Niestety, ale świat "Stargate" w formie z lat dziewięćdziesiątych już nie wróci, bez względu na to jak wielką sympatią darzą go starzy fani. Na takie produkcje nie ma już niestety miejsca we współczesnej telewizji.
Ale to, co opisałeś nie ma związku. Naprawdę-zmienił się sposób robienia seriali. Nie ma epizodyczności, a przynajmniej przestała ona być wymogiem - ludzie są w stanie na bieżąco podążać za ulubioną produkcją. Kiedyś wiedziano tylko, że X leci w dzień Y o Z godzinie a i to tylko wtedy, gdy to powiedziano wcześniej w telewizji... Zmienił się rynek, więc serial razem z nim, dojrzewając. Nastąpiła fragmentaryzacja, rozrost i specjalizacja seriali. Kiedyś wszyscy pchali się tylko do filmów-tam się robiło karierę. Dziś preferuje się prace and serialami-tam jest kariera i pieniądze. Ale nie powoduje to, że pewne typy historii wyszły z użycia, a to właśnie mówisz.
Forma się zmieniła, treść jest taka jaka była - dowolna. O tym, czy dany pomysł chwyci zależy właśnie treść. Jeśli zaś mówisz, że robisz reboot, to oznacza dwie sprawy:
1. Opierasz się na już wytworzonym materiale źródłowym i go przetwarzasz na nową jakość
2. Odwołujesz się do już istniejącej franczyzy by przyciągnąć uwagę i sciągnąć widownię.
Jeśli twoje zmiany maja być tak duże, że pkt 1 zaprzecza pkt 2 to nie ma sensu robić reboota, tylko kompletnie nowy serial-skoro i tak wszystko, co ważne zmieniasz, to po co to udawać, że to nadal Stargate?
Pewne rzeczy leżą u podstawy każdej historii i ją
współstanowią. Nie można ich więc od tak wyrzucić czy zmienić, bo wtedy zmieniasz całość - w coś nowego. Podam przykład. Ten sam co ostatnio. Star Wars. Reboot. I zmieniasz Moc. Jesteś niezadowolony z jej "magicznego charakteru" a połowiczne rozwiązanie w postaci midichlorianów cię nie satysfakcjonuje. Opracowujesz teorię pola mocy, implementujesz wnioski, powodując, że de facto Jedi zmieniają się w psioników próbujących skontaktować się z duchem wszechświata-jakąś Gaią wszystkich Gai. No, to może być super pomysł, świetny koncept. Ale to już nie Star Wars. W Star Wars Moc reprezentuje wszystko to, co nienaukowe i niepoznawalne, mistyczne i duchowe. W ep. IV było wyraźnie przeciwstawianie religii nauce, Jedi byli raczej mnichami, postaciami religjnymi a nie jakimiś psionikami. Moc zaś zawsze miała być "czymś tam gdzieś tam" i nigdy nie być wyjaśniona. To, co sie potem z tym stało to inna sprawa, dowodząca że Lucas sam nie wiedział co było tak dobrego w tym co stworzył i co tak naprawdę stworzył.
Dokładnie to samo ty robisz z SG imo.
Inny przykład. Deep Space 9. Tworzona przez scenarzystów z nowego narybku TNG, którzy dostali się szczęściem, przypadkiem lub talentem do ekipy i był fanami Treka. Kiedy dano im wolną rękę, dali nam DSN. Ogółem dobry serial jak na swoje czasy, zapowiadał BSG (ci sami ludzie) ale... To NIE był już Star Trek. Nastąpiła fanfikoizacja. Sekcja ileś tam-seriously? Federacja ma super tajną organizację dokonującą zabójstw, szpiegostwa itd. i stworzono ją u samego zarania Federacji? Genocyd? Wojna domowa w Federacji? Wielkie bitwy między tysiącami statków na raz w odległości 5 metrów od siebie? Are you high? Złamano wszystkie elementy Treka które sprawiały, że to był Trek a nie na przykład-Babylon 5. Została tylko nazwa.
Jeśli coś funkcjonue dobrze, więcej - stanowi "duszę" jakiejś hisotrii, to nie można jej od tak zmieniać. Na takie traktowanie zasługuje tylko crap pokroju oryginalnego BSG, gdzie jest to tylko podstawa do skoku dalej.
