Ostatni dzień?
Rozpoczęty przez
Promethe
, 08.11.2004 - |23:44|
24 odpowiedzi w tym temacie
#21
Napisano 04.02.2005 - |10:40|
z tym pradziadkiem to już przesada
#22
Napisano 05.02.2005 - |16:12|
Trochę się zmieniło. Wywaliłem wątek z dziadkiem, gdyż był nie przemyślany. Przeczytajcie sobie po prostu jeszcze raz końcówkę poprzedniej części i od razu będzie raźniej
Z podziekowaniami dla Esy, co mnie poganiała bez przerwy (znowu) i w dodatku podsunełą mi niczego nieświadoma pomysł na pewien bardzo pikantny wątek
Ostatni dzień?
Część czwarta
To było małe, niepozorne drzewko. Zwykły dąb, klon lub inny liściasty wynalazek Matki Natury oparty na celulozowych ścianach komórkowych i bardzo mokrej cytoplazmie. To było drzewo jakich wiele w każdym lesie. Pech chciał tylko, że drzewa w wyniku przegrania przez Matkę Naturę partyjki w Ewolucyjne Kości zostały jednymi z najbardziej złożonych roślin organowych na świecie. A to wymuszało stosowanie korzenia.
Korzeń mieszkał sobie pod ziemią przez wiele lat, do czasu gdy pewien ulewny deszcz spłukał warstwę gleby. A wtedy Korzeń z korzenia podziemnego zamienił się w Korzenia mordercę, który w dogodnych warunkach mógł doprowadzić nawet do złamania nogi. Otwartego lub nie, to już obojętne.
Cóż, życie życiem, ale pułkownika Jacka O’Neilla goniło coś dużego, a przynajmniej na takie wyglądało. Jack przebiegał właśnie koło drzewa, gdy jego noga wpadła do pułapki zastawionej przez Bogu-ducha-winne drzewko. Jack usłyszał tylko dochodzący gdzieś z okolic piszczeli chrupnięcie łamanej jak zapałka kości. Przy okazji usłyszał też własny krzyk, ale nie zwróciło to jego szczególnej uwagi, gdyż chwilę późnie poczuł na plecach ostre pazury rozrywające jego naskórek, skórę właściwą, a chwilę później i mięśnie.
Jack obudził się zlany potem o temperaturze bliskiej -459 stopni Farenheita.
- To był tylko zły sen - mruknął sam do siebie.
Leżał na warstwie igliwia, a nad głową miał malownicze gałęzie urwane z jakiegoś drzewa.
Przed zapadnięciem nocy pułkownik przygotował sobie kryjówkę, w której mógł spokojnie przeczekać porę żeru wielu dosyć niebezpiecznych zwierząt.
Działo się jednak coś dziwnego. Poczuł ciepło i zauważył oślepiający przez chwilę błysk białego światła, jakby z aparatowego fleszu. Jack nie słyszał żadnych odgłosów. Nic. Nawet szumu tła. Tego co Jack słyszał nie można było nawet określić jako cisza. Bo cisza to po prostu brak dźwięku. To było coś po drugiej stronie skali. To było po prostu coś niewyobrażalnego.
Jack w przypływie emocji kopnął dosyć mocno w gałęzie imitujące sufit. Sufit zniknął. Jedynym co mu nie pasowało, było to, że teraz już nic nie było widać. I znowu nie była to ciemność, tylko coś po drugiej stronie skali.
Równie niewyobrażalnego.
Tu się cholera dzieje coś dziwnego – zdążył pomyśleć, zanim z niewiadomych powodów zapadł w coś gorszego niż sen. Bo to nie był zwykły brak świadomości. To było coś zupełnie po drugiej stronie skali…
Coś niewyobrażalnego…
Doktor astrofizyki Jack O’Neill dochodził do siebie po wypadku leżąc w Cheyenne Mountain Complex. Rozmyślał też nad tym, co się stało.
Tymczasem mocno zdezorientowana Sam postanowiła porozmawiać z doktorem O’Neill’em.
- Cześć Jack, przepraszam, ale nie mam pojęcia o czym do mnie mówisz. Stwierdzasz, że jesteś naukowcem – jesteś żołnierzem. Stwierdzasz, że jestem „kochanie”, a tego, no, oficjalnie jeszcze nie jestem. Więc może wyjaśnisz mi do ciężkiej cholery o co tu chodzi?!
