w stronę szamana, który podobnie jak pozostali skulił się, pozostając jednak na głazie.
- Chyba nie sądziłeś, że po tym co wydarzyło się w obozie, przybędę tu bez żadnego wsparcia?
Szaman wyprostował się powoli. Patrzył na Daniela ze strachem a jednocześnie z nienawiścią. Krótką włócznię ścisnął w obu rękach. Uniósł ją nieco do góry. Kostki jego zaciśniętych dłoni zbielały niebezpiecznie. Pułkownik Burns wstrzymał oddech. Rozciągnięty na zimnej skale utkwił wzrok w ostrzu włóczni, które drgało lekko.
- Nawet o tym nie myśl. - Jackson pokręcił wolno głową. - jeśli to zrobisz, moi towarzysze zaczną strzelać. Zginiesz ty a z tobą wiele innych osób. Ty zginiesz, broniąc swych przekonań. To nawet chwalebna śmierć. Jesteś jednak gotów zaryzykować życie niewinnych ludzi? Myślisz, że tego właśnie chciałby twój Bóg? Rozlewu niewinnej krwi?
- Dość! - Z pośród klęczących wokół ludzi wstał powoli starszy mężczyzna. Podszedł do Daniela patrząc mu prosto w oczy. Emanowała niego siła i mądrość zdobyta w ciągu wielu lat. - Ja nie jestem gotowy na takie poświęcenie. Szamani mogą sobie pozwolić na takie ryzyko. Ja nie. Jestem odpowiedzialny za moich ludzi. Jestem przywódcą wioski. - Wyjaśnił. - Jestem gotów wysłuchać tego, co masz nam do powiedzenia. Wiele ryzykowałeś przychodząc aż tutaj. Może więc twoje intencje są czyste.
- Chętnie z tobą porozmawiam. Ale najpierw każ uwolnić tego człowieka. - Jackson kątem oka zerkał wciąż na mężczyznę ściskającego włócznię. Sprawiał wrażenie szalonego. Zdecydowanie nie podobało mu się, że wciąż trzymał włócznię w niewielkiej odległości od klatki piersiowej Burnsa.
Przywódca wioski przyglądał się Danielowi w zamyśleniu. Powoli pokiwał głową.
- Rozwiążcie go. - Zwrócił się do strażników.
- Nie! - Ostry głos szamana zatrzymał ich w miejscu. Mężczyzna pokręcił przecząco głową, marszcząc groźnie brwi. Stanęli niezdecydowani. Nie wiedzieli czyich rozkazów powinni słuchać.
- Rozwiążcie go! - Powtórzył przywódca z naciskiem. - I zaprowadźcie do pozostałych.
Szaman otworzył usta, by ponownie zaprotestować. Starszy mężczyzna uniósł w jego kierunku dłoń, nakazując mu milczenie. Szaman zacisnął wargi w cienką linię. Choć jego oczy rzucały niemal pioruny, posłusznie skłonił głowę. I wreszcie opuścił włócznię. Daniel mimo woli poczuł podziw dla przywódcy wioski. Musiał cieszyć się naprawdę dużym szacunkiem, skoro nawet szamani bez szemrania wykonywali jego polecenia. Strażnicy rozcięli więzy krępujące pułkownika Burnsa. Mężczyzna przeturlał się na bok oddychając szybko. Zdrętwiałymi rękoma zerwał sznur z szyi. Dwóch tubylców weszło na kamienne podwyższenie
i chwyciwszy żołnierza pod ramiona, na wpół zaprowadzili, na wpół zanieśli go do pozostałych więźniów. Szaman odprowadzał ich szalonym spojrzeniem. Burns leżał zwinięty na ziemi, przyciskając do siebie okaleczone ręce. Strażnicy otoczyli jeńców i spojrzeli wyczekująco na przywódcę. Pozostali tubylcy również wpatrywali się w niego.
- Wstrzymałem egzekucję... - Mężczyzna zwrócił się ponownie w stronę Daniela.
- Dziękuję…
- Ale… Nie mogę uwolnić więźniów. Szamani przekonali nas, że egzekucja tych ludzi jest naszym jedynym wyjściem. Że muszą ponieść karę. Ty twierdzisz jednak, że nie są winni. Ktoś ma rację a ktoś inny się myli. Jeśli Bóg Góry istotnie pragnie ofiary,
ja i mój lud jesteśmy gotowi ponieść wszelkie tego konsekwencje. Ale dam ci szansę na obronę. Opowiedz mi, dlaczego myślisz, że nakaz Bogów może być zlekceważony?
Daniel potarł nerwowo czoło. Spływały po nim kropelki potu. Rozejrzał się dookoła. Wszyscy utkwili w nim swoje spojrzenie. Jeńcy patrzyli na niego z nadzieją i niedowierzaniem. Pułkownik Reynolds i jego zespół zajęli strategiczne pozycje, otaczając szerokim łukiem zebranych w dolinie ludzi. Dawno nie czuł się pod taka presją. Nie mógł teraz niczego zepsuć. Życie wielu ludzi zależało wyłącznie od niego.





C.D.N.

Użytkownik cooky edytował ten post 18.06.2011 - |23:25|

  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#45 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 19.06.2011 - |06:06|

Oh Daniel Daniel, ty bohaterze, jak zwykle negocjuje ze skutkiem
dziękuję za kolejną część :)
oczywiście, że mi się podoba :P
tak trzymaj
  • 1

#46 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 19.06.2011 - |13:34|

Brawo dla Daniela :)
Ciekawe jak wybrnie z tej sytuacji?
Czekam na dalszą część.
  • 0

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#47 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 19.06.2011 - |21:41|

Dajmy Danielowi trochę czasu, by wymyślił jakąś strategię i zajrzyjmy na moment do SGC.