Masz może jakieś bliższe informacje na ten temat? Nie słyszałem nigdy o tym fakcie, a brzmi on dość podejrzanie jak dla mnie. Po pierwsze temat "bogów z kosmosu" już od kilku lat wałkował pewien szwajcarski hotelarz (przy okazji kompletny ignorant jeśli chodzi o historię i archeologię) wraz ze swoją bandą nawiedzonych wyznawców.
Po drugie nie bardzo rozumiem jak można "ukraść" komuś teorię (mówimy o opublikowanej naukowej teorii?) wprowadzając do filmowego scenariusza wątek nią inspirowany? Brzmi to kompletnie niedorzecznie...
Nie nie nie, zupełnie nie o to chodzi. Facet napisał na studiach książkę. Fabularną. Powieść. Oparł ją na swoich teoriach na jej potrzeby opracowanych-np. nowe tłumaczenie starszych hieroglifów (w upośledzonej formie pozostało w filmie). To był zwykłe SF, zmyślił to sobie, ale ponoć całkiem sprytnie. Nie wiem jak sprytnie i czy to dobre było, książka nigdy nie została wydana. Bo: Gwiezdne Wrota-jego. Ra, otoczka-jego. Postacie-jego. I tak dalej. Devlin i reszta mieli sprawe o plagiat, w końcu poszli na ugodę z kolesiem, odpalili mu bodajże sto kafli i chwatit. I dlatego nikt jej nie przeczytał-treść układu sądowego.
W sumie możliwe, że kolo to zmyslił psotfactum, któż wie.
Fabuła SG niestety bardzo cierpiała ze względu na te wątki (...) np. Daniel (genialny humanista) twierdzący, że średniowiecze było okresem totalnego zacofania, bez którego już mieszkalibyśmy na Marsie... Takie rzeczy naprawdę rażą...
No akurat to drugie to efekt powszechengo mniemania takiego jak to, że wpojono masowej świadomości że używamy tylko 10% swojego mózgu (też w SG obecne). Poza tym ta kwestia z średniowieczem to nowa rzecz, bodajże w latach 70-tych była moda na ponowne odgrzebywanie paradygmatów historycznych i ich rewaluację krytyczną. Tak np. okazało się, że Inkwizycja wcale nie była tak krwawa i irracjonalna i cała jej czarna legenda to propaganda protestancka i przekłamania wieków późniejszych.
Rozwiązaniem nie jest pozbycie się tematów starożytnych, bo to niszczy podstawy SG (równie dobrze można wyrzucić same Wrota tylko dlatego, bo ich dialing system nie ma sensu i się kupy nie czymy).
Rozwiązaniem jest przysiąść fałdów, a nie się lenić i zapoznać się z starożytnością, archeologią itd. I tak to poprowadzić, by było wiargodne. Nie musi być naukowo zgodne. W sumie to otworzy mnóstwo ciekawych możliwości i pomysłów. Tak powstaje kupa ciekawych książek.
Tyle tylko, że to nie usuwa problemu wieśniaków. Ja byłbym za tym, żeby unikać sytuacji rodem z SGA, gdzie system Wrót był dostępny dla społeczności stojących na poziomie bliskowschodnich ludów pasterskich z epoki brązu. 
Jak ja bym to widział? Wrota powinny być czymś w rodzaju Monolitu z "Odysei Kosmicznej" (...)
To po co to nazywać Stargate? Przecież ewidentnie w tym pomyśle chodzi o coś
zupełnie innego. W Wrotach chodzi o łatwą komunikację, pozwalającą każdemu kto umie wcisnąć właściwe przyciski lub obracać koła - na międyzgwiezdny transport. W twoim chodzi o skomplikowaną łamigłówkę, która odsieje debili, by zdając ten test udowodnili, że intelektualnie dorośli do gwiazd. Zupełnie co innego.
Jednocześnie niepotrzebnie się hamujesz w tym pomyśle, gniotąc jego potencjał pod stęchlizną pozostałości SG. Cywilizacje mające radio i prymitywny komputer? Po co to. Chcesz to utrzymać dlatego, w SG mieliśmy do czynienia z mało zaawansowanymi planetami raczej. To pozostałość po SG. Odrzuć i wyłuskaj tylko ten nowy pomysł to do razu zobaczysz, że to go kulawiło. Wrota do kosza.
Znaleziony został artefakt obcych. Badają go. Odkrywają pewne jego wlaściowsci. Okazuje sie, że artefakt został umieszczony x milionów lat temu na Ziemi i śledził jej rozwój, monitorujac np. fale radiowe. Gdy ludzie rozgryzają jego zagadkę, artefakt uruchamia swoje podstawowe funkcje-komunikacje FTL. Można przesyłać dane między planetami. Okazuje się, że w ten sposób łączy z cywilizacjami na podobnym etapie rozwoju. Celem jest dogadanie się i rozwiązanie nastepnej warstwy zagadki, która odblokuje transport FTL między planetami. Powoli, krok po kroku kolejne zagadki są rozwiązywane, problemy techniczne, wiedza rośnie - chodzi o to by zmusić do współpracy różne cywilizacje by osiagalł następne etapy rozwoju wspólnie. Za każdym razem pokonując dany poziom wkraczamy na wyższe, gdzie mamy do czynienia z coraz lepiej rozwinętymi cywilizacjami. Rozwiązanie zagadek jednocześnie odblokowuje podstawy kolejnych dziedzin nauki. Oczywiście, pewne cywilizacje sa złośliwe i kradną wiedzę o kolejnych etapach idąc na skróty, więc nie jest cukierkowo.
I bach-okazuje się, że jakoś nam tak się udało, że ekspresem pokonaliśmy poziomy i dotarliśmy do nie swojej ligi, łamiac cały system i udowadniając, że jest niesprawiedliwy oraz wadliwy. Tymczasem cała cywilizacja galaktyczna jest oparta na tych skrzynkach-artefaktach i levelowaniu cywilizacji podle swoich kryteriów. Nagłe pojawienie się prymitywnych Ziemian na samych szczytach powoduje zamiesznie i kompletne złaamanie dogmatów na których opierano współprace, rozbijając budowaną od tysięcy lat siatkę zależności i interesów, burząc światopoglądy. Galaktyka zsuwa się w oblicze wojny, a my jak te pajace pośrodku bez sojusnzików i możliwości obrony i przed bardziej zaawansowanym gatunkami.
There you go. Coś zupełnie nowego i w klimacie. Nic z Stargate to nie ma wspólnego, za to dokładnie w tym kierunku zmierzasz. Trzymanie się schematów z SG tylko cię upośledza w tym wysiłku. Spójrz: Wrota to proste urządzenie i podstawowa częśc całej fabuły. Jeśli zaczniesz przy nich kombinować, dodając bajerki, zmienisz ich istotę i rolę w fabule. Więc jeśli będziesz się trzymał ślepo schematów SGowych, to zarżniesz swoją własną pomysłowość. I zaliczysz faila, widzowie by cię objechali jako producenta homo-niewiadomo.
Babylon 5 nie udawał, że jest Trekeim, mimo że jest twórczym przetworzeniem zasad przez niego wyznaczonym. Bo nie oszukujmy się - B5 bez Treka nigdy by nie zaistniał, jest zakorzeniony w nim bardzo mocno. Ale Straczynski nie pozwolił, by Trek ograniczył jego pomysłowość, skoro on chciał zmieniać nie tylko formułę, ale i treść samą. Odrzucił więc wszystko - a przecież pierwotnie miał robić przy Trekach.
I tylko na koniec o wieśniakach: to są ograniczenia
produkcyjne. Nie mają nic wspólnego z... no, niczym. Gdyby mogli, to by nam pokazywali coś ciekawszego, ale nie było ich na to stać. Jak mozna z tego czynić poważny zarzut merytoryczny? Tak, to ograniczało, ale to nie jest niczyja wina. To, co przyjęło się nazywać wieśniakami to nuda. Tak samo "kandyjskie lasy". Nuda. Nie pokazywano nic nowego, ciekawego, odmiennego. Dlatego na taki plus były widoczki z SGU. Tam to naprawiali.
Gdyby można było w każdym odcinku pokazać dobrze rozwinętą, odmienną kulturę na niższym od naszego poziomie rozwoju z miastami, wioskami, polami, zwierzętami i odmiennością fauny oraz flory - to by to robiono.
Argument niepoważny.
Wcale nie proponuję pozbywania się tego wątku. Sądzę jedynie, że trzeba zmienić skalę. Wątek kilkudziesięciu obcych tyranów, władających ziemią w czasach historycznych jest po prostu z gruntu niedorzeczny. Ja widziałbym tutaj raczej pojedyncze obce placówki na Ziemi oraz mocno ograniczone kontakty z ludźmi.
A skąd ty to wziąłeś? Na Ziemi rządził Ra, rozdając swoim przydupasom ludzi. Goauld tylko podszyli się pod istniejace kultury i przenieśli je w gwiazdy. Prezez okres gdy Ziemia była częścią Imperium goa'uld istniała regularna wymiana kulturalna, więc czyny goa'uld wpłynęły na rozwój ludzi i opowieści o nich przeciekły do legend. I tyle.
Yu nie miał na Ziemi swojego pałacu, tak smao Kronos. Trudno podejrzewać, że Sokkar rzadził gdzieś na Ziemi po Ra?
Naprawdę, to akurat jest wyssane z palca.
Tyle tylko, że ten wątek w tej chwili za bardzo kojarzy się z cyklami pomiędzy kolejnymi inwazjami Żniwiarzy w uniwersum "Mass Effect", chociaż oczywiście w SF pojawiał się już wiele, wiele razy - chociażby w fenomenalnej "Córce Łupieżcy" Dukaja.
ME po kompromitacji z zakończeniem pokazał, że był jałową stratą czasu tysięcy ludzi na całym świecie. Ale fakt, to logiczne rozwinięcie pomysłów, które odbijają się po SF od dawna. W wymiarze "popkulturowym"-seriali, gier właśnie, przechodzi wolniejsza ewolucje od wersji książkowej i trochę podąża w swoim kierunku. Jego źródło leży właśnie w ... próbie twórczego tłumaczenia ograniczeń produkcyjnych, czyli słynnych lemowskich "plastikowych ryjów". Star Trek TNG przebił się tym do masowej wyobraźni ideą rasy prekursorów, potem mieliśmy B5 z prekursorami ciągle aktywnie mieszającymi na wielką skalę w gatunkowocywilizacyjnym kotle, potem mieliśmy Stargate, Farscape i BSG nowe. Wszystkie w ten czy inny sposób odwołują się do tych podstaw. Z tych samych względów - braku kasy na coś innego niz gumoryje.
Gry komputerowe, mające więcej swobody, rozwinęły formułe. ME był poprzedzony serią Halo oraz wieloma grami strategicznymi, ale tez strzelankami. Tak więc powoływanie się że "coś podobnego było w ME" może powodować tylko spojrzenie politownia. To było wszędzie od zawsze, jak elfy i krasnoludy z orkami w fantasy. A to, ze ostatnio robi to masowo WOW nie oznacza, że to ich licencia poetica i wstyd, fffuj od nich zżynać, bo to jest idea w public domain.
Starcraft pwostął, bo Blizzard chciał robić WH40k, ale nie wyszło, więc ucięli z zarysami tego świata i zrobili z nim zupełnie coś nowego, dopasowujac do podstawowych konceptów powstającej gry i nagle okazało się, że to już coś zupełnie nowego. I co z tego, że Terranie to Imperium Człowieka, Zergowie to Tyranidzi, Protosi to Eldarzy? To zupełnie nowa jakość, odeszli do pierwowzorów daleko.
Ponownie-zauważ, jak podstawowe pomysły, uwolnione z okowów świata który się nie podoba, nagle dają wspaniałe rezultaty.
Moim zdaniem tego właśnie nie powinno się zmieniać w hipotetycznym reboocie. (...)
Przecież mówiłeś zupełnie co innego. I dlaczego chcesz się trzymać nagle źródła w kwestii ras, ale nie reszty? Dlaczego tu to działa i "to jest Stargate" a reszta nie?
Nie możesz dowolnie wszystkiego zmieniać. Nie na tym polega reboot.
I akurat Pardawnycn to można swobodnie zmienić, bo to jedne z elementów który kulał potem. Jak wieśniactwo.
Wiesz... Autorzy powieści opartych na wątkach "osobliwościowych" doskonale zdają sobie z tego sprawę. Stross w "Accelerando" bardzo fajnie z tego wybrnął - tam umysł Matrioszka okazywał się tak naprawdę pułapką, postludzka cywilizacja zostawała na wieki wieków przywiązana do swojej gwiazdy, mając do swojej dyspozycji system "routerów" FTL. Przepustowość sieci była za mała, by pozwolić na transfery umysłów postludzkich, "boskich" bytów żyjących w cyberprzestrzeni. Możliwa była co najwyżej wymiana informacji.
Stross nie umie pisać, jest antytalenciem, a co do tematyki jego książek, to do tego jest idiotą. Nie jest to opinia. To fakt. Wystarczy poczytać jego bloga składającego się z przemyśleń dorsza, zupełnego randoma-podąża zawsze i wszędzie za myślami kogoś innego. Jeszcze nigdy nie napisał ani nie powiedział czegoś oryginalnego ani wartego zapoznania się. Jest wierzchem czyraka w jaki zmienił się nurt SF aspirującej.
Tak więc jak się możesz domyślić, powoływanie się na jego autorytet nic dla mnie nie znaczy.
"Accelerando" było @#%&&!!ką wielką. Ale nie temat i nie czas, by o tym wyrzygu gadać.
Problem z całą tematyką singuliratariańską jest taki, że nie ma ona sensu. To jaranie się mierną teoryjką jednego faceta który zbija na tych bredniach grubą kasę i ewidentnie ma problemy z głową po śmierci swojego ojca. SF zamiast wejśc w dialog z jego pomysłami, przetwarzając je, kłócić się, to je z otwarta japą retarda powtarza ślepo. Ot, nowoczesne gumoryje. Tfu, na urok.
Nie, Stross niczego nie rozwiązał, bo nie jarzy jednej podstawowej rzeczy: symulacja nie jest prawdziwa w sensie obiektywnym. Generuje tylko wyniki. To są właściwości bez substancji. Więc opieranie cywilizacji na tym to kompletny kretynizm, takie coś mogłoby nastąpić tylko i wyłącznie na wskutek użycia siły pod wpływem jakiejś chorej ideologii, bo oznaczałoby zabijanie ludzi. A on robi jeden wielku fanwank dla Vinge'a, Moraveca i Kurzweila. No gorszych deeili nie mógł na idoli wziąść. Tylko deGarisa brakuje do kompletu, by obok nudziarza, szaleńca i głupola znalazłby się oszust.
Generalnbie zagadnienie osobliwości bardzo mi się podoba, chociaż mam co do niego silne zastrzeżenia. Jego rdzeń (założenie, iż pewnego dnia techniczna ewolucja może wyprzedzić biologiczną) jest jak najbardziej logiczny i całkiem prawdopodobny.
Lem, Lem Lem i jeszcze raz Lem. Facet sam stworzył gatunek SF od podstaw, był odcięty od kaszany zaoceanicznej. Dlatego go tak frustrowała. W latach 50-tych, swoimi pierwszymi książkami z filozofii obalił 90% poglądów singuaritarianizmu którymi jarają się palanty pokroju Kurzewila do dzisiaj, myśląc, że na nie wpadli.
Kurzweil zauważył dopiero parę lat temu, że istnieje fizyczna granica sprawności komputerów, dlatego inkorporował matrioszki. Lem gdzieś w głębi lat 70-tych od dawna to mówił. Badacze AI od jakichś czterech-pieciu lat dopiero mówia, że AI będzie zupełnie odmienną sprawą, że będzie rozwijało się w innym kierunku niż nasza inteligencja i dlatego nam nie zagrozi. Lem choćby w swoim "Fiasku" stwierdzał to już jako banał.
To teraz czekam na:
-istnieje granica "masy" inteligencji jaka może mieć pojedyncza istota, potem rzecz ulega załamaniu ->musza istnieć tka na logike obiektywne jej granice wynikajace z prawideł fizycznych
- maszyny to prymitywne wersje tego, co natura już znalazła. Lema fascynował fakt, że praktycznie podążamy ścieżką natury, ale odgórnie, podczas gdy natura dziłała oddolnie. Nie powiedział tego wprost, pewnie nie zdążył, ale logicznym wnioskiem jest, że "zlanie" się technologii i biologii to nic innego, jak nadrobienie zaległości po stronie technologii. I to ma sens. A nie założenie, że technologia i biologia to byty przeciwstawne, ale pararelne. To paradugmat kulturowy, pochodzący z nurtów ludycznych i utrwalany do dzis w odbiorze masowy np. obecnymi kwestiami ekologicznymi.
Singuliratarianizm to taka sama głupkowata ślepa ścieżka jak motywy wykute przez Asimova na potrzeby Fundacji. Psychohistoria i imperium galaktyczne. Odlot kompletny. Albo Heinlein z swoim "amerrrican dream in spaaaace!" całkowicie ignorujący wszystko po drodze i skupiający się tylko na pierdach w stylu jak zbudwana jest rakieta. Cegła na głowę.
Ogólnie-efekt fetyszyzacji gadżeterii. Zero myśli faktycznej. Zero-jeśli zamknąć się w tym jak w gettcie i w kółko wałkować. A tak sie to własnie dzieje (witam, panie Dukaj, a może wymyślisz pan coś nowego?)
A żeby to jeszcze dawać do SG jako motyw przewodni-to już do widzenia, ślepa Gienia. Owszem, dobrze by było mieć serial mocujący się z tymi tematami, ale to nie ma nic wspólnego z SG, to łamanie go kołem i ćwiartowanie, abstrahując już od mojego zdania na temat tych popłuczyn.
Jednak odrzucanie koncepcji sztucznego umysłu jest jeszcze większym absurdem - w końcu Ślepemu Zegarmistrzowi już raz się udało, chociaż musiał działać przez setki milionów lat, wewnątrz ograniczeń narzuconych przez prawa fizyki. Wniosek, że to samo z natury rzeczy znajduje się poza możliwościami inteligentnego inżyniera opiera się na wprowadzonych tylnymi drzmiami metafizycznych koncepcjach.
Jednak jeszcze raz powtarzam: jeśli sztuczny umysł kiedyś powstanie, z całą pewnością nie będzie nim komputer. Będzie to zupełnie odrębne urządzenie, którego jeszcze nie znamy.
Ja nie odrzucam. Ja krytkuję. Obecnie myśl w tej kwestii podąża w ślepą uliczkę i jest z tego tytułu strasznie zadowolona. Nie ogarnia więc implikacji tego, co propaguje, faktycznego znaczenia. W istocie mysli magicznie, nieracjonalnie.
Jest oczywiste, że umysł da się odtworzyć, tak samo inteligencję (to nie to samo). Jednak ważny jest sposób w jaki się to robi i jaki cel temu przyświeca - czy odtworzenie tylko właściwości, charakterystyki, czy samej substancji? W obecnym dyskursie o AI panuje frustrujące niezrozumienie o co w tym chodzi, Zapędzono się w kozi róg, bo dojść należy do wniosku, że rzeczywistość to symulacja a symulacja to rzeczywistość (sic).
A co do myśli, że niemożliwość zbudowania AI to "wprowadzenie metafizyki tylnymi drzwiami"... Really?
http://en.wikipedia....teness_theorems<cmokniecie> Jak na mój gust to jedna z podstaw wyższej matematyki!
Singulitarianizm zakładając niemożność poznania samej osobliwości po prostu sam się pokonuje. Albo wszystko można wyjaśnić i zrozumieć, albo nie. Sprawność inteligencji nie może tu być przeszkodą, co najwyżej czas. Jednak zakładając, że na jakimś poziomie powstaje zupełnie nowa jakośc - strzelają obie w stopę a rykoszet trafia ich w podbródek, wybijając w łepetynie dziurę, bo to równie dobrze może oznaczać, że odpowiedniego AI nie zbudujemy.
Poza tym założenie, że tej jakości już nie mamy biorą z sufitu, z kulturowego paradygmatu "metal is not weak", odwrotności ludyzmu-wstrętu do natury.
Możliwość niemożliwości" to nie jest metafizyka, ale prawdopodobieństwo. I ono samo w sobie, paradoksalnie, nawet jeśli prawdziwe-nie musi być absolutne i można by je, być może, obejść (społeczeństwo robi to nonstop). Z punktu widzenia hmmm... takiego ogónofilzoficznego, to irracjonalizm jest faktem.
@xetnoinu
Tak, dobrze ująłeś naruszenia "corpus stargentii"

Czekam tak samo na jakieś większe konkrety, bo jak na razie to takie punktowe zmiany nie pokazują żadnej wizji które by je usprawiedliwiały, dlatego z definicji niczemu nie służą. Więc należy zadać pytanie: o czym byłby serial i jaką miałby formułę. Zamiast wyrywkowych pomysłów chciałbym przeczytać jakąs zwartą myśl.
A co do SGAR-nooo, na pewno

Ale obawiam się ze po tak długim czasie to jak strzał w stopę-to co tam chiałem mieć AŻ TAK ciekawe nie jest by tyle na to czekać

Ale słowo się rzekło.
Użytkownik Sakramentos edytował ten post 20.10.2012 - |02:07|
"If you watch NASA backwards, it's about a space agency that has no spaceflight capability, then does low-orbit flights, then lands on moon."
Winchell Chung