Jack nieco zaskoczony głosem swojej żony postanowił odpowiedzieć na jej pytania.
- Więc tak, pochodzę z Ziemi, nazywam się dr Jack O’Neill. Wykładam fizykę na MIT, a dziś przeprowadzałem próbę na otrzymanie bozonów Higgsa. Mamy aktualnie rok 2005. Gwiezdne Wrota znamy już od przeszło czterdziestu lat i regularnie ich używamy. Dzisiejszy eksperyment miała nam pomóc w otrzymaniu bozonów Higgsa, które miały przydać się nam do wyprodukowania zupełnie nowej broni przeciwko naszemu wrogowi w galaktyce Trójkąta. Udało się, i otrzymaliśmy bozony. Jednak później nastąpił wybuch w laboratorium i jakimś dziwnym trafem znalazłem się na tej planecie, z której mnie zabraliście. Jak podejrzewam – przez Wrota. A my jesteśmy małżeństwem od ośmiu lat. Mamy małego synka, nazywa się Daniel. Poznaliśmy się przy rekrutacji do projektu Gwiezdnych Wrót.
Sam zbaraniała. Data się zgadzała z aktualną. Istnienie projektu Wrót również. Ale rozciągłość czasowa? Znają wrota od czterdziestu lat? To przecież niemożliwe. Co prawda znaleziono je w Gizie dawno, dawno temu, ale i tak nie wiedziano jak je uruchomić.
- Jack, zwolnij trochę. Powiedz mi tylko – jakie znacie obce cywilizacje? Czy walczycie z Goa’uldami? Skąd ta technologia?
- Co do technologii do dziś trwają spory. Pewnego dnia, w czasie testów dostaliśmy się na jedną z planet. Tam do głowy jakiegoś żołnierza przyssał się olbrzymi odkurzacz. Po powrocie na Ziemię zaczął mówić w dziwnym języku. Nasi językoznawcy uznali, że to coś zbliżonego do łaciny. Żołnierz ten przekazywał nam wiedzę nieznanej nam wówczas cywilizacji. Dzięki niemu, i jak poźniej dowiedzieliśmy się Pradawnym, zaczęliśmy dysponować technologią wybiegającą setki lat przed nasz rozwój. I w dodatku dzięki Pradawnym dokładnie wiedzieliśmy jak wszystko działa, więc mogliśmy zacząć budować nasze własne urządzenia oparte o retrotechnologię. Na samej Ziemi posiadamy na dzień dzisiejszych pięć nowiutkich Gwiezdnych Wrót z niezależnymi adresami i używamy ich do najzwyczajniejszych podróży.
Co do obcych… Oj, obcych cywilizacji znamy mnóstwo. Przeszliśmy kilka wojen z Goa’uldami, ale nie stało się nic szczególnego. Dwadzieścia dwa lata temu, w bitwie pod Warszawą, armie Zjednoczonego Świata rozgromiły armię Goa’uldów, przynosząc nam ostateczne zwycięstwo. Goa’uldowie są teraz rasą liżącą rany. A z kim my się kontaktujemy? Oj, dużo by tego było… Tollanie, Asgardczycy, Furlingowie, Pradawni, Tok’ra. Jak na tak młodą rasę mamy sporo zasług – jako SG-1 uratowałem razem z Tobą, Danielem i Teal’cem matkę Tok’ra. Egeria urodziła również swoją następczynię, więc trwałość gatunku jest gwarantowana. Ech, długo by opowiadać. Powiedz mi może teraz troszkę o sobie?
No i Samanta zaczęła opowiadać.
Pułkownik Jack O’Neill ocknął się. Znowu znajdował się pod szałasem. Słyszał pohukiwanie jakiejś sowy. Czuł tylko dziwny ból w okolicach podbrzusza i ramion. Jack błyskawicznie wyczołgał się spod namiotu. Wychodząc, poczuł pod ręką kształt charakterystyczny dla komunikatora dalekiego zasięgu wyprodukowanego przez Asgard.
Jack wstał, rozejrzał się. Był właśnie na jakiejś małej polance. Niedaleko niego stały Gwiezdne Wrota. Stały. A DHD było całe i nienaruszone. Ale wszystko to wyglądało jakoś dziwnie. A już szczególnie Wrota. Jack nie rozpoznawal symboli na nich wyrytych, a tymbardziej symboli wyrytych na DHD. Same wrota też wyglądały jakoś inaczej. Nagle szewrony zaczęły się zapalać. Wrota wymieniły protokoły i otwarły tunel. Jack wykazał się niezwykłym intelektem i chwilę zanim ktoś przeszedł przez Wrota, skoczył w pobliskie krzaki.
Przez Wrota przeszła grupka ludzi. Słychać było angielską mowę, slangowe wojskowe wyrażenia. Jack postanowił podejść do nich.
- Hi buddies! (Cześć chłopaki!)
- Doktorze O’Neill? Skąd się pan tu wziął?
- Doktorze? Chłopaki, dobrze się czujecie? Co wy tu robicie?
- Doktorze O’Neill, jest pan przecież na ojczystym świecie Sprite’ów. Każdy mieszkaniec Ziemi zna ten adres!
- Ojczysty świat Spirite’ów? Nie wiedziałem, że te napoje mają własne światy. Jest tam gdzieś świat Coca-Coli? A 7Up? A Mountain Dew?
- Widzę, że żarty się pana trzymają. Proszę pamiętać, że jesteśmy właśnie w środku wojny. Proszę, tu ma pan jedno GDO i niech wraca pan do powrotem do bazy.
- Do bazy? A gdzie ja konkretnie jestem, bo te wrota to jakoś dziwnie wyglądają.
- Już mówiłem, na ojczystym świecie Sprite’ów. W galaktyce Trójkąta. Prowadzimy tajną akcję, która ma na celu zniszczenie tego świata. Coś jest z panem nie tak. Niech pan pójdzie z nami. Tak przy okazji - spadł nam pan z nieba, bo to przecież pan projektował tę bombę. Nie zdążył pan wprowadzić dodatkowych zabezpieczeń, to teraz ma pan chwilę. Może wreszcie dzięki tej dywersji i pańskiej pomocy zakończymy tą bezsensowną wojnę.
Doktor Jack O’Neill zapisywał już czwarty 150 gigabajtowy dysk twardy schematami, danymi, i temu podobnymi informacjami. Pracował razem z Carter nieprzerwanie od wielu godzin dostarczając jej kolejne informacje o dotyczące sprzętu i uzbrojenia. Tyle nowych danych SGC nie otrzymało od dawna. Schematy broni, projekty działających Wrót, metody otrzymywania metali szlachetnych, nawet metoda opisująca syntezę naquadah z powszechnie dostępnych surowców. To wszystko stawało się właśnie własnością SGC.
Jack biegł razem z drużyną w kierunku Wrót. Specjalny ładunek został podłożony przez niego (że ryzykował życiem, mało kto pamiętał) pod centralną bazę Sprite’ów. Ładunek oparty na bozonach Higgsa.
- Mike – wybieraj adres bazy krzyknął dowódca żołnierzy, Luke Lakewalker.
- Cholera jasna! – krzyknął Mike – wybieranie się zacięło!
- Niemożliwe, daj mi to! – krzyknął dowódca. Anulował sekwencję i wybrał adres jeszcze raz. Żołnierze wbiegli po schodach do wrót. Tuż za nimi był Jack, potknął się jednak na schodach.
Wrota wyłączyły się.
Tik, tak, tik, tak…
Z zegarku Jacka spłynęły ostatnie sekundy. Bomba eksplodowała rozsiewając radioaktywne bozony na tysiące kilometrów i niszcząc planetę.
Był to wielki sukces ludzi w wszechświecie Doktora O’Neilla. To jedno zwycięstwo miało wkrótce doprowadzić do powstanie zupełnie nowej potęgi. Potęgi, która miała miotać nie tylko całą galaktyką, ale i całym wszechświatem. Potęgi godnej następców Pradawnych. Potęgi, która mogła być udziałem tylko jednej rasy. Człowieka.
To miało zdarzyć się w niedalekiej przyszłości. Wróćmy do teraźniejszości.
Bomby bozonowe miały tylko jedną, niekoniecznie nieprzyjemną cechę. Działały na ludzi w pewien określony, bardzo specyficzny sposób.
I tylko na ludzi.
Przenosiły do alternatywnego wszechświata.
Jack ujrzał falę białego światła, zbliżającą się z olbrzymią prędkością z miejsca gdzie jeszcze przed nanosekundą stała baza Sprite’ów. Nie było już czasu na ucieczkę. Jack zamknął oczy spodziewając się najgorszego.
Nic bolesnego jednak się nie stało.
Jack otworzył oczy.
Znajdował się gdzieś na łące. Za nim otwarty był błyszczący portal pełen białego światła. Po chwili zniknął.
Jack spojrzał w niebo – był tam jeden księżyc, a gwiazdy były całkiem takie jak nad Kansas.
Rozglądnął się. Z daleka rozpoznawał charakterystycznie oświetlone wejście do Cheyenne Mountain Complex, wiedział więc, że raczej wrócił do domu. Chociaż nie miał zielonego pojęcia jak się tu znalazł.
Problem w tym, że nad głową Jacka właśnie przemknęła właśnie mała, oświetlona charakterystyczną "matrixową" zielenią, flota mother-ship Sprite'ów.
To nie zwiastowało dobrego.
Oj nie…
Ciąg dalszy nastąpi…
Z podziekowaniami dla Esy, co mnie poganiała bez przerwy (znowu) i w dodatku podsunełą mi niczego nieświadoma pomysł na pewien bardzo pikantny wątek
Ostatni dzień?
Część czwarta
To było małe, niepozorne drzewko. Zwykły dąb, klon lub inny liściasty wynalazek Matki Natury oparty na celulozowych ścianach komórkowych i bardzo mokrej cytoplazmie. To było drzewo jakich wiele w każdym lesie. Pech chciał tylko, że drzewa w wyniku przegrania przez Matkę Naturę partyjki w Ewolucyjne Kości zostały jednymi z najbardziej złożonych roślin organowych na świecie. A to wymuszało stosowanie korzenia.
Korzeń mieszkał sobie pod ziemią przez wiele lat, do czasu gdy pewien ulewny deszcz spłukał warstwę gleby. A wtedy Korzeń z korzenia podziemnego zamienił się w Korzenia mordercę, który w dogodnych warunkach mógł doprowadzić nawet do złamania nogi. Otwartego lub nie, to już obojętne.
Cóż, życie życiem, ale pułkownika Jacka O’Neilla goniło coś dużego, a przynajmniej na takie wyglądało. Jack przebiegał właśnie koło drzewa, gdy jego noga wpadła do pułapki zastawionej przez Bogu-ducha-winne drzewko. Jack usłyszał tylko dochodzący gdzieś z okolic piszczeli chrupnięcie łamanej jak zapałka kości. Przy okazji usłyszał też własny krzyk, ale nie zwróciło to jego szczególnej uwagi, gdyż chwilę późnie poczuł na plecach ostre pazury rozrywające jego naskórek, skórę właściwą, a chwilę później i mięśnie.
Jack obudził się zlany potem o temperaturze bliskiej -459 stopni Farenheita.
- To był tylko zły sen - mruknął sam do siebie.
Leżał na warstwie igliwia, a nad głową miał malownicze gałęzie urwane z jakiegoś drzewa.
Przed zapadnięciem nocy pułkownik przygotował sobie kryjówkę, w której mógł spokojnie przeczekać porę żeru wielu dosyć niebezpiecznych zwierząt.
Działo się jednak coś dziwnego. Poczuł ciepło i zauważył oślepiający przez chwilę błysk białego światła, jakby z aparatowego fleszu. Jack nie słyszał żadnych odgłosów. Nic. Nawet szumu tła. Tego co Jack słyszał nie można było nawet określić jako cisza. Bo cisza to po prostu brak dźwięku. To było coś po drugiej stronie skali. To było po prostu coś niewyobrażalnego.
Jack w przypływie emocji kopnął dosyć mocno w gałęzie imitujące sufit. Sufit zniknął. Jedynym co mu nie pasowało, było to, że teraz już nic nie było widać. I znowu nie była to ciemność, tylko coś po drugiej stronie skali.
Równie niewyobrażalnego.
Tu się cholera dzieje coś dziwnego – zdążył pomyśleć, zanim z niewiadomych powodów zapadł w coś gorszego niż sen. Bo to nie był zwykły brak świadomości. To było coś zupełnie po drugiej stronie skali…
Coś niewyobrażalnego…
Doktor astrofizyki Jack O’Neill dochodził do siebie po wypadku leżąc w Cheyenne Mountain Complex. Rozmyślał też nad tym, co się stało.
Tymczasem mocno zdezorientowana Sam postanowiła porozmawiać z doktorem O’Neill’em.
- Cześć Jack, przepraszam, ale nie mam pojęcia o czym do mnie mówisz. Stwierdzasz, że jesteś naukowcem – jesteś żołnierzem. Stwierdzasz, że jestem „kochanie”, a tego, no, oficjalnie jeszcze nie jestem. Więc może wyjaśnisz mi do ciężkiej cholery o co tu chodzi?!
Jack nieco zaskoczony głosem swojej żony postanowił odpowiedzieć na jej pytania.
- Więc tak, pochodzę z Ziemi, nazywam się dr Jack O’Neill. Wykładam fizykę na MIT, a dziś przeprowadzałem próbę na otrzymanie bozonów Higgsa. Mamy aktualnie rok 2005. Gwiezdne Wrota znamy już od przeszło czterdziestu lat i regularnie ich używamy. Dzisiejszy eksperyment miała nam pomóc w otrzymaniu bozonów Higgsa, które miały przydać się nam do wyprodukowania zupełnie nowej broni przeciwko naszemu wrogowi w galaktyce Trójkąta. Udało się, i otrzymaliśmy bozony. Jednak później nastąpił wybuch w laboratorium i jakimś dziwnym trafem znalazłem się na tej planecie, z której mnie zabraliście. Jak podejrzewam – przez Wrota. A my jesteśmy małżeństwem od ośmiu lat. Mamy małego synka, nazywa się Daniel. Poznaliśmy się przy rekrutacji do projektu Gwiezdnych Wrót.
Sam zbaraniała. Data się zgadzała z aktualną. Istnienie projektu Wrót również. Ale rozciągłość czasowa? Znają wrota od czterdziestu lat? To przecież niemożliwe. Co prawda znaleziono je w Gizie dawno, dawno temu, ale i tak nie wiedziano jak je uruchomić.
- Jack, zwolnij trochę. Powiedz mi tylko – jakie znacie obce cywilizacje? Czy walczycie z Goa’uldami? Skąd ta technologia?
- Co do technologii do dziś trwają spory. Pewnego dnia, w czasie testów dostaliśmy się na jedną z planet. Tam do głowy jakiegoś żołnierza przyssał się olbrzymi odkurzacz. Po powrocie na Ziemię zaczął mówić w dziwnym języku. Nasi językoznawcy uznali, że to coś zbliżonego do łaciny. Żołnierz ten przekazywał nam wiedzę nieznanej nam wówczas cywilizacji. Dzięki niemu, i jak poźniej dowiedzieliśmy się Pradawnym, zaczęliśmy dysponować technologią wybiegającą setki lat przed nasz rozwój. I w dodatku dzięki Pradawnym dokładnie wiedzieliśmy jak wszystko działa, więc mogliśmy zacząć budować nasze własne urządzenia oparte o retrotechnologię. Na samej Ziemi posiadamy na dzień dzisiejszych pięć nowiutkich Gwiezdnych Wrót z niezależnymi adresami i używamy ich do najzwyczajniejszych podróży.
Co do obcych… Oj, obcych cywilizacji znamy mnóstwo. Przeszliśmy kilka wojen z Goa’uldami, ale nie stało się nic szczególnego. Dwadzieścia dwa lata temu, w bitwie pod Warszawą, armie Zjednoczonego Świata rozgromiły armię Goa’uldów, przynosząc nam ostateczne zwycięstwo. Goa’uldowie są teraz rasą liżącą rany. A z kim my się kontaktujemy? Oj, dużo by tego było… Tollanie, Asgardczycy, Furlingowie, Pradawni, Tok’ra. Jak na tak młodą rasę mamy sporo zasług – jako SG-1 uratowałem razem z Tobą, Danielem i Teal’cem matkę Tok’ra. Egeria urodziła również swoją następczynię, więc trwałość gatunku jest gwarantowana. Ech, długo by opowiadać. Powiedz mi może teraz troszkę o sobie?
No i Samanta zaczęła opowiadać.
Pułkownik Jack O’Neill ocknął się. Znowu znajdował się pod szałasem. Słyszał pohukiwanie jakiejś sowy. Czuł tylko dziwny ból w okolicach podbrzusza i ramion. Jack błyskawicznie wyczołgał się spod namiotu. Wychodząc, poczuł pod ręką kształt charakterystyczny dla komunikatora dalekiego zasięgu wyprodukowanego przez Asgard.
Jack wstał, rozejrzał się. Był właśnie na jakiejś małej polance. Niedaleko niego stały Gwiezdne Wrota. Stały. A DHD było całe i nienaruszone. Ale wszystko to wyglądało jakoś dziwnie. A już szczególnie Wrota. Jack nie rozpoznawal symboli na nich wyrytych, a tymbardziej symboli wyrytych na DHD. Same wrota też wyglądały jakoś inaczej. Nagle szewrony zaczęły się zapalać. Wrota wymieniły protokoły i otwarły tunel. Jack wykazał się niezwykłym intelektem i chwilę zanim ktoś przeszedł przez Wrota, skoczył w pobliskie krzaki.
Przez Wrota przeszła grupka ludzi. Słychać było angielską mowę, slangowe wojskowe wyrażenia. Jack postanowił podejść do nich.
- Hi buddies! (Cześć chłopaki!)
- Doktorze O’Neill? Skąd się pan tu wziął?
- Doktorze? Chłopaki, dobrze się czujecie? Co wy tu robicie?
- Doktorze O’Neill, jest pan przecież na ojczystym świecie Sprite’ów. Każdy mieszkaniec Ziemi zna ten adres!
- Ojczysty świat Spirite’ów? Nie wiedziałem, że te napoje mają własne światy. Jest tam gdzieś świat Coca-Coli? A 7Up? A Mountain Dew?
- Widzę, że żarty się pana trzymają. Proszę pamiętać, że jesteśmy właśnie w środku wojny. Proszę, tu ma pan jedno GDO i niech wraca pan do powrotem do bazy.
- Do bazy? A gdzie ja konkretnie jestem, bo te wrota to jakoś dziwnie wyglądają.
- Już mówiłem, na ojczystym świecie Sprite’ów. W galaktyce Trójkąta. Prowadzimy tajną akcję, która ma na celu zniszczenie tego świata. Coś jest z panem nie tak. Niech pan pójdzie z nami. Tak przy okazji - spadł nam pan z nieba, bo to przecież pan projektował tę bombę. Nie zdążył pan wprowadzić dodatkowych zabezpieczeń, to teraz ma pan chwilę. Może wreszcie dzięki tej dywersji i pańskiej pomocy zakończymy tą bezsensowną wojnę.
Doktor Jack O’Neill zapisywał już czwarty 150 gigabajtowy dysk twardy schematami, danymi, i temu podobnymi informacjami. Pracował razem z Carter nieprzerwanie od wielu godzin dostarczając jej kolejne informacje o dotyczące sprzętu i uzbrojenia. Tyle nowych danych SGC nie otrzymało od dawna. Schematy broni, projekty działających Wrót, metody otrzymywania metali szlachetnych, nawet metoda opisująca syntezę naquadah z powszechnie dostępnych surowców. To wszystko stawało się właśnie własnością SGC.
Jack biegł razem z drużyną w kierunku Wrót. Specjalny ładunek został podłożony przez niego (że ryzykował życiem, mało kto pamiętał) pod centralną bazę Sprite’ów. Ładunek oparty na bozonach Higgsa.
- Mike – wybieraj adres bazy krzyknął dowódca żołnierzy, Luke Lakewalker.
- Cholera jasna! – krzyknął Mike – wybieranie się zacięło!
- Niemożliwe, daj mi to! – krzyknął dowódca. Anulował sekwencję i wybrał adres jeszcze raz. Żołnierze wbiegli po schodach do wrót. Tuż za nimi był Jack, potknął się jednak na schodach.
Wrota wyłączyły się.
Tik, tak, tik, tak…
Z zegarku Jacka spłynęły ostatnie sekundy. Bomba eksplodowała rozsiewając radioaktywne bozony na tysiące kilometrów i niszcząc planetę.
Był to wielki sukces ludzi w wszechświecie Doktora O’Neilla. To jedno zwycięstwo miało wkrótce doprowadzić do powstanie zupełnie nowej potęgi. Potęgi, która miała miotać nie tylko całą galaktyką, ale i całym wszechświatem. Potęgi godnej następców Pradawnych. Potęgi, która mogła być udziałem tylko jednej rasy. Człowieka.
To miało zdarzyć się w niedalekiej przyszłości. Wróćmy do teraźniejszości.
Bomby bozonowe miały tylko jedną, niekoniecznie nieprzyjemną cechę. Działały na ludzi w pewien określony, bardzo specyficzny sposób.
I tylko na ludzi.
Przenosiły do alternatywnego wszechświata.
Jack ujrzał falę białego światła, zbliżającą się z olbrzymią prędkością z miejsca gdzie jeszcze przed nanosekundą stała baza Sprite’ów. Nie było już czasu na ucieczkę. Jack zamknął oczy spodziewając się najgorszego.
Nic bolesnego jednak się nie stało.
Jack otworzył oczy.
Znajdował się gdzieś na łące. Za nim otwarty był błyszczący portal pełen białego światła. Po chwili zniknął.
Jack spojrzał w niebo – był tam jeden księżyc, a gwiazdy były całkiem takie jak nad Kansas.
Rozglądnął się. Z daleka rozpoznawał charakterystycznie oświetlone wejście do Cheyenne Mountain Complex, wiedział więc, że raczej wrócił do domu. Chociaż nie miał zielonego pojęcia jak się tu znalazł.
Problem w tym, że nad głową Jacka właśnie przemknęła właśnie mała, oświetlona charakterystyczną "matrixową" zielenią, flota mother-ship Sprite'ów.
To nie zwiastowało dobrego.
Oj nie…
Ciąg dalszy nastąpi…
Użytkownik Promethe edytował ten post 06.02.2005 - |19:56|
#23
Napisano 05.02.2005 - |17:23|
Po1.
Dziękuje za pozdrowienia.
Po2.
Ktoś mi tu przebąkiwała, że to koniec miło mi ze to nie prawda.
Mały kłamczuch
Ładnie to tak??
Ta cześć opowiadania różni się od poprzednich, szczerze nie wiem, czym ale cos jest innego.
Pozostawiłeś tu więcej pytań nisz odpowiedzi, ja się tak nie bawię :|
Czy pułkownik Jack O`Niell wróci do swojego świata??
Czy zobaczymy ich obu obok siebie??
Co to za nowa rasa??
Jack złamał nogę, miał podrapane przez coś plecy a potem chodził jak by nigdy nic mu się nie stało??
Wygląda na to, że te skoki międzywymniarowe to lepiej leczą nisz sarkofagi
Bitwa pod Warszawą to miłe
Nie mogę się doczekać następnej części
Jak zwykle będę ci poganiać.
A wiec kiedy ciag dalszy??
Dziękuje za pozdrowienia.
Po2.
Ktoś mi tu przebąkiwała, że to koniec miło mi ze to nie prawda.
Mały kłamczuch
Ta cześć opowiadania różni się od poprzednich, szczerze nie wiem, czym ale cos jest innego.
Pozostawiłeś tu więcej pytań nisz odpowiedzi, ja się tak nie bawię :|
Czy pułkownik Jack O`Niell wróci do swojego świata??
Czy zobaczymy ich obu obok siebie??
Co to za nowa rasa??
Jack złamał nogę, miał podrapane przez coś plecy a potem chodził jak by nigdy nic mu się nie stało??
Wygląda na to, że te skoki międzywymniarowe to lepiej leczą nisz sarkofagi
Bitwa pod Warszawą to miłe
Nie mogę się doczekać następnej części
Jak zwykle będę ci poganiać.
A wiec kiedy ciag dalszy??
#24
Napisano 05.02.2005 - |19:56|
Zauważ, że on się obudził z koszmarnego snu, to nie były żadne sarkofagi, ani nic takiego... Chociaż... Ale nic nie wykluczam :-)
#25
Napisano 23.02.2005 - |09:23|
Tak sie zastanawiam kiedy bedzie ciąg dalszy :>
Mam nadzieje, że niedługo.
Mam nadzieje, że niedługo.
Użytkownicy przeglądający ten temat: 1
0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych

Logowanie »
Rejestracja