Ciszę izolatki przerwał chrapliwy jęk. Pielęgniarka z troską pochyliła się nad łóżkiem i przyłożyła dłoń do czoła O`Neilla. Gorączka wciąż nie spadała. Już trzecią godzinę utrzymywała się na krytycznym poziomie. Środki na jej obniżenie oraz zimne okłady pomagały nieco, ale niestety na krótko. Ryzyko nieodwracalnego uszkodzenia komórek nerwowych w mózgu rosło z godziny na godzinę. Pielęgniarka pochyliła się niżej. Bezpośrednio do wenflonu wstrzyknęła kolejną dawkę antybiotyku i podłączyła kroplówkę. Zawiesiła wypełniony przezroczystym płynem worek na stojaku. Pułkownik jęknął znowu. Jego ciało drgnęło konwulsyjnie a potem wygięło się w łuk. Natychmiast położyła ręce na jego ramionach, by powstrzymać zbyt gwałtowne ruchy. Groziły one rozerwaniem szwów złożonych na prawy biceps i bark O`Neilla. Rana wreszcie przestała krwawić. Dużo czasu zajęło jej oczyszczenie i zabezpieczenie. Jack oddychał przez rozchylone usta. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała szybko. Zbyt szybko. Szarpnął się znowu. Na zlanej potem twarzy malowała się udręka.
- Przestań… - Wyjęczał. - Proszę… Dlaczego mi to robisz?
- Ciii… Jestem tutaj. Już dobrze. Już wszystko w porządku. - Delikatnie gładziła jego policzek. Odgarnęła z czoła sklejone potem włosy. Rozpalona skóra zdawała się parzyć jej palce.
- Nie! Nie! Przestań… O Jezu, proszę… Nie chcę… Proszę… Przestań…
Zacisnął dłonie w pięści. Pielęgniarka trzymała teraz jego nadgarstki. Zagryzając wargi, ze wszystkich sił przyciskała je do materaca. Mięśnie jego ramion drgały, gdy próbował wyrwać się z uścisku i unieść ręce do góry. Rzucał głową z boku na bok. Jego oddech był płytki i urywany a twarz wykrzywiał wyraz bólu. Z ust wydobywał się coraz cichszy jęk przechodzący w ledwo dosłyszalny szept.
- Nie… Nie… Przestań… Zakończ to, proszę… Proszę…
W pewnym momencie znieruchomiał i opadł na materac. Jego ciało rozluźniło się a oddech wyrównał. Zapadł w niespokojny sen. Pielęgniarka puściła jego ręce. Sprawdziła czy wenflon tkwi we właściwym miejscu i zaczęła poprawiać okrągłe elektrody przyklejone do skóry na jego klatce piersiowej. Jeden z podłączonych do nich przewodów był obluzowany. Poprawiła go i rzuciła okiem na stojący obok łóżka monitor. Na płaskim ekranie pulsował równomiernie wykres przedstawiający pracę serca. Wciskając guzik podgłośniła nieco sygnał dźwiękowy. Rytmiczne pikanie rozległo się w całym pokoju.

Janet Fraiser weszła do pomieszczenia i obrzuciła swego pacjenta zmęczonym, zaniepokojonym spojrzeniem. Była blada i miała podkrążone oczy. Jej organizm coraz bardziej domagał się odpoczynku, na który jednak wciąż nie mogła sobie pozwolić. Na krótką drzemką zdecydowała się tylko dlatego, że zaczęło się jej kręcić w głowie i obawiała się, że może zemdleć. Sen był jednak zbyt krótki, by należycie zregenerować jej siły. Czuła się zmęczona i słaba a przede wszystkim bezradna.
- Wciąż bez zmian? - Spytała.
- Niestety. - Pielęgniarka wzruszyła ramionami. - Znowu majaczył i rzucał się. Na szczęście nie pozrywał szwów.
- Gorączka?
- Minimalnie spadła. Okłady z lodu, choć w niewielkim stopniu, ale jednak pomagają.
- Nie możemy zbijać temperatury w nieskończoność. Jeśli w dalszym ciągu będzie się utrzymywać na takim poziomie…
Fraiser westchnęła ciężko i podeszła do łóżka. Patrzyła na nieprzytomnego mężczyznę marszcząc brwi. Jego wycieńczony utratą krwi i gorączką organizm zaczynał przegrywać bitwę. Walczył, ale coraz słabiej. A oni wciąż nie mogli opanować infekcji. Zrobiła wszystko, co tylko było w jej mocy. Co jeszcze jej pozostało? Chyba tylko modlić się. Pochyliła się niżej i niezwykle delikatnie położyła dłoń na jego czole. Gest ten zawsze wpływał kojąco na jej pacjentów. Powieki pułkownika drgnęły. Powoli otworzył oczy. Jego spojrzenie było nieprzytomne i zamglone. Chwycił lekarkę za rękę i przyciągnął ją do siebie z niespodziewaną siłą.
- Proszę… - Wyszeptał. - Proszę… Pomóż mi…
- Spokojnie. - Patrzyła prosto w jego ciemne oczy. Wyraźnie widziała w nich cierpienie. - Już nic ci nie grozi. Jesteś bezpieczny. Zaufaj mi. Jestem cały czas przy tobie.
- Janet? - Spytał z niedowierzaniem. Zamrugał kilka razy i wlepił w nią zdumione spojrzenie. Nie mogła powstrzymać uśmiechu.
- Zgadza się. To ja. Jestem tutaj, pułkowniku. Wszystko będzie dobrze. Proszę mi zaufać.
- Jesteś tu… - Jego powieki zaczęły opadać w dół. - Janet…
Westchnął boleśnie. Jego ręka upadła bezwładnie na materac. Janet z przerażeniem dostrzegła, jak jego oczy uciekają ku górze. Spod przymrużonych powiek błysnęły białka. Gwałtowne dreszcze wstrząsnęły jego ciałem. Serce biło jak oszalałe. Coraz szybciej i szybciej. Na monitorze pojawił się chaotyczny wykres. Jednocześnie donośny pisk alarmował o nieprawidłowej akcji serca.
- Częstoskurcz! Szybko! Defibrylator!
- Doktor Fraiser, brak tętna…
Janet klnąc pod nosem zerwała przykrywające klatkę piersiową pułkownika prześcieradło i wyciągnęła poduszkę spod jego głowy. Pielęgniarka w pośpiechu pchała ku niej wózek, na którym stał defibrylator. Lekarka chwyciła elektrody i podsunęła je pielęgniarce, by ta pokryła je bezbarwnym żelem. Wprawnym ruchem umieściła je na klatce piersiowej O`Neilla.
- Ładuj 150! - Krzyknęła w stronę pielęgniarki. - Uwaga! Cofnąć się!
Pielęgniarka mimo, ze stała z daleka od łóżka, odruchowo uniosła ręce w górę. Przez ciało pułkownika przepłynął ładunek elektryczny, powodujący lekkie wygięcie ciała. Janet odłożyła elektrody i przystąpiła do masażu serca. Miarowo uciskała klatkę piersiową Jacka, wciąż wpatrując się w monitor. Alarm przywołał kolejną pielęgniarkę, która z miejsca rzuciła się do pomocy. Trzymała teraz maskę na twarzy Jacka i ściskała w ręku worek ambu. Lekarka sięgnęła znów po defibrylator.
- Ładuj do 200! Uwaga!
Obie pielęgniarki odsunęły się. Kolejny impuls wysłany przez elektrody defibrylatora, nie zmienił niczego w wykresie na monitorze. Linia wznosiła się i opadała bez żadnego porządku. Fraiser powróciła do masażu serca. Na jej twarzy malowało się skupienie i determinacja. Po raz kolejny sięgnęła po defibrylator.
- Ładuj do 250! Uwaga! Odsunąć się!
Ciało pułkownika znów lekko drgnęło. Opadł bezwładnie na materac. Janet wciąż patrząc na monitor ponownie ułożyła nadgarstki na jego mostku. Jednocześnie poszukała wzrokiem pierwszej z pielęgniarek.
- 1 miligram adrenaliny! - Zarządziła.
W czasie gdy kobieta manipulowała strzykawką, lekarka pochyliła się nisko ku Jackowi i wyszeptała prosto w jego twarz:
- Nie rób mi tego! Nie waż się umierać! Do diabła, pułkowniku, Nie wolno ci! Słyszysz? Nie umieraj…







