OK, choć pewnie nie będzie to "po twojej linii" bo szczerze mówiąc nie dam się namówić na rozszerzającą wykładnię pojęcia "fenomen"
ad1)
myślę, że z Losem jest troszkę tak jak z "kodem Leonarda" powstało wiele publikacji i książek na ten temat, a nawet prawie dokładnie taka sama przez co posypały się oskarżenia o plagiat i... co z tego - publika pokochała Browna. Czy nie było już rozbitków, tajemniczych wysp, zła czającego sie z puszczy?? Oczywiście, że były. Tak wielu bohaterów??? Chyba nie do końca. Powiedziałabym raczej, ze jest tu tylko lekkie wypchnięcie bohaterów drugoplanowych. Zabieg wykorzystany chyba we wszystkich telenowelach. Celowy, bo obliczony na "długą fale", ma za zadanie zaprezentować szeroki wybór potencjalnych ulubieńców jak największej liczby widzów. Muszą się "zaprzyjaźnić" z możliwie dużą liczbą widzów a łatwiej to zrobić jak pokarze się więcej obiektów. Wspomniana tu już wielokrotnie "moda" zaprezentowała chyba ich ze 30. wszystkie przedziały wiekowe, kolory włosów, ulubione profesje(lekarze, modele, artyści) metodą : dla każdego coś miłego.
A wracając do Lost - to nie zarzut, że korzysta się ze sprawdzonych pomysłów - a wręcz przeciwnie. korzystając ze znanych już osiągnięć sztuki uwodzenia widza (łącznie z elementami typu survival, których osobiście nienawidzę a zwłaszcza: rozbiliśmy się teraz tworzymy sojusze i znajdujemy fanty) dzięki umiejętnemu wymieszaniu wątków psychologicznych z mistycznymi i elementami kina akcji powstała doskonała mieszanka zdolna przyciągnąć przed ekrany miliony zachwyconych fanów.
A tak na prawdę to jest jedna rzecz, która (IMHO!!!) przesądza o sukcesie i to nie tylko Lost, bo jest to recepta, którą stosuje z powodzeniem np Bruce Willis w większości swoich filmów i którą wprowadził RDA do SG1. Pan Anderson powiedział, że aby przetrwać tak długą produkcję jaką było kręcenie przez wiele lat jednej serii i praktycznie zżycie się z rodziną filmową konieczne było wprowadzenie elementu humoru i tego właśnie zażądał wręcz od twórców SG1. I udało się seria absolutnie nie komediowa nie stroni jednak od doskonałych żartów, głównie słownych. Zapytani o najlepszy odcinek SG1 fani praktycznie jednomyślnie odpowiadają, że " Window Of Opportunity "- najzabawniejszy, usiany złośliwymi, komicznymi tekstami odcinek serii!
W Lost też jest taki ktoś kto stanowi dla mnie skrzyżowanie Jamesa Deana z Brucem Willisem - Sawyer!
To co ta postać robi dla serii jest nie do przecenienia. Nikt tak nie nakręca wrażenia jak Josh Holloway i postać, którą odtwarza. Im mniej jego złośliwych tekstów tym gorsze odcinki
Druga rzecz za którą cenię serię to przemycenie "mądrych " treści. Coś dla tych, którzy nie trawią odmóżdżających produkcji typu "Ciao Darwin" znajdują w rozrywce pole do przemyśleń. Ja to osobiście baaaaaaaaaardzo lubię. Założę się, że nie tylko ja szukałam po emisji Lost informacji o magnetyzmie w necie.
I tu nawiązuję do pytania nr2.
Lost prowokuje do poszukiwań odpowiedzi. to rzadka sztuka, bo postawić pytanie jest rzeczą banalną ale zmusić kogoś żeby zechciał na nie poszukać odpowiedzi to zadanie karkołomne (spytaj każdego nauczyciela) w dzisiejszych czasach prawie nikomu nie chce się szukać odpowiedzi, mima googla i mimo innych genialnych ułatwień. Twórcy Lost dokonali czegoś, co dotychczas udało się dotychczas chyba tylko fonom Lyncha. IMO fani D. Lyncha mało tego, że wyjaśniają wszystkie wątpliwości to znajdują odpowiedzi absolutnie doskonałe, śmiem twierdzić, że lepsze od twórcy filmów, który ośmielam się twierdzić, że ich nie zna! Nie mam pojęcia w jaką stronę "pójdzie" Lost ale na razie idzie w tę samą co (kultowe i fenomenalne ale jakże na końcu wkurzające) "Miasteczko Twin Peakes" i być może to właśnie wierni, mądrzy i "poszukujący" fani odpowiedzą co tak na prawdę stało się wśród Zagubionych (notabene teorie już są i to znakomite).
