I oto kolejna część.
Znalazłam przypadkiem moje zapiski, według których miałam pisać opowiadanie. Niesamowite! Według notatek już dawno powinnam je skończyć. A opowiadanie jakoś samo mi się rozrosło i wciąż rośnie.
Daniel siedział ze skrzyżowanymi nogami naprzeciwko starszego mężczyzny. Raz po raz przecierał oczy. Nie wiedział dokładnie w którym momencie zgubił okulary. Ich brak odczuwał teraz dotkliwie. Oczy piekły go i łzawiły w ostrych porannych promieniach słońca. Tubylcy otoczyli ich ciasnym kręgiem. Ci, najbliżej nich siedzieli na ziemi. Następni klęczeli a oddaleni jeszcze dalej stali. Wszyscy z uwagą śledzili rozgrywającą się pośrodku scenę. Ich oczy wyrażały ciekawość i niedowierzanie. Więźniom także pozwolono usiąść. Siedzieli zgarbieni, z głowami zwieszonymi na piersi. Ich ręce pozostawały jednak skrępowane. Tylko pułkownik Burns nie został związany ponownie. Od czasu do czasu unosili głowy, by spojrzeć na stojących w pewnym oddaleniu marines. Żołnierze mocno ściskali w rękach broń. Czekali w pogotowiu. Wokół jeńców stali strażnicy. Każdy z nich celował włócznią w któregoś z więźniów. Daniel żywo gestykulując opowiadał przywódcy wioski o Goa`uld. Chciał jak najbardziej przybliżyć mężczyźnie tą okrutną i bezwzględną rasę.
- Goa`uld są pasożytami. Nie potrafią funkcjonować samodzielnie. Aby przeżyć muszą wniknąć w ciało nosiciela. Po połączeniu przejmują całkowitą kontrolę zarówno nad jego ciałem jak i nad umysłem. Do tego są jednak zdolne jedynie symbionty, które osiągnęły dorosłość. Do tego czasu muszą pozostawać w specjalnych kieszeniach znajdujących się w ciele Jaffa. Jest to pewnego rodzaju transakcja wiązana. Bez larwy Jaffa czeka śmierć i odwrotnie. Większość Jaffa jest posłuszna rozkazom Goa`uld, ale nie wszyscy. Część z nich pragnie wyzwolić się spod jarzma fałszywych Bogów. Mój przyjaciel Teal`c należy właśnie do buntowników. Jest całkowicie oddany sprawie. Ryzykuje życie swoje a także swojej rodziny, by walczyć przeciwko swemu dawnemu panu. Dlatego jestem absolutnie pewien, że nie mógłby planować zdrady i przyłączenia się do wroga.
- Ręczysz za niego?
- Powierzyłbym mu własne życie.
- Przypuśćmy, że nie służy już dawnemu Bogowi. Wcześniej jednak to robił. Co znaczy, że jego pojawienie się, mogło rozgniewać Boga zamieszkującego Górę.
- Nie. Wybuch góry, która znajduje się nieopodal waszej wioski nie jest wyrazem sprzeciwu przeciwko obecności Teal`ca ani naszej.
- Skąd możesz mieć tego pewność?
- Ponieważ znam dobrze to zjawisko. Na mojej planecie mamy z nim do czynienia dosyć często. - Rozejrzał się dookoła. Podniósł cienki patyk i narysował na ziemi koślawy okrąg. - Spróbuję ci to wyjaśnić. Każda planeta jest okrągła. Wyobraź sobie, że to właśnie ona. Na zewnątrz jest twarda, ale w samym środku posiada płynne, niezwykle gorące jądro. - W centrum okręgu wrysował małe kółeczko. - Jądro to wywiera nieustanny nacisk na warstwy położone wyżej. Zdarza się, że znajduje szczelinę, poprzez którą wydostaje się na zewnątrz. Tak właśnie powstają wulkany. Niektóre wybuchają a potem całkowicie wygasają. Inne natomiast pozostają w uśpieniu, czasami nawet przez całe stulecia. Nie wiadomo dlaczego pewnego dnia ich aktywność powraca. Na Ziemi wulkany wielokrotnie niszczyły całe wsie i miasta, przyczyniły się do śmierci wielu ludzi. Nie ma to natomiast żadnego związku z czyimkolwiek gniewem bądź klątwą. Tak się po prostu dzieje. Nie ma w tym niczyjej winy. Wulkan na waszej planecie nie jest wyjątkiem. ….
- Nie zgadzam się! - Szaman zerwał się na równe nogi. Jego twarz pozostawała bez wyrazu, ale oczy rzucały błyskawice.
- Mówi tak, ponieważ chce, by jego przyjaciele zostali uwolnieni! Okłamuje nas, aby tylko osiągnąć swój cel. Bóg Góry istnieje! To za jego sprawą w naszym świecie tyle czasu Panował pokój. To on wygnał poprzednio naszych wrogów i teraz domaga się tego samego. On chce śmierci tych obcych!
- Nie sądzę, by ktokolwiek chciał śmierci tych ludzi. Załóżmy, że Bóg istnieje naprawdę. Skąd możecie wiedzieć jakie są jego oczekiwania względem was? Dlaczego miałby chcieć zemsty?
- Ponieważ taka jest jego wola. On przemawiał do nas. Dawał nam znaki. Takie same jak przed stuleciami. Takie same jak te spisane i przechowywane w świętych księgach, przekazywanych sobie wśród szamanów przez wieki. Księgi mówią jasno, czego Bóg oczekuje teraz od nas. Tylko rytualne ofiary mają moc odwracanie gniewu Boga Góry.
- Czy pozostali żołnierze z obozu także stanowili rytualną ofiarę? - Jackson wyciągnął przed siebie obie dłonie. - Według mnie padli ofiarą pospolitego morderstwa.
- Jak dotąd nikt jeszcze nie został stracony. - Przywódca wioski patrzył na Daniela lekko zdumiony. - wojownicy przyprowadzili do wioski tych, którzy cieszyli się w śród was najwyższym poważaniem. Reszta załogi miała zostać odesłana do waszego świata. Mieli przekazać wiadomość, że nie chcemy was tutaj. Że przy dalszych próbach kontaktu z naszym światem będziemy walczyć.
- Ale trzech mężczyzn zostało zamordowanych. Zginęli w czasie snu. Całkowicie bezbronni. Nie wiedziałeś o tym? - Jackson zaczynał się denerwować. Wszystko wskazywało na to, że stawia swoje słowo przeciwko słowu szamana. Kto może wygrać w trakcie tej konfrontacji? Szanowany przywódca duchowy czy obcy, nie dysponujący żadnymi dowodami?
Starszy mężczyzna też się nad tym zastanawiał. Patrzył ze zmarszczonym czołem to na szamana, to na Daniela. Ludzie znów zaczęli szeptać pomiędzy sobą. Gwar głosów przybrał na sile. Przywódca uniósł w górę dłoń uciszając swych ludzi i zwrócił się do szamana.
- Masz w tej sprawie coś do powiedzenia?
- Obcy kłamie. – Twarz szamana była niewzruszona niczym wykuta w skale. Patrzył Danielowi wyzywająco w oczy. Wiedział, że ma przewagę. - Pozostali odeszli przez wrota.
- Nieprawda! Ojcze, nikt nie został odesłany. Towarzysze tego człowieka zostali zabici w najbardziej haniebny sposób.
Wszystkie głowy tym razem zwróciły się ku młodemu człowiekowi, który szedł powoli ku środkowi zgromadzenia. Daniel zauważył że jego osoba wzbudza wiele emocji. Ludzie na jego widok byli albo wzburzeni, albo zaskoczeni i zaciekawieni. Nawet przywódca wioski zaniemówił i wpatrywał się w chłopaka szeroko otwartymi, błyszczącymi oczyma.
- Synu… - Wykrztusił wreszcie.
- Synu? - Daniel pytająco uniósł brwi. Azu w odpowiedzi wzruszył tylko ramionami.
- Ty! – Szaman wyciągnął drżącą rękę w stronę Azu. Opanowanie wreszcie go opuściło. Wykrzywił twarz w grymasie wściekłości. - Jak śmiesz się pojawiać wśród nas? Jesteś zdrajcą swojego ludu! Zostałeś wygnany! - Nagle na jego twarzy błysnęło zrozumienie. - To ty ich tu sprowadziłeś!