C.D.N.
  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#48 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 20.06.2011 - |07:00|

:mellow: niee.... Jack
proszę nie zabijaj Jacka
  • 2

#49 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 20.06.2011 - |13:30|

:o jaki zwrot akcji, mogłabyś go jednak odratować.
Tak głupio będzie trochę bez Jacka.
  • 1

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#50 scanning

scanning

    Starszy szeregowy

  • Użytkownik
  • 143 postów

Napisano 20.06.2011 - |20:42|

Zabić najważniejszą postać? Ja bym go zatłukł w jeszcze gorszy sposób :lol:, ale przeżyje, na pewno. To SG1, szczęśliwe zakończenia na zasadzie Deus Ex Machina.
  • 2
Dołączona grafika

#51 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 21.06.2011 - |22:39|

jakiś czas temu mówiłam, ze ktoś zginie...
Jestem okrutna, ale naprawdę ktoś wyzionie ducha B)
  • 0

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#52 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 22.06.2011 - |06:05|

jakiś czas temu mówiłam, ze ktoś zginie...
Jestem okrutna, ale naprawdę ktoś wyzionie ducha B)


hm ale przecież już trupy były... oszczędź m biednego Jacka
  • 0

#53 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 23.06.2011 - |20:58|

I oto kolejna część.
Znalazłam przypadkiem moje zapiski, według których miałam pisać opowiadanie. Niesamowite! Według notatek już dawno powinnam je skończyć. A opowiadanie jakoś samo mi się rozrosło i wciąż rośnie. :lol: :lol: :lol:




