Sam stanęła na rampie razem z SG-2 oraz SG-11 i SG-7. Mieli się udać na P6V 331, gdzie stacjonował statek baza Goa’uldów. Jak donosił zwiad, statek nie był chroniony. Jaffa przebywali w znajdującej się kilka kilometrów od statku kopalni naquadah’u. Misja nie była prosta. Plan jednak owszem. Zająć statek, zabić wroga, przejąć kopalnię. W razie jakiegokolwiek niepowodzenia, statek miał zostać zniszczony. Sam nie chciał wyruszać na ta misję. Kilka lat temu by się nie zawahała, ale teraz sytuacja się zmieniła. Była w ciąży, a poza tym nie mogła ryzykować swoim życiem, wiedząc że Emilly ma tylko ją. Nie mogła pozwolić na to, aby jej córeczka straciła kolejnego rodzica. Jednak dostała rozkazy i musiała je wykonać. Kobieta spojrzała na stojącego w pomieszczeniu kontrolnym wrót generała Hammonda oraz Daniela. Uśmiechnęła się, a następnie razem z resztą zniknęła za błękitnym horyzontem zdarzeń.
Daniel patrzył jak jego przyjaciółka przechodzi przez wrota. Wiedział, że nie chciała iść na tą misję, jednak nie mogła nic zrobić. Dostała rozkazy z samej góry. Wrota zamknęły się za nią, archeolog spojrzał na generała, a następnie zszedł po schodach na korytarz, kierując się do swojego biura.
-Nieplanowana aktywacja z zewnątrz!- usłyszał głos przez głośniki. Zawrócił biegiem do pomieszczenia kontrolnego wrót. Stanął ponownie obok generała.
-To Tok’ra, sir.- odparł sierżant.
-Otworzyć przesłonę.- odpowiedział, a następnie skierował się razem z Danielem do pomieszczenia wrót. Przesłona otworzyła się, a chwilę później przez horyzont zdarzeń przeszedł Jacob Carter .
-George.
-Jacob.
Panowie wymienili uściski dłoni, następnie skierowali się do sali odpraw. Usiedli przy stole. Generał pozwolił Danielowi zostać, gdyż Jacob- Selmak stwierdzili, że to go zainteresuje. Następnie opowiedział mu całą historię.
-Chcesz powiedzieć, że Jack żyje?- zapytał archeolog, kiedy ojciec Samanthy skończył. Daniel wydał się zaskoczony, ale szczęśliwy z wiadomości. Pięć lat, nie było go pięć lat. Uznano za zmarłego. Jednak on, Sam oraz Teal’c wiedzieli, że to nie prawda. Mieli nadzieję, do końca. A teraz on żył. Żył! Jack żył!
-Tak. Jeden z naszych agentów znalazł go w celi Baal’a. Udało nam się go uwolnić, był w kiepskim stanie. Baal musiał go torturować, a potem ożywiać w sarkofagu. Zachował życie, tylko dlatego, że wszczepiliśmy mu symbiont Tok’ra.
-Co!?- Daniel oburzył się.
-Jack się na to zgodził?- zapytał generał. Jacob kiwnął przecząco głową.
-To było jedyne co mogliśmy zrobić, aby uratować mu życie. Anise…- urwał, kiedy usłyszał sygnał niezapowiedzianej aktywacji wrót. Jacob uśmiechnął się.- Już są.
Generał, Daniel oraz Jacob wyszli z sali odpraw i przeszli przez pomieszczenie kontrolne, udając się do sali wrót. Siły SF czekały w pogotowiu, przesłona otwarła się, a z niej wyszły dwie postacie. Jedną z nich była Anise, a drugą mężczyzna, znajomy mężczyzna. Daniel spojrzał na niego. Podarty mundur polowy, broda. Trochę wymizerniał ale z pewnością to był Jack. Daniel podszedł do niego bliżej i uściskał przyjaciela.
-Myśleliśmy, że nie żyjesz.- odparł, kiedy wypuścił go z objęć.- Jak się czujesz?
-Mam węża w głowie, jak mam się czuć.- Jack posłał mordercze spojrzenie w stronę Anise oraz Jacoba. Następnie przywitał się z generałem.- Dobrze cię widzieć George.
-Pułkowniku, dobrze, że pan wrócił. Zgłoście się do ambulatorium, a potem na odprawę. Musimy omówić całe pięć lat.
-Tak jest, sir. –Jack zasalutował, a następnie udał się razem z Danielem i dwoma żołnierzami z SF w stronę ambulatorium.
-George, jeśli pozwolisz chciałbym odwiedzić Emilly.- odparł Tok’ra. Generał kiwnął głową, a następnie dał mu znak do drogi.
- A więc co mnie ominęło? I gdzie jest Teal’c oraz Carter? Spodziewałem się większego komitetu powitalnego!
-Teal’c odwiedza syna, wraca pojutrze, a Sam jest na misji.- odparł, wchodząc razem z przyjacielem do windy.- Jack dużo się pozmieniało od twojego zaginięcia.
Jack, umyty, ogolony i przebrany wyszedł po czterech i pół godzinach z sali odpraw. Skierował się do swojej kwarty. Generał nie pozwolił opuszczać mu jeszcze bazy. Najpierw musiał dojść do siebie, a potem Tok’ra mieli usunąć z niego symbiont. Był zmęczony i znudzony. Ponad cztery godziny opowiadania o tym co przeszedł. Wszedł do pokoju i położył się na łóżku. Daniel obiecał mu wszystko wyjaśnić jak tylko wróci Teal’c. „Świetnie. Za nie długo czeka mnie kolejny nudny dzień z serii „Co robiłeś przez ostatnie pięć lat”. Gdyby przynajmniej Carter tu była.” Jack przewrócił się na bok. Myślał o Sam i o tym jak bardzo za nią tęsknił. Chciał ją już zobaczyć. Zamknął oczy i wyobraził sobie jej twarz. Uśmiechnął się. Nawet nie zauważył kiedy zasnął.
Jacob wyszedł z wojskowego samochodu, który zatrzymał się pod domem jego córki oraz jej męża. Dawno nie widział się z wnuczką. Naciągnął kaptur na głowę, aby uniknąć przeraźliwego deszczu, który padał od rana. Podszedł do drzwi i zapukał. Po chwili drzwi otworzyły się, a w nich stał zaskoczony Pete.
-Tata?
-Nie wpuścisz mnie do środka?- zapytał emerytowany generał, w tym czasie podbiegła do niego czteroletnia blondynka w kucykach z misiem w ręce. Jacob przykucnął i otworzył ramiona. Emilly przytuliła się do dziadka, a następnie wyciągnęła rączki w górę. Tok’ra podniósł ją i wszedł z dzieckiem do mieszkania. Pete zamknął za nim drzwi.
-Co tatę tutaj sprowadza?- zapytał podążając za teściem i Emilly do salonu. Usiadł w fotelu, naprzeciwko generała i wtulonej w jego szyję dziewczynki.
-Przyszedłem odwiedzić wnuczkę.- odparł całując dziewczynkę w czoło.
-Chodzi mi… o… no…
-A! Przybyłem z Jackiem.- odparł i spojrzał na zszokowanego informacja zięcia.
-Jack? Jack O’Neill?
-Tak. Jack żyje, ale wiesz, że nie mogę cię wdrążyć w szczegóły. To ściśle…
-…tajne. Tak wiem.- odpowiedział. Pete wstał z fotela.- Zostawię was samych, mam dużo pracy.- skierował się schodami na górę, nadal nie mogąc uwierzyć, że Jack O’Neill żyje. Na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmieszek, wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy i zaczął pisać smsa.
Jack chodził po bazie szukając Daniela. Nudziło mu się. I to bardzo, a kiedy mu się nudziło nikt o zdrowych zmysłach nie potrafił z nim wytrzymać. Był już na stołówce, zjadł obiad oraz niebieską galaretkę, ulubiony smak Carter. Musiał ją końcu spróbować, nigdy nie potrafił zrozumieć, co jest takiego wyjątkowego w tym smaku, że jego 2IC potrafiła walczyć o ostatnia miseczkę na śmierć i życie z każdym w całej bazie. Jednak nawet po zjedzeniu galaretki nie doszedł do tego co widzi w niej Carter. Następnie udał się do siłowni, trochę poćwiczył, jednak nie było Teal’ca, więc nie miał z kim się poboksować. Wyszedł stamtąd dziesięć minut później. Skierował się w stronę biura generała, kiedy wpadł na Daniela przewracając go i rozsypując stosy dokumentów i książek, które niósł. Spojrzał na niego z góry i ironicznie się uśmiechnął, podczas gdy jego przyjaciel uklęknął na kolanach próbując uporządkować papiery.
-Pomóc ci?- zapytał, Daniel spojrzał na niego ze zdziwioną miną. Znowu robił mu na złość. Dobrze wiedział, iż jeśli poprosi go o pomoc, ten wywinie się bólem kolan. Denerwowało go jego zachowanie. Prawdopodobnie, gdyby nie to, że Jack zaginął na pięć lat, teraz pewnie byłby w stanie coś mu zrobić. Ale jednak... Za bardzo brakowało mu tych zgryźliwych uwag, „kłótni” o nic, ironicznego uśmieszku i ciętej riposty, która bądź co bądź nie zawsze mu wychodziła tak dobrze jak myślał. Daniel pozbierał papiery z ziemi. Podał część z nich Jackowi, chwycił do ręki drugą część i razem z przyjacielem udali się do jego biura. Kiedy doszli na miejsce Daniel położył dokumenty na biurko, następnie spojrzał na przyjaciela.
-Masz do mnie jakąś konkretną sprawę?- zapytał. Jack odłożył jego książki na pierwsze lepsze wolne krzesło. Włożył ręce do kieszeni i podszedł do biurka Daniela. Usiadł na jego krańcu.
-Eee… w sumie to nie. Ale skoro już tak sobie siedzimy…- przerwał mu dzwoniący telefon. Jack podniósł słuchawkę i już chciał coś do niej powiedzieć, kiedy Daniel mu ją wyrwał.
-Dr. Daniel Jackson, słucham?- powiedział archeolog do słuchawki.-Tak, to prawda… Nie… Nie… Tak… A ty jak się dowiedziałeś?... A no tak… Racja… Pete nie rób tego. Porozmawiasz z nią jak wróci… Nie, nie wiem dokładnie kiedy…. No dobrze, dam ci znać. Musze kończyć. Cześć.- Daniel odłożył słuchawkę. Był trochę rozgoryczony.
-Chłopak?- Daniel spojrzał na Jacka. Na jego twarzy pojawił się uśmieszek.
-Co? Nie! – Jack podniósł prawą brew imitując Teal’ca.- To był Pete. Pete Shanahan.
-A co on od ciebie chciał?- Jack doskonale pamiętał policjanta, z którym Carter się spotykała. Nigdy nie lubił tego gościa. Zawsze uważał, że nie jest odpowiednio dobry dla jego Sam. „Jack opanuj się, to nie jest twoja Sam. Nigdy nie była i nie będzie!”. Jack spojrzał an Daniela, który wydawał się zmieszany jego pytaniem.
-No wiesz on… on i Sam…- spojrzał Jackowi w oczy.- Są małżeństwem.
-CO!?- Jack aż podskoczył.- Przecież zanim zniknąłem, chciała z nim zerwać.
-Jack wiele się zmieniło od tego czasu. Sam nie miała wyjścia. Zaszła w ciążę i musiała go poślubić…- odparł Daniel. „Musiała poślubić go, aby chronić ciebie. I wasze dziecko!” dodał w myślach.- Jak już ci mówiłem, wiele się zmieniło przez te pięć lat…
-No to na co czekasz? Może mi wreszcie streścisz co robiliście, kiedy ja popijałem herbatkę u Baal’a.- odparł nadal nie wiedząc jak ma zareagować na fakt, że Sam i Pete są małżeństwem i mają dziecko. Teraz już wiedział, że jedyna nadzieja, jaka trzymała go przy życiu przez te wszystkie lata, nie jest już wolna. „ Czego ty się spodziewałeś? Spędziłeś z nią jedną noc, po której zresztą definitywnie stwierdziłeś, że to był największy błąd twojego życia. Myślałeś, że będzie z wytęsknieniem na ciebie czekać? Marnować swoje życie? Co ty mógłbyś jej zaoferować? Jesteś podstarzałym, zgryźliwym pułkownikiem Sił Powietrznych. Ona cie nawet nie kocha. Jest szczęśliwą matką i żoną.”
TBC