- Ojcze. - Azu stanął tuz przed starszym mężczyzną. Z szacunkiem schylił głowę. - Wysłuchaj mnie proszę. Zawsze byłeś niezwykle mądrym i sprawiedliwym przywódcą. Zawsze zależało ci jedynie na tym, by całe nasze społeczeństwo było bezpieczne i żyło w pokoju. Wierzyłeś, że inni pragną tego samego. Twoja dobroć zaślepiła cię jednak. Nie dostrzegłeś, że tuż pod twoim bokiem ktoś próbuje zagarnąć dla siebie jak największe korzyści, nawet kosztem bezpieczeństwa twoich poddanych. Mówię oczywiście o szamanach. Jeśli się nad tym głębiej zastanowisz, dostrzeżesz że od czasu przybycia obcych, szamani zaczęli narzucać mieszkańcom wioski coraz większe ograniczenia i zakazy. Dotyczyły one głównie nawiązywania kontaktów z obcymi. Szamani przestraszyli się, że pod ich wpływem nasze społeczeństwo odwróci się od nich i zacznie samodzielnie podejmować decyzje. Nie mogli do tego dopuścić. Pragnęli za wszelką cenę zachować swoją pozycję i wpływy. Przebudzenie się góry, było dla nich niezwykle korzystne. Teraz w zgodzie z prawem mogli pozbyć się zagrożenia, jakie stanowili przybysze.
- Synu. Rada starszych uznała, że złamałeś nasze prawa. Starszy szamanów przedstawił nam dowody twojej winy…
- Bo zaprzyjaźniłem się z tymi ludźmi? Bo z nimi współpracowałem? Potrafiłem przejrzeć grę, którą prowadzili szamani? Zmusili cię, abyś się mnie wyrzekł. Abyś wykluczył mnie z naszej społeczności. Tylko dlatego, że byłem niewygodny, ze moje poglądy znacznie różniły się od ich wizji przewodzenia ludziom.
- Musieliśmy cię wykluczyć bo jesteś niezwykle krnąbrny i arogancki. - Stojący teraz nieco z tyłu szaman aż kipiał z wściekłości.
- Dopuściłeś się bluźnierstwa i zdrady, i nie okazałeś najmniejszej skruchy. Twoja postawa groziła zakłóceniem odwiecznego porządku. Złamaniem naszych świętych praw!
Przywódca słuchał szamana, lecz wyraźnie nad czymś się zastanawiał. Powiódł spojrzeniem po wszystkich dookoła. Zatrzymał dłużej wzrok na jeńcach potem na pułkowniku Reynoldsie. Zmarszczka na jego czole stopniowo się pogłębiała. Gdy znów spojrzał na swego syna, sprawiał wrażenie, jakby nagle gwałtownie się postarzał.
- Mówisz prawdę? - Spytał. - Ktoś zginął?
- Tak ojcze. Trzech młodych mężczyzn. Spali, kiedy to się stało. Nie mieli nawet najmniejszej szansy, by się bronić. W piersi każdego z nich tkwiło to… - Wyciągnął rękę i oczom wszystkich ukazała się włócznia. Bardzo podobna do tej, którą trzymał szaman. - Zabrałem ją z obozu obcych. Taką włócznię mogą posiadać jedynie szamani. Tylko szamani mogli się nią posługiwać…
- To prawda? - Dowódca wyraźnie zbladł. Wpatrywał się w szamana z niedowierzaniem.
- Tak. Zgadza się. - Szaman wyprostował się dumnie i zagryzł zęby. Gdy mówił, niemal syczał. - Musiałem podjąć takie kroki. Zrobiłem to, aby ocalić nasz lud. Nie mogłem pozwolić, by ludzie ci wrócili na swoją planetę. Nie mogłem dopuścić do tego, by obcy pomyśleli, że jesteśmy słabi lub że się boimy. Nie chciałem aby powrócili przez wrota. Ale oni i tak tu są. - Przeniósł wściekłe spojrzenie na Daniela. - To przez was. Zrobiliście młodym wodę z mózgu. Rzuciliście na nich jakiś czar!
- Spokój! – Przywódca po raz pierwszy podniósł głos. - to niedopuszczalne! Starszyzna powinna być informowana o wszystkim, co wydarzyło się lub ma się wydarzyć w wiosce. Szamani zataili przed nami niezwykle ważne informacje. - Wycelował palec w pierś mężczyzny. - Ale i ty milczałeś! - Palec skierował się w stronę Azu. - Natychmiast zwołuję radę wioski. Starszyzna musi przedyskutować wszystkie nowe okoliczności. Jeszcze raz osądzimy pojmanych ludzi.
Spośród zgromadzonych powoli podniosło się dziesięciu mężczyzn. Wszyscy w podeszłym wieku. Tubylcy z szacunkiem schylali głowy, gdy przechodzili pośród nich. Zgromadzili się nieopodal rytualnego głazu i wyczekująco spoglądali na przywódcę wioski. Mężczyzna ponownie zwrócił się w stronę Daniela.