Daniel siedział ze skrzyżowanymi nogami naprzeciwko starszego mężczyzny. Raz po raz przecierał oczy. Nie wiedział dokładnie w którym momencie zgubił okulary. Ich brak odczuwał teraz dotkliwie. Oczy piekły go i łzawiły w ostrych porannych promieniach słońca. Tubylcy otoczyli ich ciasnym kręgiem. Ci, najbliżej nich siedzieli na ziemi. Następni klęczeli a oddaleni jeszcze dalej stali. Wszyscy z uwagą śledzili rozgrywającą się pośrodku scenę. Ich oczy wyrażały ciekawość i niedowierzanie. Więźniom także pozwolono usiąść. Siedzieli zgarbieni, z głowami zwieszonymi na piersi. Ich ręce pozostawały jednak skrępowane. Tylko pułkownik Burns nie został związany ponownie. Od czasu do czasu unosili głowy, by spojrzeć na stojących w pewnym oddaleniu marines. Żołnierze mocno ściskali w rękach broń. Czekali w pogotowiu. Wokół jeńców stali strażnicy. Każdy z nich celował włócznią w któregoś z więźniów. Daniel żywo gestykulując opowiadał przywódcy wioski o Goa`uld. Chciał jak najbardziej przybliżyć mężczyźnie tą okrutną i bezwzględną rasę.
- Goa`uld są pasożytami. Nie potrafią funkcjonować samodzielnie. Aby przeżyć muszą wniknąć w ciało nosiciela. Po połączeniu przejmują całkowitą kontrolę zarówno nad jego ciałem jak i nad umysłem. Do tego są jednak zdolne jedynie symbionty, które osiągnęły dorosłość. Do tego czasu muszą pozostawać w specjalnych kieszeniach znajdujących się w ciele Jaffa. Jest to pewnego rodzaju transakcja wiązana. Bez larwy Jaffa czeka śmierć i odwrotnie. Większość Jaffa jest posłuszna rozkazom Goa`uld, ale nie wszyscy. Część z nich pragnie wyzwolić się spod jarzma fałszywych Bogów. Mój przyjaciel Teal`c należy właśnie do buntowników. Jest całkowicie oddany sprawie. Ryzykuje życie swoje a także swojej rodziny, by walczyć przeciwko swemu dawnemu panu. Dlatego jestem absolutnie pewien, że nie mógłby planować zdrady i przyłączenia się do wroga.
- Ręczysz za niego?
- Powierzyłbym mu własne życie.
- Przypuśćmy, że nie służy już dawnemu Bogowi. Wcześniej jednak to robił. Co znaczy, że jego pojawienie się, mogło rozgniewać Boga zamieszkującego Górę.
- Nie. Wybuch góry, która znajduje się nieopodal waszej wioski nie jest wyrazem sprzeciwu przeciwko obecności Teal`ca ani naszej.
- Skąd możesz mieć tego pewność?
- Ponieważ znam dobrze to zjawisko. Na mojej planecie mamy z nim do czynienia dosyć często. - Rozejrzał się dookoła. Podniósł cienki patyk i narysował na ziemi koślawy okrąg. - Spróbuję ci to wyjaśnić. Każda planeta jest okrągła. Wyobraź sobie, że to właśnie ona. Na zewnątrz jest twarda, ale w samym środku posiada płynne, niezwykle gorące jądro. - W centrum okręgu wrysował małe kółeczko. - Jądro to wywiera nieustanny nacisk na warstwy położone wyżej. Zdarza się, że znajduje szczelinę, poprzez którą wydostaje się na zewnątrz. Tak właśnie powstają wulkany. Niektóre wybuchają a potem całkowicie wygasają. Inne natomiast pozostają w uśpieniu, czasami nawet przez całe stulecia. Nie wiadomo dlaczego pewnego dnia ich aktywność powraca. Na Ziemi wulkany wielokrotnie niszczyły całe wsie i miasta, przyczyniły się do śmierci wielu ludzi. Nie ma to natomiast żadnego związku z czyimkolwiek gniewem bądź klątwą. Tak się po prostu dzieje. Nie ma w tym niczyjej winy. Wulkan na waszej planecie nie jest wyjątkiem. ….
- Nie zgadzam się! - Szaman zerwał się na równe nogi. Jego twarz pozostawała bez wyrazu, ale oczy rzucały błyskawice.
- Mówi tak, ponieważ chce, by jego przyjaciele zostali uwolnieni! Okłamuje nas, aby tylko osiągnąć swój cel. Bóg Góry istnieje! To za jego sprawą w naszym świecie tyle czasu Panował pokój. To on wygnał poprzednio naszych wrogów i teraz domaga się tego samego. On chce śmierci tych obcych!
- Nie sądzę, by ktokolwiek chciał śmierci tych ludzi. Załóżmy, że Bóg istnieje naprawdę. Skąd możecie wiedzieć jakie są jego oczekiwania względem was? Dlaczego miałby chcieć zemsty?
- Ponieważ taka jest jego wola. On przemawiał do nas. Dawał nam znaki. Takie same jak przed stuleciami. Takie same jak te spisane i przechowywane w świętych księgach, przekazywanych sobie wśród szamanów przez wieki. Księgi mówią jasno, czego Bóg oczekuje teraz od nas. Tylko rytualne ofiary mają moc odwracanie gniewu Boga Góry.
- Czy pozostali żołnierze z obozu także stanowili rytualną ofiarę? - Jackson wyciągnął przed siebie obie dłonie. - Według mnie padli ofiarą pospolitego morderstwa.
- Jak dotąd nikt jeszcze nie został stracony. - Przywódca wioski patrzył na Daniela lekko zdumiony. - wojownicy przyprowadzili do wioski tych, którzy cieszyli się w śród was najwyższym poważaniem. Reszta załogi miała zostać odesłana do waszego świata. Mieli przekazać wiadomość, że nie chcemy was tutaj. Że przy dalszych próbach kontaktu z naszym światem będziemy walczyć.
- Ale trzech mężczyzn zostało zamordowanych. Zginęli w czasie snu. Całkowicie bezbronni. Nie wiedziałeś o tym? - Jackson zaczynał się denerwować. Wszystko wskazywało na to, że stawia swoje słowo przeciwko słowu szamana. Kto może wygrać w trakcie tej konfrontacji? Szanowany przywódca duchowy czy obcy, nie dysponujący żadnymi dowodami?
Starszy mężczyzna też się nad tym zastanawiał. Patrzył ze zmarszczonym czołem to na szamana, to na Daniela. Ludzie znów zaczęli szeptać pomiędzy sobą. Gwar głosów przybrał na sile. Przywódca uniósł w górę dłoń uciszając swych ludzi i zwrócił się do szamana.
- Masz w tej sprawie coś do powiedzenia?
- Obcy kłamie. – Twarz szamana była niewzruszona niczym wykuta w skale. Patrzył Danielowi wyzywająco w oczy. Wiedział, że ma przewagę. - Pozostali odeszli przez wrota.