ad3)
te wszystkie nawiązania są bogactwem tej serii i bezsprzecznie stanowią o jej wartości. Postaci odarte z tych cech, reprezentujące te wspaniałe różnorodne wartości byłyby jak za przeproszeniem postaci z Big Bradera, czy właśnie tych durnowatych Robinsonów. Byliby ludźmi, którzy nic sobą nie reprezentują i jedyne co mięliby do powiedzenia to co myślą o Jolce albo innej Frani, a szczerze mówiąc nie myślą zbyt wiele ani zbyt mądrze. Na pierwszy rzut oka one nie są widowiskowe ani nie pojawiają się jaskrawo ale kim byłby Sayid, nawet żołnierz ale bez swojego pochodzenia. A Sun i Jin - jako Hiszpanie, byliby znacznie mniej intrygujący. Zaś wszystkie odniesienia są jak przyprawy: te psychologiczne to pieprz, kulturowe - sól a literacko-naukowe są jak aromatyczne oregano, nie musisz dodawać ale przyjemnie jeść coś wykwintnego :sma1:
Na czwarte pytanie nie podejmuję się odpowiadać. Z jednej strony można śmiało twierdzić że dzisiaj i w tej chwili jest serią kultową bo ma tabuny zachwyconych fanów i rzesze naśladowców, zmienił nastawienie do SF wielu typowych "oglądaczy seriali" i zarobił mnóstwo kasy.
Ale niestety obiektywnie trzeba zauważyć, że dorobek serii nie jest zbyt duży i ta rzesza widzów znacznie się przerzedziła. Niestety już druga seria nie spotkała się z tak ciepłym przyjęciem jak pierwsza a trzecia jest wręcz krytykowana. Oczywiście nie przekłada się to drastycznie na oglądalność ale już może sie przełożyć na potencjalną "kultowość". Jednemu nie da się zaprzeczyć od pewnego czasu (chyba od czasu Archiwum X, potwierdzone przez Sopranos, 6 feet under, 24 i Prison Break, CSI i jeszcze kilka innych seriale zyskały nowe miejsce wśród produkcji rozrywkowych. Jeszcze do niedawna produkcje telewizyjne traktowane były jako miłe ale nie prestiżowe, popularne ale nie ambitne, oglądane ale nie poważane i wreszcie znane ale nie zaszczytne. Widz telewizyjny choć paradoksalnie wierny i oddany był w mniejszej cenie niż widz kinowy a aktor, który zyskał już pewien status nigdy nie zniżyłby się do występowania w serialu, no chyba, że jako "special guest star". Dziś już nikt tak nie uważa i Kiefer Sutherland pyszni się swoją rolą Jacka Bawera a piekielnie zdolna Patricia Arquette która "wydarłaby sobie duszę" dla kina i brawurowo grała najtrudniejsze role, m.in. u Lyncha (ja uwielbiam jej kreację w "Stygmatach") pojawia się w roli głównej serii Medium, za co zresztą oboje zbierają nominacje i nagrody. Przykłady oczywiście można by mnożyć, ale fakt niezaprzeczalny to taki, że na telewizję jakoś mniej ostatnio się wybrzydza. Przyczynił sie do tego ewidentnie rozwój sieci kablowych, produkcje własne np HBO, a co za tym idzie rozwój, konkurencja, rywalizacja. Zaowocowało całą masą znakomitych produkcji. Wiele z nich zdobyło miliony fanów i wielbicieli, ale status kultowy wywalczyły sobie tylko niektóre. Czy Lost będzie jednym z nich ?

Za wcześnie żeby to już potwierdzić ale można prorokować, że ma spore szanse, przyszłość pokaże, czy nie zostaną zmarnowane.