- Przybyszu. Rada starszych zadecyduje o waszym losie. Na czas trwania obrad pozostaniecie tutaj. Wojownicy dopilnują, abyście nie próbowali oddalać się z tego miejsca, ale tez bez konieczności nie wyrządzą wam żadnej krzywdy. Starszy szamanów oraz Azu udadzą się razem z nami do jaskini.
- Rozumiem. Zapewniam cię, że nie będziemy próbować ucieczki. I również, jeśli tylko nie zostaniemy zaatakowani, nie uczynimy niczego, by kogokolwiek skrzywdzić. - Daniel spojrzał znacząco na pułkownika Reynoldsa. Ten zawahał się, ale zacisnąwszy zęby opuścił broń. Pozostali żołnierze poszli za przykładem dowódcy. W odpowiedzi, strażnicy pilnujący jeńców cofnęli włócznie i oparli je bezpiecznie drzewcami o ziemię. Przywódca wioski usatysfakcjonowany pokiwał głową, wstał i poprowadził grupę mężczyzn
w kierunku najbliższej jaskini.
Daniel otarł czoło i odetchnął głęboko. Z pomocą Azu mieli jeszcze szansę. Wielu tubylców usiadło wygodnie na ziemi. Najwyraźniej zanosiło się na długie czekanie. Daniel poszedł za ich przykładem. Zauważył jednak, że SG 3, choć z opuszczoną bronią, wciąż czujnie rozgląda się po całej dolinie. Wiedział, że zareagują na każdą, choćby najmniejszą oznakę zagrożenia ze strony tubylców. Więźniowie siedzieli ze zwieszonymi głowami, wyraźnie zmęczeni. Mieli spierzchnięte i popękane usta. Archeolog domyślał się, że musieli być bardzo spragnieni. Nie śmiał jednak narażać wszystkich na dodatkowe niebezpieczeństwo, próbując się do nich zbliżyć.
Minęło kilka godzin. Daniel zerkał początkowo na zegarek. Potem jednak zrezygnował z tego i po prostu czekał. Słońce wisiało już wysoko na niebie i znów zrobiło się gorąco, gdy z jaskini zaczęli wyłaniać się mężczyźni z rady starszych. Zbliżyli się do zgromadzonych, ale z ich twarzy nie można było wyczytać żadnych emocji. Daniel podniósł się z ziemi z bijącym sercem. Czekał, aż przywódca wioski zbliży się do niego. Idący za nim szaman był blady i aż trząsł się od tłumionego gniewu. Natomiast Azu przesłał mu dyskretny, porozumiewawczy uśmiech. Wszyscy wstali i otoczyli ich jeszcze ciaśniejszym kręgiem. Przywódca wioski wzniósł w górę obie dłonie i rozejrzał się dookoła po twarzach swych poddanych.
- Ludu mój! Oto ja, wasz przywódca. Przedstawiciel i przewodniczący zacnego grona Rady Starszych oznajmiam wam podjętą przez nas decyzję…. - Zrobił pełną napięcia pauzę. Daniel wstrzymał odruchowo oddech. - Szamani przekroczyli swe kompetencje w podejmowaniu decyzji, dotyczących całej społeczności. Ich intencje były dobre, lecz poprzez samowolne działania narazili nas na niebezpieczeństwo. To nie może się więcej powtórzyć. W trakcie rozmowy z obcymi padły słowa, z których wynikało, że Bóg Góry nie istnieje. Nie jesteśmy gotowi nawet na rozważanie takiej możliwości. Nasza odwieczna tradycja nakazuje nam wierzyć, że Bóg Góry jest naszym opiekunem i przewodnikiem. Zawsze był Bogiem surowym, ale jednocześnie sprawiedliwym. Przybysze złamali nasze prawo sprowadzając na nasza planetę Jaffa, bo taką nazwę noszą słudzy dawnych bogów. Karą za takie przewinienie, jak słusznie przypominają nam szamani jest śmierć. Jednakże krew już została przelana. Ofiara, której domagał się Bóg Góry już została spełniona. Ludzie pojmani w obozie i sprowadzeni tu razem z nami zostaną uwolnieni. Muszą powrócić do swojego świata. Ich pojawienie się wprowadziło w życie naszej społeczności zbyt duży chaos. Musimy uporządkować wiele spraw zanim wreszcie powrócimy do wioski i spróbujemy żyć normalnie pomimo Bożego gniewu.
C.D.N.
Użytkownik cooky edytował ten post 23.06.2011 - |21:11|