- Nieprawda! Ojcze, nikt nie został odesłany. Towarzysze tego człowieka zostali zabici w najbardziej haniebny sposób.
Wszystkie głowy tym razem zwróciły się ku młodemu człowiekowi, który szedł powoli ku środkowi zgromadzenia. Daniel zauważył że jego osoba wzbudza wiele emocji. Ludzie na jego widok byli albo wzburzeni, albo zaskoczeni i zaciekawieni. Nawet przywódca wioski zaniemówił i wpatrywał się w chłopaka szeroko otwartymi, błyszczącymi oczyma.
- Synu… - Wykrztusił wreszcie.
- Synu? - Daniel pytająco uniósł brwi. Azu w odpowiedzi wzruszył tylko ramionami.
- Ty! – Szaman wyciągnął drżącą rękę w stronę Azu. Opanowanie wreszcie go opuściło. Wykrzywił twarz w grymasie wściekłości. - Jak śmiesz się pojawiać wśród nas? Jesteś zdrajcą swojego ludu! Zostałeś wygnany! - Nagle na jego twarzy błysnęło zrozumienie. - To ty ich tu sprowadziłeś!
- Ojcze. - Azu stanął tuz przed starszym mężczyzną. Z szacunkiem schylił głowę. - Wysłuchaj mnie proszę. Zawsze byłeś niezwykle mądrym i sprawiedliwym przywódcą. Zawsze zależało ci jedynie na tym, by całe nasze społeczeństwo było bezpieczne i żyło w pokoju. Wierzyłeś, że inni pragną tego samego. Twoja dobroć zaślepiła cię jednak. Nie dostrzegłeś, że tuż pod twoim bokiem ktoś próbuje zagarnąć dla siebie jak największe korzyści, nawet kosztem bezpieczeństwa twoich poddanych. Mówię oczywiście o szamanach. Jeśli się nad tym głębiej zastanowisz, dostrzeżesz że od czasu przybycia obcych, szamani zaczęli narzucać mieszkańcom wioski coraz większe ograniczenia i zakazy. Dotyczyły one głównie nawiązywania kontaktów z obcymi. Szamani przestraszyli się, że pod ich wpływem nasze społeczeństwo odwróci się od nich i zacznie samodzielnie podejmować decyzje. Nie mogli do tego dopuścić. Pragnęli za wszelką cenę zachować swoją pozycję i wpływy. Przebudzenie się góry, było dla nich niezwykle korzystne. Teraz w zgodzie z prawem mogli pozbyć się zagrożenia, jakie stanowili przybysze.
- Synu. Rada starszych uznała, że złamałeś nasze prawa. Starszy szamanów przedstawił nam dowody twojej winy…
- Bo zaprzyjaźniłem się z tymi ludźmi? Bo z nimi współpracowałem? Potrafiłem przejrzeć grę, którą prowadzili szamani? Zmusili cię, abyś się mnie wyrzekł. Abyś wykluczył mnie z naszej społeczności. Tylko dlatego, że byłem niewygodny, ze moje poglądy znacznie różniły się od ich wizji przewodzenia ludziom.
- Musieliśmy cię wykluczyć bo jesteś niezwykle krnąbrny i arogancki. - Stojący teraz nieco z tyłu szaman aż kipiał z wściekłości.
- Dopuściłeś się bluźnierstwa i zdrady, i nie okazałeś najmniejszej skruchy. Twoja postawa groziła zakłóceniem odwiecznego porządku. Złamaniem naszych świętych praw!
Przywódca słuchał szamana, lecz wyraźnie nad czymś się zastanawiał. Powiódł spojrzeniem po wszystkich dookoła. Zatrzymał dłużej wzrok na jeńcach potem na pułkowniku Reynoldsie. Zmarszczka na jego czole stopniowo się pogłębiała. Gdy znów spojrzał na swego syna, sprawiał wrażenie, jakby nagle gwałtownie się postarzał.
- Mówisz prawdę? - Spytał. - Ktoś zginął?
- Tak ojcze. Trzech młodych mężczyzn. Spali, kiedy to się stało. Nie mieli nawet najmniejszej szansy, by się bronić. W piersi każdego z nich tkwiło to… - Wyciągnął rękę i oczom wszystkich ukazała się włócznia. Bardzo podobna do tej, którą trzymał szaman. - Zabrałem ją z obozu obcych. Taką włócznię mogą posiadać jedynie szamani. Tylko szamani mogli się nią posługiwać…
- To prawda? - Dowódca wyraźnie zbladł. Wpatrywał się w szamana z niedowierzaniem.
- Tak. Zgadza się. - Szaman wyprostował się dumnie i zagryzł zęby. Gdy mówił, niemal syczał. - Musiałem podjąć takie kroki. Zrobiłem to, aby ocalić nasz lud. Nie mogłem pozwolić, by ludzie ci wrócili na swoją planetę. Nie mogłem dopuścić do tego, by obcy pomyśleli, że jesteśmy słabi lub że się boimy. Nie chciałem aby powrócili przez wrota. Ale oni i tak tu są. - Przeniósł wściekłe spojrzenie na Daniela. - To przez was. Zrobiliście młodym wodę z mózgu. Rzuciliście na nich jakiś czar!
- Spokój! – Przywódca po raz pierwszy podniósł głos. - to niedopuszczalne! Starszyzna powinna być informowana o wszystkim, co wydarzyło się lub ma się wydarzyć w wiosce. Szamani zataili przed nami niezwykle ważne informacje. - Wycelował palec w pierś mężczyzny. - Ale i ty milczałeś! - Palec skierował się w stronę Azu. - Natychmiast zwołuję radę wioski. Starszyzna musi przedyskutować wszystkie nowe okoliczności. Jeszcze raz osądzimy pojmanych ludzi.
Spośród zgromadzonych powoli podniosło się dziesięciu mężczyzn. Wszyscy w podeszłym wieku. Tubylcy z szacunkiem schylali głowy, gdy przechodzili pośród nich. Zgromadzili się nieopodal rytualnego głazu i wyczekująco spoglądali na przywódcę wioski. Mężczyzna ponownie zwrócił się w stronę Daniela.
- Przybyszu. Rada starszych zadecyduje o waszym losie. Na czas trwania obrad pozostaniecie tutaj. Wojownicy dopilnują, abyście nie próbowali oddalać się z tego miejsca, ale tez bez konieczności nie wyrządzą wam żadnej krzywdy. Starszy szamanów oraz Azu udadzą się razem z nami do jaskini.
- Rozumiem. Zapewniam cię, że nie będziemy próbować ucieczki. I również, jeśli tylko nie zostaniemy zaatakowani, nie uczynimy niczego, by kogokolwiek skrzywdzić. - Daniel spojrzał znacząco na pułkownika Reynoldsa. Ten zawahał się, ale zacisnąwszy zęby opuścił broń. Pozostali żołnierze poszli za przykładem dowódcy. W odpowiedzi, strażnicy pilnujący jeńców cofnęli włócznie i oparli je bezpiecznie drzewcami o ziemię. Przywódca wioski usatysfakcjonowany pokiwał głową, wstał i poprowadził grupę mężczyzn
w kierunku najbliższej jaskini.

Daniel otarł czoło i odetchnął głęboko. Z pomocą Azu mieli jeszcze szansę. Wielu tubylców usiadło wygodnie na ziemi. Najwyraźniej zanosiło się na długie czekanie. Daniel poszedł za ich przykładem. Zauważył jednak, że SG 3, choć z opuszczoną bronią, wciąż czujnie rozgląda się po całej dolinie. Wiedział, że zareagują na każdą, choćby najmniejszą oznakę zagrożenia ze strony tubylców. Więźniowie siedzieli ze zwieszonymi głowami, wyraźnie zmęczeni. Mieli spierzchnięte i popękane usta. Archeolog domyślał się, że musieli być bardzo spragnieni. Nie śmiał jednak narażać wszystkich na dodatkowe niebezpieczeństwo, próbując się do nich zbliżyć.
Minęło kilka godzin. Daniel zerkał początkowo na zegarek. Potem jednak zrezygnował z tego i po prostu czekał. Słońce wisiało już wysoko na niebie i znów zrobiło się gorąco, gdy z jaskini zaczęli wyłaniać się mężczyźni z rady starszych. Zbliżyli się do zgromadzonych, ale z ich twarzy nie można było wyczytać żadnych emocji. Daniel podniósł się z ziemi z bijącym sercem. Czekał, aż przywódca wioski zbliży się do niego. Idący za nim szaman był blady i aż trząsł się od tłumionego gniewu. Natomiast Azu przesłał mu dyskretny, porozumiewawczy uśmiech. Wszyscy wstali i otoczyli ich jeszcze ciaśniejszym kręgiem. Przywódca wioski wzniósł w górę obie dłonie i rozejrzał się dookoła po twarzach swych poddanych.
- Ludu mój! Oto ja, wasz przywódca. Przedstawiciel i przewodniczący zacnego grona Rady Starszych oznajmiam wam podjętą przez nas decyzję…. - Zrobił pełną napięcia pauzę. Daniel wstrzymał odruchowo oddech. - Szamani przekroczyli swe kompetencje w podejmowaniu decyzji, dotyczących całej społeczności. Ich intencje były dobre, lecz poprzez samowolne działania narazili nas na niebezpieczeństwo. To nie może się więcej powtórzyć. W trakcie rozmowy z obcymi padły słowa, z których wynikało, że Bóg Góry nie istnieje. Nie jesteśmy gotowi nawet na rozważanie takiej możliwości. Nasza odwieczna tradycja nakazuje nam wierzyć, że Bóg Góry jest naszym opiekunem i przewodnikiem. Zawsze był Bogiem surowym, ale jednocześnie sprawiedliwym. Przybysze złamali nasze prawo sprowadzając na nasza planetę Jaffa, bo taką nazwę noszą słudzy dawnych bogów. Karą za takie przewinienie, jak słusznie przypominają nam szamani jest śmierć. Jednakże krew już została przelana. Ofiara, której domagał się Bóg Góry już została spełniona. Ludzie pojmani w obozie i sprowadzeni tu razem z nami zostaną uwolnieni. Muszą powrócić do swojego świata. Ich pojawienie się wprowadziło w życie naszej społeczności zbyt duży chaos. Musimy uporządkować wiele spraw zanim wreszcie powrócimy do wioski i spróbujemy żyć normalnie pomimo Bożego gniewu.






C.D.N.

Użytkownik cooky edytował ten post 23.06.2011 - |21:11|

  • 0

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#54 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 23.06.2011 - |21:07|

no a nie mówiłam, że Daniel jest boski :P

świetna część, no wiesz, ja według moich zapisek i notatek "W oczekiwaniu..." powinnam skończyć miesiąc i siedem rozdziałów temu,ale jakoś się ciągnie, ciągnie i koniec, gdzieś mi tam świta, ale jednak jeszcze jest za daleko, tyle wątków do zamknięcia... ehm... nie martw się tym, im dłuższe tym lepsze :P
pozdrawiam
  • 0

#55 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 24.06.2011 - |19:12|

Brawo dla Daniela i Azu :)
Bardzo dobry kawałek.

Moje opowiadanie jest mniej skomplikowane, ale początkowe zakończenie się nie nadaje (dzięki Madi)
i teraz muszę wymyślić coś nowego.
Pozdrawiam.
  • 0

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#56 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 24.06.2011 - |20:14|

początkowe zakończenie się nie nadaje (dzięki Madi)



nie wiem w sumie za co mi dokładnie dziękujesz, ale proszę bardzo :)
zawsze do usług
  • 0

#57 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 25.06.2011 - |15:09|

Za podsunięcie pomysłu zasadzki :rolleyes: i pokojowe zakończenie poszło do śmieci.
  • 0

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#58 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 26.06.2011 - |20:51|

O wszechmocny Danielu! Tauri się przed Tobą kłaniają hehe ;)! Ach, doktorek zawsze coś wymyśli. Ten jego talent do negocjacji i dyplomacja są bardzo przydatne. Cieszę się, że ich wypuszczą :). Martwię się, że zabiją nam Jacka :(. Nie zabijaj go! On ZASŁUGUJE NA ŻYCIE! Ech i przypomina mi się cytat: "Szczęśliwi ci, którzy umknęli oku narratora, ci bowiem dożyją do następnego rozdziału" z " Book of Doomed" czy jakoś tak. W każdym razie jego źródło znalazłam na craiis.vot.pl. Nie mogę się doczekać następnej części ;).
Pozdrawiam - igut214 :)

Użytkownik igut214 edytował ten post 26.06.2011 - |20:52|

  • 0
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#59 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 29.06.2011 - |22:33|

Witam i zapraszam do dalszego czytania.
Teraz będę uśmiercać wszystkich dookoła. ;)





Daniel zamarł na moment z otwartymi ustami. Ostrożnie rozejrzał się dookoła. Oczy wszystkich zgromadzonych skierowane były na niego. Przełknął ślinę i poszukał wzrokiem pułkownika Reynoldsa. Mężczyzna trzymał broń przy policzku. Zapewne odruchowo podniósł ją w górę. Patrzył na archeologa z lekkim niedowierzaniem. Zgodził się na jego plan, ale do końca był przekonany, że i tak dojdzie do wymiany ognia. Decyzja przywódcy wioski była dla niego niemałym zaskoczeniem. Pokiwał głową z aprobatą, choć pozostał nadal czujny. Wiedział, że dopóki nie znajdą się po drugiej stronie gwiezdnych wrót, nie będzie mógł powiedzieć, że są naprawdę bezpieczni.
Przywódca wioski opuścił obie ręce. Odwrócił się ku Jacksonowi. Jego twarz była nieprzenikniona. Jedynie wokół ust zaznaczyły się głębsze niż do tej pory zmarszczki.
- Jesteście teraz wolni. Odejdźcie stąd. Oddział zwiadowców przeprowadzi was przez góry i zaprowadzi z powrotem do gwiezdnych wrót. Mój syn również zaoferował się, aby towarzyszyć wam w podróży.
- Dziękuję. - Daniel wpatrywała się w mężczyznę marszcząc brwi. - Wiem, że to była bardzo trudna decyzja.
- Nie musisz mi dziękować. - Zmarszczki mimiczne na jego twarzy pogłębiły się jeszcze bardziej. - Podjęliśmy ją wspólnie
i w zgodzie z naszym prawem. Choć niektórzy moi towarzysze uważają, że postępujemy lekkomyślnie. Szamani chcieliby waszej śmierci. Decydujący głos należał jednak do mnie. Mój syn przekonał mnie, że mimo wszystko zasługujecie na życie. Nie wystawiajcie mojej cierpliwości na próbę. Odejdźcie, zanim mógłbym zmienić zdanie.
- Odejdziemy jak najszybciej. Chciałbym najpierw sprawdzić, czy moi ludzie nie potrzebują pomocy. To zajmie naprawdę niewiele czasu.
- Nie odnieśli żadnych poważnych obrażeń, ale oczywiście możesz z nimi porozmawiać.
- Dziękuję. - powtórzył Daniel. Ponad ramieniem starszego mężczyzny napotkał wzrok szamana. Znowu poczuł ciarki przebiegające po plecach. Ten człowiek ich nienawidził. Za to, że im się udało. Że uchodzą z życiem. Za to, że zmusił starszyznę do bliższego przyjrzenia się jego poczynaniom. I wreszcie za to, że jego zdanie zostało publicznie zlekceważone. Cały jego tak mozolnie budowany autorytet, nagle rozpadł się na kawałki. O tak. Daniel był pewny, że pragnął ich krwi. Zmusił się, by oderwać wzrok od ciemnych, nienawistnych oczu mężczyzny. Odwrócił się i skierował ku więźniom. Wpatrywali się w niego szeroko otwartymi oczami. Na znak przywódcy wioski strażnicy rozcinali więzy na rękach geologów. Po chwili rozległy się ich zduszone jęki, gdy w zasinionych dłoniach zaczynało wracać krążenie krwi. Krzywili się i przeklinali próbując poruszać zdrętwiałymi palcami. Wojownicy odsunęli się na pewną odległość. Wciąż mocno ściskali włócznie. Podobnie jak Reynolds, czujnie przyglądali się rozwojowi sytuacji. Pułkownik Burns podniósł się z ziemi i wyciągnął rękę, którą Daniel natychmiast uścisnął.
- Doktorze Jackson. Nawet pan nie wie, jak bardzo cieszę się na pana widok. Byłem pewien, że już po nas. Że tubylcy zatłuką nas
z zimną krwią.
- Tak pułkowniku. Ja też się cieszę, że zdążyliśmy.
- Cholera, zdążyliście niemal w ostatniej chwili. Zrobiłem już nawet rachunek sumienia… - Rozejrzał się dookoła. - Jakim cudem udało się panu ich przekonać?
- Echm… to dłuższa historia. Opowiem ją panu, ale może w bardziej sprzyjających okolicznościach. Teraz powinniśmy jak najszybciej oddalić się stąd i nawiązać kontakt z SG 12. Mam nadzieję, że wciąż na nas czekają.
- Oczywiście doktorze. Co z moim zespołem?
- Pułkowniku… - Daniel przygryzł wargę. - Oni nie żyją.
- Tubylcy? - Po twarzy Burnsa przemknął cień. Mocno zagryzł zęby.
- Tak.
- Sukinsyny… - Wymruczał. Jego ramiona lekko obwisły. - Tego się właśnie obawiałem.
- Pułkowniku. Nie możemy sobie teraz pozwolić na jakikolwiek błąd. Wciąż jeszcze jesteśmy zagrożeni. A droga powrotna może być trudna i niebezpieczna. Być może doszło już do erupcji wulkanu. Droga prowadząca do gwiezdnych wrót biegnie niedaleko niego.
- Jakiego wulkanu? - Zainteresował się doktor Nowak. Mężczyzna rozcierał sobie nadgarstki i dłonie krzywiąc się z bólu. Podobnie jak pozostali jeńcy wstał z ziemi i zbliżył się do Daniela. - Doktorze Jackson, o jakim wulkanie pan mówi?
- Kopalnia znajdowała się w jego zboczu. To jego powracająca aktywność przyczyniła się do waszego porwania. Tubylcy wyczuwali jego przebudzenie, jeszcze zanim mogły to zarejestrować nasze czujniki.
- To fascynujące… - W oczach doktora Nowaka zapaliły się iskierki. Pomimo grożącego im niebezpieczeństwa obudziła się w nim dusza naukowca. Daniel uśmiechnął się w duchu. On sam też wielokrotnie doświadczał tego uczucia. W tej chwili jednak nie mogli pozwolić sobie na dalszą zwłokę. Zwrócił się do pułkownika Burnsa.
- Pułkowniku. Musimy jak najszybciej oddalić się
z tego miejsca. Chciałbym wiedzieć, czy jesteście w stanie natychmiast wyruszyć w podróż powrotną?
- Rozumiem. Myślę, że tak, chociaż… Zdaje się, że nasi naukowcy nie są w najlepszej formie. - Na potwierdzenie jego słów jeden
z geologów zgiął się wpół i zwymiotował. Burns z pewnym niesmakiem zauważył, że to właśnie ten mężczyzna próbował wcześniej uciekać. Daniel potarł czoło. Dotarło do niego, że geolodzy mogą być w szoku. Podszedł natychmiast do mężczyzny poklepał go po plecach.
- Proszę się opanować doktorze. - Rzekł spokojnym tonem. - Im szybciej weźmie się pan w garść, tym szybciej wrócimy do domu.
Mężczyzna wytarł usta wierzchem dłoni, kilkakrotnie głęboko odetchnął i wreszcie wyprostował się. Choć był biały jak płótno dał znak, że już jest gotów opuścić to przeklęte miejsce. Daniel pierwszy ruszył z miejsca. Naukowcy i pułkownik podążyli za nim. Wolno przeszli, pomiędzy rozstępującymi się przed nimi tubylcami. Doszli do miejsca, w którym czekał na nich Azu. Przywódca Wioski cofnął się i skinął im głową, by szli dalej. Jackson rozglądał się nerwowo za Starszym Szamanów. Nie znalazł jego twarzy w otaczającym ich tłumie. Pozostali szamani stali z tyłu, ale ich spojrzenie nie budziło już takiego niepokoju. SG 3 i dwóch tubylców, zapewne zwiadowców czekało na nich w pewnej odległości od zgromadzonych ludzi. Burns odruchowo zasalutował, a Reynolds także odruchowo odpowiedział. Azu poprowadził ich w górę zbocza. Żołnierze tyłem cofali się ku przełęczy z bronią wciąż gotową do strzału. Słońce świeciło im prosto w oczy. Prawie na oślep gęsiego wspinali się pod górę. Ciemna postać pojawiła się nagle na ich drodze. Ogromna, groźna i szybka niczym błyskawica. Jak duch sfrunęła ku nim, wznosząc w górę rękę, w której błysnął metal. Jednym, płynnym ruchem postać wyrzuciła ramię przed siebie i w tym samym momencie rozległ się huk wystrzału. Daniel poczuł, że ktoś z ogromną siłą rzucił się na niego i przygwoździł go do ziemi. Nie mógł złapać tchu. W uszach mu dzwoniło. Człowiek, który go przygniatał zerwał się raptownie i pobiegł gdzieś dalej. Archeolog wciągnął gwałtownie powietrze i uniósł głowę. Bez okularów,
z oczami zalewanymi potem, widział jedynie rozmazane sylwetki kucających nieopodal ludzi. Jego uwagę zwrócił jednak dziwny, bulgotliwy dźwięk. Na kolanach zbliżył się do towarzyszy. Pułkownik Reynolds i jego zespół trzymali broń wycelowaną gdzieś w dół. Ze środka doliny rozlegały się groźne okrzyki i tupot wielu kroków. W dół zbocza szybkim krokiem szedł Azu, unosząc ręce wysoko ponad głowę i krzycząc wysokim, spiętym głosem:
- Nie! Nie! Przestańcie! Już dosyć! Bogowie! Już dosyć!
Daniel podpełzł jeszcze bliżej i wyjrzał zza pochylonych pleców Pułkownika Burnsa. Pierwszym, co rzuciło mu się w oczy była włócznia. Włócznia, której ostrze zanurzone było w piersi leżącego na ziemi człowieka. Doktora Nowaka. Z ust geologa wąskim strumyczkiem ciekła krew. Z każdym chrapliwym oddechem na jego wargach pojawiały się jasnoczerwone pęcherzyki. Jackson ukląkł tuż obok niego. Drżącymi rękoma próbował zatamować krwawienie. Przyciskał obie dłonie no nagiej klatki piersiowej mężczyzny, obejmując palcami drzewiec włóczni. Była to czynność odruchowa i całkowicie bezsensowna. Krew wypływała z rany swobodnym strumieniem. Oddech Nowaka stał się płytki i urywany. Daniel spojrzał wreszcie w jego oczy. Oprócz bólu malowało się w nich niebotyczne zdumienie. Stopniowo jego spojrzenie stało się nieobecne, jakby wpatrywał się gdzieś, daleko ponad głowami wszystkich. Z ust wyrwało się jedno długie, bolesne westchnienie. Z zapartym tchem Daniel patrzył, jak z twarzy mężczyzny znika ostatni ślad życia. Jego oczy pozostały jednak wpatrzone w błękit nieba. Burns pochylił się i położywszy palce na powiekach Nowaka delikatnie je przymknął. Na chwilę zapanowała niczym nie zmącona cisza. Wpatrywali się w siebie w niemej rozpaczy. Jeden z geologów ukrył twarz w dłoniach i wybuchnął szlochem. Drugi kiwał się w przód i w tył z nieobecnym wyrazem twarzy. Jedynie pułkownik zacisnął dłonie w pięści i popatrzył ponad ramieniem archeologa. Daniel podniósł się na nogi i popatrzył w górę, w miejsce, w którym pojawiła się tajemnicza zjawa. Leżała tam odziana w skóry postać. Zbliżył się do niej i doznał niemałego wstrząsu. Starszy szamanów leżał z rozrzuconymi rękami. Był bez wątpienia martwy. Pośrodku jego czoła czernił się malutki, okrągły otwór, przez który przeszedł pocisk. Tylko jeden pocisk. Na jego twarzy, niczym pośmiertna maska, zastygł wyraz szaleństwa i nienawiści.





C.D.N.

Użytkownik cooky edytował ten post 29.06.2011 - |22:45|

  • 0

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#60 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 30.06.2011 - |06:20|

jesteś ostatnio bardzo żadna krwi :unsure:
czekam na kolejny rozdział
pozdrawiam
  • 0




Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych