Skocz do zawartości

Zdjęcie

Utrata


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
38 odpowiedzi w tym temacie

#21 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 27.02.2011 - |12:09|

Ta część była taka wzruszająca i ekscytująca jednocześnie - świetne połączenie :).
Ciekawa jestem co się takiego zdarzyło, że Lorne musiał zostawić Elisabeth samą :). John strasznie się wkurzył. Ciekawe czy kiedykolwiek Weir i Sheppard się zejdą. Ale się porobiło: Lorne kocha Weir, a John poszedł do Clarysy - tworzysz prawdziwe napięcie - nie mogę się doczekać kolejnej części.
"Żałuję tylko tego, że cię znam." - różnica pomiędzy 1.czasownikiem w trzeciej osobie liczby pojendyczej i 2.czasownikiem w pierwszej osobie liczby pojendyczej jest taka, że 1. żałuje, a 2. żałuję. Natomiast, gdy piszemy słowo "cię", to słowo to zawsze kończy się na "ę".
"John minął ją, podchodząc pod drzwi." - po lub przed imiesłowem zawsze stawiamy przecinek (oczywiście wyjątek dotyczy tego, gdy łączy je spójnik "i").
"Spróbuj zasnąć i nie myśl o nim, ani o tym co ci powiedział." - coś takiego jak "a ni" to czyste zuoo O.o...

Wypisałam ci tu błędy które często się powtarzały/mocno mnie uderzyły.

No to tyle - pozdrawiam - igut214 :).

Użytkownik igut214 edytował ten post 27.02.2011 - |12:10|

  • 0
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#22 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 27.02.2011 - |12:57|

Ta część była taka wzruszająca i ekscytująca jednocześnie - świetne połączenie :).
Ciekawa jestem co się takiego zdarzyło, że Lorne musiał zostawić Elisabeth samą :). John strasznie się wkurzył. Ciekawe czy kiedykolwiek Weir i Sheppard się zejdą. Ale się porobiło: Lorne kocha Weir, a John poszedł do Clarysy - tworzysz prawdziwe napięcie - nie mogę się doczekać kolejnej części.
"Żałuję tylko tego, że cię znam." - różnica pomiędzy 1.czasownikiem w trzeciej osobie liczby pojendyczej i 2.czasownikiem w pierwszej osobie liczby pojendyczej jest taka, że 1. żałuje, a 2. żałuję. Natomiast, gdy piszemy słowo "cię", to słowo to zawsze kończy się na "ę".
"John minął ją, podchodząc pod drzwi." - po lub przed imiesłowem zawsze stawiamy przecinek (oczywiście wyjątek dotyczy tego, gdy łączy je spójnik "i").
"Spróbuj zasnąć i nie myśl o nim, ani o tym co ci powiedział." - coś takiego jak "a ni" to czyste zuoo O.o...

Wypisałam ci tu błędy które często się powtarzały/mocno mnie uderzyły.

No to tyle - pozdrawiam - igut214 :).



wielkie dzięki, że piszesz mi poprawki, to naprawdę pomaga... :) niestety często pisze w nocy, więc nie wyłapuję swoich błędów, a world nie zawsze to robi ;/
  • 2

#23 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 27.02.2011 - |21:10|

Igut214, jej chora wyobraźnia, a także chorobliwa wrażliwość na wszelkiego rodzaju błędy jest do twojej dyspozycji ;P.
  • 1
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#24 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 02.03.2011 - |18:08|

**********************************************************************



UTRATA

część VIII


John obudził się późnym porankiem z okropnym bólem głowy. „ Nigdy więcej nie pij wina z Atos. Daje niezłego kopa!” Przetarł oczy prawą ręką, wtedy poczuł, że coś, a raczej ktoś na nim leży. Spojrzał w dół i zobaczył na swojej nagiej klatce piersiowej burze ciemnych włosów. Dotknął ich, jednak nie wydawały mu się znajome. Z pewnością nie były od Elizabeth. „Elizabeth! Miałem z nią porozmawiać. A raczej rozmawiałem.” Przypomniał sobie. „ Musiałem naprawdę sporo wypić, bo nie pamiętam jak się tu znalazłem. Szczerze powiedziawszy nie pamiętam za dużo. Byłem z Rodney’em, potem chyba na stołówce i u Elizabeth. Widocznie urywał mi się film.” Poruszył się. Nie chciał obudzić śpiącej kobiety. Nie wiedział kim ona była, nie pamiętał. Chciał uniknąć niezręcznej sytuacji. Kiedy jednak zsunął jej burzę włosów ze swojej klatki na poduszkę, owa nieznajoma obudziła się.

-Dzień dobry.- powiedziała ziewając. Otworzyła oczy i uśmiechnęła się w stronę Johna, który nadal znajdował się w łóżku. Przysunęła się bliżej niego i pocałowała. Onieśmielony pułkownik odpowiedział jej pocałunkiem. Kiedy się od siebie oderwali, uśmiechając się włożyła rękę w jego stojące włosy i przeczesała je palcami.- Wczorajszej nocy byłeś cudowny!

Zaniemówił. „ Przespałem się z nią? O nie, nie, nie. Elizabeth. Nie mogłem jej tego zrobić!” John powoli wstał i wyszedł z łóżka. Owinął się prześcieradłem wokół pasa i pozbierał swoje ubrania z ziemi.

-John?- zawołała go leżąca na łóżku latynoska. Sheppard chwycił się za głowę. „ Dlaczego ona tak krzyczy? O Boże musze się pozbyć tego kaca. I to szybko!”
-Słuchaj Clarysa. Było miło, naprawdę…- „Pomimo, iż nic nie pamiętam.” Dodał w myślach.-… ale to była pomyłka. Nie może się nigdy więcej powtórzyć. Jesteś piękną kobietą, ale…
-Masz kogoś, tak?- zmrużyła oczy.
-W pewnym sensie. – pomyłaś o swojej zielonookiej szefowe, które pewnie teraz siedzi w swoim biurze i czyta raporty przy kubku kawy.-Tak.
-Więc po co przyszedłeś wczorajszej nocy?- wyszła z łóżka owinięta w drugie prześcieradło. Stanęła naprzeciwko niego z rękami na biodrach. Pułkownik przeczesał włosy ręką i przygryzł dolną wargę.
-Słuchaj ja… byłem pijany, niczego nie pamiętam. Może ty też powinnaś…- nie dokończył, gdyż w tym momencie jej prawa dłoń wylądowała na jego policzku, pozostawiając za sobą czerwony ślad.- Ej… a to za co?
-Por ser un [beeep]. Pero yo era estúpido.- wymamrotała kierując się do łazienki. Zatrzasnęła za sobą drzwi, pozostawiając Shepparda z sinym policzkiem. Pułkownik pozbierał swoje rzeczy z ziemi, ubrał się, a następnie jak najszybciej wyszedł z jej kwatery udając się do własnego pokoju.

Pół godziny później umyty i przebrany w swój mundur siedział na stołówce i jadł śniadanie. Na szczęście pozbył się już kaca. Chociaż i tak wspomnienia z poprzedniego dnia były nadal zamglone. Dzisiaj miał wyruszyć na pierwszą misję poza planetarną od wypadku Elizabeth. Wrócił myślami do tamtego dnia, kiedy zobaczył ją ranną. Pamiętał jak się wtedy czuł. Jego przemyślenia przerwał znajomy głos.

-Sheppard!- do stolika podszedł Ronon i Teyla. Usiedli przy pułkowniku ze swoimi tacami. Athosianka zbadała pułkownika wzrokiem, a następnie spojrzała na Satedańczyka.
-Co ci się stało w policzek? Kolejny sparing z Rononem?
-Na mnie nie patrz.- odparł uciekinier, wtedy do stolika podszedł McKay. Usiadł na wolnym miejscu i spojrzał na Johna.
-Widzę, że rozmowa z Elizabeth nie poszła tak jak powinna.-odparł naukowiec ignorując pytające spojrzenia Teyli i Ronona.
-Co? Nie! To od Clarysy.- wyszeptał.
-CO!?- wykrzyknął McKay. Cała stołówka ucichła i spojrzała na ich stolik.
-Ciszej!- upomniał go pułkownik. Zrobił łyka wody mineralnej, które znajdowała się przed nim, a następnie nabierając powietrza w płuca powiedział.- Wczoraj wieczorem…

Przerwał mu głos dr Zelenki, który w tym momencie podszedł do ich stolika. Przywitał się ze zgromadzonym, a następnie wślizgnął się na wolne miejsce pomiędzy Teylą a niezadowolonym z jego pojawienia się Rodney’em.

-Chciałeś coś konkretnego Zelenka, czy przyszedłeś poplotkować?- zapytał lekceważąco Rodney. Radek przewrócił oczami. Pokazał mu jakieś dokumenty na swoim przenośnym tablecie. McKay spojrzał na ekran, a następnie wykonał kilka poprawek. Gdy skończył, Czech wstał. Odwrócił się po raz ostatni w stronę SGA-1 mówiąc:

-Tak w ogóle, słyszeliście o czym od wczoraj huczy całe miasto?- zgromadzeni spojrzeli na niego pytającym wzrokiem. Tylko John nie był zainteresowany. Wolał bezcelowo grzebać w jedzeniu.- Dr Weir spodziewa się dziecka majora Lorne’a!- odparł i skierował się ku swojemu laboratorium.

Tymczasem Teyla, Ronon i Rodney wymienili między sobą spojrzenia. Wyglądali na dość zszokowanych wiadomością. John westchnął. Kiedy Zelenka wspomniał o ciąży Elizabeth, momentalnie powróciło jego wspomnienie z ostatniej nocy. Kiedy to stał z butelką wina w kuchni i podsłuchiwał plotkujących techników. John potrząsnął głową. Nie chciał o tym myśleć. Wziął głęboki oddech, a chwilę potem wstał odchodząc od stołu. Zostawił zmieszanych przyjaciół samych. Położył tacę na najbliższy wolny stolik i udał się szybkim krokiem w głąb korytarza. Nawet nie wiedział kiedy znalazł się w swojej kwaterze. Usiadł na łóżku, chwycił gitarę do reki i zaczął grać.
Kilkanaście minut później w jego pokoju rozległo się głośne pukanie do drzwi. John zignorował je wracając do gitary.

-Sheppard, wiem, że tam jesteś. Otwórz.- pauza.- Mogę się włamać, jeśli tego chcesz, więc lepiej…- drzwi otworzyły się.
-Czego chcesz McKay?- zapytał sfrustrowany pułkownik. Rodney minął go i wszedł do pokoju. Drzwi zamknęły się. John odwrócił się, a następnie podążył za przyjacielem. Usiadł na łóżku.
-Słuchaj nie jestem w tym dobry. W pocieszaniu. Nigdy nie znałem się na ludziach. Chce tylko powiedzieć, że jest mi przykro.- odparł siadając obok Shepparda.
-Przykro? Dlaczego miałoby ci być przykro? Przecież to nie ty ją zapłodniłeś!
-Słuchaj znam Elizabeth dłużej niż ty. Jestem dość wstrząśnięty myślą, że mogła zrobić coś takiego. Nigdy nie była typem osoby, która... zdradza.
-A jednak…- wstał i skierował się do okna.- Ludzie się zmieniają.
-Kiedy Radek nam powiedział, nie byłeś zaskoczony ta wiadomością. Wiedziałeś wcześniej?- spojrzał na Johna.- Huh?
-Wczoraj wieczorem poszedłem jej poszukać. Chciałem porozmawiać. Powiedzieć jak bardzo ja kocham. Nie było jej w kwaterze, ani w biurze, więc poszedłem na nasz balkon.- uśmiechnął się do siebie. Nawet nie pamiętał, kiedy balkon obok pomieszczenia kontrolnego wrót zaczął nazywać „ich balkonem”. Spędzili tam mnóstwo czasu, razem. Tam po raz pierwszy się pokłócili. To tam po raz pierwszy ją pocałował, zaraz po incydencie z obca świadomością. Czasami zastanawiał się, czy ona tak samo myśli o tym miejscu. Tak magicznym dla niego. – Zobaczyłem ją w objęciach Lorne’a. Potem usłyszałem w mesie, że jest z nim w ciąży. Upiłem się. Rano obudziłem się z Clarysą w łóżku. Doszło między nami do nieporozumienia. Powiedziałem jej, że to była pomyłka, że jest ktoś inny. Wtedy mnie spoliczkowała. Resztę już chyba znasz…

McKay podszedł do przyjaciela i położył swoją dłoń na jego ramieniu. Nie wiedział, co mu odpowiedzieć. Jeszcze wczoraj obwiniał go o zranienie Elizabeth, straszył Rononem, a teraz. Teraz okazało się, że to jego przyjaciółka zraniła Jona. I to w najpodlejszy sposób jaki mógł sobie wyobrazić. Zachodząc w ciążę z jego drugo-dowodzącym. Naukowiec poklepał go po ramieniu.

TBC :unsure:
  • 1

#25 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 03.03.2011 - |17:07|

O żesz w mordkę :blink: Ja nie chce myśleć co się jeszcze może stać zanim oni się zejdą.
Kiedy następna część?
  • 0

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#26 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 05.03.2011 - |19:29|

"Spojrzał w dół i zobaczył na swojej nagiej klatce piersiowej burzę ciemnych włosów."
"Widocznie ur?y?wał mi się film."
"-W pewnym sensie. – pomyślał o swojej zielonookiej szefowej, która pewnie teraz siedzi w swoim biurze i czyta raporty przy kubku kawy."
"-Por ser un [beeep]. Pero yo era estúpido.- wymamrotała, kierując się do łazienki."
"Pułkownik pozbierał swoje rzeczy z ziemi, ubrał się, a następnie jak najszybciej wyszedł z jej kwatery, udając się do własnego pokoju."
"Na szczęście pozbył się już kaca, chociaż i tak wspomnienia z poprzedniego dnia były nadal zamglone." - gdy te dwa zdania się połączy, to brzmią całkiem nieźle.
"Wziął głęboki oddech, a chwilę potem wstał, odchodząc od stołu."
"John zignorował je, wracając do gitary."
"Powiedzieć jak bardzo ją kocham."
"To tam po raz pierwszy ją pocałował, zaraz po incydencie z obcą świadomością."
"Teraz okazało się, że to jego przyjaciółka zraniła Johna."


U góry wypisałam wszystkie błędy jakie znalazłam. Jak zwykle byłam bardzo szczegółowa. Muszę przyznać, że teraz twoje opowiadania o wiele lepiej się czyta ze wzzględu na coraz mniejszą ilość błędów :) lub prawie ich zupełny brak. Brawo ;)!

Co do treści to teraz już naprawdę nie wiem, kiedy John i Weir się zejdą. Wow! Wściekła Clarysa - to jest coś ;). Współczujący Rodney - jak to się rzadko u niego zdarza - heheh. Oczywiście Radek nie daje sobie rady i idzie do Rodneya ;P. "Ich balkon" - ooo jakie to romantyczne ^^. Ciekawa jestem tego Athosiańskiego wina - hehe. Ta część była bardzo ciekawa i liczę na kolejną dawkę twojego pisarstwa.

Pozdrawiam - igut214 :)
  • 0
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#27 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 06.03.2011 - |19:37|

**********************************************************************



UTRATA
część IX


Major Lorne spacerował korytarzem w kierunku stołówki. Skończył swoją służbę kilka godzin temu, jednak nie mógł zasnąć. Nadal miał przed oczami widok bezbronnej i zapłakanej Elizabeth w jego ramionach. Nie mógł uwierzyć, że jego dowódca jest tak podłym człowiekiem. Nie zasługiwał na uczucie, którym darzyła go dr Weir.

Świadomie bądź też nie skręcił w prawo. Idąc dalej korytarzem znalazł się pod kwaterą Elizabeth. Zapukał, kiedy nikt nie odpowiedział odwrócił się. „Pewnie jest już w biurze i pracuje.” Zrobił krok do przodu uruchamiaj w tym samym czasie swoje radio i próbując ją wywołać. Kiedy po drugim razie kobieta nie odpowiedziała, major zaniepokoił się. Podszedł po raz kolejny do drzwi i zapukał. Cisza. Zapukał po raz kolejny.

-Dr Weir? Elizabeth?- Evan podniósł rękę do panelu i otworzył drzwi jej kwatery. Bez zastanowienia wszedł do środka. Oświecił światło i wszedł dalej nadal ją wywołując. Jednak bez skutku. Rozglądnął się. Pokój wyglądał chaotycznie, mimo iż Elizabeth była osobą uporządkowaną. Niepościelone łóżko, na którym leżały szkice oraz raporty. Na ziemi także sterty papierów i laptop. Obok niego rozsypane tabletki oraz jej mundur. Po kobiecie nie było śladu. Major przeszedł przez pokój, odwrócił się i skierował do wyjścia, kiedy usłyszał cichy jęk. Szybko udał się w jego stronę. Kiedy wszedł do łazienki zobaczył na podłodze skuloną dr Weir. Kobieta była półprzytomna i trzęsła się z zimna, mimo iż w pomieszczeniu było bardzo gorąco. Major przykucnął przy niej i sprawdził puls. Był dość słaby. Następnie przyłożył swoją dłoń do jej czoła. Była rozpalona. Nie zastanawiając się dłużej uruchomił swoje radio.- Zespół medyczny do kwatery dr Weir. To pilne!
-Co się stało majorze?- odparł głos Becketta w słuchawce.
-Eliza… Dr Weir jest półprzytomna. Ma wysoką gorączkę i drgawki. – odsapnął.- Myślę, że może mieć wstrząśnienie mózgu. Jej głowa jest cała we krwi, musiała się uderzyć .
-Zaraz tam będę. Nie pozwól jej zasnąć. Beckett bez odbioru.
Evan spojrzał na kobietę, wstał. Chwycił malutki ręczniczek i zmoczył go zimną wodą. Następnie położył go na jej czole. Usiadł przy niej, kładąc jej głowę na swoje kolana.
-Trzymaj się Elizabeth. Dr Beckett zaraz tutaj będzie. – przejechał dłonią po jej włosach. Kobieta otworzyła przymknięte oczy i spojrzała w kierunku majora.
-J..John… przepraszam… ja…- odsapnęła.- Jestem zmęczona.
-Proszę cię tylko nie zasypiaj. Elizabeth!- Lorne delikatnie poklepał ją po policzku.- Elizabeth wszystko będzie w porządku. Tylko nie zasypiaj, proszę. Nie rób mi tego.
-K… Ko… Kocham c… ci… cię… J… Jo… John. Prze… przepra… prze… przepraszam…
-Nie przepraszaj. Nie masz za co. Jak poczujesz się lepiej porozmawiamy, dobrze?- spojrzał na jej twarz. Zobaczył, że cierpiała, nie tylko ze względu bólu fizycznego. Pewnie nadal rozpamiętywała ostatni wieczór, utratę dziecka. Wszystko co ostatnio ją spotkało. Powoli przymknęła powieki.- Elizabeth ja też cię kocham. Proszę cię nie zasypiaj, proszę.
-J… John?- zapytała prawie szeptem chwilę później. Była blada i słaba. Spojrzała resztką sił na majora.- Pocałuj mnie. O… ostatni r… raz…

Evan nabrał powietrza w płuca i bez zastanowienia nachylił się zamykając przerwę między nimi pocałunkiem. Nie był on ani dług, ani namiętny. Wiedział, że nie ma siły. Poza tym doskonale zadawał sobie sprawę, że ona nie brała go za majora Evana Lorne’a, którym był, tylko Johna. Johna Shepparda, jego dowódcę. Nie chciał jej wykorzystywać, aby zaspokoić własne pragnienia. Zrobił tylko o to o co go poprosiła, mimo iż wiedział, że nie była w pełni świadoma swoich czynów. Kiedy oderwali się od siebie, nieśmiało uśmiechnęła się w jego kierunku.

-Z… Zimno m… mi…- odparła cichym głosem i powoli zamknęła powieki. Lorne położył swoje dwa palce na jej szyi, by sprawdzić puls. Nie wyczuwał go. Nie wyczuwał w niej życia.

W tym momencie do jej łazienki wkroczył dr Beckett z personelem medycznym. Spojrzał na Elizabeth, następnie przyłożył do niej stetoskop. Odwrócił się do podwładnych i kazał przygotować defibrylator. Szepnął parę słów do majora, a ten momentalne podniósł się, delikatnie kładąc głowę dr Weir na podłogę. Stanął z boku, aby nie przeszkadzać personelowi medycznemu w ratowaniu jego przyjaciółki. W głębi serca modlił się, aby wszystko było w porządku. Nie chciał je tracić, nie chciał aby cokolwiek się jej stało. Carson i dwie asystujące mu pielęgniarki krzątali się koło Elizabeth robiąc wszystko co w ich mocy. Evan spoglądał na nich. Dr Beckett przyłożył defibrylator do jej klatki piersiowej i wysłał pierwszy impuls. Nic się jednak nie wydarzyło. Przygotował się do ponownego użycia urządzenia. „ Boże wiem, że nie jestem zbyt religijny, wiem, że nigdy nie chodziłem do kościoła, rzadko się modliłem. Starałem się być dobrym człowiekiem, pomagać ludziom, ale nie zawsze mi to wychodziło. Teraz mam jednak prośbę. Proszę wysłuchaj mnie. Oddam wszystko, aby jeszcze raz usłyszeć jej śmiech, zobaczyć iskrę i radość w jej oczach Proszę nie zabieraj jej. Ona nie jest niczemu winna, jeśli taka twoja wola ukaż mnie, nie ją. Kocham ją i zrobię dla niej wszystko. Nawet jeśli ona postrzega mnie tylko jako przyjaciela, nie proszę o nic więcej. Pragnę tylko, aby żyła i była szczęśliwa. Proszę…” Modlił się w myślach, przerwał mu głos Carsona.

-Jest puls, dzięki bogu. Już myślałem, że cię straciliśmy kochana. - Powiedział doktor do nieprzytomnej kobiety leżącej na ziemi, a potem odwrócił się do swojego zespołu. Podał jednaj z pielęgniarek defibrylator, a następnie powiedział.- Zabierzcie ją do ambulatorium, podłączcie pod kroplówkę i wykonajcie EKG, EEG i tomografię. Prawdopodobnie ma wstrząśnienie mózgu, ale musimy się upewnić, a i sprawdźcie jeszcze ranę postrzałową. Tak wysoka gorączka mogła być spowodowana tylko jakimś zakażeniem.

Personel medyczny podniósł przywódczynię z ziemi i umieścił na wcześniej przygotowanych specjalnych noszach. Następnie szybko udali się z pacjentką do ambulatorium. Kiedy wyszli Beckett skierował się w stronę nadal stojącego nieruchomo majora. Odchrząknął, aby zdobyć jego uwagę.

-Co z nią? Wyjdzie z tego?- zapytał zmartwiony Lorne.
-Mam nadzieję. Jestem tylko lekarzem, nie cudotwórcą, ale jeśli to tylko wstrząśnienie mózgu i niegroźna infekcja po postrzałowa, to tak. Jak najbardziej wyjdzie z tego, chociaż będę się musiał nieźle napocić. A teraz powiedz mi co się wydarzyło. Zacznij od wytłumaczenia mi dlaczego jej szyja jest pokryta czerwonym śladem, jakby ktoś próbował ją udusić!
-Sheppard ty sukin…- urwał, kiedy zobaczył pytające spojrzenie doktora.
-Przepraszam, ale co się w ogóle dzieje. I co ma z tym wspólnego pułkownik Sheppard?- major westchnął, a następnie opowiedział Carsonowi wszystko co wiedział. O misji, negocjacjach, pułapce, Elizabeth proszącej o ratowanie jej dziecka, a nie jej. Starał się niczego nie pominąć. Opowiedział mu o tym jak się dowiedział o plotkach krążących po mieście, o scenie na balkonie, o pijanym Sheppardzie, którego mijał ubiegłej nocy na korytarzu, o rozmowie z Elizabeth. W końcu powiedział mu to co mu wyznała. Powiedział mu, że wiedział o tym, że ona kocha Johna, że straciła jego dziecko. Opowiedział mu wszystko, kończąc na tym jak znalazł ją w łazience trzęsącą się z zimna i gorączką, majaczącą. Powiedział mu nawet o tym jak nazywała go imieniem pułkownika, jak poprosiła, aby ją pocałował. Powiedział mu nawet jak bardzo ją kocha i że zrobi dla niej wszystko. Kiedy skończył wziął głęboki oddech, jedyne o czym mógł myśleć to o jej czerwonym śladzie na szyi. Dlaczego go nie zauważył? Dlaczego mu o nim nie powiedziała? Naprawdę chciała kryć Shepparda? Czy aż tak bardzo go kochała, aby wybaczyć mu wszystko, każdą krzywdę jaką jej wyrządził? Widocznie tak, pomyślał. Dr Weir kochała pułkownika ponad wszystko, była gotowa poświęcić za niego swoje życie, jeśli nadeszłaby taka potrzeba. Wiedział, że z każdym momentem pułkownik Sheppard nie zasługiwał na uczucie jakim darzyła go kobieta. Nawet on, major Evan Lorne nie zasługiwał na nią. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek znajdzie się mężczyzna gody jej miłości. Była wspaniałą kobietą. Piękną, inteligentną, skromną, zaradną, miłą, szanowała ludzi, była zdolna do poświęcenia swojego życia. Była bezinteresowna, dbała o wszystkich, czasami zapominając o sobie. Szczęśćcie innych było dla niej ważniejsze, niż jej własne. Evan był pełen podziwu. Z każdą chwilą szanował ją jeszcze bardziej, nie pragnął niczego więcej, niż chwili kiedy ujrzy ją szczęśliwą, w pełni znaczeniu tego słowa. Kto jak kto, ale ona zasługiwała na to najbardziej.


TBC :rolleyes:
  • 1

#28 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 07.03.2011 - |10:53|

Ale żeby mój kochany John? Jak mogłaś przerwać w takim momencie?
Poproszę szybko następną część :rolleyes:
  • 0

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#29 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 10.03.2011 - |17:19|

Ooo, Weir ma gorączkę, majaczy i w ogóle. No nieźle. Ciekawa jestem czy przeżyje. Ależ ten John się wredny ostatnio zrobił. Major powiedział Becketowi o swoich uczuciach do Elisabeth - poczta pantoflowa pewnie to rozniesie ;). Ach , ty tak świetnie piszesz, aż akcja rozkwita w oczach ^^. Nawet rozmarzyć się można :). Mhhm, nie mogę się doczekać kolejnej części. A teraz wypiszę ci na dole korektę, tak jak zwykle.

"Idąc dalej korytarzem, znalazł się pod kwaterą Elizabeth."
"Zapukał, kiedy nikt nie odpowiedział, odwrócił się."
"Zrobił krok do przodu, uruchamiając w tym samym czasie swoje radio i próbując ją wywołać."
"?Oświecił światło? i wszedł dalej, nadal ją wywołując."
"Kiedy wszedł do łazienki, zobaczył na podłodze skuloną dr Weir."
"Nie zastanawiając się dłużej, uruchomił swoje radio."
"Proszę cię, tylko nie zasypiaj."
"Jak poczujesz się lepiej, porozmawiamy, dobrze?"
"Wszystko, co ostatnio ją spotkało."
"Elizabeth, ja też cię kocham. Proszę cię, nie zasypiaj, proszę."
"Evan nabrał powietrza w płuca i bez zastanowienia nachylił się, zamykając przerwę między nimi pocałunkiem."
"Nie był on ani długi, ani namiętny."
"Poza tym doskonale zdawał sobie sprawę, że ona nie brała go za majora Evana Lorne’a, którym był, tylko Johna."
"Zrobił tylko to, o co go poprosiła, mimo iż wiedział, że nie była w pełni świadoma swoich czynów."
"Nie chciał je tracić, nie chciał, aby cokolwiek się jej stało."
"Carson i dwie asystujące mu pielęgniarki krzątali się koło Elizabeth, robiąc wszystko co w ich mocy."
"Oddam wszystko, aby jeszcze raz usłyszeć jej śmiech, zobaczyć iskrę i radość w jej oczach. Proszę nie zabieraj jej."
"Podał jednej z pielęgniarek defibrylator, a następnie powiedział."
"Kiedy wyszli, Beckett skierował się w stronę nadal stojącego nieruchomo majora."
"A teraz powiedz mi, co się wydarzyło. Zacznij od wytłumaczenia mi, dlaczego jej szyja jest pokryta czerwonym śladem, jakby ktoś próbował ją udusić!"
"major westchnął, a następnie opowiedział Carsonowi wszystko, co wiedział."
"Opowiedział mu o tym, jak się dowiedział o plotkach krążących po mieście, o scenie na balkonie, o pijanym Sheppardzie, którego mijał ubiegłej nocy na korytarzu, o rozmowie z Elizabeth."
"W końcu powiedział mu to, co mu wyznała."
"Opowiedział mu wszystko, kończąc na tym, jak znalazł ją w łazience, trzęsącą się z zimna i gorączką, majaczącą. Powiedział mu nawet o tym, jak nazywała go imieniem pułkownika, jak poprosiła, aby ją pocałował. Powiedział mu nawet, jak bardzo ją kocha i że zrobi dla niej wszystko. Kiedy skończył, wziął głęboki oddech, jedyne o czym mógł myśleć, to o jej czerwonym śladzie na szyi."
"Wiedział, że z każdym momentem pułkownik Sheppard nie zasługiwał na uczucie, jakim darzyła go kobieta."
"Zastanawiał się, czy kiedykolwiek znajdzie się mężczyzna godny jej miłości."
"Szczęście innych było dla niej ważniejsze, niż jej własne."

No to tyle.
Pozdrawiam - igut214 :)
  • 0
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#30 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 12.03.2011 - |22:22|

Oh jak ja dawno tutaj nie zaglądałam. No tak, udało mi się znaleźć wolną chwilę, na napisanie kolejnej, dziesiątej już części. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie znajdę trochę więcej wolnego. Jednak na razie czeka mnie klasowa wycieczka i nauka, tak więc... a zresztą....

**********************************************************************




UTRATA

część X


Wyszedł razem z Beckettem z jej pokoju. Skierowali się do najbliższego transportera. Beckett udał się do ambulatorium, natomiast major do centrali. Musiał powiadomić o zaistniałej sytuacji odpowiednie osoby. Kiedy dotarł do wieży kontrolnej, minął techników na służbie i udał się do sali odpraw. Drzwi się utworzyły, wtedy zobaczył siedzących przy stole Ronona i Teylą. Słabo uśmiechnął się w ich stronę, jednak zazwyczaj przyjaźni przyjaciele odpowiedzieli mu tylko piorunującym spojrzeniem. Lorne podszedł do niech bliżej i siadł przy stole. Po chwili odezwał się.

-Wiem, że pewnie słyszeliście plotki o dr Weir.- odparł spokojnym tonem. Ronon gwałtownie wstał i wycelował do niego ze swojej broni.
-Zapłacisz za to co zrobiłeś Sheppardowi!
-Ronon usiądź. Daj mu coś powiedzieć.- uspokoiła go Teyla zmuszając do ponownego zajęcia miejsca.
-Majorze słyszeliśmy wiele plotek. Ostatnia mówiła chyba, że jest pan ojcem dziecka dr Weir.- odparła.
-Słucham? Ja… ja wytłumaczę… To nie prawda.- powiedział. Teyla uniosła swoją brew, natomiast Ronon nadal mierzył go wzrokiem. Gdyby nie obecność Athosianki, pewnie byłby już nieźle pokiereszowany.- Dr Weir nie spodziewa się mojego dziecka. Nic nas nie łączy, oprócz przyjaźni oczywiście. Prawdą jest, że Elizabeth była w ciąży. Nie. Nie ze mną. Z Sheppardem.
-Co!? On o tym wie? I dlaczego mówisz, że była?
-Dr Weir poroniła, gdy została postrzelona na naszej ostatniej misji. Nie powiedziała o dziecku pułkownikowi, tak więc ten nie ma kompletnego pojęcia co się dzieję. I wydaje mi się, że myśli, że to ja jestem…- urwał, następnie wziął głęboki oddech i kontynuował.- Dr Weir jest w kiepskim stanie. Właśnie wywieźli ją do ambulatorium.- kiedy to powiedział oby dwoje wojowników zerwało się ze swoich miejsc, jednak Evan szybko przekonał ich, że powinni go najpierw wysłuchać.- Była już w kiepskim stanie kiedy została zwolniona z ambulatorium po operacji, ale teraz… teraz… ehm… jest załamana. Widziała pułkownika z inną, potem jeszcze ta plotka. Kiedy znalazłem ją wczoraj wieczorem zapłakaną w pokoju po rozmowie z pułkownikiem Sheppardem, przeczuwałem, że stanie się coś złego. Boże to wszystko moja wina. Mogłem jej wtedy nie zostawiać samej, gdybym tego nie zrobił nie leżała by teraz w ambulatorium.
-Czy pułkownik Sheppard zrobił coś dr Weir?- zapytała zważając na słowa Teyla. Evan ponownie westchnął, a następnie skrócił im wydarzenia ubiegłej nocy i dzisiejszego poranka.
-Sheppard tego pożałuje!- odparł Ronon sięgając po swoją broń, kiedy tylko major Lorne skończył.
-Nie!- wykrzyknęli praktycznie równocześnie Lorne i Teyla. Athosianka kontynuowała.- Uważam, że powinniśmy zachować to w tajemnicy, szczególnie przed dr McKay’em. Nie chcemy przecież, aby…

-Co zachować w tajemnicy?- przerwał jej głos stojącego w drzwiach Rodney’a i Johna. Major Lorne momentalnie wstał i zasalutował dowódcy. Minęła spora chwila, podczas której panowała cisza. McKay i John weszli do sali odpraw. Usiedli przy stole. Lorne nadal stał.- Zapytałem co chcecie zachować przed nami w tajemnicy!
-Teyla?- John spojrzał na Athosiankę, jednak ta odwróciła wzrok. Nie chciała nic mówić. Przeniósł wzrok na Ronnona, jednak ten także się wykręcił.- Majorze co się dzieje?
-Sir, ja… to nie pańska sprawa, sir.- odparł. John wstał i podszedł do Evana. Stanął naprzeciwko niego i zmierzył wzrokiem.
-Jestem tutaj najwyższy stopniem, co czyni mnie dowódcą! A ty ignorujesz mój bezpośredni rozkaz. Chyba wiesz, co za to grozi. Powtórzę jeszcze raz, bo chyba do ciebie nie dotarło! Co się tu do cholery dzieje i gdzie jest dr Weir!?
-Dr Weir nie przyjdzie na odprawę. Jest zajęta, sir.- odparł major stojąc na baczność.
-Więc dlatego wysłała swojego chłopca na posyłki? Nie mogła nas powiadomić osobiście?- zadrwił pułkownik, na co major zmarszczył brwi.
-Uważaj na słowa pułkowniku, bo jak nie…- odparł.
-Bo jak nie to co? Majorze nie jest pan w pozycji mi grozić. A poza tym teraz przegiął już pan kompletnie.- zaśmiał się, następnie skierował się do dwóch żołnierzy z ochrony. Kazał im zabrać majora Lorna do celi pod powodem niesubordynacji względem przełożonego. Kiedy tamta trójka wyszła, John odwrócił się do Teyli i Ronnona. Kobieta pokiwała tylko głową i westchnęła, następnie minęła pułkownika i razem z Ronnonem udała się do wyjścia. Gdy drzwi sali odpraw się otwarły Ronnon wyszedł, a ona odwróciła się do Johna mówiąc.

-Nie musiałeś go wtrącać do wiezienia. John nie możesz wszystkiego wiedzieć. Jemu chodziło o osobistą przysługę. – odparła i stanęła w drzwiach.- A dr Weir leży w ambulatorium. Z twojego powodu.- wyszła zostawiając zmieszanego pułkownika i gapiącego się w niego Rodney’a.
John nie zważając na przyjaciela opuścił salę odpraw i ruszył do najbliższego transportera. Użył go, aby udać się do ambulatorium. Przeszedł korytarz, jednak kiedy dotarł na miejsce zatrzymał go Carson.
-Co z nią?
-Pytasz o stan fizyczny czy psychiczny?- zapytał doktor zastawiając swoim ciałem drzwi do izolatki, w której leżała jego pacjentka. Spojrzał na pułkownika, a gdy ten nie odpowiedział, Carson kontynuował.- Ma niegroźne wstrząśnienie mózgu, musiała się uderzyć w głowę. Do rany postrzałowej wdała się infekcja, właśnie będziemy rozpoczynać operację. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, Elizabeth szybko z tego wyjdzie, jeśli będzie oczywiście chciała.
-A dlaczego by nie miała chcieć?- zapytał.
-Po tym wszystkim co jej zrobiłeś, jeszcze się pytasz? – Carson uniósł brew i spojrzał na zmieszanego Johna.- Lepiej, abyś znalazł sobie jakieś zajęcie, pułkowniku. Nie chcę pana widzieć w ambulatorium przez następnie 48 godzin. Nie będę ryzykować pogorszeniem jej stanu psychicznego, tylko dla tego, że nagle jest ci przykro. Czy to jasne!?- John kiwnął głową.- Jak skończę operację, dam panu znać o jej stanie, pułkowniku. Żegnam.- odparł doktor i odwrócił się na pięcie, kierując się w stronę czekających już na niego pielęgniarek.

John stał tam jeszcze przez chwilę. Z każdą sekundą, był bardziej zdezorientowany. Carson nigdy tak się nie zachowywał, do tego jeszcze Teyla i Ronnon, no i Lorne. Major [beeep]y Lorne, który zniszczył mu życie. „ Co się tutaj do cholery dzieje, czy to jest jakiś żart? Coś mi się wydaje, że odpowiedź na to pytanie znają tylko trzy osoby, z czego jedna jest nieprzytomna, druga siedzi w więzieniu, a trzecia… no cóż Carson raczej nie powie mi prawdy. Elizabeth za dużo dla niego znaczy. Cholera! Elizabeth! Dlaczego wszyscy oskarżają mnie o coś o czym nie mam pojęcia? Dlaczego po prostu nie mogłaś mi spojrzeć w oczy i powiedzieć o dziecku, czy to naprawdę wyrządziłoby ci krzywdę?... Coś mi się wydaję, że muszę wyciągnąć odpowiedzi na moje pytania od twojego chłopca na posyłki, a jak nie od niego to od Ronona i Teyli. Oni zapewne wiedzą! No może nie od Ronona, ale Teyla prawdopodobnie mi powie. W końcu zawsze chciała, aby wszyscy się dobrze dogadywali.” Podrapał się po głowie, a następnie udał się w kierunku celi więziennej. Musiał stawić czoło Lornowi, musiał wiedzieć, co jest grane.

TBC ;)


no a teraz idę się zabrać za pisanie " W oczekiwaniu na lepsze jutro..."
Pozdrawiam :)

  • 1

#31 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 13.03.2011 - |19:31|

Nieeeeeeeee my poczekamy na ciąg dalszy "W oczekiwaniu na lepsze jutro". Proszę skończ to :unsure: Ja nie wytrzymam jak się nie dowiem jak zakończy się pojedynek Johna i Evana.
  • 0

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#32 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 27.03.2011 - |21:03|

UTRATA
część XI



Sheppard dotarł do celi kilka minut później. Zwolnił ze służby strażników, a następnie zamknął za nimi drzwi. Spojrzał na siedzącego na ziemi Lorna. Nie odezwał się. Po ponad piętnastu minutach obserwacji majora w tej samej pozycji, pułkownik usłyszał cichy szmer. Rozejrzał się dookoła. Nic. Wtedy spojrzał powrotem na Evana. Johnowi zdawało się, że Lorne coś mówi. Odtworzył drzwi celi i wszedł do środka, podszedł do majora. Wtedy zorientował się, że ten się modli. Nie o siebie, tylko o Elizabeth. Dziwne. Nie wiedziałem, że Evan jest taki religijny.” Pomyślał i nabrał powietrza w płucach. „Zapewne i tak niczego mi teraz nie powie. Poczekamy do jutra, może zmięknie.” Zamknął celę wychodząc i udał się do swojej kwatery. Mimo iż w tej chwili nienawidził Lorna całym sobą, za to że ten zniszczył mu życie. Odebrał jego Elizabeth . To wyczuł, ze coś jest naprawdę nie tak. On się modlił, o jej zdrowie. Carson zachowywał się nieprzyjemnie, a przecież jak długo znał starego doktorka, to ten nigdy nie był zły, albo niemiły. Taki już był Szkot. Przyjazna dusza, ulubieniec wszystkich. Do tego jeszcze Teyla i Ronon. John dotarł do swojej kwatery chwilę później. Otworzył drzwi i wszedł do środka, wprost na celującego do niego Ronona i stojącego obok McKay’a.

-Co się dzieje?- zapytał i ostrożnie przesunął się w bok, aby drzwi się zamknęły. Nie chciał, aby ktoś podsłuchał ich konwersację.- Ronon, nie musisz do mnie celować. Odłóż broń.
-Nie!- odparł.
-Jak to nie?- zapytał zdziwiony jego postępowaniem. John widząc, że nie przekona przyjaciela do współpracy spojrzał na McKay’a swoim szczenięcym wzrokiem. Wiedział, że tym spojrzeniem potrafił dużo zdziałać.
-Na mnie nie patrz.- Rodney uniósł ręce w górę.- Myślałem, że jesteś inny, że mogę ci współczuć, bo ona znalazła sobie innego. Niestety źle myślałem. Jesteś zwykłym oszustem, zbyt pewnym siebie, wkurzającym, dziecinnym pilocikiem, dla którego nie liczą się inni i ich uczucia. Musisz wszystkich ranić. Zdobyć każdą kobietę, której zapragniesz lub też nie. By zaspokoić swoje potrzeby. Powiem ci kim naprawdę jesteś! Kirkiem. Kapitanem Kikriem. To wszyto twoja wina, gdybyś wtedy, na Arktyce nie usiadł w tym krześle, wszystko potoczyłoby się inaczej. Nie było by problemu, a Elizabeth…
-Powiem ci co by było. Nigdy byś nie został najlepszym naukowcem w tej galaktyce i…- przerwał mu głos McKay’a.
-Pochlebstwa ci nie pomogą. Wiem co jej zrobiłeś, wiem wszystko. I tym razem nie ujdzie ci to płazem!- wykrzyknął i spojrzał na Ronona. Ten nadal celując w Shepparda kazał mu się ruszyć.

Wyszli na korytarz, na szczęście był pusty. Przeszli do najbliższego transportera, którym udali się na skrzydło miasta, gdzie znajdowała się platforma, na której zazwyczaj lądował Dedal i coś co mogło służyć za ogromny basen. John stanął na krańcu platformy uważając aby nie wpaść do wody. Ronnon nadal w niego celował.

-Możesz mi przynajmniej powiedzieć co takiego jej zrobiłem?
-I jeszcze się pytasz!?- rzucił opryskliwie Rodney, na co pułkownik się skrzywił.
-Wiesz, ostatnio często słyszę to zdanie i chciałbym w końcu wiedzieć o co MNIE WSZYSCY OSKARŻAJĄ!!!- wykrzyknął, aby upewnić się, że dobrze go słyszeli.
-Skrzywdziłeś ją, doprowadziłeś do ruiny. Uwiodłeś, a gdy zaspokoiłeś własne potrzeby porzuciłeś! To co jej powiedziałeś zanim poszedłeś do Clarysy naprawdę ją zabolało. Czekaj, jak ty to określiłeś Elizabeth jest najgorszą rzeczą jaka cię spotkała i tą ekspedycję. Uważasz ją za największa pomyłkę!
-Co? Ja…. Ja nigdy bym tak nie powiedział, nie o niej. Elizabeth, mimo tego co mi zrobiła jest…
-Co ci zrobiła!?- Odezwał się Ronon.- Powiem ci co ci zrobiła! Zaszła w ciąże!
-Wiem z Lornem.- wtrącił, wtedy McKay i Ronon groźnie na niego spojrzeli.
-Nie! Zaszła w ciążę z tobą! Potem została postrzelona i straciła dziecko. Załamała się, nie powiedziała ci, gdyż nie zwracałeś na nią żadnej uwagi. Żadnej! Dla ciebie przez cały czas liczyła się dobra zabawa i seks. Nic więcej!
-Zastanowiłeś się kiedyś co ona czuje, czy byłeś tak zaaprobowany sobą żeby tego nie zauważyć?- dodał McKay. John stał milcząc. Wpatrywał się w przyjaciół. Nie wierzył własnym uszom. „Naprawdę byłem, aż tak głupi, aby nie zauważyć, że coś jest nie tak. Że Elizabeth się zmieniła od czasu wypadku. To nie mogła być prawda. Dlaczego miałby to wszystko przede mną ukrywać, przecież… O boże! Ja naprawdę byłem taki głupi! Nie interesowałem się, niczym i nikim. Z wyjątkiem Clarysy.”- Wezmę to za nie!
-Ta noc, wtedy gdy ja… ja i …. Clarysa…. Czy...- zaczał John po długiej chwili ciszy. Nadal nie mógł uwierzyć w to co zrobił.
-Poszedłeś do niej, pijany i zacząłeś obwiniać o wszystko. Potem nie jestem pewien, Lorne nie chciał mi powiedzieć reszty, ale z tego co wywnioskowałem to dr Weir nie powiedziała mu tego. Chciała cię przez to chronić, ty idioto! Major zorientował się jak wywozili ją do ambulatorium. Próbowałeś ją udusić!

-Ja… O boże.- upadł na kolana. Był żołnierzem, ale teraz był załamanym człowiekiem, który jak się okazało skrzywdził ukochana. Łzy napłynęły mu do oczu, jednak powstrzymał je. Nie chciał nikomu okazywać słabości.
-Wstawaj Sheppard! Słyszysz? Wstawaj!- ryknął Ronon, a kiedy John nie wykonał jego polecenia, Satedanin opuścił broń i podszedł do niego bliżej. Chwycił go za ubrania i postawił na nogi, następnie zmusił aby na niego spojrzał. Gdy ten ponownie odmówił, Ronon wymierzył swoją pięść w jego policzek. Twarz Johna odskoczyła z powodu siły uderzenia. Z jego kącika ust i nosa polała się krew. John odwrócił się i spojrzał na swojego przyjaciela. W zupełności go rozumiał Elizabeth dała mu dom, nowe życie, schronienie, była dla niego przywódcą, ale i przyjaciółka. Każdy członek ekspedycji oddałby za nią życie, no może z wyjątkiem Kavanhana, ale on nie był uznawany za jednego z nich. Ronon był usprawiedliwiony, a jemu należało się za to co ona musiała wycierpieć.
-Potem było jeszcze gorzej!- ciągnął McKay.- Lorne znalazł ja rano w jej kwaterze, półprzytomną. Próbowała się zabić, przedawkować leki. Rozumiesz?- spojrzał na Johna, który otrzymał kolejny cios, jednak nadal stał na nogach. Rodney wziął głęboki oddech i kontynuował.- Zanim straciła przytomność przepraszała cię! P-R-Z-E-P-R-A-S-Z-A-Ł-A C-I-Ę! A ty! Nie zasłużyłeś nawet na to aby ci wybaczyła, nie zasłużyłeś na nic. Na pewno nie na nasz szacunek, nie po tym co jej zrobiłeś.

-Dalej McKay uderz mnie. Zasłużyłem sobie na to!- odparł, kiedy Ronon wreszcie go puścił. Był poobijany i zakrwawiony. Miał przeciętą wargę i najwyraźniej złamany nos, ale nie przejmował się bólem. Jedyne o czym myślał to, ze skrzywdził kobietę, którą kochał. Kobietę, która mu zaufała, dała szansę, kiedy wszyscy spisali go na stratę. Tymczasem Rodney podszedł do niego i zmierzył go wzrokiem. John zamknął oczy i przygotował się na uderzenie, które jednak nie nastąpiło. Podniósł wzrok i spojrzał na przyjaciela.
-Teraz uruchomisz swoje radio i zwolnisz biednego Lorna z więzienia. Nie zrobił nic złego. A Elizabeth go potrzebuje, potrzebuje człowieka, który się o nią zatroszczy i który szczerze ja kocha.- naukowiec zobaczył jego zmieszany wyraz twarzy.- Tak, major Lorne ją kocha. Szczerze kocha. Nawet ja, największy egoista w dwóch galaktykach to zauważyłem!

John posłusznie wykonał jego polecenie. Gdy upewnił się, że Evan został wypuszczony opuścił wzrok na ziemię. Słyszał tylko jak McKay i Ronon się oddalają. Kiedy zniknęli w drzwiach wyjściowych do miasta, John upadł na ziemię. Łzy spłynęły mu policzkach. „Gdyby nie moja głupota wszystko byłoby porządku. Elizabeth była by sobą. Uśmiechniętą i uroczą przywódczynią, którą wszyscy kochali.” Otarł łzy zmieszana z potem oraz krwią. Czuł się okropnie i pewnie nie lepiej wyglądał. „Była w ciąży, ze mną. Spodziewała się mojego dziecka, a kiedy je straciła obwiniała się. O boże, ale jakim ja byłem kretynem. Kocham ja, całym sercem. I pokochałbym to dziecko, boże nawet gdyby było Lorna to bym je pokochał. A teraz? Jest już za późno. Straciliśmy to co było między nami. O ile coś w ogóle był, oprócz seksu. Straciliśmy siebie, straciliśmy dziecko. Elizabeth czy kiedykolwiek mi wybaczysz? Czy jestem godzien twojego przebaczenia?” położył się na brudnej i gorącej od słońca podłodze. Nie mógł myśleć o niczym innym tylko o niej, o tym co się wydarzyło. Jego ból fizyczny nagle przestał istnieć, mimo iż coraz bardziej się nasilał, był niczym w porównaniu z tym co musiała czuć Elizabeth.

Pozbierał się ponad pół godziny później, gdy usłyszał przez radio jak Beckett wzywa do siebie Lorna, Teylę, Ronona i Rodney’a. Zabolała go, że pominął jego, ale rozumiał. Nie był mile widzianym gościem w ambulatorium, a już na pewno nie w pobliżu dr Weir. Wstał i udał się do swojej kwatery, musiał wziąć prysznic i się opatrzyć. Nie miał odwagi udać się po pomoc do Becketta. „Ten za pewne znał całą historię.” Wywnioskował po jego dzisiejszym zachowaniu. „Ciekawe ile osób wie.” John zniknął w pustym korytarzu Atlantydy, skierował się do transportera, a chwilę później szybkim krokiem, aby nikt go nie zauważył podążał w kierunku swojej kwatery.


TBC :lol:

Z każdym momentem zbliżam się do zakończenia :) mam nadzieję, że fragment się podobał. Pozdrawiam!

  • 0

#33 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 28.03.2011 - |14:06|

Super :) Nawet nie próbuje sobie wyobrazić jak to się skończy!
Poproszę jeszcze tak szybko jak jest to możliwe :rolleyes:
  • 2

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#34 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 07.04.2011 - |21:54|

UTRATA
część XII


Gdy dotarł do kwatery, wszedł do środka i zamknął drzwi od wewnątrz. Nie chciał, aby mu przeszkadzano. Wyciągnął z szafki czyste ubrania, a następnie udał się do łazienki. Stanął przed lustrem. Wyglądał okropnie, tak samo się czuł. Przemył twarz ciepłą, a następnie zimną wodą ignorując pieczenie, następnie delikatnie wysuszył skórkę ręcznikiem. Gdy skończył odwiesił zakrwawiony ręcznik na wieszak i rozebrał brudy mundur. Rzucił ubrania w kąt i skierował się pod prysznic. Odkręcił kurek z zimną wodą i stanął bezpośrednio pod strumieniem, pozwalając zmyć z siebie wszystkie zmartwienia. Jednak poczucie winy zostało. Wyszedł spod prysznica kilka minut później i owinął się w czysty, duży, biały ręcznik dokładnie susząc mokre ciało. Wrócił do pokoju, podszedł do łóżka i zrzucił z siebie ręcznik. Następnie chwycił wcześniej przygotowane czyste rzeczy i się przebrał. Kiedy był już ubrany odwiesił ręcznik na wieszak w łazience i ponownie stanął przed lustrem. Spojrzał na swoje odbicie, następnie schylił się i wyciągnął plater z szafki spod umywalki. Opatrzył swoje rany, jednak nie przyniosło to pożądanego efektu i w zasadzie większość rozcięć została bez opatrunku. Gdy skończył wrócił powrotem do pokoju, usiadł na łóżku i rozejrzał się. Nadal nie potrafił zapomnieć o Elizabeth. Ich wspólne chwile, te dobre oraz te złe wracały do niego ze zdwojoną siłą. Do tego jeszcze dzisiejsze wydarzenia. Musiał czymś się zająć, aby się uspokoić, nie myśleć. Chwycił znajdujący się na szafce obok laptop. „Mam do napisania kilka zaległych raportów. Może praca oderwie moje myśli od niej.” Powiedział do siebie i włączył komputer. Chwilę później zajmował się robotą papierkową.

Teyla była nadal naburmuszona na Ronona i Rodney’a. Wiedziała, że dr McKay i tak dowiedziałby się o całej sytuacji, ale nie mogła tego zrozumieć, jak Ronon mógł namówić go na, no cóż nazwijmy to po imieniu, napad na pułkownika. Atmosfera w pustym korytarzu przed ambulatorium, który służył za poczekalnie byłą napięta, nawet kiedy dołączył do nich major Lorne. W gruncie rzeczy cieszyła się, że Evan wyszedł z więzienia, cieszyła się nawet, z czego nie była dumna, że John dostał swoja nauczkę, jednak to nie zmieniało faktu, że nadal była zła na przyjaciół. „Nie powinni byli tego robić. John jest ich dowódcą, teraz SGA-1 nie będzie już takie jak kiedyś.” Powiedział do siebie, przywołując ich rozmowę sprzed kilku minut.

-Nie mogę uwierzyć, że wciągnąłeś w to McKay’a.- Roźnie spojrzała na Ronona, który zazwyczaj był nieustraszony, teraz bał się nawet spojrzeć jej w oczy. Katem oka widział tylko jak przenosi swój wzrok na doktorka, który także miał opuszczoną głowę.- Myślałam, że oby dwoje macie więcej rozumu. Szczególnie ty, doktorze McKay. Owszem pułkownikowi należy się nauczka za to co uczynił, al. Mogliśmy z nim porozmawiać, gdy dr Weir poczuje się lepiej, a nie… Jak wy to sobie teraz wyobrażacie. Jesteśmy jedną drużyną. Musimy sobie ufać, inaczej poniesiemy klęskę. Zginiemy. Nie możemy tkwić w konflikcie.
-Sheppard dostał to co mu się należało. Dotarło do niego to o co nam chodziło. Poza tym uwolnił majora.- odparł w końcu Ronon. Teyla przewróciła tylko oczami i spojrzała na siedzącego w kacie Lorne’a, który wyglądał na dość zaniepokojonego sytuacją w środku ambulatorium.
-Dobrze wiecie o co mi chodzi!- krzyknęła. Wtedy drzwi ambulatorium otworzyły się i wyszedł z nich Carson. Kobieta mimo, iż stała tyłem do niego od razu wyczuła jego obecność i z wymuszonym uśmiechem na twarzy obróciła się.- Jak się czuje dr Weir?

-Jej stan fizyczny jest dobry. Grorączka spadła, rana została oczyszczona i ponownie zaszyta. Lekkie wstrząśnienie mózgu, którego doświadczyła także nie jest zagrożeniem. Podłączyłem ją pod kroplówkę witaminową i oczyściłem organizm z tabletek. Miała bardzo dużo szczęścia, ponownie. Wszystko będzie dobrze.
-Jest przytomna? Możemy ją zobaczyć?- zapytał major. Jego twarz rozjaśniła się kiedy tylko przekonał się, że jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
-Aye… mój drogi, mogę wyleczyć jej rany, ale nie złamane serce. Kiedy tylko skończyliśmy operacje obudziliśmy ją, ale niestety. Stan dr Weir jest stabilny, ale zapadła w śpiączkę, po raz kolejny, jeśli mogę dodać. Nie jestem psychologiem, ale z tego co mogę wam powiedzieć, jej stan psychiczny jest w rozsypce.- spojrzał na nich.- Możemy teraz tylko czekać, aż będzie chciała się obudzić. W tym czasie powinniśmy jej w tym pomóc, robić co tylko w naszej mocy.
-Jak?- spytała Athosianka.
-Mówicie do niej. Zapewniajcie, że jesteście tu dla niej, że nie jest sama.- odparł doktor, a gdy zobaczył pytające spojrzenia zgromadzonych, odsapnął tylko i kontynuował.- Słuch traci się na końcu i najwcześniej odzyskuje.

Beckett skierował się do swojego biura, jak tylko dał i zielone światło do odwiedzin. Zanim jednak tam dotarł usłyszał za sobą głos McKay’a. Carson obrócił się i grzecznie zapytał o co chodzi.

-Powinieneś złożyć wizytę Sheppardowi. Przydałoby mu się kilka opatrunków.- odparł. Szkot założył ręce na piersi. Rodney wiedział, że musi mu wyjaśnić resztę.- Ronon trochę go… no…
-Pobiliście go? Rodney! Pułkownik skrzywdził Elizabeth, ale to nie upoważnia was do tego co zrobiliście. Elizabeth nigdy by wam na to nie pozwoliła.
-Wiem! Ale nie musi się o niczym dowiedzieć, a jemu się należało! I nie, nie zaprzeczaj, bo wiem, że mam rację!- wyrzucił, a następnie skierował się do reszty swojej drużyny i Lorne’a . Carson stał jeszcze przez chwilkę i wpatrywał się w odchodzącego geniusza. Pokręcił głową, a następnie wrócił d biura po apteczkę i udał się w kierunku kwater pułkownika.

TBC :)

udało mi się napisać mały fragmencik, matura przede mną, więc przygotowania idą pełną parą, ale ostatni egzamin 18.05 więc po nim, a może nawet jeszcze przednim powinnam skończyć całą historię :) pozdrawiam
  • 2

#35 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 08.04.2011 - |11:53|

Trzymamy kciuki za jak najlepsze wyniki :D i w spokoju czekamy na kolejny fragment :rolleyes:
  • 2

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#36 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 12.04.2011 - |17:28|

UTRATA
część XIII


Carson stanął pod jego kwaterą chwilę później, przyłożył dłoń do kryształów kontrolnych w geście pukania. Odczekał chwilę, kiedy jednak pułkownik nie otworzył drzwi, ponowił próbę informując go, że to on. Tym razem drzwi się otworzyły. Carson wszedł do środka i zobaczył poobijanego Johna z odrywającymi się opatrunkami domowej roboty, siedzącego na łóżku z laptopem na kolanach. Na widok lekarza opuścił głowę, a jak tylko drzwi się zamknęły cicho zapytał o stan szefowej. Doktor podszedł do niego i otworzył apteczkę, następnie zaczął ściągać opatrunki i zastępować je szwami, gdzie było to potrzebne.

-Dlaczego mi nie powiedziała?- wyszeptał, kiedy Carson zakończył nakładanie opatrunków.
-Słucham?
-O dziecku. Dlaczego mi nie powiedziała o dziecku?- wymamrotał. Carson westchnął i spojrzał na pułkownika.
-Chciała, uwierz mi. Jak się dowiedziała, była szczęśliwa, mimo iż maiła wątpliwości…- urwał.
-Wątpliwości?- John uniósł prawą brew, a następnie wstał z łóżka i podążył do okna.
-… czy chcesz tego dziecka. Pułkowniku powiedzmy sobie prawdę, nie byliście w żadnym związku. Ona dowodzi ekspedycją, ty jesteś najwyższy stopniem. Zwiedzasz inne planety, poznajesz piękne kobiety i…
-Ja ją kocham! Kocham!- ściszył głos, kiedy zobaczył spojrzenie Szkota. Nie musiał nawet pytać o co mu chodziło. Wiedział. Gdybyś ją kochał, to byś jej nie skrzywdził.- I żałuję tego co zrobiłem, gdybym… gdybym tylko mógł cofnąć czas.
-Ale nie możesz. Elizabeth wyjdzie z tego, pomożemy jej, ty jej pomożesz.
-Myślałem, że nie chcecie abym się do niej zbliżał, szczególnie po tym jak…
-Ona przeżywa teraz bardzo ciężki okres. I jeśli ktokolwiek może ją wyleczyć z jej załamanego serca, o właśnie ty, pułkowniku. Elizabeth cię kocha, gdybym nie był tego pewny nawet bym tutaj nie przyszedł. Nie wybaczę ci tego co jej uczyniłeś, ale zrobię wszystko, aby n jej twarzy po raz kolejny pojawił się uśmiech.- odparł doktor kierując się do wyjścia.
-Dziękuję Carson.
-Nie dziękuj mi. Spraw, aby się obudziła z uśmiechem na twarzy, aby była szczęśliwa. Zasługuje na to. To będzie dla mnie wystarczające podziękowanie.- z tymi słowami wyszedł kierując się do ambulatorium. John tylko obrócił się i spojrzał na alteriańskie słońce. Jego blask, który rozświetlał mury miasta pradawnych, przypomniało mu o pięknie i wyjątkowości Atlantydy oraz jedynej osoby, która czyniła to miejsce jego domem. Elizabeth. Elizabeth Weir.

TBC :)
  • 2

#37 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 29.04.2011 - |19:46|

Część XIII:
"Na widok lekarza opuścił głowę, a jak tylko drzwi się zamknęły, cicho zapytał o stan szefowej."
"Chciała, uwierz mi. Jak się dowiedziała, była szczęśliwa, mimo iż miała wątpliwości…"
"Nie musiał nawet pytać, o co mu chodziło."
"I jeśli ktokolwiek może ją wyleczyć z jej załamanego serca, to właśnie ty, pułkowniku. Elizabeth cię kocha, gdybym nie był tego pewny, nawet bym tutaj nie przyszedł. Nie wybaczę ci tego co jej uczyniłeś, ale zrobię wszystko, aby na jej twarzy po raz kolejny pojawił się uśmiech."
"Z tymi słowami wyszedł, kierując się do ambulatorium. John tylko obrócił się i spojrzał na alterańskie słońce."

Tyle z poprawek tej części. Sorki, że tak długo, ale ostatnio nic mi się nie chce :/.
Ta część dość ciekawa. Nie dziwię się, Carson nie wybaczy Johnowi tego, co zrobił Elisabeth. Interesuje mnie, kiedy Weir w końcu się uśmiechnie :).
  • 1
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#38 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 09.05.2011 - |19:20|

UTRATA
część XIV - ostatnia


*********************************************


Kiedy Carson wrócił do ambulatorium odłożył swoje ‘narzędzia lekarskie’ na biurko i umył ręce, następnie udał się do wyodrębnionego pomieszczania, gdzie leżała Elizabeth. Gdy wszedł do środka zauważył, że przy łóżku siedział Lorne i trzymał ją za rękę. Podszedł do nich, położył swoja rękę na ramieniu majora, na co ten się odwrócił i spojrzał na lekarza.

-Gdzie jest reszta?- zapytał Beckett.
-Podzieliliśmy się na zmiany. Teyla i McKay zajmują się miastem, a Ronon poszedł na sparing z nowymi rekrutami. Ja wziąłem pierwszą zmianę. – zmilkł i skupił swoją uwagę na delikatnym głaskaniu ręki ukochanej.- Byłeś u pułkownika, prawda?
-Tak. Ronon nieźle go posiniaczył. Nie popieram jednak przemocy, to nie jest rozwiązanie, mimo iż należało mu się, za to co zrobił ‘Liz.- doktor spojrzał na majora, a następnie na najlepszą przyjaciółkę, która leżała w jego ambulatorium podłączona do aparatów podtrzymujących życie.- Wyjdzie z tego, mój drogi. Nie martw się tak. Będzie dobrze.

Carson odszedł zostawiając majora sam na sam z nieprzytomną kobietą. Lorne uścisnął jej dłoń i rozejrzał się po ambulatorium. Było puste.

-Nie wiem czy mnie słyszysz. Mam nadzieję, że jednak tak. Hm… jeśli nie, no cóż. W każdym bądź razie, chciałbym ci podziękować, za wszystko. Jesteś wspaniałą i piękną kobietą, mądrą i sprawiedliwą przywódczynią. Atlantyda nie może cię stracić. Ja nie mogę cię stracić, Elizabeth. Kocham cię i nie wiem co zrobię jeśli się nie obudzisz! Proszę walcz. – wyszeptał nie przestając trzymać jej dłoni.- Wiem, że to co się wydarzyło jest dla ciebie trudne. Dziecko, Sheppard, ale proszę cię. Tutaj są ludzie, którzy cię potrzebują, którzy cię kochają. Pomożemy ci, jak tylko będziemy mogli. Bez ciebie ta ekspedycja się rozpadnie. Elizabeth, proszę walcz. Walcz, kochanie.

Lorne pozostał przy jej boku przez kolejne kilka godzin. Po nim wizytę Elizabeth złożyła Teyla razem z Rononem. McKay przyszedł na samym końcu, kiedy praktycznie całe miasto kładło się do snu. Naukowiec usiadł na krześle zaraz przy łóżku przyjaciółki i położył sobie na kolanach tacę z kolacją.

-Wiesz Elizabeth w zasadzie to nie wiem co ma ci powiedzieć. Nie jestem dobry w tych rzeczach, ale Carson kazał nam do ciebie mówić.- chwila ciszy, podczas której Rodney przeżuł kawałek soczystego steku. Popił go wodą, a następnie kontynuował.- Jak już wiesz z moich akt jestem Kanadyjczykiem. Urodziłem się w Vancouver. Mam siostrę, z którą no powiedzmy nie dogaduje się najlepiej. Nie żebym tego nie chciał, lecz ona ma tendencje do podszywania się pod moją pracę. W dodatku jest samolubna i egocentryczna. Nadal nie mogę zrozumieć tego, że porzuciła karierę i dała się zapłodnić jakiemuś nauczycielowi. Ma ogromne ego. Ale wracając do mnie. Lubię koty. I jestem uczulony na cytryny. Jak się obudzisz powinnaś porozmawiać z kucharzem. Ostatnio wydaje mi się, że chce mnie otruć, we wszystkim co gotuje, mógłbym przysiądź, znajduje się cytryna. Musisz coś z tym zrobić, to jest niedopuszczalne…
-A ja myślałem, że posiadasz jednak trochę współczucia. Zamiast rozmawiać z nią, ty jej opowiadasz historię swojego życia. Brawo McKay!- naukowiec obrócił się i ujrzał opartego o ścianę Shepparda, który spoglądał na łóżko, gdzie leżała dr Weir.
-Co ty tutaj robisz? Mało ci wrażeń na dziś?- wycedził przez zęby i odkładając widelec sięgnął do radia.
-Wiesz nie musisz zaraz zwoływać Ronona i reszty. Spokojnie nic jej nie grozi, tobie także nie. Chciałem trochę z nią pobyć.- John zauważył groźne spojrzenie naukowca i westchnął.- Oczywiście, jeżeli mi można.
-Nie powinno cię tutaj być. Nie powinieneś stać teraz przede mną, to ty powinieneś leżeć na jej miejscu. Zdajesz sobie sprawę ile poświęciła dla tego miasta? Ile dobrego zrobiła? A ty co?
-McKay! Nie przyszedłem się tutaj kłócić! Chce po prostu pobyć z nią przez chwilę! Porozmawiać!
-Porozmawiać? Jak? Z nią się nie da rozmawiać! Ona jest nieprzytomna, w śpiączce! I to dzięki tobie!- wykrzyknął Rodney wstając i podchodząc do Johna.- McKay, zazwyczaj szalony naukowiec największy tchórz w galaktyce Pegaza, w tym momencie wyprostował się wysuwając swoja pierś do przodu. Gotów był bronić Elizabeth całym swoim życiem, mimo iż wiedział, że nie ma najmniejszej szansy przeciwko Sheppardowi. To jednak nie mógł pozwolić, aby jego najlepsza przyjaciółka znowu cierpiała. Po prostu nie mógł.
-Ok, rozumiem, ale to nie znaczy, że i tak nie chce z nią…
-Nie!!! Nie powinno cię tutaj być. Nie chce cię przy niej widzieć, już dość krzywdy wyrządziłeś…
-Panowie, proszę.- rozległ się bardzo cichy szept, jednak dwójka najlepszych kiedyś przyjaciół nie usłyszała go przez swoje krzyki.
-…Ty nic nie rozumiesz. Nie! Jesteś! Tutaj! Mile! Wracaj do Clarysy!- wycedził przez zęby Rodney nadal mierząc pułkownika wzrokiem.
-Dobrze wiesz, że ona nic dla mnie nie znaczyła. To była pomyłka. Dla mnie liczy się tylko…
-Och proszę, znowu zaczynasz!? Myślisz, że ci uwierzę w tą gadkę o miłości? Gdybyś ja kochał, to by jej teraz tutaj nie było! A jest! Leży podłączona do aparatów podtrzymujących życie, PRZEZ CIEBIE!!!
-Kocham ją, nie ważne czy mi wierzysz czy nie. Wiem, że ją skrzywdziłem, ale chce to naprawić, czy proszę o wiele?
-Za wiele, nie uważasz!?
-Chce to tylko naprawić. Myślisz, że mi nie zależy, aby stąd wyszła?- zapytał poirytowany John.
-Myślę, że…
-Panowie! Proszę!- ponownie rozległ się głos, tym razem trochę głośniej.

John i Rodney zamilkli, spojrzeli na siebie, a następnie w kierunku skąd dochodził. Potem znowu na siebie. Umilkli na dobre, stracili zdolność wypowiadania się. Byli oszołomieni, nie wiedzieli co zrobić.

-CARSON!!!- rozległ się potężny krzyk obydwóch panów, zdolny obudzić połowę miasta. Jednak na szczęście nie obudził, zamiast tego skutecznie przywołał lekko zaspanego lekarza.

Doktor Beckett, dość poirytowany tym, że Rodney i John mieli, nawet nadal mają ochotę się pozabijać w jego ambulatorium wkroczył do sali. Zbadał ich wzrokiem pytając o co chodzi, jednak nie odpowiedzieli. Wpatrywali się z otwartymi ustami w jednym kierunku. Carson pokręcił głową, a następnie spojrzał tam gdzie oni. Ujrzał leżącą na łóżku dr Weir, słabo uśmiechającą się w ich kierunku.

-O boże Elizabeth!- odparł po krótkiej chwili lekarz i szybko podszedł do jej łóżka. Odłączył ją z części aparatury, a następnie zaczął badać.
-Ciebie też dobrze widzieć, Carson.- kobieta uścisnęła delikatnie jego dłoń, kiedy ten podał jej kubek z wodą. Wypiła wszystko jednym ciągiem, a następnie podciągnęła się na łóżku do pozycji siedzącej, tyle na ile pozwalały jej na to siły.- Co… co się stało?

Doktor odpowiedział na jej pytanie, a następnie pobrał krew i wezwał pielęgniarkę. Po kilku drobnych badaniach opuścił pomieszczenie, praktyczne wyciągając Rodney’a za rękę. Zamknął drzwi. Elizabeth i John musieli ze sobą porozmawiać. Może i pułkownik skrzywdził jego przyjaciółkę, ale za bardzo się kochali, aby po prostu odpuścić. Powinni rozwiązać swoje problem i teraz była na to odpowiednia chwila.

John stał w tym samym miejscu przez cały czas. Nie wiedział co ze sobą zrobić. Włożył ręce do kieszeni i spojrzał w dół. W końcu się obudziła, w końcu się nawet uśmiechnęła. Od momentu wypadku nie rozmawiał z nią wcale. Praktycznie jak tylko na nią natrafił to łamał jej serce. Przeklną się za to w myślach. Za bardzo ją kochał, aby ją ranić. Jednak prawda była taka, że ją zranił i to dogłębnie. Pułkownik nie wiedząc co ze sobą zrobić podszedł do okna. Spojrzał na ocean. „Elizabeth go uwielbiała, kiedyś wspominała mi że nie potrafiła bez niego zasnąć. W dodatku tyle razy znajdowałem ją w środku nocy na ‘naszym’ balkonie, wpatrującą się w wodę i gwiazdy.” Odwrócił się i zauważył, że dr Weir mu się przygląda. Westchnął i wyciągając ręce z kieszeni podszedł do jej łóżka. Usiadł na jego krańcu i spojrzał w jej zielone oczy. Chwycił jej dłoń, uniósł do ust i pocałował.

-‘Liz’beth!- zbliżył się do ukochanej, następnie delikatnie przysunął ją do siebie i mocno do siebie przytulił.- Przepraszam. Przepraszam. Byłem kretynem, gdybym tylko wiedział… Boże, nigdy bym cie nie zostawił, ciebie ani dziecka. Zawsze chciałem być ojcem! Przepraszam, przepraszam za wszystko. Że cię zostawiłem, za Clarysę. To wszystko moja wina, zabiłem nawet nasze dziecko. Nie zasługuje na ciebie. Wiem, że nigdy mi nie wybaczysz, ale proszę cię pozwól mi jakoś naprawić krzywdy jakie ci wyrządziłem.
-John.- wyszeptała, odrywając się od niego. Gdy spojrzała mu w oczy, ujrzała w nich łzy. Prawdziwe łzy. Dotknęła ręką jego policzka, a on momentalnie zamknął jej dłoń w swojej.- Już dawno ci wybaczyłam. Nie mogłabym żyć z myślą, że nie wytłumaczyliśmy sobie wszystkiego.

Mężczyzna uśmiechnął się do niej i pocałował jej powieki oraz kącik jej ust.

-John? Czy to co powiedziałeś Rodney’owi, czy… czy to prawda? Czy ty naprawdę…?- zapytała niepewnie. Nie widziała jakiej odpowiedzi się spodziewać.
-Tak to prawda, Elizabeth. Kocham cię! Tylko ciebie!
-Ja też cię kocham, całym moim sercem. I przepraszam, za wszystko, za to że ci nie powiedziałam, za to, że… za to, że… że je straciłam… przepraszam.
-Nie masz za co przepraszać, kochanie. To nie była twoja wina.- pocałował ją w czoło, a następnie ponownie przytulił.- Tak się cieszę, że nic ci nie jest. Masz dożywotni zakaz przechodzenia przez wrota, zdajesz sobie z tego sprawę prawda? Nie mogę cię ponownie stracić!
-Nie stracisz. Zawsze będę twoja, nie ważne co się stanie. Kocham cię. Zbyt długo to ukrywałam, ale teraz mam zamiar się tym cieszyć, John.- odparła uśmiechając się.

Elizabeth położyła swoja dłoń na jego policzku. Przeszedł go znajomy przypływ ciepła. Ten, który potrafiła obudzić w nim tylko ona. Następnie zamknęła odstęp między nimi, delikatnie muskając jego usta. Zanim zdążyła się od niego oderwać, pułkownik odpowiedział czułym całusem. Z początku niewinny, przerodził się w bardziej zmysłowy i namiętny. Pocałunek, który wreszcie przypieczętował ich miłość. Na zawsze.



:rolleyes: THE END :rolleyes:


PS. może zakończenie wyda się trochę naiwne, ale po prostu nie miałam serca jej zabijać... pozdrawiam
  • 1

#39 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 10.05.2011 - |12:53|

Bardzo dobre (piękne) zakończenie :rolleyes:
Cieszę się że jej nie zabiłaś :D
  • 2

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!





Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych