Skocz do zawartości

Zdjęcie

ZEMSTA


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
99 odpowiedzi w tym temacie

#21 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 21.05.2011 - |18:46|

no zaczyna się akcja ratownicza... pułkownik O'Neill w drodze :) :rolleyes: czekam na dalszą część
  • 0

#22 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 22.05.2011 - |23:39|

Oto kolejna, dziewiąta już część opowiadania.
Mam teraz znacznie mniej wolnego czasu, ale zawsze można zarwać jedną nockę, Prawda? :D




- Major Carter, Proszę się obudzić. - Wielka dłoń niespodziewanie delikatnie potrząsała jej ramię. Sam zamrugała zdziwiona. Wyrwana gwałtownie ze snu nie wiedziała gdzie się znajduje. Było ciemno i zimno. Jej ciało było całe obolałe. Każdy mięsień krzyczał w proteście, gdy próbowała się poruszyć. Ujrzała w dłoni Teal`ca latarkę. Przypomniała sobie wszystko. Jaffa był tylko w podkoszulku. Jego kurtka przykrywała teraz jej ramiona.
-Teal`c… - Powoli uniosła się na łokciach. Rozglądała się lekko zdezorientowana. - Zasnęłam?
- Tak. Jak się teraz pani czuje?
- Chyba lepiej… Wszystko potwornie mnie boli, ale trochę jaśniej mi się myśli. Jak długo spałam?
-Ponad godzinę.
- Uh… Powinnam ci pomóc. Czemu mnie nie obudziłeś?
- Była pani wyczerpana. Potrzebowała pani odpoczynku. Poza tym jest pani ranna. Praca ze złamaną ręką jest mało efektywna.
- Lepsza taka pomoc, niż żadna. - Usiadła z trudem. - Pracowałeś dalej?
- W rzeczy samej. Duża część korytarza, którą udało nam się oczyścić zawaliła się znowu. Musiałem zaczynać praktycznie od początku.
- A niech to… Przy kolejnych wstrząsach może zasypać nas całkowicie.
- były kolejne wstrząsy. - Sam ze zdziwieniem uniosła brwi. - Kiedy pani spala. Były raczej niewielkie. Nie spowodowały żadnych nowych osuwisk.
- Spałam tak twardo, że nie obudziło mnie nawet trzęsienie ziemi? - Mimo woli parsknęła śmiechem.
- Można tak to ująć. - Stwierdził z kamienną twarzą Teal`c. - Ale obudziłem panią, bo wydaje mi się, że coś słyszę. Chyba ktoś przekopuje się przez tunel od strony wejścia.
- Ale jak to możliwe? - Wciągnęła gwałtownie powietrze. - Nikt przecież nie wie, że weszliśmy do kopalni. Nikt z wyjątkiem… Ale jak? Skąd? Mój Boże, Teal`c. Myślisz, że oni przeżyli? - Przetoczyła się na kolana i niezgrabnie dźwignęła się na nogi. Jaffa podał jej dłoń, którą przyjęła z wdźięcznością.
- No cóż. Zawsze istnieje szansa, choćby najmniejsza, że to co wydaje się niemożliwe, w końcu stanie się rzeczywistością.
- To byłby naprawdę cud…

Carter oddała Teal`cowi jego kurtkę i poszukała swojej latarki. Poszli w kierunku zasypanego wyjścia. Gdy stanęli pod zwałami skał, oparła obie dłonie na kamieniach i nadstawiła uszu. Słuch Teal`ca musiał być dużo lepszy, bo początkowo słyszała tylko ich własne oddechy i skrzypienie piasku pod butami. Dopiero gdy zamknęła oczy i maksymalnie się skoncentrowała, dotarły do niej dalekie, przytłumione odgłosy. Cichuteńkie skrobanie i szuranie. Choć dźwięki były bardzo nikłe, źródło ich pochodzenia było dla niej oczywiste. Taki dźwięk wydawały podnoszone i przesuwane skały. Nie miała wątpliwości. W końcu sami przez kilka godzin odkopywali ten cholerny korytarz. A od huku przesuwanych i upuszczanych kamieni pękały im głowy.
- Musimy dać im znać, że tu jesteśmy. - Chwyciła w obie dłonie spory kamień, zamachnęła się i krzywiąc się z bólu uderzyła nim o skałę. Potem jeszcze raz i jeszcze. Teal`c początkowo stał ze zdumiona miną. W końcu na jego twarzy pojawił się wyraz zrozumienia. Uderzenie, przerwa, uderzenie, przerwa uderzenie, przerwa, uderzenie. Potem długa przerwa i znów uderzenie i znów. Uniwersalny kod wzywających pomocy. Trzy krótkie, trzy długie, trzy krótkie. S.O.S. Teal`c położył dłoń na ramieniu Sam i delikatnie odsunął ją jednocześnie wyjmując kamień z jej rąk.
- Ja to zrobię. - Chwycił kamień mokry od krwi i zaczął nim rytmicznie uderzać. Co pewien czas przerywał i czujnie nasłuchiwał. Po kilku minutach wsłuchiwania się w odległe dźwięki, na jego pełnej skupienia twarzy pojawił się cień uśmiechu. Carter opadła na kolana i niemal przytulając twarz do zimnych kamieni wstrzymała oddech.
- Słyszysz to ? - Spytała szeptem.
- Tak. Odpowiadają na nasze wezwanie. - Poprzez tony gruzu i skalnych odłamków przebijało się rytmiczne echo uderzeń po drugiej stronie blokady.
- Kopiąc z obu stron wydostaniemy się dwa razy szybciej, niż kopiąc tylko z jednej strony. - Stwierdziła logicznie. Przypięła latarkę do kamizelki i powróciła do znienawidzonej czynności, jaką było przenoszenie głazów z miejsca na miejsce. Czuła przypływ nowych sił. Teal`c również z nowym zapałem wziął się do pracy. Sapiąc i przeklinając pod nosem, powoli robili sobie przejście na wolność. W pewnym momencie Teal`c poczuł, że kręci mu się w głowie. Trochę go to zdumiało. Owszem, był zmęczony. Nawet bardzo zmęczony. Nigdy jednak wysiłek fizyczny nie wywoływał u niego takich objawów. Oprócz zawrotów głowy czuł suchość w ustach i coś dziwnie drażniło jego zmysł powonienia. Zamknąwszy oczy skupił się na swoich odczuciach. Coś było zdecydowanie nie tak. Coś ulotnego atakowało jego mózg i jego ciało. Coś, co wdychał z każdym poruszeniem klatki piersiowej.
- Major Cater? - Zaczął ostrożnie. - Czy wybuchowi wulkanu towarzyszą jakieś dodatkowe zjawiska?
- Co masz na myśli? – Zachwiała się wyraźnie, aż musiała przytrzymać się ściany.
- Ma pani zawroty głowy?
- Owszem. To ze zmęczenia.
- A jeśli nie tylko? Czy powietrze w tych korytarzach morze być skażone?
Zamrugała zdziwiona. Jakoś trudno jej było logicznie myśleć. Czy powietrze może być skażone? Przy braku dostępu świeżego powietrza może być tu podwyższony poziom dwutlenku węgla. Co jeszcze? Zaraz, zaraz. Zjawiska towarzyszące wulkanowi?
- W czasie wybuchu wulkanu mogą wydzielać się różne gazy. Para wodna, tlenek węgla, siarkowodór… - Urwała zrozumiawszy nagle do czego Teal`c zmierzał. - Jeśli poziom gazów zwiększałby się stopniowo i systematycznie, to przebywając tutaj mogliśmy nawet nie zauważyć, że osiągnęły wysokie stężenie. Zawroty głowy mogą być objawem zatrucia…
- Ja również odczuwam niepokojące objawy. Powinniśmy sprawdzić, czy stężenie gazów wszędzie jest takie samo. Jeśli w którejś części jest ono niższe moglibyśmy się tam schronić. Dało by to nam szansę na ocalenie życia.
- Nie mamy żadnych czujników, żadnych urządzeń pomiarowych.
- Wyczuwam dosyć wyraźnie jakiś obcy zapach. Wcześniej nie zwróciłem na niego uwagi. Myślałem, że to woń charakterystyczny dla tej kopalni.
- Czułeś ją już wcześniej?
- Potwierdzam. Praktycznie zaraz po wejściu do korytarza. Wtedy była jeszcze bardzo słaba i ulotna.
- Niedobrze. - Carter rozejrzała się bezradnie. - Potrafisz określić, w którym miejscu stężenie jest najniższe?
- Postaram się. - Jaffa z uniesionym w górę nosem zaczął węszyć. Wciągał powietrze w płuca przesuwając się wzdłuż korytarza. Odszedł w głąb tunelu. Z ciemności dobiegało echo jego kroków.

- Major Carter! – rozległ się jego stłumiony przez korytarz głos. - W dalszej części korytarza wrażenia zapachowe są zdecydowanie słabsze. Sądzę, że powinniśmy odpoczywać właśnie w tym miejscu.
Wycofali się więc, jak najdalej mogli . Możliwe, że w tym miejscu gazy natrafiły na jakieś naturalne ujście, lub może bliżej wyjścia wydostawały się z wnętrza wulkanu. Grunt, że po dłuższym odpoczynku zawrotu głowy nieco się zmniejszyły. Teal`c wyciągnął w stronę kobiety swój pojemnik z wodą.
- Proszę się napić pani major.
- Nie, to twoja woda. - Pokręciła głową, choć w ustach całkiem jej zaschło.
- Wydaje mi się, że potrzebuje jej pani o wiele bardziej niż ja. Proszę mnie posłuchać. Moja fizjologia czyni mnie odporniejszym na brak wody i wysiłek fizyczny. Pani jest ranna, a mimo to pracuje ze mną ramię w ramię. Znajduje się pani na skraju wyczerpania. Nasi ludzie już do nas idą, lecz w dalszym ciągu nie wiadomo, ile czasu im to zajmie. Nie pozwolę, by teraz, gdy pomoc jest tak blisko, zasłabła pani z powodu zwykłego odwodnienia.
- Dziękuję Teal`c. - przyjęła wodę i z uczuciem ogromnej ulgi przytknęła butelkę do ust. Woda nie była świeża, ale cudownie mokra. Z westchnieniem ulgi oparła się o ścianę. Jaffa siedział naprzeciwko niej. Przymknął oczy. Emanował z niego niezwykły spokój i pewność, że wszystko skończy się tak, jak powinno. - Dziękuję ci za to, jaki jesteś. Dziękuję, że zawsze mogłam na ciebie liczyć.
- Proszę bardzo. - Teal`c skinął głową. - I nawzajem. Cieszę się, że dane mi było służyć razem z panią.
- Nie żałujesz swojej decyzji?
- Czasem żałuję, że podjąłem ją zbyt późno. To dzięki wam zrozumiałem, że mam wybór. O`Neill sprawił, że zdecydowałem się zrobić krok naprzód. To niezwykły człowiek. Pani wie to chyba równie dobrze jak ja. - Teal`c zerknął na nią po czym odwrócił wzrok. Choć jego twarz nie zmieniła w ogóle wyrazu, coś w tonie jego głosu sprawiło, że Carter zrobiło się nieswojo. Teal`c był niezwykle bystry. Obserwował i bezbłędnie rozpoznawał wszelkie łączące zespół interakcje. Zawsze dyskretny, niczego nie komentował wprost. Czasami jednak czynił bardzo subtelne aluzje. Tak jak teraz. Sam była pewna, że jego uwadze nie umknęły żadne mimowolne gesty, żadne niewypowiedziane słowa pomiędzy nią a pułkownikiem O`Neillem. Pomyślała sobie, że ma szczęście mogąc nazywać ciemnoskórego mężczyznę swoim przyjacielem. Mimo woli uśmiechnęła się.
- Ma niezwykły dar zjednywania sobie ludzi. Choć równie łatwo przysparza sobie też wrogów…
- On po nas przyjdzie. - Stwierdził Teal`c z absolutną pewnością. Wstał by kontynuować przerwaną pracę. - Proszę jeszcze odpocząć. Powinna pani oszczędzać swoje siły.

Carter została sama. Podciągnęła kolana pod brodę i objęła je ramionami. Była taka zmęczona. W głowie jej szumiało. Tak trudno było zebrać myśli. Wspomnienia z całego dnia napłynęły do niej wszystkie razem. Zabici żołnierze, Tubylec, pułkownik zraniony przez jakieś zwierzę a potem łoskot walącego się sklepienia, uczucie strachu i bezsilności. Straszna była świadomość, że zginą wszyscy razem na obcej planecie, rozdzieleni i pogrzebani żywcem. Gdyby nie zareagowali na odgłos wystrzału, gdyby nie pobiegli w głąb kopalni… To przez ich, a raczej przez jej zaniedbanie, nie mogli sprowadzić pomocy. Ale jemu jakoś się udało. Jack O`Neill po raz kolejny udowodnił, że byle przeszkoda nie powstrzyma go, przed wykonaniem powierzonego mu zadania. Odgłos kroków wyrwa ją z zamyślenia. Jaffa podszedł do niej oddychając ciężko, z wysiłkiem.
- Słyszę ich coraz bliżej… Ale chyba zwiększyła się ilość szkodliwych gazów w powietrzu. Znacznie trudniej mi się oddycha…
- Pójdę teraz ja. Zdążyłam już odpocząć. Odrzucę chociaż kilka kamieni… - Wyminęła siadającego na ziemi Teal`ca, zanim tez zdążył zaprotestować i z bijącym mocno sercem doszła do początku korytarza. Rzeczywiście, odgłosy zza skalnej ściany były znacznie wyraźniejsze. Zaciskając mocno zęby ujęła kamień w opuchnięte, krwawiące dłonie. Ile jeszcze Wytrzyma? Ile razy musi się schylić, żeby przesunąć tarasujące drogę głazy? Pracowała niemal automatycznie. Pokonywała ból mięśni i uczucie ściskania w klatce piersiowej. Miała świadomość, że z każdym odrzuconym skalnym odłamkiem przybliża się do wolności. Czuła niepokojące drapanie w gardle i dziwnie ciężką głowę. Zignorowała jednak te objawy. Wmawiała sobie, że może popracować jeszcze chwilę. Że wytrzyma pomimo ogarniającej ją duszności. Wytrzymała tylko kilka minut. Zawroty głowy były już tak silne, że zatoczyła się na ścianę. Instynkt samozachowawczy kazał jej uciekać. Po omacku zaczęła wycofywać się w kierunku odpoczywającego wciąż Teal`ca. Potknęła się i upadła, rozbijając przy tym latarkę. Nie miała już siły by wstać na nogi. Przytuliła twarz do zimnych kamieni i zamknęła oczy.

Teal`c potrząsnął głową by pozbyć się nieznośnego szumu w uszach. Próbował oszacować czas, jaki Sam spędziła na przekopywaniu się. Nie potrafi tego dokładnie ocenić. Nie przyszło mu do głowy, by spojrzeć na zegarek, gdy odchodziła. Słyszał grzechot przetaczanych skał. W pewnym momencie zrobiło się cicho. Zbyt cicho. Poderwał się na nogi i pobiegł. W korytarzu było ciemno. Nie było nigdzie widać migającego światełka, które świadczyłoby o tym, że osoba trzymająca latarkę porusza się. Oświetlił latarką cały korytarz, aż natrafił na leżącą pod ścianą nieruchomą postać. Bez namysłu podniósł bezwładne ciało i cofnął się do miejsca, w którym odpoczywali. Położył Carter na ziemi i rozpiął bluzę jej munduru. Przyłożywszy ucho do klatki piersiowej usłyszał cichy szmer oddechu. Delikatnie poklepał ją po policzku.
- Major Carter? Czy pani mnie słyszy? - Żadnej reakcji. - Samantha! Czy mnie słyszysz?
Rozejrzał się dookoła. Stężenie trujących gazów wzrastało z każdą minutą. Nawet tutaj było już wysokie. Jeśli pozostaną tu jeszcze jakiś czas, na pewno zatrują się oboje. Rzucił się z powrotem ku wyjściu. Jedyną szansę na uratowanie życia major Carter dawało przekopanie się na zewnątrz. Jak w amoku rzucił się na skały. Myślał tylko o tym, że ludzie po drugiej stronie zapory są tuż, tuż. Z dobiegających go dźwięków potrafił już wyłowić szmer rozmowy. Powoli tracił przytomność. Na kolanach próbował jeszcze, rękoma przesuwać co mniejsze odłamki. Dusząc się pomyślał, że głupio byłoby zginąć właśnie teraz, o krok od ocalenia. A potem upadł bezwładnie z ręką wciąż zaciśniętą na jednym z kamieni.



C.D.N.

Użytkownik cooky edytował ten post 22.05.2011 - |23:43|

  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#23 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 24.05.2011 - |20:36|

tak wiem coś o tym, ja także często zarywam nocki, aby pisać. no może już nie teraz kiedy mam wolne, ale jeszcze z miesiąc temu :P

a teraz wróćmy do nowego rozdziału:

zaczęli ich ratować świetnie :rolleyes: no wiadomo trujące gazy zrobiły swoje i nawet niezniszczalnego Teal'ca powaliły na ziemię, mam jednak nadzieję, że wkrótce do nich dotrą i uratują, nie mogę się już doczekać spotkania Sam i Jacka, chociaż nie mam pewności czy zrobisz z tego shippera czy też zostaniesz przy akcja i przyjaźń :) w każdym razie jakby nie wyszło, ja czekam na dalszą część ;)

pozdrawiam
  • 1

#24 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 24.05.2011 - |21:31|

W zamyśle opowiadanie miało być tylko przygodą. Opartą na przyjaźni i szacunku. Ale kiedy piszę późno w nocy, trochę wyłącza mi się logiczne myślenie. I wtedy, zupełnie znienacka, wyłazi ze mnie shipper. Tym razem też mi się wypsnęło. Choć tylko troszeczkę. :rolleyes:
No i teraz muszę sobie przemyśleć, kiedy mam pisać dalej? Jeśli uda mi się w ciągu dnia, to osiągnę to, co sobie z góry założyłam. A jeśli w nocy, to sama nie wiem... :lol:

P.S. A jak matura?
  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#25 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 26.05.2011 - |22:51|

Majowe słońce faktycznie czyni cuda. Na mnie też działa pobudzająco. Mam coraz więcej pomysłów. Tylko czasu ciągle brak... ;)




Z głębi tunelu rozlegały się podniesione głosy. O`Neill siedział u wylotu korytarza. Dźwignął się teraz ciężko na nogi i ruszył
w kierunku zgromadzonych przy osuwisku żołnierzy. Przecisnął się do samego przodu.
- Pułkowniku! Proszę posłuchać! Z wnętrza korytarza dobiegają jakieś dźwięki. Są zbyt rytmiczne jak na przypadkowe osuwanie się skał.
O`Neill z trudem ukucnął koło pułkownika Tuckera. Przytulił się do skał, jakby całym sobą próbował odbierać przenoszone przez nie drgania.
- A niech mnie! S.O.S ! - Ulga, która go zalała była tak wielka, że gdyby nie kucał, mógłby się przewrócić. Nogi w ogóle go nie słuchały. Były jak z waty. Zamknął oczy i kilkakrotnie głęboko odetchnął. Czekał, aż ustanie drżenie rąk. - Tym skurczybykom udało się jednak przeżyć. Dobra panowie. Życie naszych ludzi zależy teraz od tego, jak szybko uporamy się z tym szajsem.

Teraz do usuwania kamieni rzucili się wszyscy obecni. Także cały zespół medyczny. Tylko O`Neill został niemal siłą wypchnięty na zewnątrz. Był zbyt słaby, zbyt wycieńczony by wykonywać jakąkolwiek pracę fizyczną. Poprzez szczeliny, z głębi korytarza przesączało się drażniące powietrze. Sprawiało, że oczy łzawiły a gardło ściskało się w spazmatycznym kaszlu. Pracowali
w dwóch zespołach. Podczas gdy jeden zespół przebywał w tunelu, drugi odpoczywał na świeżym powietrzu. Posuwali się szybko naprzód. Odgłosy zza skalnej kurtyny przybliżały się. Wyraźnie słychać było chrobot przesuwanych względem siebie głazów.
W pewnym momencie dźwięki urwały się. Podwoili wysiłki, świadomi tego, co może ta cisza oznaczać. Wreszcie jeden z kamieni zadrżał i pod dotknięciem ręki poleciał do tyłu, tworząc niewielki otwór. Jeszcze kilka usuniętych kamieni i można było zajrzeć do wnętrza kopalni. Przez wyrwę wydostał się kłąb trującego powietrza. Żołnierze zaczęli odruchowo kaszleć po czym wszyscy, jeden po drugim wciągali na twarze maski przeciwgazowe. Trudno było się w nich poruszać, lecz musieli teraz zagłębić się
w miejsce, gdzie stężenie wulkanicznych gazów było bardzo wysokie. Przez wyrwę można było dostrzec wątły promień światła dobiegający gdzieś z dołu. Latarka częściowo zasłonięta była przez drobne odpryski skał. Wciąż tkwiła w uchwycie kamizelki Teal`ca. On sam leżał na ziemi, przytulony do oddzielającej go od świata ściany. Jeszcze tylko kilkadziesiąt centymetrów i można było dosięgnąć do wyciągniętej ręki czarnoskórego mężczyzny. Chwycili Teal`ca za ramiona i przeciągnęli jego bezwładne ciało przez wyrwę. W czwórkę, trzymając jego ręce i nogi jak najszybciej mogli w tych warunkach, podążyli ku wyjściu. Pozostali poszerzali uzyskane przejście do większych rozmiarów. Jaffa został wyniesiony poza korytarz i położony na ziemi. O`Neill natychmiast znalazł się obok przyjaciela.
- Teal`c? Bracie? Nie waż mi się teraz umierać.
Sanitariusz już klęczał obok. Fachowo sprawdził puls na tętnicy szyjnej. Teraz wsłuchiwał się w płytki oddech, jednocześnie obserwując podnoszenie się i opadanie klatki piersiowej nieprzytomnego Jaffa. Drugi mężczyzna zakładał na jego twarz maskę tlenową. Teal`c wciągnął głęboko powietrze. Zaczął kaszleć i krztusić się. Powoli jego oddech uspokoił się. Jack poklepał Jaffa po policzku. Na początku delikatnie, potem nieco mocniej.
- Teal`c! Otwórz oczy! Otwórz oczy, zrób to dla mnie!
Powieki Teal`ca drgnęły. Z jego ust wyrwało się głośniejsze westchnienie. Z ogromnym trudem rozchylił powieki na tyle, by ujrzeć pochylającą się nad nim, rozmazaną twarz. Zamrugał kilkukrotnie, by odzyskać ostrość widzenia. Człowiek pochylający się nad nim był blady jak duch i jak duch nierzeczywisty. Jego usta poruszały się, lecz nie potrafił zrozumieć wypowiadanych słów. I tylko te oczy… Zapatrzył się w błyszczące, ciemnobrązowe tęczówki. Takie znajome…
- O`Neill? - Wychrypiał z niedowierzaniem. Jego własny głos był odległy i dobiegał jakby zza grubej ściany.
- No nareszcie! Tak trzymaj! Słuchaj swojego dowódcy! - Głos z całą pewnością należał do pułkownika. Tylko twarz w dalszym ciągu mu się nie zgadzała. Była jakby płynna. Odkształcała się i rozciągała a potem znów malała, niemal zapadała się w sobie. Od ciągłego ruchu zrobiło mu się niedobrze. Zamknął oczy i skupił się wyłącznie na słuchu.
- O`Neill, chyba mam omamy wzrokowe. Nie potrafię rozpoznać twojej twarzy.
- Nic mi nie mów. Sam miałem problemy z rozpoznaniem w lustrze swojego odbicia.
- Sir, to halucynacje wywołane wdychaniem szkodliwych oparów… - Sanitariusz świecił Teal`cowi w oczy miniaturową latarką.
- Nerw wzrokowy nie jest uszkodzony. Za pewien czas objawy powinny samoistnie ustąpić.
- Czy major Carter też jest z nami? Znaleźliście ją? - Teal`c Próbował unieść się na łokciach, lecz był zbyt słaby nawet na taką nieznaczną czynność.
- Nie, wciąż jej szukamy. - Puls Jacka przyspieszył lekko. - Gdzie widziałeś ją po raz ostatni?
- Zaniosłem ją do samego końca korytarza. Tylko tam można było jeszcze oddychać…

O`Neill zerwał się i już po chwili biegł w kierunku tunelu. Nie zawracał sobie głowy maską. Nabrał głęboko powietrza i dał nura
w ciemny korytarz. Oświetlając sobie drogę latarką wpadł na pozostałych członków SG 12, którzy usuwali ostatnie, tarasujące przejście skały. Minął ich w pełnym pędzie. Za zakrętem korytarza potknął się i upadł na kolana boleśnie obcierając sobie skórę. W blasku latarki zamajaczył nagle jakiś leżący na podłodze kształt. Poświecił w tym kierunku. Carter… Na czworaka zbliżył się do swej drugo dowodzącej. Leżała całkowicie bezwładnie. Zakurzona i zakrwawiona, nie wykazywała żadnych oznak życia. Nawet nie przyszło mu do głowy, by sprawdzić, czy oddycha. Usunął zwisający z szyi temblak.Wsunął obie dłonie pod jej pachy i chwyciwszy jej przedramię, z wysiłkiem pociągnął ją w górę. Krzywiąc się z bólu dźwigał wiotkie ciało w kierunku wyjścia. Głowa Sam bezwładnie kiwała się na boki. Za plecami usłyszał podniecone głosy i w tym momencie poślizgnął się. Upadł na prawe, zranione ramię. Z bólu pociemniało mu w oczach. Odruchowo przyciągnął nieprzytomną kobietę mocniej do siebie. Ktoś chwycił go za ręce, próbował rozewrzeć jego palce, wciąż zaciśnięte na przedramieniu Carter.
- Sir! Proszę puścić! - Usłyszał tuż koło swojego ucha.
- Musimy ją zabrać! Puść ją, do diabła! - Tym razem to był głos pułkownika Tuckera. Usłuchał i poczuł jak znika przytłaczający go miękki ciężar. Po chwili czyjeś silne ręce podniosły go z ziemi. Ktoś chwycił go mocno w pasie, przerzucając jednocześnie jego lewe ramię przez swoje barki. W Głowie mu zawirowało. Gryząca woń wdzierała się do nozdrzy i dusiła. Zaczął żałować, że jednak nie założył maski. Trzymający go mężczyzna ruszył powoli naprzód ciągnąc go za sobą. Nogi uginały się pod nim, plątały. Żołnierz praktycznie musiał go wlec. Mimo to posuwali się dość szybko. W oddali już majaczył jasny prostokąt, gdy pojawił się znajomy pomruk. Początkowo nieznaczny, rósł z każdą sekundą, by przeobrazić się w ogłuszający grzmot. U wylotu korytarza pojawiła się ciemna postać.
- Ruszać się! Ruszać się! Szybciej! - Nawoływała gorączkowo.
Zarys wyjścia zaczął drżeć, po chwili wszystko wokół trzęsło się coraz mocniej. Na ich głowy posypały się fragmenty sufitu. O`Neil potknął się i upadł na ziemię, pociągając za sobą majora Bullowsa. Ten jednak natychmiast poderwał się na nogi , chwycił Jacka jeszcze mocniej, nie zważając na spadające z góry kamienie. Pobiegli ku wyjściu słysząc za sobą huk zapadającego się korytarza. Wypadli na otwartą przestrzeń ostatkiem sił. O`Neill osunął się na kolana i charcząc wciągał powietrze w obolałe płuca. Ktoś jeszcze pomagał majorowi taszczyć go pod osłonę drzew. Po dość długiej chwili zdał sobie sprawę, że leży na plecach z maseczką tlenową na twarzy. Gdy otworzył oczy ujrzał pochylonego nad sobą sanitariusza.
- Dzięki Bogu, pułkowniku. Już zaczynałem się niepokoić . - Mężczyzna wytarł dłonią spocone czoło. - Proszę się nie ruszać. Jest pan zbyt słaby. Znowu zaczął pan krwawić.

Mężczyzna zerknął nerwowo w bok. O`Neill powędrował wzrokiem w tym samym kierunku. Szarpnął się, jakby chciał usiąść, lecz pewna dłoń przytrzymała go na miejscu. Patrzył więc tylko, szeroko otwartymi oczyma, na swą podwładną, leżącą bezwładnie na ziemi, otoczoną przez zespół medyczny. Jeden z mężczyzn opierał obie dłonie na mostku Carter i rytmicznie uciskał jej klatkę piersiową. Drugi klęczał tuż przy jej głowie. Przytrzymywał ręką, założoną na jej nos i usta maskę. W drugiej ręce trzymał elastyczny worek ambu. Energicznym ruchem palców pompował do płuc kobiety życiodajny tlen. Jack z trudem przełknął ślinę. Nagle zaschło mu w gardle. Zacisnął pięści, aż poczuł jak paznokcie wbijają mu się w skórę. Nie potrafił odwrócić wzroku. Sanitariusz mówił cos do niego, ale go zignorował. Zamrugał dopiero wtedy, gdy oczy zaszły mu łzami. Co pewien czas sanitariusz przerywał masaż serca, by sprawdzić puls na tętnicy szyjnej. Na jego twarzy malowało się skupienie. Gdy zamarł w tej pozycji na dłużej, Jack odruchowo wstrzymał oddech. Wreszcie żołnierz wyprostował się i uniósł dłoń ze skierowanym ku górze kciukiem. Wszyscy prawidłowo odczytali gest i wokół rozległo się zbiorowe westchnienie ulgi.
- Mam tętno. - Sanitariusz zwrócił się do pułkownika Tuckera. - Pułkowniku, możemy się zbierać. Wszyscy muszą jak najszybciej znaleźć się w ambulatorium. Proszę posłać jednego z pańskich ludzi przodem, aby powiadomił doktor Fraiser o sytuacji. Ci ludzie potrzebują natychmiastowej interwencji medycznej.
Pułkownik bez słowa podszedł do jednego ze swych podwładnych. Po chwili młody porucznik puścił się biegiem między drzewami. Nieco dalej, już na noszach transportowych, leżał Teal`c. Wyglądał jakby spał. Widocznie jego stan nie był taki ciężki, bo nie miał już na twarzy maski. Jego pierś regularnie podnosiła się i opadała. Sanitariusze pochylili się nad O`Neillem. Unieśli jego ciało nad ziemią i sprawnie umieścili go na noszach. Po czym zaczęli przypinać pasami. Druga grupa już krzątała się koło Carter. Jeden z mężczyzn w dalszym ciągu ściskał i puszczał worek ambu pilnując, by płuca major wypełniały się powietrzem.

Gdy cała trójka znajdowała się na noszach, ruszyli w kierunku gwiezdnych wrót. Nosze kołysały się łagodnie w takt kroków niosących je żołnierzy. O`Neill na przemian tracił i odzyskiwał przytomność. Próbował rozglądać się dookoła, chciał sprawdzić,
w jakim stanie są jego towarzysze. Był jednak przypięty pasami, które uniemożliwiały mu wykonywanie jakichkolwiek ruchów poza mruganiem a maseczka z tlenem znacznie zawężała pole widzenia. Wyraźnie widział tylko zaczerwienioną z wysiłku twarz majora Bullowsa, który szedł z tyłu i ściskał uchwyty noszy. Nie potrafił już określić, jak długo znajdują się w drodze, ani w jakiej są odległości od wrót. Bullows był cały spocony i ciężko dyszał. Musiał więc być już zmęczony. W pewnym momencie pomiędzy odgłosami kroków, wyłowił dźwięk świadczący o otwarciu tunelu. Z ulgą powitał znajome uczucie towarzyszące przejściu przez horyzont zdarzeń.
W pomieszczeniu wrót panowało spore zamieszanie. Ludzie krzyczeli, przepychali się obok niego, potrącając w biegu nosze, na których leżał.
- Pułkowniku O`Neill cieszę się, że pana widzę. - Generał Hammond wyglądał na spiętego, ale on zawsze martwił się o ludzi, których wysyłał na obce planety a potem ludzie ci ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. - Proszę nic nie mówić. Lekarz za chwilę się panem zajmie.
Pomimo ogromnego zmęczenia Jack zdobył się na jeszcze jeden wysiłek, by przekrzyczeć panujący dookoła niego harmider.
- Generale! - Zaraz potem zabrakło mu tchu. Hammond pochylił się nisko. Pułkownik poruszył ustami. Musiał spróbować kilka razy zanim udało mu się wyszeptać.
- Carter… Teal`c…
- Oboje żyją pułkowniku. Są nieprzytomni, ale żyją. Proszę teraz oszczędzać siły.
O`Neill pokiwał głową. Udało się. Jego drużyna powróciła. Wszystko wokół zaczęło nagle wirować. Zamknął oczy, bo znów poczuł, że ogarniają go mdłości. Pojedyncze głosy zlały się w jeden narastający ciągle huk. Zaczynało brakować mu powietrza. Chłodna dłoń niezwykle delikatnie spoczęła na jego czole. Rozpoznał ten kojący gest. Nie raz Janet Fraiser gościła go w ambulatorium. Otworzył oczy i wytężył wszystkie siły, by skupić wzrok na stojącej tuż przy nim postaci.
- Pułkowniku? Słyszy mnie pan? Jak pan się czuje?
- Doktorze… - tyle tylko zdążył wyjąkać, bo z jego oczami stało się coś dziwnego. Całe pomieszczenie nagle pojaśniało. Jaskrawy blask nie pochodził z umieszczonych w górze żarówek, ale zewsząd. Ludzie i przedmioty tonęli w jasności. Pochłaniała ich jednego po drugim. Pozostała tylko doktor Fraiser. Jej twarz zmieniła wyraz. Była teraz wyraźnie zaniepokojona. Marszcząc brwi, krzyczała do kogoś stojącego po drugiej stronie noszy. Jej postać też zaczęła się stopniowo rozmywać. Światłość przenikała ją na wskroś. Janet zwróciła twarz w stronę O`Neilla i poprzez hałas wypełniający jego uszy przebiły się jej słowa.
- Pospieszcie się! Na miłość boską, Tracimy go!
A potem wszystko ucichło. Pozostała tylko światłość.




C.D.N.

Użytkownik cooky edytował ten post 29.05.2011 - |08:22|

  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#26 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 27.05.2011 - |05:30|

Stara dobra Janet nie pozwoli mu umrzeć ( ty chyba tez nie :) )
świetny kawałek, musisz koniecznie zażywać więcej słońca :)
pozdrawiam B)
  • 1

#27 Michalina

Michalina

    Szeregowy

  • Użytkownik
  • 67 postów
  • MiastoOstróda(Mazury Zach.)

Napisano 27.05.2011 - |11:17|

Mam nadzieje, że odratują Jacka:) Pisz, pisz
  • 1
Ubi dubium ibi libertas.

#28 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 28.05.2011 - |11:17|

Doszłam do wniosku, że jednak ktoś zginie. Muszę tylko wszystko dopracować. Zakończenie jakoś samo wskoczyło mi do głowy, tylko gorzej ze środkiem. Chyba przejdę się do parku. Zorganizowali tam jakąś majówkę. Podładuję akumulatory słoneczkiem. Może i tym razem mi pomoże. :D
  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#29 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 28.05.2011 - |11:55|

trzymam kciuki :) i czekam na następny kawałek
  • 1

#30 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 28.05.2011 - |16:29|

Słońce dobra rzecz :D
Pisz, chcę się dowiedzieć czy uśmiercisz Jacka.
  • 0

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#31 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 02.06.2011 - |19:11|

Uf... Majówka nieco się przeciągnęła...







Reynolds prowadził swój zespół już dobre kilka godzin. Twarze wszystkich zroszone były potem. Pomimo tego, że słońce chyliło się już ku zachodowi, wciąż było gorąco. Zmierzali wciąż na północ w kierunku majaczących w oddali wierzchołków gór. Tubylcy wybrali naprawdę bezpieczną kryjówkę. Nawet w przypadku potężnej erupcji, na tej wysokości powinni być bezpieczni. Azu wspominał, że są to jaskinie, w których mieszkańcy planety schronili się, gdy wulkan wybuchł ostatnio. Ich położenie podobnie jak wiele innych tajemnic, przechowywane było w kronikach plemiennych. Dostęp do tej wiedzy mieli więc tylko szamani i starszyzna. Daniel podejrzewał, że kroniki te mogły być prawdziwymi skarbnicami wiedzy. Mogły zawierać informacje o Goa`uld, który niegdyś władał planetą, o wszystkich okolicznościach towarzyszących jego zniknięciu. Mogły też wyjaśniać pochodzenie niezwykłego minerału, ukrytego w zboczu drzemiącego wulkanu. Gdyby tylko udało mu się je przestudiować. Archeolog obejrzał się po raz kolejny za siebie. Z tej odległości wulkan był tylko niewielkim pagórkiem wyglądającym zza koron drzew. Gęsty, czarny dym unosił się wysoko ponad nim. Miał wrażenie, że z upływem czasu dym robił się coraz ciemniejszy i bardziej złowrogi.
Zostawili za sobą gęsty las i wędrowali przez trawiaste tereny, porośnięte z rzadka karłowatymi drzewami. Zbliżali się powoli do podnóża gór. Tu drzewa rosły nieco gęściej. Reynolds zatrzymał się i rozejrzał po okolicy. Przywołał do siebie Azu. Daniel podszedł także.
- Jak daleko jeszcze do tych jaskiń?
- Za tym grzbietem skalnym jest dolina. Pierwsza z jaskiń znajduje się po przeciwległej stronie doliny, ale główne, największe jaskinie znajdują się jeszcze za następnym wzniesieniem. Myślę, że właśnie tam mój lud poszukał schronienia.
- Ile czasu zajmie nam przejście przez ten masyw?
- Jeśli pójdziemy przełęczą to niecałe pół dnia.
- On nie zna naszego pojęcia czasu. - Pospieszył z podpowiedzią Daniel. - Doba jest tu nieco krótsza od ziemskiej. Pół dnia może oznaczać około czterech do sześciu godzin.
- Po ciemku nie możemy ryzykować wyruszenia w góry. - Bardziej do siebie, niż do reszty wymruczał Reynolds. - Rozbijemy tu obóz. O świcie ruszymy dalej. - Zarządził.

Wszyscy z westchnieniem zrzucili z ramion plecaki. Słońce już zaszło i wreszcie zrobiło się chłodniej. Azu twierdził, że w nocy może zrobić się naprawdę zimno. Wyciągnęli więc koce i zabrali się za rozpalanie ogniska. Chłopak znów okazał się nieoceniony, znajdując błyskawicznie sporą ilość suchego drewna. Marines także wyruszyli na poszukiwania i wkrótce na ziemi leżał pokaźny stosik suchych szczap. Rozpalenie ognia nie stanowiło już problemu. W jego blasku przysiedli i wyciągnęli prowiant. Azu z zainteresowaniem przyglądał się, jak wyjmują suchary i otwierają puszki. Jedną Daniel wyciągnął w jego stronę. Przyglądał się nieufnie. Widocznie w obozie nigdy nie był świadkiem przygotowywania posiłków. Głód jednak zwyciężył. Chwycił metalowy pojemnik i trochę nieufnie sięgnął do środka. Z zaskoczeniem pokiwał głową i zabrał się za jedzenie. Prawie kończyli posiłek, gdy krótkofalówka pułkownika Reynoldsa nagle ożyła i wszyscy usłyszeli głos pułkownika Tuckera.
- SG 3 zgłoś się.
- Tu Reynolds. Słucham cię. Jak przebiega akcja ratownicza?
Daniel natychmiast wyprostował się. Odkąd zespoły rozdzieliły się, Czekał z drżeniem serca na jakąkolwiek wiadomość o swoich kolegach.
- Sir, Otwór wentylacyjny okazał się nieprzydatny. Musieliśmy odkopywać korytarz, ale udało nam się. Odtransportowaliśmy SG 1 do bazy. Niestety byli w kiepskim stanie. Major Carter i Teal`c zatruli się gazami wydostającymi się z głębi wulkanu. U major doszło do zatrzymania akcji serca, ale w miarę szybko udało nam się przywrócić krążenie. Natomiast pułkownik O`Neill dostał zapaści już po powrocie do SGC. Był reanimowany. Niestety, nie wiem z jakim skutkiem. Być może rano będę znał jakieś szczegóły. W tej chwili zabezpieczyliśmy wrota. Będziemy tu na was czekać. Znaleźliście już miejsce pobytu tubylców?
- Mniej więcej. Musimy przeczekać noc. Po wschodzie słońca będziemy kontynuować poszukiwania. Miejmy nadzieję, że jutro będziemy już w drodze powrotnej. Jesteście bliżej. Jak w tej chwili wygląda wulkan?
- Dymi jak cholera. I sypie popiołem. Nie jestem geologiem. Trudno mi powiedzieć, kiedy może dojść do erupcji, ale mam dziwne przeczucie, że nastąpi to już niebawem. Możemy mieć tylko nadzieję, że zdążycie wrócić. Nigdzie się bez was nie wybieramy, więc raczej zróbcie to we właściwym czasie.
- Postaramy się. Miejcie oczy szeroko otwarte.
- Wy również. Powodzenia, sir.
- Dzięki. Przyda nam się. Bez odbioru. - Reynolds spojrzał na pozostałych. Wszystkie oczy skierowane były na niego. Miał wrażenie, że wszyscy naraz wstrzymali oddech. Daniel zerwał się na nogi.
- Słyszeliście panowie, są już na miejscu. Tylko tyle wiemy na pewno.
- Ale co z Jackiem? - Zaczął Jackson. Reynolds jednak nie pozwolił mu dokończyć.
- Zaczekajmy na następny meldunek, doktorze. - Powiedział łagodnie, lecz stanowczo. - W tej chwili powinniśmy skoncentrować się na misji. Myślenie, co by było gdyby, w niczym nam nie pomoże. Musimy wypocząć. Jutro przed nami ciężki dzień. - Zwrócił się do jednego ze swych żołnierzy. - Majorze. Obejmuje pan pierwszą wartę. Zmiana co dwie godziny. Ja obejmę ostatnią. Reszta spać. To rozkaz.

Zmierzch zapadł na dobre i temperatura rzeczywiście spadła. Przysunęli się bliżej ogniska i zaczęli układać do snu. Żołnierze licytowali się, kto obejmie następną wartę. Daniel naciągnął koc po uszy. Na twardej ziemi było mu niewygodnie. Długo trwało, zanim znalazł w miarę komfortową pozycję. Patrzył z zazdrością jak marines jeden po drugim pogrążają się we śnie. Jemu brakowało wyszkolenia i rutyny, pozwalającej zasypiać niemal w każdych warunkach. Azu zwinięty w kłębek, wpatrywał się w ogień. Też najwyraźniej nie mógł zasnąć. Przeniósł swój wzrok na archeologa i wpatrywał się w niego tak intensywnie, że ten musiał otworzyć oczy.
- Możecie zmusić serce, by znów zaczęło bić? - Spytał tonem pełnym niedowierzania. - Potraficie przywracać do życia?
- No cóż, tak. Czasami istnieje taka możliwość. - odparł przyciszonym głosem Jackson. Dookoła unosiły się głębokie oddechy śpiących mężczyzn. Trzymający wartę major obrzucił ich krótkim spojrzeniem po czym wstał, dorzucił do ognia kilka szczap i wycofał się w cień, czujnie wypatrując w mroku jakichkolwiek sygnałów zagrożenia.
- Musicie być naprawdę potężni. Taką wiedzę posiadał podobno, wygnany przed wiekami Bóg.
- No niezupełnie. Goa`uld potrafią ożywiać zmarłych dzięki sarkofagowi. My nie posiadamy takiego urządzenia. Nasza technologia pozwala co prawda na utrzymywanie kogoś przy życiu, nawet przez dłuższy czas. Potrafimy także przywrócić bicie serca, jeśli tylko nie minął zbyt długi czas od jego zatrzymania. To jest jednak możliwe tylko w niektórych przypadkach. Czasem obrażenia są zbyt rozległe, rany zbyt poważne. A czasami dokładnie nie wiadomo dlaczego, ale ludzie umierają. I żadne ziemskie urządzenie nie może tego zmienić.
- Więc ludzie, których znaleźliście w obozie…
- Są martwi. Nic nie przywróci im życia.
- A gdybyście przybyli szybciej…
- Myślę, że nic by to nie zmieniło. Ale może jeszcze uda nam się ocalić pozostałych.
- Twój przyjaciel też może zginąć? Nie umiecie mu pomóc?
- Nie wiem, Azu. Naprawdę nie wiem.
- Jest silny…
- Tak, Jest. Tylko czy wystarczająco silny? - Daniel westchnął ciężko, naciągnął koc jeszcze wyżej. Azu zakopał się w koce i umilkł. Wyczerpujący dzień zrobił swoje. Jackson czuł, że jego powieki opadają coraz niżej. Choć w jego głowie wciąż kłębiły się setki myśli, wkrótce zapadł w sen.

Odgłosy krzątaniny wyrwały go ze snu. Podniósł głowę. Wszystkie mięśnie miał sztywne i obolałe. Żołnierze już zwijali obóz. Było jeszcze w miarę ciemno. Dopiero na wschodzie niebo zróżowiło się i pojaśniało. Wzdrygnął się, gdy odrzucił koc i poczuł chłód poranka. Azu gotowy do drogi, stał już nieco z boku, by nie przeszkadzać w zwijaniu obozu.
- Doktorze Jackson, proszę się pospieszyć. - Przywitał go pułkownik Reynolds. - Za chwilę ruszamy w dalszą drogę.
Niezgrabnie dźwignął się na nogi i zaczął zwijać koc. Nad horyzontem ukazał się rąbek złotego słońca. Szarość poranka ustępowała powoli jasnym promieniom. Powietrze było rześkie i lekkie. Wkrótce wszyscy byli gotowi. Reynolds poprowadził ich w stronę przełęczy. Droga pod górę była o wiele bardziej męcząca, niż wczorajszy marsz po płaskim terenie. Szli powoli, bez pośpiechu. Należało zwracać uwagę, by nie poślizgnąć się na jakimś obluzowanym kamieniu. Zanim doszli do szczytu przełęczy, Daniel musiał kilkakrotnie odpoczywać. Był cały mokry i dyszał ciężko. Z ulgą powitał drogę wiodącą w dół. W dolinie nie było nawet śladu po tubylcach. Azu musiał mieć rację. Przebywali za następnym grzbietem. Ten masyw był jeszcze wyższy a podejście do niego bardziej strome. Teraz zasapali się już wszyscy. Gdy słońce w całej okazałości stało nad widnokręgiem, dotarli wreszcie do szczytu wzniesienia. Z tego miejsca mieli doskonały widok na całą dolinę. Już gołym okiem można było dostrzec poruszenie po drugiej stronie. Na dość dużej, prawie płaskiej powierzchni zgromadził się tłum ludzi. Bez słowa sięgnęli po lornetki. Ludzie, ubrani w skóry podobne do tych, jakie miał na sobie Azu, otaczali ciasnym kręgiem kilka postaci. Daniel domyślał się, że to szamani. Mężczyzna stojący w samym środku, wzniósł obie ręce ku niebu i coś wykrzykiwał do pozostałych. Z tej odległości widzieli jedynie, jak jego usta poruszają się. Głos nie docierał na tą wysokość. Tłum jak na komendę rozstąpił się. Wszyscy wstrzymali oddech, gdy dostrzegli dlaczego. Z ciemniejącego po drugiej stronie doliny otworu, będącego wejściem do jaskini, wyszło kilku tubylców uzbrojonych w długie dzidy. Jackson doznał niemiłego skojarzenia, lecz były to zwykłe dzidy, służące do polowań. Tubylcy ci prowadzili jeńców.
- A niech mnie… - wysapał Daniel. - Żyją. Oni jednak żyją.
Trzech geologów i major Burns szli powoli jeden za drugim. Rozebrani od pasa w górę, ręce mieli skrępowane na plecach. Na szyi każdy z nich miał zarzuconą pętlę ze sznura, którego drugi koniec trzymali strażnicy. Poprowadzono ich, przed stojących pośrodku tłumu szamanów, po czym dość brutalnie zmuszono do uklęknięcia.
- Sir? - Żołnierze wyczekująco wpatrywali się w swego dowódcę.
- Schodzimy! - Pułkownik Reynolds już odbezpieczał broń.
- Nie! Zaczekajcie! - Daniel zerwał się na nogi. - Na użycie siły jeszcze przyjdzie pora. Nie możemy dopuścić, żeby doszło do rozlewu krwi. Spróbujmy najpierw negocjować. Proszę przynajmniej pozwolić mi z nimi porozmawiać. Nie wiem, czy coś osiągnę, ale chcę mieć pewność, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy.
Reynolds przyglądał się archeologowi spod przymrużonych powiek. W myślach rozważał wszystkie możliwe rozwiązania problemu. Uznał, że rzeczywiście, jeśli sprawy przybiorą niepomyślny dla nich obrót, w każdej chwili może wkroczyć.
- Dobrze. Może pan spróbować, ale ostrzegam, że jeśli zagrożenie stanie się zbyt duże, bez namysłu otworzę ogień.
- Rozumiem. - Daniel przełknął ślinę.
- A więc doktorze Jackson. Co pan proponuje?





C.D.N.

Użytkownik cooky edytował ten post 23.07.2011 - |19:10|

  • 2

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#32 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 02.06.2011 - |19:59|

Daniel i jego genialne pomysły, ciekawe o z resztą zespołu :) czekam niecierpliwie
  • 1

#33 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 02.06.2011 - |22:16|

Też bym się chciała dowiedzieć co z resztą.
Wysyłam pozytywne fluidy aby wspomóc wene.
  • 1

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#34 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 04.06.2011 - |10:51|

Fluidy chyba mi pomogły ;)
Wielkie dzięki.






Janet fraiser oparła łokcie na biurku. Twarz ukryła w dłoniach. Siedziała w swoim biurze, nareszcie sama. Przed nią stał parujący kubek z kawą. Napój przyjemnie drażnił jej zmysł powonienia. O tak, bardzo potrzebowała teraz kofeiny. Na zewnątrz wstawał właśnie świt. Tutaj, tyle pięter pod ziemią, nie mogła dojrzeć wschodzącego słońca. Nie musiała jednak patrzeć na zegarek, by wiedzieć, że noc mija. Czuła to w piekących z niewyspania oczach, napiętych mięśniach. Uniosła głowę i przyjrzała się uważnie swoim dłoniom. Potem objęła nimi kubek i uniosła go do ust. Właściwie nie powinna już pić kawy. W krótkim czasie wypiła jej już tyle... Musiała jednak być maksymalnie skoncentrowana. Na odpoczynek nie mogła sobie pozwolić. Jeszcze nie teraz. Wstała ciężko od biurka i podeszła do szafki . Z naręczem czystych ubrań skierowała się do łazienki. Szybki prysznic zregenerował jej siły. Wycierając włosy doszła do wniosku, że czuje głód. Zważywszy wszystko, co wydarzyło się w nocy, był to dobry objaw. Wróciła do ambulatorium. Generał Hammond już na nią czekał. Był blady i jakiś taki wymięty. Zapewne on także nie spał dobrze tej nocy. To tłumaczyło również tak wczesną porę odwiedzin.
- Witam doktor Fraiser. Ciężką miała pani noc?
- Powiedziałabym, że bardzo intensywną, generale. - Uśmiechnęła się ze znużeniem. - Dobre wieści są takie, że całą trójkę udało nam się utrzymać przy życiu.
- Rozumiem, że są i złe wieści?
- Niestety. Stan pułkownika O`Neilla i major Carter wciąż jest bardzo ciężki. Pułkownik ma wstrząśnienie mózgu. Stracił bardzo dużą ilość krwi, niemal wykrwawił się na śmierć. Przywróciliśmy akcję jego serca i uzupełniliśmy poziom płynów ustrojowych.
W ranę na ramieniu wdała się jednak infekcja. Ma bardzo wysoką gorączkę. Podajemy antybiotyki, ale na razie bez skutku. Ten szczep bakteryjny jest bardzo oporny. Najprawdopodobniej pochodzi ze śliny tego zabitego przez Daniela zwierzęcia. Wciąż walczy, lecz jego organizm coraz bardziej słabnie. Nie wiem, czy wystarczy mu sił…
- Jestem pewien, że zrobiła pani wszystko, co tylko możliwe w tej sytuacji.
- Oczywiście generale. W tej chwili priorytetem jest obniżenie gorączki. Jeśli będzie się wciąż utrzymywać, konieczne będzie zastosowanie okładów z lodu.
- A major Carter?
- Ona i Teal`ci wdychali przez dłuższy czas opary, które powodowały uszkodzenie pęcherzyków płucnych. Podajemy im tlen by zapobiec hipoksji. Zbyt małej zawartości tlenu w tkankach. - Wyjaśniła szybko. - Teal`c, ze względu na swój specyficzny metabolizm, dużo szybciej reaguje na terapię. Oddycha w pełni samodzielnie. Nad ranem na chwilę odzyskał przytomność. Major Carter wciąż podłączona jest do respiratora. Mam nadzieję, że jej płuca wkrótce zaczną się regenerować. Problem stanowi jednak fakt, że nie wiemy na jak długo doszło u niej do zatrzymania akcji serca. Jeśli doszło do niedotlenienia mózgu…
- Ma pani na myśli śmierć mózgową?
- Jeszcze za wcześnie, by to ocenić. Gdy jej stan się ustabilizuje, wykonam niezbędne badania. Na razie pozostaje nam mieć tylko nadzieję.
- Cóż, nie są to wiadomości, jakich oczekiwałem. Nie chciałbym przeszkadzać w pracy, ale czy mógłbym…
Urwał, gdyż w drzwiach biura lekarki pojawiła się nagle jedna z pielęgniarek. Szybkim krokiem wmaszerowała do środka, o mały włos nie wpadając na generała. Zorientowawszy się, kto przed nią stoi, wyprostowała się jak struna.
- Przepraszam bardzo, generale. - Wysapała i zwróciła się do Janet. - Pani doktor, Teal`c odzyskał przytomność.

Hammond pierwszy ruszył do drzwi. Fraiser wyminęła go jednak i po chwili na korytarzu słychać było szybki stukot jej obcasów. Zdecydowanym ruchem pchnęła drzwi i weszła na salę. Teal`c leżał na łóżku tuż przy wejściu. Oczy miał otwarte. Wpatrywał się
w sufit z nieobecnym wyrazem twarzy. Pod nosem umieszczoną miał cieniutką plastikową rutkę, przez którą do jego nozdrzy miał podawany tlen. Lekarka podeszła do niego i pochyliwszy się nisko poświeciła w jego oczy kieszonkową latarką. Zamrugał zaskoczony i wreszcie zaczął wodzić wzrokiem w poszukiwaniu źródła światła. Tuż nad sobą ujrzał parę ciemnych oczu. Zamrugał ponownie i zmarszczywszy brwi skupił wzrok na twarzy kobiety.
- Doktor Fraiser?
- Tak, Teal`c. cieszę się, że wreszcie się obudziłeś. - Janet uśmiechnęła się szeroko. - Pamiętasz, co się stało?
- Nie do końca… - Zmarszczył czoło w widocznym wysiłku. - Byliśmy na misji. Weszliśmy za pułkownikiem O`Neillem i Danielem Jacksonem do kopalni. Potem wszystko się zawaliło. Razem z major Carter byliśmy odcięci… Major Carter… Była tam ze mną… Czy ona…
- Spokojnie, Teal`c. - Musiała położyć rękę na jego ramieniu, bo najwyraźniej chciał usiąść. - Uspokój się. Major Carter żyje. Jest tutaj z nami. Pamiętasz, co wydarzyło się potem?
- Potem… Ktoś przybył nam na ratunek. Był tam Pułkownik O`Neill, ale możliwe, że to tylko wytwór mojej wyobraźni… Doświadczyłem bardzo realistycznych halucynacji. Nie jestem pewien, co wydarzyło się naprawdę… Potem wszystko jest zamazane. Nie pamiętam, w jaki sposób znalazłem się w SGC.
- Jaki to był rodzaj halucynacji? Widziałeś coś, słyszałeś?
- Widziałem dziwne rzeczy. Twarze wszystkich były zniekształcone… Wszystko dookoła było zniekształcone i nierzeczywiste.
- Czy w dalszym ciągu widzisz coś, co może nie być realne?
- Nie… Niczego takiego nie dostrzegam. Doktor Fraiser, Co z Major Carter? Powiedziała pani, że jest tutaj…
- Jest nieprzytomna, ale żyje. Uratowano was w ostatniej chwili. Gdyby nie przysypały was kolejne wstrząsy, wkrótce udusilibyście się.
- A O`Neil? Naprawdę tam był?
-Tak. Pułkownik również znajduje się w ambulatorium. Jest ranny. Był razem z zespołem, który odkopał was z kopalni. W tej chwili jego stan jest ciężki, ale walczymy o niego.
- Wiedziałem, że przyjdzie… - Powieki Jaffa zaczęły ciążyć. - Czy Daniel Jackson również jest bezpieczny?
-Doktor Jackson przebywa w dalszym ciągu na planecie. - Generał Hammond wreszcie podszedł bliżej i włączył się do rozmowy.
- Wraz z SG 3 przygotowuje się do odbicia porwanych członków naszego zespołu z rąk tubylców.
- Generale, jak miło pana widzieć… - Powieki same opadały w dół. Próbował walczyć. Udało się, otworzył oczy, ale na krótko. Czuł, że i tak przegra. Jego oczy najwyraźniej żyły własnym życiem.
- Nawzajem Teal`c. cieszę się, że czujesz się lepiej.
- Generale. - Fraiser zareagowała błyskawicznie. - Pozwólmy mu odpocząć.
- Oczywiście. - Skinął głową i razem z lekarką wyszli na korytarz. Przyjrzał się bliżej twarzy Janet. Tylko nieznacznie podkrążone oczy i bledsza niż zwykle cera sugerowały, że ma za sobą nieprzespaną noc. Jej spojrzenie było czujne jak zawsze i jak zawsze niezwykle wnikliwe.
- Dziś w nocy odwaliła pani kawał dobrej roboty. Powinna pani odpocząć.- Hammond sam sprawiał wrażenie człowieka, który powinien odpocząć.
- Dziękuję, ale na odpoczynek jeszcze przyjdzie czas. Życie tych ludzi wciąż jest zagrożone. - Wzruszyła ramionami. - Myślę natomiast, że dobrze by mi zrobiło solidne śniadanie.






C.D.N.

Użytkownik cooky edytował ten post 04.06.2011 - |10:54|

  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#35 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 04.06.2011 - |13:25|

Nareszcie wiemy :) Cieszę się że wszyscy żyją :D

Polecam się na przyszłość i pozdrawiam. :lol:
  • 0

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#36 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 04.06.2011 - |17:13|

Janet czyni cuda :) cieszę się, że żyją :)
Palek ja mam teraz zastój w pisaniu, może mogłabyś wysłać parę przyjaznych fluidów twórczych :P

czekam na więcej

Użytkownik Madi edytował ten post 04.06.2011 - |17:13|

  • 0

#37 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 07.06.2011 - |12:28|

Sopko już wysyłam :D
  • 0

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#38 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 12.06.2011 - |18:37|

No, udało mi się wreszcie ruszyć do przodu.
Jack O`Neill pod prysznicem zakręcił mi w głowie i zapomniałam, co chciałam zrobić porwanym chłopcom. :D
Ale już się opamiętałam. Miłego czytania.






Czwórka mężczyzn klęczała pośrodku zgromadzonego tłumu. Pułkownik Burns wyprostował plecy i ciężko dysząc rozejrzał się dookoła. Znał tych ludzi. Nie wszystkich oczywiście, ale większość z nich. Bywali często w obozie. Wtedy byli przyjaciółmi. Teraz ich twarze wyrażały strach i nienawiść. Co takiego musiało się wydarzyć, że tak radykalnie zmienili swoje nastawienie? Gdy spojrzał w górę, ujrzał szczyty gór. Znajdowali się w niewielkiej dolinie otoczonej ze wszystkich stron skalnymi ścianami. Nie wiedział do końca jak się tu znaleźli. Odkąd zostali porwani, przetrzymywano ich w odosobnieniu z zasłoniętymi oczami. Nie potrafił powiedzieć, jak dawno temu zostali uprowadzeni. Wieczorem wszyscy poszli spać, zmęczeni długim i gorącym dniem.
On sam pełnił wartę. Do tej pory zastanawiał się, w jaki sposób tubylcom udało się niepostrzeżenie wtargnąć do obozu. Nie słyszał w ogóle żadnego dźwięku, nic. Tylko jakiś szósty zmysł podpowiedział mu, że dzieje się coś złego. Nie zdążył jednak nikogo zaalarmować. Ba, nie zdążył zrobić niczego. Gdy się odwrócił, ujrzał przed sobą ciemną postać i w tym samym momencie otrzymał cios w głowę. Ocknął się skrępowany, z jakąś szmatą zaplątaną wokół twarzy. Jego głowa pękała z bólu. Słyszał gdzieś niedaleko ciężkie oddechy i zduszone jęki swych towarzyszy. Nie wiedział jednak, kto jeszcze z jego zespołu został uwięziony razem z nim. Próbował się z nimi porozumieć, wtedy jednak porywacze uciszyli go dość skutecznie, wpychając mu w usta knebel. Potem został zmuszony do wypicia jakiegoś gorzkiego płynu. Wypluwał go, płyn jednak spływał głęboko do gardła i musiał go przełknąć, by móc zaczerpnąć powietrza. Podejrzewał, że szamani podawali mu środki halucynogenne, bo od tego momentu znajdował się w dość dziwnym stanie. Słyszał wokół siebie głosy, lecz w żaden sposób nie mógł odpowiedzieć. Czuł bardzo dobrze całe swoje ciało, lecz nie mógł się poruszyć. Kilka razy tracił przytomność. W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że jest przenoszony. Silne ręce trzymały jego nogi i ramiona. Co pewien czas tubylcy zmuszali go, by wstawał na nogi i szedł potykając się tak długo, aż wyczerpany upadał na ziemię. Wtedy wlekli go dalej. Odczuwał silne pragnienie, ale jedyny napój, jaki mu podawano odbierał mu świadomość. Pił jednak, bo wiedział, że na nic innego nie może liczyć. Wszelkie próby nawiązania kontaktu z porywaczami kończyły się albo kneblowaniem, albo dodatkową porcją narkotyku. Nie potrafił określić jak długo to wszystko trwało. Tego ranka nareszcie poczuł, że myśli całkowicie trzeźwo. Leżał na boku trzęsąc się z zimna. Zdał sobie sprawę, że ma na sobie jedynie spodnie i buty. Jego ręce związane na plecach pulsowały nieznośnym bólem. Usłyszał zbliżające się do niego kroki. Został przewrócony na brzuch i przyciśnięty do podłogi kolanem. Ledwo mógł oddychać. Szmata opadła z jego głowy. Zamrugał, gdy niezbyt intensywne światło poraziło jego oczy. Znajdował się w jaskini otoczony przez kilku uzbrojonych we włócznie strażników. Gdy wykręcił głowę, ujrzał wreszcie swoich ludzi. Geolodzy leżeli niedaleko niego. Wszyscy byli rozebrani do połowy i skrępowani. Wpatrywali się w dowódcę wyraźnie zszokowani. Rozglądał się, lecz nigdzie nie dostrzegł pozostałych żołnierzy. Co się z nimi stało? Gdzie przebywają?
Jeden z tubylców wszedł do groty i dał pozostałym znak, by ruszyli za nim. Strażnicy postawili więźniów na nogi i popchnęli ich do wyjścia. Teraz dopiero zorientował się, że każdy z nich ma na szyi zaciśniętą pętlę. Jakakolwiek próba ucieczki nie wchodziła
w grę. Byli zbyt dobrze strzeżeni. Spróbował zbliżyć się maksymalnie do pozostałych więźniów.
- Wiecie gdzie jesteśmy? - Spytał szeptem. Odpowiedziały mu przeczące ruchy głowy.
- Gdzie są pozostali? - Ta sama negatywna odpowiedź.
- Nic nie wiem. Cały czas byłem nieprzytomny. - mruknął jeden z naukowców. - Ocknąłem się dopiero tutaj.
- Podali nam jakiś środek odurzający. - Dołączy się drugi. - Pamiętam, ze szliśmy przez góry, ale nie wiem skąd się tu wzięliśmy, ani co się stało w obozie.
- Dlaczego nas uwięzili? Co zamierzają z nami zrobić?
Urwał, bo wyszli właśnie na otwartą przestrzeń. Słońce wisiał nisko nad górami. Nie dawało jeszcze ciepła. Poczuł jak na jego gołej skórze włoski unoszą się do góry. Pod nimi, na dnie doliny zgromadzili się chyba wszyscy mieszkańcy wioski. Stali
i patrzyli ku górze. Kilku wymachiwało zaciśniętymi pięściami i coś krzyczało. Ich głosy ginęły jednak w zbiorowym pomruku. Gdy popchnięci przez strażników ruszyli w dół zbocza, gwar głosów przybrał na sile. Przypominał teraz brzęczenie pszczół w jakimś gigantycznym ulu. Ktoś krzyknął głośno i tłum posłusznie rozstąpił się na boki. Poprowadzono ich na samo dno doliny, ustawiono w rzędzie i zmuszono do uklęknięcia. Burns przyjrzał się stojącym naprzeciwko mężczyznom. Było ich pięciu. Wszyscy ubrani byli w starannie wyprawione skóry, ozdobione wykonanymi z zębów jakiegoś zwierzęcia naszyjnikami.
I wszyscy nie byli już młodzi, zauważył. Rozpoznał w nich szamanów z wioski. Jego uwagę zwróciły też zatknięte za pas każdego z nich krótkie, misternie zdobione włócznie. Co to za cholerstwo? Zdążył pomyśleć.

Szaman stojący pośrodku wyprostował się dumnie. Wzniósł obie ręce w górę. W dłoniach trzymał, wydobytą zza pasa włócznię. Odchylił głowę do tyłu i kołysząc się na piętach w przód i w tył krzyknął na całe gardło:
- Przedwieczny Duchu! Wszechmocny, wszechwiedzący nasz Panie. Twoi wierni słudzy pokornie błagają cię o wybaczenie. Nie wypełniliśmy powierzonego nam zadania. Nie obroniliśmy naszej ziemi przed plugawymi najeźdźcami. Pozwoliliśmy im rozwinąć skrzydła. Podstępni słudzy wygnanego niegdyś boga powrócili na planetę, by pomścić swego pana. Oszukali nas. Wkradli się w nasze łaski. Zwiedli nas gładkimi słowami. Osłabili naszą czujność, podczas gdy sami planowali, jak podbić naszą planetę, zbezcześcić nasze najbardziej skrywane tajemnice. Dzięki twojej łaskawości udało nam się przejrzeć ich niecny plan. Pojmaliśmy ich. Oto stoją teraz przed nami ci, którzy wywołali twój słuszny gniew i przez których Góra znów ożyła. Poniosą surową karę. Niech ich śmierć w męczarniach będzie naszym zadośćuczynieniem za przewinienia, których się dopuściliśmy. Przyjmij naszą ofiarę. Powściągnij swój gniew. Okaż nam swą wielkość.
Tłum zafalował. Ponad głowami tubylców przetoczył się głośniejszy niż dotąd pomruk. Burns nagle doznał olśnienia. Jezu, to dlatego ich tu sprowadzili! Pozostali również zdali sobie sprawę z tego, co ich czeka. Ten, który klęczał ostatni w rzędzie poderwał się gwałtownie na nogi.
- Boże, nie! Oni chcą nas zamordować! - Rzucił się w bok, lecz lina na jego szyi zacisnęła się i pociągnęła go w dół. Wił się na ziemi łkając. - Proszę, nie! Nie możecie! Nie wolno wam! To nieludzkie! Nie możecie! Nie możecie!
Dwaj strażnicy chwycili go pod ramiona i pociągnęli na kolana. Pochylił się nisko, dotykając czołem do ziemi. Jego ciałem wstrząsał spazmatyczny szloch. Nikt więcej nie próbował uciekać. Pułkownik przełknął z trudem ślinę. W jego gardle urosła nagle ogromna gula. Pomimo chłodu poczuł krople potu spływające krętymi ścieżkami po jego nagich plecach. Spojrzał w bok na doktora Nowaka. Na jego szeroko otwarte z przerażenia oczy. Mężczyzna pokręcił lekko głową. Potem zamknął oczy
i wciągnął głęboko powietrze. Wypuścił je bardzo powoli. Wyprostował plecy i uniósł dumnie głowę. W całej jego postawie była wyraźna pogarda dla ludzi, którzy właśnie skazali go na śmierć. Pułkownik pomyślał, że bardzo żałuje, że nie poznał bliżej tego człowieka. Uśmiechnął się do niego porozumiewawczo a potem wyprostował się także i spojrzał szamanowi prosto w oczy.

Szaman podszedł do jeńców. Chwycił za koniec sznura zadzierzgniętego na szyi pułkownika Burnsa. Szarpnął mocno, zmuszając mężczyznę do powstania. Zaciągnął go do leżącego w pobliżu dużego, płaskiego głazu. Z jednej strony wyciosane były nierówne schodki. Dwóch strażników stanęło za pułkownikiem i dźgając go włóczniami w plecy zmusili go, by spiął się po nich na płaską powierzchnię. Z Rękoma skrępowanymi na plecach było to trudne zadanie. Pułkownik poślizgnął się i upadł na kolana. Z trudem podniósł się i spróbował jeszcze raz. Gdy mu się udało, szarpnięciem sznura został ponownie powalony na kolana. Strażnicy podeszli bliżej. Jeden wycelował ostrze włóczni w sam środek pleców żołnierza, drugi w tym czasie rozcinał krępujące go więzy. Ramiona Burnsa opadły bezwładnie wzdłuż jego boków. Nie czuł ich w ogóle. Dłonie miał sine i opuchnięte. Na nadgarstkach rysowały się fioletowe pręgi pozostawione przez sznury. W niektórych miejscach więzy rozcięły ciało pozostawiając krwawiące, poszarpane rany. Szaman szarpnął gwałtownie za sznur. Pętla na szyi pułkownika zacisnęła się mocno i Burns poleciał do przodu. Choć wyciągnął przed siebie ręce i tak uderzył twarzą w zimny kamień. Czując, jak z ust i nosa cieknie krew, uniósł się nieco na ramionach. Obserwował czerwone krople rozpryskujące się tuż przed jego twarzą. Strażnik dźgnął go w bok. Potem drugi raz, dając mu znać, by zmienił pozycję. Gdy tylko przekręcił się na bok, włócznia oparła się na jego piersi i pchnęła go mocno w tył. Wylądował na plecach starając się nie oddychać, bo ostrze zagłębiło się już w ciało. Z przeciętej skóry popłynęło kilka kropel krwi. Dwaj strażnicy chwycili jego ręce, odciągnęli je w bok i każdą z osobna związali rzemieniami. Jęknął mimo woli, gdy pęta werżnęły się w pokaleczone wcześniej nadgarstki. Jednocześnie poczuł, że pętla na szyi znów się zaciska. Trudno mu było złapać oddech. Krew z rozbitych ust i nosa zalewała mu gardło. Pluł i krztusił się. Leżał teraz całkowicie bezbronny. Rozciągnięty niczym motyl na szpilce. Nie miał żadnej możliwości ruchu. Szaman podszedł do niego wolnym krokiem. Rytualna włócznie kołysała się lekko w jego ręce. Burns wpatrywał się w niego bez zmrużenia powiek. Przekręcił głowę maksymalnie w bok i splunął.
- Chodź sukinsynu. - Wycedził przez zęby. - Pokażę ci, jak umiera mężczyzna.
Od strony pozostałych więźniów doleciał stłumiony szloch. Doktor Nowak wciąż klęczał wyprostowany. Wpatrywał się w dowódcę spod przymrużonych powiek. Pozostała dwójka kuliła się obok siebie. Ich twarze wyrażały zarówno przerażenie jak
i rezygnację. Szaman wzniósł włócznię w górę. Wśród tłumu zapadła pełna wyczekiwania cisza. Pułkownik wstrzymał odruchowo oddech i zacisnął zęby. Czekał na śmiertelny cios, lecz ten nie został zadany.
- Nie rób tego! - Głos Daniela Jacksona rozległ się ponad głowami zgromadzonego tłumu. - Na wszystkie świętości zaklinam cię, nie rób tego! Nie zabijaj go!






C.D.N.

Użytkownik cooky edytował ten post 12.06.2011 - |22:01|

  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#39 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 12.06.2011 - |18:51|

( przerywać ) W takim momencie!?
pisz sobie na spokojnie :) czekam na dalsze części
  • 2

#40 Michalina

Michalina

    Szeregowy

  • Użytkownik
  • 67 postów
  • MiastoOstróda(Mazury Zach.)

Napisano 12.06.2011 - |19:38|

Daniel zawsze jest tam gdzie go potrzebują:) Świetna część. Czekam oczywiście na cd.
  • 1
Ubi dubium ibi libertas.




Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych