Jest nieco lepiej, niż to było tydzień temu, ale może to zasługa długości odcinka. Na pewno oglądało mi się to przyjemniej od pilota i z odczuciem, że to jednak jest
StarGate, mimo tego, że nie najwyższych lotów.
Na plus:
+ atmosfera odcinka - wreszcie roboli cokolwiek innego poza użalaniem się nad sobą
+ określony cel - nie dreptali w miejscu bez sensu, tylko potrafili się zmobilizować, kiedy trzeba; jest to pozytywnym znakiem na przyszłość
+ mamuśka Chloe - najwyraźniej po śmierci męża jest zdolna do wszystkiego i jeśli ubzdura sobie jakiś deadline o powrocie załogi
Destiny na Ziemię, a ów się nie sprawdzi, to jeśli nie zostanie wcześniej dyskretnie "usunięta", może faktycznie pokusić się o zwołanie konferencji prasowej w myśl "I have something important to tell you, my dear countrymen..." - a wtedy może się zrobić ciekawie
+ ten śmieszny stateczek (kapsuła?), który odłączył się od
Destiny - intruz, jakiś wiekowy Pradawny ze
stasis pod, czy też może pechowy załogant, który wlazł tam, gdzie nie trzeba? Tu może być jeszcze ciekawiej :]
+ "dymek" z pustyni - pierwszy kontakt z (prawdopodobnie) świadomą istotą obcą i nie był to wieśniak, yeah

Chociaż na samym początku skojarzyło mi się to z umiejętnościami Pradawnych do kontrolowania zjawisk atmosferycznych
+ komentarz Rusha o Scott'cie i Greerze - bezcenny

Na minus:
- kompleks mesjanistyczny Scotta i jego retrospekcje - ani to wzruszające, ani potrzebne, ani tym bardziej ciekawe; gdyby to był serial obyczajowy, może pasować, ale IMO takie elementy powinny się pojawiać rzadko i dla urozmaicenia akcji, a nie dla uzupełnienia czasu antenowego
- fatamorgana krzyża na pustyni - WTF? Szczęśliwsza byłam ze
StarGate'a bez jakichkolwiek wątków religijnych, ale to tylko moja osobista, ateistyczna opinia, nie mam zamiaru nikogo urazić

- szalony terminator Greer - na widok tego gościa mi się nóż w kieszeni otwiera :/. Z takim usposobieniem w życiu by nie przeszedł testów psychologicznych przed wstąpieniem do wojska, no chyba, że w USA ich nie ma. Facet nie panuje nad sobą i w dodatku ma straszny, toporny, amerykański akcent

A już jego bieg po pustyni, kiedy wszyscy inni, łącznie ze Scottem (a on też wszakże żołnierz) padli bądź padają z odwodnienia, był przegięciem.
Ogólnie na koniec daję 7/10.
Jeżeli zapalimy świecę, pojawi się cień. Im bardziej przybliżamy się do światła, tym większy staje się cień za nami.