TYTUŁ: Fatalne pomyłki
AUTOR: Jerzy ‘Zarathos’ Jabłoński
KONTAKT: zarathos1@poczta.onet.pl
OCENA: ŻÓŁTA – PG-13
PRAWA WŁASNOŚCI: TA HISTORIA MOŻE BYĆ DYSTRYBUOWANA BEZ ZGODY AUTORA TAK DŁUGO, JAK DŁUGO NIE WIĄŻE SIĘ TO Z UZYSKIWANIEM KORZYSCI MAJĄTKOWYCH W ŻADNEJ FORMIE.
------------------------------- Copyright/Disclaimer Notice -------------------------------
Pełen spis praw własności nie należących do autora zostanie umieszczony na końcu opowiadania. Chciałbym tylko zaznaczyć, że nie jestem właścicielem żadnej rzeczy umieszczonej w tym opowiadaniu, a będącej pod ochroną praw autorskich któregokolwiek ze studiów. Tylko część postaci oraz technologii należą do mnie i biorę za nie pełną odpowiedzialność.
TO STWIERDZENIE MUSI POZOSTAĆ W NIEZMIENIONEJ FORMIE PODCZAS DYSTRYBUCJI OPOWIADANIA.
---------------------------------------------------------------------------------------------------
Rozdział 2
And so, it begins.
Powiedzieć, że komandor, a w zasadzie już kapitan, Aiien Teer była zszokowana, to mało. Przed paroma minutami, jej świat rozleciał się na kawałki. Śmierć tysięcy uchodźców w akcie zemsty minbarskiego kapitana nie było dla niej zbyt szokujące. Ludzie ginęli od ponad roku w wojnie, której nie mogli wygrać, a poza tym sądziła, że jej okręt zostanie rozstrzelany jako następny.
Zszokowało ją to, co stało się chwilę później. A raczej to, co zdążyła zobaczyć. Dwa małe, czerwone pociski wystrzeliły z dziwacznego, niewidocznego na sensorach okrętu. Patrząca z nadzieją kapitan poczuła jak nadzieja ją opuszcza. Pociski były mniejsze i ciemniejsze niż pociski z lekkich działek cząsteczkowych. Taką bronią nie pokona się Minbari. Tak sądziła dopóki pociski nie uderzyły w krążownik. Eksplozje były niewielkie tak jak się spodziewała. Ale nie spodziewała się ich skutku. Fala energii wyzwolona przez pociski dosłownie pożarła pancerz i wnętrzności okrętu z łatwością ognia trawiącego bibułę. Zanim energia rozproszyła się, zdążyła strawić ponad połowę potężnego krążownika. Teer nigdy nie sądziła, że zobaczy w działaniu broń, mogącą zrobić coś takiego Minbari, nie sądziła, że...
- Kapitan Jerzy Styczyński do obcych okrętów. – ten sam, zimny i pewny siebie głos, który groził Minbari rozbrzmiał we wszystkich głośnikach mostka przerywając rozmyślania Aiien - Wkroczyliście na terytorium Federacji Zjednoczonych Planet. Natychmiast wyłączycie silniki i będziecie oczekiwać na przybycie okrętów holowniczych. Inaczej uznamy waszą obecność za wrogi akt. Powtarzam tu kapitan...
Kapitan rzuciła się do systemów komunikacyjnych. Jeżeli ci obcy wystrzelą, z jej okrętu nie zostanie nawet tyle, żeby go zapakować do pudełka od zapałek
- Tu koma... kapitan Aiien Teer do okrętu obcych! Poddajemy się! Nie strzelajcie! – niemal błagała patrząc na wskazania sensorów optycznych. Dwa okręty powoli zbliżały się do jej jednostki. – Jesteśmy uszkodzeni. Wyłączenie silników może nam trochę zająć. Proszę, nie strzelajcie – zakończyła pełnym rezygnacji szeptem. Teraz mogła mieć już tylko nadzieję, że ci obcy będą lepsi od Minbari.
- ... silników może trochę zająć. Proszę, nie strzelajcie – kapitan Styczyński słuchał zmęczonego, pełnego rezygnacji głosu z lekkim zaciekawieniem. Obca istota brzmiała niemal jak człowiek. Spojrzał na oficera naukowego. Ten skinął głową potwierdzając.
- Zgoda. – potwierdził i wyłączył system łączności. – Dobra, panowie i panie. Chcę usłyszeć wasze opinie.
Przez moment nikt się nie odzywał. Wszyscy wiedzieli, że to, co powiedzą może mieć wielkie znaczenie do dalszych kontaktów Federacji z tą rasą. A Pierwszy Kontakt był zawsze delikatną sprawą. W końcu oficer taktyczny zebrał się na odwagę
- No cóż, kapitanie – reszta załogi odetchnęła, że to nie oni muszą mówić jako pierwsi – z mojego punktu widzenia, ci – zawahał się – no ktokolwiek tam jest, nie stanowi zagrożenia dla Federacji. Ich broń jest tak prymitywna, że można w ogóle zapomnieć, że ją mają. Z bronią ręczną jest pewnie tak samo.
- A ci drudzy?
- No właśnie, sir. To już inna sprawa. Co prawda w porównaniu z nami są nadal prymitywni, ale już nie tak bardzo – zawahał się chwilę – jeżeli miałbym określać ich poziom technologii, to powiedziałbym, że są na poziomie pierwszych Constitutionów, może trochę niżej.
- Tym bardziej, że używają uzbrojenia przystosowanego do walki z okrętami im podobnymi – dopowiedział naukowy – czyli bez pól, bazujących tylko na pancerzu.
- Właśnie, kapitanie. Ich największe działo nie spowodowało nawet minimalnej reakcji pól Ziona. To miotacz antymaterii.
- Miotacz antymaterii – Jurek zastanowił się – czyli tak długo, jak mamy pola, nic nam nie zrobi?
- Zgadza się. Jak je stracimy, to będzie mniej więcej odpowiednik torpedy fotonowej.
- A pozostałe uzbrojenie?
- Już bardziej użyteczne. Ale nadal bazujące na miotaczach cząsteczkowych – działa neutronowe głównie, poza tym działa elektromagnetyczne. Z grubsza rzecz biorąc odpowiedniki naszych fazerów typu V, no może wczesnych VI-tek.
- A nasza zdolność oddziaływania na nich?
- Sam pan widział – oficer taktyczny uśmiechnął się szeroko. Kołyszący się niedaleko wrak mówił wszystko.
- Taaa... czyli militarnie nie mamy się czego obawiać. To znaczy, że można zając trochę bardziej agresywną pozycję przy kontakcie. Naukowy?
- Nic sir. Ten ich reaktor jest tak dziurawy, że można zapomnieć o dokładnych skanach wnętrza. Medyczni będą mieli sporo roboty z obrażeniami popromiennymi. – naukowy zerknął na swoje ekrany – Poza tym nic ciekawego. Prymitywny silnik jonowy, nie mają nawet systemów kompresji cząsteczkowej, dlatego są takie duże. No i każdy musi być zasilany z własnego reaktora. Komunikacja w zasadzie tylko EM, standardowa skala. No i tachiony do łączności dalekiego zasięgu. W sumie niezły system, zasięg około 25 lat świetlnych bez zaburzeń czasowych. Żadnych śladów systemów podprzestrzennych co jest równoznaczne z brakiem skanerów innych niż rzeczywistej prędkości. Wątpię, czy są w stanie skanować dalej niż dziesięć sekund świetlnych bez ogłupiania systemów komputerowych dylatacją czasową. No i brak napędu warp. Co prawda ich wersja napędu FTL może być bardziej efektywna niż warp, ale jakoś wątpię.
- Może precyzyjniej, hm – kapitan westchnął. Ze wszystkimi naukowcami ten sam problem. Uważają, że reszta świata nie potrafi nic więcej niż się podpisać i policzyć do dziesięciu.
- Z tego co pamiętam z badań, jeszcze przed napędem warp5, proponowano użyć grawitacyjnej warstwy nadprzestrzeni do lotów z prędkościami nadświetlnymi. Jednak zanim skonstruowano coś więcej niż system przesyłania cząsteczek, Archer i Cochrane zbudowali działający napęd Warp5 i projekt zarzucono. Jeżeli dobrze pamiętam obliczenia, to maksymalna prędkość wynosiła warp 6 dla tamtych czasów.
- Tamtych czasów? – odezwał się milczący oficer łączności
- Tak. Statek podróżuje przez całkowite przeniesienie się do tamtego medium. Prędkość zależy od wydajności napędu podświetlnego.
- Dobra. W takim razie jakie rekomendacje... Naukowy, to w końcu pańska działka. Niech pan nie będzie taki nieśmiały.
Wszyscy parsknęli śmiechem. Każdy na okręcie wiedział, że ich oficer naukowy jest nieśmiały, co szczególnie objawiało się w kontaktach z płcią przeciwną. Świadkowie mogli liczyć na wspaniały pokaz czerwienienia. Wręcz podręcznikowy. Młody oficer pokiwał głową z zażenowaniem co jeszcze powiększyło ogólną wesołość
- Ponieważ ich technologia jest tak zacofana w stosunku do naszej, proponowałbym utrzymanie ich od nas możliwie długo z daleka. Zabranie ich do bazy nie jest najszczęśliwszym rozwiązaniem sytuacji. Pomijając fakt, że są tak poharatani, że mogą tej podróży nie przeżyć.
- Tia... czyli?
- Lecieli w stronę planety klaso O. W sumie niegłupi pomysł. Atmosfera klasy M, parę wysp... możemy ich tam doholować bez obaw. Mamy promy więc ewentualnie możemy zawieść ich na dół. Na pokładzie jest też podstawowy ekwipunek kolonialny, jakieś baraki, generatory, taki rzeczy. Spokojnie przeżyją zanim nie postanowimy co dalej.
- Tak, Mały, masz rację. Nagumo się znów wścieknie, że ignoruje jego rozkazy, ale pal go sześć. Dobra, piękna pani – zwrócił się do oficera łączności – wywołaj tą krypę.
- Aye... odpowiadają.
- Tu kapitan Styczyński. Jak widzę – zerknął na czujniki – wyłączyliście napęd. Dobrze. Początkowo chcieliśmy was zabrać do naszej bazy, ale to przestało być aktualne.
- I co teraz, sir – odpowiedział głos młodej... kobiety. Chyba. Brzmiał jakby obca pogodziła się z tym, że zaraz zginie.
- Niedaleko jest planeta klasy O. Spora część powierzchni to woda, ale jest jedna duża wyspa. Ulokujemy was tam, zanim szefostwo nie zostaną podjęte decyzje odnośnie waszej przyszłości w Federacji.
- ... Ulokujemy was tam, zanim szefostwo nie zostaną podjęte decyzje odnośnie waszej przyszłości w Federacji.
Kapitan odetchnęła z ulgą. Jej załoga przeżyje. Gdy Styczyński odezwał się ponownie, a zwłaszcza jak powiedział, że odholowanie ich do bazy nie wchodzi w grę, zdążyła pożegnać się z życiem... Styczyński... bardzo ludzko brzmiące nazwisko. Ale to musi być przypadek.
- Kapitanie?
- Tak?
- Dziękuje... – głos się jej załamał. Po chwili zdołała się opanować – Dziękuje.
- Proszę bardzo – głos obcego zabrzmiał nieomal ciepło – Ziost odholuje was do planety, my polecimy przygotować tą wyspę... Aha. Wasze promy działają?
- Tak, kapitanie – już spokojna Aiien instynktownie pokiwała głową, mimo, że Styczyński jej nie widział – nasze lądowniki są sprawne.
- Znakomicie. Hol potrwa jakieś cztery godziny, ze względu na stan waszego okrętu. Do zobaczenia. Rogue, koniec.
Kanał komunikacyjny zamilkł, a Aiien głęboko odetchnęła. Żyli. I przynajmniej na razie nie mieli się czym martwić. Odepchnęła się od fotela i poszybowała w stronę wyjścia z mostka. Musiała poinformować resztę oficerów i doktora. No i pasażerów. Podpłynęła do drzwi i wcisnęła przycisk otwierania. Rozsunęły się z jękiem. Aiien szarpnęła się w tył, niemal zapominając, że jest w stanie nieważkości. Do trupów załogi na mostku zdążyła się przyzwyczaić. Ale olbrzymie balony krwi pływające w powietrzu i widok straszliwie zmasakrowanych ciał przeraził ją. „Ilu przeżyło” pomyślała „Czy ja mam jeszcze załogę”.
W końcu przemogła się i wyleciała na korytarz. Szybkie, pewne ruchy przeniosły ją do sekcji medycznej. Jako jedna z najlepiej chronionych na okręcie, oprócz mostka, przetrwała stosunkowo nienaruszona. Jednak i tutaj śmierć zabrała żniwo. Spod rzuconego na ścianę łóżka wystawały nogi jednej z sanitariuszek. Aiien szybko odwróciła wzrok i poszukała doktora. Podleciała do niego i oparła mu rękę na ramieniu.
- Tak, pani kapitan? – zapytał spokojnie, nie przerywając opatrywania kolejnego rannego.
- Midas został zniszczony – zobaczyła jak doktor opuszcza ręce. Na Midasie ewakuowana była jego matka.
- Jak? – cicho zapytał wracając do zabiegu. Pacjenci przede wszystkim.
- Minbari.
- A my? – aż obejrzał się ze zdziwienia. Minbari oszczędzili ich okręt. Niebywałe.
- Pojawiły się okręty obcych i zniszczyli jedne krążownik, a drugi przegnali. – uśmiechnęła się mimowolnie widząc jak oczy doktora rozszerzają ją gwałtownie. – Zaraz jedne z okrętów odholuje nas na orbitę planety, do której zmierzaliśmy. Będziemy tam za cztery godziny.
- I co dalej?
- Nie wiem. Oni zresztą też nie. Ale mają przygotować dla nas warunki do życia, więc chyba nie zamierzają nas zabić.
- Obóz jeniecki i tak jest lepszy niż śmierć. Albo ten wrak. – doktor zastanowił się chwilę – Możemy liczyć na pomoc medyczną?
- Nie wiem doktorze. I na razie wolałaby nie pytać.
- Tak? Dlaczego?
- Jeden z tych okrętów odparował pół Sharlina jednym strzałem. Wolałabym ich nie irytować.
- Pół Sharlina... – doktor był więcej niż zachwycony. Przynajmniej jego matka została pomszczona – Ma pani rację. Ale...
- Wiem doktorze – przerwała – Jak tylko dolecimy, zapytam ich kapitana. Może chociaż dadzą trochę lekarstw. – doktor skinął głową – Idę poinformować resztę, żeby przygotowali się do ewakuacji. Powodzenia doktorze.
Rogue od dwóch godzin przygotowywał miejsce dla obcych, gdy na orbitę wszedł kontenerowiec klasy Shelley. Niewiele mniejszy od Excelsiora okręt zgłosił Styczyńskiemu, że przywiózł modułową kolonie przeznaczoną dla światów klasy O i rozpoczął rozładunek.
Na powierzchni pojawili się inżynierowie którzy z pomocą olbrzymich robotów ustawiali kolejne baraki, podłączali je do zasilania. Inni robotnicy przygotowywali wnętrza. Dzięki tej pomocy, obóz dla dwudziestu tysięcy osób był gotowy gdy Zion i okręt obcych weszli na orbitę. Parę minut później od obcego statku oderwał się prom który powoli opadał na powierzchnię planety. Jurek, wraz ze swoim pierwszym oficerem i oficerem naukowym stali cierpliwie w pobliżu miejsca przeznaczonego jako lądowisko dla promów. Gdy obcy pojawili się, byli zaskoczeni jego wielkością. Sądząc na oko, był co najmniej 5 razy większy niż największy z promów Excelsiora. Gdy wylądował olbrzymia jednostka zajmowała prawie całe lądowisko. Kapitan obciągnął mundur i z zaciekawieniem patrzył na rozchylający się dziób. Gdy pojawiła się na nim młoda kobieta podszedł do niej i wyciągnął rękę
- Witam na terytorium Federacji. – powiedział z uśmiechem – Jestem kapitan Jerzy Styczyński.
Jednak kobieta nie zareagowała patrząc na twarz kapitana z szeroko otwartymi ustami. Najwyraźniej nie mogła uwierzyć w to co widzi, chociaż kapitan nie bardzo mógł zorientować się o co chodzi. Ostatecznie sama była humanoidem, więc chyba nie o jego wygląd?
- Pan, pan jest człowiekiem – zdołała w końcu z siebie wydusić...
TYTUŁ: Fatalne pomyłki
AUTOR: Jerzy ‘Zarathos’ Jabłoński
KONTAKT: zarathos1@poczta.onet.pl
OCENA: ŻÓŁTA – PG-13
PRAWA WŁASNOŚCI: TA HISTORIA MOŻE BYĆ DYSTRYBUOWANA BEZ ZGODY AUTORA TAK DŁUGO, JAK DŁUGO NIE WIĄŻE SIĘ TO Z UZYSKIWANIEM KORZYSCI MAJĄTKOWYCH W ŻADNEJ FORMIE.
------------------------------- Copyright/Disclaimer Notice -------------------------------
Pełen spis praw własności nie należących do autora zostanie umieszczony na końcu opowiadania. Chciałbym tylko zaznaczyć, że nie jestem właścicielem żadnej rzeczy umieszczonej w tym opowiadaniu, a będącej pod ochroną praw autorskich któregokolwiek ze studiów. Tylko część postaci oraz technologii należą do mnie i biorę za nie pełną odpowiedzialność.
TO STWIERDZENIE MUSI POZOSTAĆ W NIEZMIENIONEJ FORMIE PODCZAS DYSTRYBUCJI OPOWIADANIA.
---------------------------------------------------------------------------------------------------
Rozdział 3
Wszyscy jesteśmy dziećmi gwiazd
Gdy prom opuścił górne warstwy atmosfery, Aiien przeszła ze swojego miejsca do kokpitu. Chciała obejrzeć, jak będzie wyglądało miejsce, gdzie być może przyjdzie im spędzić resztę życia. Widok był oszałamiający. Nieskończone morze i wyspa na samym środku. Olbrzymie plaże, las, nawet niewysokie góry. Prawdziwa rajska wyspa. Co ją jednak najbardziej zachwyciło, był widok baraków w wystarczającej liczbie, aby pomieścić wszystkich jej ludzi. Zachwyt rósł, gdy prom zbliżał się do powierzchni, a baraki wyglądał na coraz bardziej solidne. Ba, wyglądały jak niewielkie, luksusowe domki. Nagle zobaczyła figurki swoich wybawców. Wyglądały zadziwiająco ludzko. Gdy prom wreszcie osiadł na ziemi, ciekawa kapitan włączyła skanery. Wynik sprawił, że zakryła dłonią usta i szybko pobiegła w stronę wyjścia. Niecierpliwie czekała, aż rampa opadnie. Gdy tylko sygnał oznajmił, że można bezpiecznie wychodzić, zeszła na dół. Obrzuciła wzrokiem stojącą naprzeciw niej istotę. Potem jeszcze raz i jeszcze raz.
- Pan, pan jest człowiekiem – zdołała w końcu z siebie wydusić. Stojąca naprzeciw niej istota popatrzyła się zdziwiona i pokiwała głową. Nie wyglądała na zaskoczoną jej widokiem.
- Tak, jestem człowiekiem. Spotkaliście już – stojący obok niego oficer aż westchnął. Kapitan zdziwione popatrzył na niego, a ten bez słowa podał mu trikoder. Jurek zerknął na ekran i zamarł. Odczyt stojącej przed nim istoty jasno mówił, iż kobieta jest człowiekiem.
Dzikie myśli przez chwilę krążyły po głowie kapitana, jednak nie był aż tak zdziwiony jak Aiien. Federacja wielokrotnie spotykała ludzkie cywilizacje rozwijające się niezależnie od ziemskiej czy wszechświaty równoległe. Mimo wszystko był lekko zaskoczony. W końcu podniósł głowę i spojrzał pytająco na stojącą przed nim kobietę. Ta skinęła głową i podeszła do niego
- Komandor-kapitan Aiien Teer – podała mu rękę, którą on uścisnął
- Kapitan Jerzy Styczyński, Federacyjny okręt USS Rogue.
- Jesteście jakąś zaginioną kolonią? – zapytała Aiien ciekawa. Była niemal pewna, że to koloniści z jakiegoś z okrętów-śpiochów który jakimś cudem trafił aż tutaj. Gdziekolwiek by to nie było. Jeżeli tak było, to ci ludzie byli pod jurysdykcją Sojuszu. Przez chwilę zakręciło jej się w głowie gdy pomyślała o implikacjach. I technologii jaka teraz napłynie do Sojuszu. Jurek, jakby wiedział, co się dzieje w głowie pani kapitan spoważniał
- Będziemy musieli sporo sobie wyjaśnić – chłodny głos kapitana podziałał na Aiien jak prysznic. Nagle zdała sobie sprawę, że ci ludzie mogą po prostu zignorować żądania rządu Ziemskiego. I Ziemia nie będzie miała nic, co mogłoby ich zmusić do oddania technologii. Co więcej, jeżeli uznają, iż Sojusz może wtrącać się w nie swoje sprawy i zechcą zlikwidować jego potencjalne źródło informacji... poczuła dreszcz strachu. Spojrzała w oczy kapitanowi Federacji. Zimne, szare oczy patrzyły na nią uważnie, ale bez gniewu. Lekko odetchnęła
- Oczywiście. Kapitanie, jeżeli nie ma pan nic przeciwko – skinęła w stronę promu – to rozpoczniemy wyładunek. Jeżeli mógłby pan, albo pańscy ludzie, pokazać, gdzie możemy założyć szpital polowy. Mamy sporo rannych.
*** * ***
Deleen wolnym krokiem szła przez korytarze Valen’zha – okrętu flagowego Federacji Minbarskiej. W jej głowie krążyły rozmaite myśli. Zastanawiała się, jak przerwać tą okrutną wojnę, jaką sama wywołała. Myślała o radzie, jaka dali jej Vorlonowie. I o ostatnim meldunku z Draal’zha. O ucieczce ludzkiego okrętu i odkryciu nowej rasy na końcu wiru nadprzestrzennego. Rasy tak potężnej, że bez trudu pokonała dwa minbarskie krążowniki. Wojownicy się do tego nie przyznawali, ale byli przerażeni. Widziała to w ich ruchach, w ich słowach. Pierwszy raz od tysiąca lat Minbari napotkali rasę która mogłaby im zagrozić. Nawet tysiąc lat temu, gdy w galaktyce byli inni, równie potężni jak oni, w zasadzie jedynymi rasami, mogącymi zaszkodzić Minbarczykom byli Pierwsi. Implikacje tego faktu przerażały nawet ją. Jeżeli Pierwsi wezmą pod opiekę ludzi...
Drzwi do komnaty Szarej Rady rozsunęły się cicho. Deleen weszła i stanęła na swoim miejscu. Teraz miały rozstrzygnąć się losy wojny. Losy ludzi. I być może losy jej rasy. Sinoval, zaproszony na radę dowódca Minbarskiej floty stał pośrodku kręgu. On też zabrał głos jako pierwszy.
- Musimy skończyć tą wojnę
- Tak. Skończyć – potwierdziła Deleen. Jednak nie łudziła się. Sinoval chciał zakończyć rzeź, kończąc z ludzkością. Ona chciała po prostu zatrzymać swój lud. Sinoval spojrzał na nią i roześmiał się ironicznie.
- Moja flota może uderzyć na Ziemię. Nawet teraz. Musimy przygotować się do wzięcia odwetu na tych, którzy odważyli się chronić ludzi.
- Oszalałeś – jeden z robotników był zszokowany – Widziałeś, z jaką łatwością ci obcy zniszczyli jeden z naszych okrętów. I poważnie uszkodzili drugi. Okrętami wielokrotnie mniejszymi od naszych. Być może nawet patrolowcami. A ty chcesz z nimi walczyć? Oszalałeś Sinoval.
- Dwa okręty. Może mają och tylko parę? Gdyby byli potęgą, usłyszelibyśmy o nich. Nie. To tylko pozostałości po jakieś starej rasie. Może nawet sojusznicy Cieni, których tak się obawiasz, Deleen. Inaczej dlaczego chroniliby ludzi i walczyli z nami – dodał zanim ktokolwiek zdołał przerwać. – Jeżeli tak jest, musimy ich ukarać. Teraz.
- Nie. Chcesz walczyć na dwa fronty – Satai z kasty wojowników pokiwał głowa – to nierozsądne. Musimy się przygotować. Jeżeli ci obcy będą chcieli pomóc Ludziom, musimy być gotowi. Potrzebujemy czasu.
- Jak chcesz, Satai. A więc przygotujemy się. Dwa miesiące na zgromadzenie floty. Wystarczająco dużej, aby poradzić sobie za jednym zamachem z ludźmi. I z obcymi, gdyby przybyli. Floty, która da nam możliwość zaatakowania ich terytoriów, gdy już skończymy z ludźmi...
*** * ***
Dwa tygodnie po lądowaniu
Aiien roześmiana wybiegła spod prysznica. Naga zatańczyła na środku braku, będącego jej mieszkaniem. Kimkolwiek byli ludzie mieszkający po tej stronie wszechświata... galaktyki... no, gdziekolwiek teraz byli, byli wspaniali. Gdy rozmawiała z nimi po raz pierwszy, spodziewała się co najwyżej śmierci. Gdy powiedzieli jej, że wraz z załogą wyląduje na pozbawionej inteligentnego życia planecie, spodziewała się obozu jenieckiego. Potem, gdy okazało się, że jej tajemniczymi wybawicielami są ludzie, znów śmierci. Ostatecznie jaki człowiek, nawet kolonia dysponująca tak wspaniałą technologią, zaryzykuje wojny z Minbari.
Ale ci ludzie dali im warunki, o jakich w kosmosie, a nawet na większości koloni mogli tylko pomarzyć. Woda, dach nad głową, wspaniałe jedzenie, ubrania. Wszystko, czego potrzebowali uchodźcy. Jedyne czego jej nie dali, to informacje. No ale w sumie, nie mogła ich za to winić. Sama na ich miejscu nie pisnęłaby słówka. Jednak... Nie – pokręciła głową. Mieli rację. Tak czy tak to był obóz jeniecki. Luksusowy, ale jednak. Jeżeli czegoś potrzebowali, nawet bardziej egzotycznych rzeczy – dostarczali jej bez pytania w dowolnych ilościach i paru rodzajach do wyboru. Ale niczego nie wytwarzali sami. Byli zależni od tych ludzi. I odcięci od swojego okrętu. A to nie podobało jej się w ogóle. Gdy tamten kapitan... Styczyński, odlatywał, powiedział jej na pożegnanie, że zabierają jej promy i okręt ze sobą. Nie mogą pozwolić, aby pałętała się im w ich przestrzeni. Zresztą i tak do niczego by jej się nie przydał. Bezpieczeństwo gwarantowały wg niego dwa okręty patrolowe stacjonujące na orbicie i parę platform obronnych. Miała nadzieję, że gdy przylecą Minabri, to wyst...
- Cześć! – znajomy głos sprawił, że krzyknęła. Poczuła się jak idiotka, stojąc na środku pokoju i wrzeszcząc jak jakaś nastolatka, ale nic nie mogła na to poradzić. Po chwili opanowała się o odwróciła w stronę z której dochodził głos. Widząc znajomego kapitana osłoniła jedną ręką piersi, drugą zakryła łono i czerwona, po części ze wstydu, po części ze wściekłości warknęła
- Nie uczą was pukać?
- Przepraszam – uśmiechnął się. Aiien nie zdołała się opanować i też się uśmiechnęła. Wyglądał jak psiak widzący wieeeelką kość i zastanawiający się, jak się do niej dobrać. – Ale kręciłaś się po pokoju, więc sądziłem, że jesteś... ubrana.
- Nie jestem. A teraz paszoł won.
On roześmiał się i podszedł do drzwi. Rozsunęły się z sykiem i zablokowały w pozycji otwartej z cichym trzaśnięciem. Gdy wyszedł, zatrzasnęły się ponownie. Aiien jeszcze przez chwilę zastanawiała się, co on tu robił. Ostatecznie jako kapitan miał ciekawsze rzeczy do roboty niż odwiedzanie jeńców. W końcu zrezygnowała z domysłów pocieszając się, że gdyby mieli coś złego na myśli, to wszedłby tu w oto... zamarła z bluzką w ręku. Nie słyszała jak wchodził. Fakt, kręciła się w kółko jak idiotka, ale usłyszałaby klekot uszczelniających się drzwi. Więc co. Wlazł oknem?
Szybko skończyła się ubierać, zaczesała włosy i wyszła przed barak. Kapitan obrany w biały mundur uśmiechnął się na jej widok
- Tylko nie zacznij się oblizywać – mruknęła.
- Oblizywać? – zapytał wysoki, szczupły oficer stojący u jego boku.
- Pani kapitan wyglądała nader... apetycznie, gdy do niej wpadłem – uśmiech kapitana stał się jeszcze szerszy. Jednak oficer jakby nie złapał dowcipu bo tylko uniósł jedną brew w geście zdziwienia.
- Nieważne, Esvik. Pani kapitan – spoważniał – Rada Federacji naradziła się, co do dalszych losów pani i pani ludzi
Kapitan zamarła i z ciekawością, ale i lekiem popatrzyła na Styczyńskiego.
- Parę osób chcę z panią porozmawiać. A ja mam panią zawieść na... – zawahał się – na stolicę Federacji.
- Pan? A dlaczego nie mogę lecieć własnym okrętem?
- Ja. I pani okrętu tu nie ma. Zresztą do lotów po naszym terytorium by się nie nadawał. Nie mamy boi nawigacyjnych rozmieszczonych w przestrzeni
To wprawiło ją chyba w największe zdumienie ze wszystkiego, co spotkało ją dotychczas. Jeżeli nie mają boi, to jakim cudem latają między gwiazdami?
- Ponieważ i tak mam się przesiąść na nowy okręt, uznano że równie dobrze mogę odprowadzić mój stary do doków. I zabrać po drodze panią. – skinęła głową. Praktyczne. Ale jednocześnie nie doceniano ich zbytnio, skoro miała polecieć okrętem patrolowym. Kolejne tygodnie, jeżeli nie miesiące w nieważkości. A już zdążyła przyzwyczaić się do grawitacji i stałego gruntu pod nogami.
- Kiedy wyruszamy?
- Jak tylko zakończy pani swoje sprawy tutaj. Najlepiej jak najszybciej. Skinął dłonią w stronę lądowiska – Ja i Esvik będziemy na panią czekać w promie.
- Dobrze. Poinformuje doktora, i zaraz do panów przyjdę. Mam coś zabrać?
- Nie. Chyba że pani chce. Excelsiory nie są szczytem wygód, ale maja dość rozsądne kwatery dla gości. I replikatory.
- Replikatory?
- Jedne z cudów techniki, z jakim będzie musiała się pani zapoznać. Proszę się pospieszyć. Mnie i mojej załodze raczej się spieszy – uśmiechnął się, a ona odwzajemniła uśmiech. Rozumiała go znakomicie. Jej też grunt palił się pod nogami, gdy miała przesiąść się z Hyperiona na Novę. Podreptała w stronę baraku doktora, starając się zwalczyć uczucie zazdrości. Jakże by chciała dostać własny, nowy okręt...
Wnętrze promu wyglądało... dziwnie. Żadnych drążków, przepustnic. Blat pilota wyglądał bardziej jak fragment laboratorium niż systemy kontrolne promu. Oba wolne fotele zajmowali kapitan i jego oficer, usiadła więc na ławeczce z tyłu i rozejrzała się za pasami. Nie było. Wychyliła się w stronę kabiny pilotów chcąc zapytać o nie i zamarła. Prom był już w powietrzu. Co więcej, sądząc po kolorze nieba, zaraz opuszczą atmosferę. A ona nawet tego nie poczuła. Nagle wpadła w panikę. Nie ma zamiaru obijać się o burty podczas manewrów
- Kapitanie! Gdzie są pasy?
Esvik odwrócił się do niej zdziwiony.
- Pasy?
- No, pasy bezpieczeństwa? Nie mam zamiaru obijać się jak wejdziemy w stan nieważkości.
- Nieważkości – tym razem oboje byli wyraźnie zdziwieni. „Ciekawe czym” – zastanowiła się i po chwili otrzymała odpowiedź – Kapitanie. Oni nie znają sztucznej grawitacji.
- Racja – Styczyński pokiwał głową. A Aiien wydawało się, że jej szczęka uderzyła w podłogę. Sztuczna grawitacja na promie? Z tego co wiedziała, nawet Minbari nie posiadali grawitacji na swoich promach i myśliwcach. A tu na takim maleństwie... Gdy zobaczyła białą, kruchą sylwetkę okrętu, który uratował jej życie, poczuła, jak coś ją ściska w dołku. Promu podleciał bliżej i kapitan, widząc jej wzruszenie, powoli obleciał okręt dookoła. Widok ludzkich znaków na kadłubie sprawił, że po policzkach popłynęły jej łzy. Jeden taki okręt oddałby nieocenione usługi w walce z Minbari. Uratowałby miliony istnień. Gdy w końcu wylądowali, obecność ciążenia na okręcie nie zdziwiła jej w ogóle. Gdy czekała na zewnątrz promu na obu oficerów, starając się ignorować ciekawskie spojrzenia pracującej w hangarze załogi rozmyślała o swoim szczęściu. Miała go więcej niż rozumu. Bo gdyby rozum rządził, to ona była by teraz minbarskim tostem. Albo podzieliłaby los kapitana. Esvik przeszedł i stanął obok niej. Przyjrzała mu się ciekawie. Spiczaste uszy nadawały mu wygląd elfa. „Obcy?” Zastanowiła się. Chyba nie. Ludzie nie dopuściliby obcych do służby na swoich okrętach.
- Dlaczego nie?
- Bo to ryzyko, że obcy... – zatrzymała się w pół słowa. Przez chwilę trawiła to, co się stało – Jesteś telepatą! – krzyknęła w końcu oskarżająco.
- Owszem – pokiwał głową.
- Co dlaczego nie? I o co chodzi z tą telepatią? – głos Styczyńskiego sprawił, że nie powiedziała tego, co miała już na końcu języka.
- Pani kapitan stwierdziła, że ludzie nigdy by nie dopuściliby do służby w swojej flocie obcego. I nienawidzi telepatów.
- Hm – Styczyński zastanowił się nad odpowiedzią – Pani kapitan. Wiemy, z analizy danych komputerowych z pani okrętu, że społeczeństwo, w jakim pani żyła, jest skrajnie ksenofobiczne. I to nie tylko w stosunku do obcych, ale także własnego gatunku. Jednak teraz jest pani na terytorium Federacji. Tutaj nikt nikogo nie dyskryminuje. Bez względu na to do jakiego należy gatunku, jakie ma uzdolnienia czy jaki kolor włosów nosi. Napotka pani wielu obcych na pokładzie Rogue. I ma się pani do nich odnosić z takim samym szacunkiem jak do ludzi. Rozumiemy się?
Głos kapitana był twardy i tak zimny, że Aiien tylko słabo skinęła głową. Kapitan, wciąż lekko wzburzony ruszył w kierunku olbrzymich drzwi, najwidoczniej wyjścia z hangaru. Kiwnął na nią dłonią i Aiien posłusznie ruszyła za nim...
TYTUŁ: Fatalne pomyłki
AUTOR: Jerzy ‘Zarathos’ Jabłoński
KONTAKT: zarathos1@poczta.onet.pl
OCENA: ŻÓŁTA – PG-13
PRAWA WŁASNOŚCI: TA HISTORIA MOŻE BYĆ DYSTRYBUOWANA BEZ ZGODY AUTORA TAK DŁUGO, JAK DŁUGO NIE WIĄŻE SIĘ TO Z UZYSKIWANIEM KORZYSCI MAJĄTKOWYCH W ŻADNEJ FORMIE.
------------------------------- Copyright/Disclaimer Notice -------------------------------
Pełen spis praw własności nie należących do autora zostanie umieszczony na końcu opowiadania. Chciałbym tylko zaznaczyć, że nie jestem właścicielem żadnej rzeczy umieszczonej w tym opowiadaniu, a będącej pod ochroną praw autorskich któregokolwiek ze studiów. Tylko część postaci oraz technologii należą do mnie i biorę za nie pełną odpowiedzialność.
TO STWIERDZENIE MUSI POZOSTAĆ W NIEZMIENIONEJ FORMIE PODCZAS DYSTRYBUCJI OPOWIADANIA.
---------------------------------------------------------------------------------------------------
Rozdział 4
Jesteśmy sami we wszechświecie...
Nie jesteśmy sami we wszechświecie...
Obie możliwości są przerażające.
Aiien stała przed olbrzymim oknem w okrętowej mesie. Widok nadal wprawiał ją w zachwyt. Na ludzkich okrętach nie było okien. Zresztą, nawet jakby były, można by najwyżej pooglądać czarno-czerwoną pustkę... pociągnęła łyk gorącej czekolady. I jak przy poprzednich czterech łykach, i przez ostatni pięć dni, nie mogła wyjść z podziwu. Była na okręcie wojennym i piła czekoladę! Gorącą, słodką, aromatyczną czekoladę. Ze wszystkich cudów, jakie zobaczyła na tym okręcie, ten jeden nadal wprawiał ją w zdumienie. No bo jak wyjaśnić fakt, że mogła w każdej chwili wejść o mesy i poprosić kucharza (cywila na dodatek!) o dowolny napój czy jedzenie. Żadnych limitów, konserw. Świeże, wspaniałe jedzenie. W czasie dwóch latach walki z Minbari poza okrętami spędziła może miesiąc. Zdążyła przyzwyczaić się do racji żywieniowych, ale nie polubiła ich ani trochę. Teraz odbijała sobie za wszystkie czasy. Dopiła czekoladę i podeszła do baru. Kucharz z uśmiechem zabrał od niej kubek i zniknął na zapleczu. Po chwili powrócił z następnym
- Na koszt firmy, m’am. Specjalna mieszanka. Miło spotkać kogoś, kto lubi gorącą czekoladę.
- Dziękuje, szefie – skinęła głową i pociągnęła łyczek. Napój był gorący i gęsty niczym smoła. I przepyszny. Aiien wyczuła miętę, cynamon i kardamon. I parę innych rzeczy, których nie potrafiła rozpoznać. To jednak przestało mieć znaczenie z następnym łykiem. W końcu oderwała się od kubka i szeroko uśmiechnęła – Jest pyszne. Może uda mi się wyłudzić od pana przepis?
- John – podał jej rękę – wszyscy tak na mnie mówią.
- Aiien – odwzajemniła uścisk i jeszcze raz skinęła głową. John przeprosił ją i podszedł do stolika, przy którym usiadła para ludzi... nie. Człowiek i jakaś kobieta z plamkami na skroniach. Nie wiedzieć dlaczego Aiien była przekonana, że to nie tatuaż. Skrzywiła się mimowolnie. Idea obcych we flocie ludzi zadomowiła się w jej umyśle. Ostatecznie, co jedna ludzka kolonia mogłaby sama poradzić, bez sojuszy. Ale łączenie się ludzi z obcymi...
- Nadal te ksenofobiczne uprzedzenie – znajomy głos wyrwał ją z zamyślenia.
- Kapitanie. – skinęła głową wściekła, że znów dała się złapać. Ludzie żyli tu w innych warunkach. Kim ona była żeby ich oceniać. Szczególnie z pozycji jeńca.
- Kapitanie? – John podszedł do nich
- Daj mi trochę, wiesz czego. – John uśmiechnął się i zanurkował pod blat. Mała dębowa beczułka aromatycznej orzechówki była publicznym sekretem numer jeden na okręcie. Oficjalnie regulamin zabraniał przewożenia, a co dopiero picia prawdziwego alkoholu na okrętach wojennych Floty Gwiezdnej. Jednak kapitan ignorował akurat ten punkt regulaminu. Załoga zresztą nie miała mu za złe, bo pozwalał korzystać z jego zapasów w celach ‘medycznych’. No i pozwalał w zamian za przymykanie oka na jego dziwactwa, mieć członkom załogi swoje własne małe tajemnice. Jeden raz tylko pewien służbista chciał przekonać go, że łamie regulamin. Wleciał z okrętu szybciej niż na niego trafił.
Teraz kapitan chwycił karafkę, do której John nalał trochę orzechówki i dwa kieliszki i skinął w stronę jednego z wolnych stolików. Aiien chcąc nie chcąc poszła za nim. Usiedli i kapitan nalał trochę wódki do kieliszków. Aiien nie była wojującą abstynentką, ale alkohol na okręcie wojskowym? Mimo to wypiła to, co kapitan jej nalał. I nie miała czego żałować. Wódka była pyszna. Po chwili kapitan przerwał milczenie
- Za parę godzin będziemy na orbicie. I każde z nas pójdzie własną drogą. Ciekawe, czy się jeszcze spotkamy.
- A chciałby pan? – zapytała ciekawie. On spojrzał na nią uważnie i szelmowsko się uśmiechnął
- Po tym pokazie w pani baraku...
- Świna – odpowiedziała, ale jednocześnie nie potrafiła opanować uśmiechu zadowolenia. Po tych wszystkich walkach jej ciało poznaczone było setkami blizn. Instynktownie cieszyła się, że może się jeszcze komuś podobać. Kapitan odpowiedział jej uśmiechem. Potem odwrócił się do okna
- Piękne, nieprawdaż? – Aiien także zerknęła i poczuła, że tak jak przed paroma minutami, nie może oderwać oczu od tęczowych kreseczek przesuwających się powoli za szybą...
Trzy godziny później Rogue wyszedł z warp na orbicie Układu Słonecznego. Potężne silniki impulsowe popychały go w stronę błękitnej planety z prędkością prawie połowy prędkości światła. Wspomagane przez napęd warp miały zanieść okręt na orbitę Ziemi w ciągu piętnastu minut.
Kapitan Styczyński zadzwonił do drzwi Teer. Po chwili rozsunęły się, wpuszczając go do środka. Położył na ławie pakunek zawinięty w szaro-błękitny papier
- Prezent od załogi. Chcieliśmy dać pani coś innego, ale Pierwszy uznał, jak zwykle słusznie, że z tego ucieszy się pani najbardziej.
Aiien zaciekawiona podeszła do ławy i rozwinęła pakunek. Kapitan mimowolnie uśmiechnął się widząc jej minę. Wyglądała jak dziecko oczekujące wielkiego kawałka czekolady. Nie spodziewał się jednak jej reakcji. Gdy w końcu odsłoniła zawartość, zamarła na chwilę. A potem rozpłakała się. Zmieszany kapitan podszedł do niej i oparł jej rękę na ramieniu
- Przepraszam nie spodziewałem się, że... – pokiwała głową, że nic się nie stało, jednak nie potrafiła opanować szlochu.
Wspomnienia rodziny i przyjaciół, zepchnięte do ciemnych zakamarków umysłu przez wszystkie cuda, jakich ostatnio doświadczyła, napłynęły ponownie. Miała nadzieję, że jeszcze żyją. Że Minbari oszczędza chociaż część z tych, których znała i kochała. Pakunek opadł na podłogę. Poczuła jak Styczyński obejmuje ją delikatnie. Wtuliła się w niego i rozpłakała. Na podłodze leżał niebieski mundur kapitana Sojuszu Ziemskiego...
Aiien patrzyła na odlatujący prom, dopóki zupełnie znikł w błękicie nieba planety, która tak bardzo przypominała Ziemię. Potem rozejrzała się dookoła i widząc stojących obok lądowiska Vulcanów w długich, chyba typowych dla ich rasy, strojach podeszła do nich. Trzej Vulcanie podnieśli niemal jak na komendę swoje ręce i rozłożyli palce tak, że tworzyły literę V. Aiien przez chwilę próbowała zrobić to samo, jednak przewodniczący delegacji wybawił ją z kłopotu. Podszedł krok i podał jej rękę. Uścisnęła ją z wahaniem. Obcy uśmiechnął się
- Jestem ambasador Spock. To Saavik, moja asystentka i admirał Vareek, dowódca V floty. Witamy w Głównej Siedzibie Floty Gwiezdnej.
- Kapitan Aiien Teer, dowódca krążownika Sojuszu Ziemskiego Youth America.
Obcy pokiwali głowami zupełnie jakby wiedzieli, o czym mówi. „Wiedzą” – sklęła się w duchu. Mieli YA w rękach. Pewnie przejrzeli wszystkie banki pamięci.
- Prosimy z nami pani kapitan. - Dwaj Vulcanie obrócili się i skierowali w stronę wejścia do wielkiego, kremowego budynku. Nad jej głową bezdźwięcznie przemknął dziwaczny wirnikowy pojazd. Wyglądał jak olbrzymi ważka i poruszał się z podobną gracją. Jednak poza tym, nie było prawie widać innych pojazdów. Planeta była cicha i spokojna. Prawdziwy raj.
Weszli do budynku, który wyglądał wewnątrz równie sielsko. Drzewka i dziwaczne, olbrzymie kwiaty. Wszędzie beżowy kolor i miękkie dywany. Jednak żadnego przepychu. Żadnych złoceń, cennych obrazów tak powszechnych w rządowych budynkach Sojuszu. Tylko ciepła elegancja. Zupełnie jakby nie zależało im na bogactwie.
W końcu dotarli do niewielkiego pomieszczenia, które zidentyfikowała jako salę konferencyjną. Głównie dzięki olbrzymiemu ekranowi, bo cała reszta wyglądała jak luksusowy salon – miękkie fotele i kanapy, szerokie okna z widokiem na gigantyczny ogród wewnątrz budynku. Vulcanie siedli i tylko Spock podszedł do czarnej wnęki wmontowanej w ścianę.
- Jak słyszałem, lubi pani czekoladę. Czy może ma pani ochotę na coś innego?
- Dziękuję. Czekolada może być.
- Komputer, gorąca czekolada i trzy wody, zimne.
Wnęka pojaśniała i po chwili zmaterializowały się zamówione napoje. Aiien patrzyła z nieufnością na podany jej napój dopóki nie połączyła nieograniczonego dostępu do jedzenia i picia na Rogue z tym czymś. Wzięła łyk i uśmiechnęła się do Spocka. Wiedziała, że Vulcanie nie wyrażają swoich emocji, ale sądziła, że ambasador zrozumie, co ten uśmiech wyrażał. Nie pomyliła się. Ambasador skinął głową i usiadł również. Przez chwilę wszyscy siedzieli w milczeniu. Aiien miała mnóstwo pytań, ale to był oficjalny pierwszy kontakt i nie miała zamiaru zmienić go w taką katastrofę, jak kontakt z Minbari. W końcu Spock się odezwał
- Cóż pani kapitan. Przeanalizowaliśmy pani okręt i jego dane i jest sporo rzeczy do wyjaśnienia między nami. Jestem pewien jednak, że ma pani wiele pytań – Aiien skinęła głową – I pewnie najważniejsze brzmi: Jak mogę wrócić.
- Tak – potwierdziła po prostu
- Niestety, pani kapitan, to może okazać się trudne.
- To znaczy, ambasadorze?
- Widzi pani. Nasze... zasady zabraniają nam używania technologii do tego rodzaju podróży. A pani okręt nie przetrwa takiego wojażu.
- Takich typów podróży? Macie przepisy zabraniające latania w nadprzestrzeni?
- Nie. Ale... – Spock zawahał się – Nie chodzi o odległość. Przepisy Federacji zabraniają podróży, jaką musielibyśmy odbyć, żeby dostarczyć panią do jej... przestrzeni.
- Aha – potwierdziła, chociaż nic z tego nie rozumiała – Jestem pewien, że ja i moja załoga zaryzykujemy powrót naszym okrętem. Zakładając, że go nam oddacie.
- Oddamy. Doki na Vulcanie powinny zakończyć remont w ciągu miesiąca. – ulga, jaką odczuła Aiien musiała być tak widoczna, że Spock mimowolnie uniósł brew
- Dziękuje – uśmiechnęła się serdecznie. Spock skinął głową. NA chwilę zapadła cisza. Vulcański ambasador spojrzał na admirała, który skinął głową. Aiien widząc to poczuła się bardzo nieswojo.
- Mam pytanie, na które chciałbym uzyskać od pani odpowiedź, zanim będziemy kontynuować. – powiedział cicho Spock
- Słucham?
- Gdzie pani jest?
- Słucham? – powtórzyła, tym razem ze zdziwieniem
- Gdzie pani jest? To chyba proste pytanie?
- Tak. Ale skąd mam wiedzieć, gdzie jestem. Na jakieś planecie stołecznej Federacji.
- Tak – Spock skinął głową – I nie domyśla się pani jej nazwy?
Pokiwała głową, że nie. Nie bardzo rozumiała, do czego ma to prowadzić.
- Cóż. Jak myślę, ma pani prawo wiedzieć. To Ziemia.
Instynktownie wzruszyła ramionami. Co w tym dziwnego, że ludzie nazwali swoją kolonię, daleko od domu, Ziemią.
- Prawdziwa Ziemia – dopowiedział ambasador – trzecia planeta w układzie Sol.
- Jaja sobie robicie – nie potrafiła się powstrzymać. Chwilę potem klęła się w myślach za głupotę.
- Nie robimy ‘jaj’ – odpowiedział Spock, obeznany z ludzkimi powiedzeniami – To Ziemia. Dla nas to nic nowego. Spotkaliśmy już na znanym nam terytorium parę innych Ziem. Mieliśmy także doświadczenia z wszechświatami równoległymi. Jednak jak mniemam... pani kapitan! – Aiien osunęła się zemdlona na fotel...
Pierwszą myślą, jaka zawitała w głowie Aiien po odzyskaniu świadomości było: „Cholerni Minbari. Wreszcie mnie dorwali... przy okazji fundując najdziwaczniejszy „ przypomniała sobie zniszczenie Sharlina „i najprzyjemniejszy sen od dawna” Westchnęła ciężko i otworzyła oczy. Pozbawiona emocji twarz istoty, którą zidentyfikowała jako ambasador Spock powiedziała jej, że to nie był dziwaczny sen. Chwilę później przypomniała sobie jego ostatnie słowa... inny wymiar! Gwałtownie usiadła na łóżku.
- Przepraszamy. Sądziliśmy, że jesteście, chociaż częściowo, obeznani z innymi rzeczywistościami. Tym bardziej, że przemieszczacie się w jednej z warstw podprzestrzeni... cóż. Myliliśmy się. – Spock mówił spokojnie, jakby uświadamianie kogoś, że nagle przekroczył barierę między wymiarami było jego codziennym zajęciem – Proszę – podał jej kubek wody. Lekko drżącymi dłońmi ujęła go i pociągnęła łyk. Lodowaty płyn uspokoił ją trochę.
- Ambasadorze... jak?.. – chciała zapytać jak mają wrócić, ale bała się odpowiedzi
- Jak wrócicie? – skinęła głową – Najprościej byłoby tak jak przylecieliście. Ale jak sama pani wie, wasz okręt przetrwał w zasadzie dlatego, że mieliście dużo szczęścia. Kolejny przelot, nawet w pełni sprawnym okręcie oznaczałby pewną śmierć. A użycie naszego okrętu, przynajmniej bez decyzji prezydenta, jest niemożliwe. Pomijam fakt, że nie wiemy, czy fenomen, który was tu przeniósł, nadal tam jest.
- Czyli nawet, jeżeli wir będzie istniał nadal, to nie mam okrętu, który mógłby przetrwać podróż – gorzko stwierdziła.
- Owszem – potwierdził Spock. – Cóż. Może na dzisiaj zakończymy. Niech się pani z tym... prześpi, jak to mówią ludzie. Dalszych informacji udzieli pani oficer federacji odpowiedzialny za kontakty z pani rasą. Rada bezpieczeństwa zgodziła się na przyznanie pani praw dostępu do naszych baz danych na poziomie zwykłego obywatela. Pani Saavik zaprowadzi panią do promu. Aż do podjęcia decyzji będzie pani stacjonować na okręcie USS Scorpion. – Spock wstał – Nie wiem, czy jeszcze się spotkamy. Ale zapewniam panią, że dołożę wszelkich starań, żeby mogła pani powrócić do domu.
Aiien wstała i zasalutowała opuszczającym pokój Vulcanom. Potem poszła za milczącą asystentką ambasadora. Na lądowisku czekał na nią lekki prom. Aiien ulokowała się wygodnie i po chwili mogła podziwiać widoki. Wszystko, co widziała wcześniej zbladło, gdy zobaczyła doki Marsjańskie. Potężne pająkowate konstrukcje liczone w setkach orbitujące bliżej i dalej Marsa. Od czasu do czasu można było zobaczyć kratownicowy, dok podobny do tych, jakie używane były w Sojuszu. Jednak największe wrażenie zrobiły gigantyczne stacje kosmiczne, jakie rozmieszczone były mniej lub bardziej równomiernie dookoła Czerwonej Planety. Ze stacją wystarczająco dużą, aby pomieścić nawet parę Omeg, w centrum tego olbrzymiego pola. W każdym doku leżał jeden okręt, w różnym stopniu budowy.
- Są ich setki – mruknęła cicho Aiien. Pilot ją jednak usłyszał
- Skąd. Doków jest sześćdziesiąt pięć. No, ale są jeszcze stacje. Łącznie Utopia Planitia produkuje około dziewięćdziesięciu okrętów miesięcznie. – zmienił kurs tak, aby wiódł w pobliżu największego zgrupowania doków. – Normalnie nie jest tu tak tłoczno, ale po ostatniej wojnie Flota Gwiezdna potrzebuje uzupełnić stany flot. I praca tu, nad Księżycem, na Vulcanie i Andorii wrze.
- Ostatnią wojną?
- Tak. – pilot zamyślił się... – Przepraszam. Federacja została najpierw napadnięta przez Borg, potem przez Dominium, potem znów przez Borg. W międzyczasie przez Son’a, Klingonów i Romulan. W tych wszystkich mniejszych i większych wojenkach straciliśmy większość jednostek i teraz Flota musi się odbudować... zresztą na dobre im to wyjdzie.
- Na dobre?
- No tak. Wygraliśmy te wojny. A przy okazji Flota poszła po rozum do głowy i nie buduje już tylko jednostek badawczych, tylko...
- Jak to badawczych?! – przerwała gwałtownie Aiien
- No normalnie. Od czasów Praxis... znaczy po tym jak sobie Klingonie księżyc wysadzili... no tak mówią. Słyszałem, że ten księżyc wysadził jeden taki pieprznięty pułkownik z oddziałów specjalnych, ale czego to nie mówią... no w każdym bądź razie od początków Federacji jedynym poważnym przeciwnikiem byli dla nas Klingonie. Cała reszta... cała reszta nie dorastała nam do pięt. Po Praxis Federacja podpisała pokój i układ o obniżeniu liczebności flot. A raczej sprawności bojowej. No to zaczęliśmy budować okręty badawcze zamiast wojennych. A jak już wybuchła wojna, to nie mieliśmy czym walczyć.
- Ale wygraliście?
- No tak – zerknął na nią – i tak jeden nasz okręt badawczy często starcza za jeden okręt wojenny innych ras. Rzecz jasna w swojej klasie. A w niektórych przypadkach za dwa.
- A okręt, którym przyleciałam? – pilot popatrzył się na nią – aaa... Rouge.
- Rogue ... stary Excelsior, wariant Enterprise. No, co pani, nie dość że badawczy, to jeszcze stary rzęch.
- Rzęch?
- No tak. Wysłali go na granice klingońską, bo tam spokój i to była ostatnia tura patrolowa. Potną go pewnie na żyletki... o widzi pani – pokazał znajomą sylwetkę – to Excelsior, wariant Enterprise. Modyfikowany do wariantu Lakota. Posłuży jeszcze z dziesięć lat. A to cudo obok to Akira, krążownik, jakiemu nikt normalny w drogę nie wchodzi, tym bardziej...
Reszta przemowy pilota umknęła Aiien. Zastanawiała się nad ironią życia. Uciekała najpotężniejszym okrętem, jaki jej rasa zbudowała. A tymczasem uratował ją przestarzały okręt badawczy. Rzęch, który niedługo potem trafił na złom, bo nie nadawał się do służby. Zadrżała... jak potężne więc musiały być okręty wojenne?...
- a to Scorpion. Pani nowy dom – popatrzyła naprzód i westchnęła. W jednym z kratownicowych doków spoczywała piękna, wyścigowa wręcz, sylwetka. Dzieliła charakterystyczne cechy ze wszystkimi pozostałymi okrętami – jeden kadłub w kształcie spodka, chociaż tutaj wydłużonego, połączony ‘karkiem’ z długą sekcją mieszczącą wg wyjaśnień Jerrego napęd oraz główne uzbrojenie. No i dwa błękitne patyczki napędu. Okręt był piękny, ale wyglądał niczym kruchy motyl, którego trzeba bronić a nie jak coś, co może walczyć z Minbari i wygrać.
- To też okręt badawczy? – zapytała ciekawie. Pilot parsknął śmiechem – Powiedziałam coś śmiesznego?
- Nie, przepraszam. Zapomniałem, że nie zna pani naszych okrętów. Do Scorpiona pasuje wszystko, tylko nie określenie badawczy. Znaczy – sprostował – jak większość okrętów ma spore możliwości badawcze, ale opracowano go w jednym tylko celu – walki z Borg.
- Borg?
- Borg to... no... Borg. Szef to pani wyjaśni. Pewnie. No, dokujemy. Wreszcie. Nie wiem, co podkusiło JMS żeby zmienić mnie w woźnice.
- A kim pan jest?
- Mechanikiem na tej krypie, na którą panią wiozę. Przepraszam, że się nie przedstawiłem, ale szef zakazał.
- Nie szkodzi. – w tym momencie prom lekko osiadł na podłodze hangaru. Aiien wstała i wysiadła. Dok Scorpiona różnił się znacznie od doku Rogue. Był dużo większy i cały biały, w przeciwieństwie do czarno-szarego doku... Excelsiora. Tuż obok promu stał kapitan Styczyński. Uśmiechnęła się do niego, gdy wyszła
- Fajnie, że jesteś – odwzajemnił uśmiech – pewnie gryzipiórki cię tam nieźle wymęczyli. Chodź – skinął głową w stronę niewielkich drzwi wyglądających jak wejście do schowka na miotły – zaprowadzę cię do kwatery. A potem pójdziemy coś zjeść. Kapitan Spock chciał, żebym opowiedział ci to i owo...
- To ty jesteś tym oficerem, który ma mnie uświadamiać?! – zapytała.
- Tak – jego uśmiech poszerzył się
- Wiedziałeś?! – zapytała z rosnącą wściekłością
- Tak
- Drań! – skwitowała – Jesteś wielkim sukinsynem. Myślałam, że już cię nie zobaczę!
- Aż tak za mną tęskniłaś? – kapitan popatrzyła na nią z przekorą w oczach
- Nie miałabym za kim. Miałam na myśli twoją orzechówkę.
- Niech pan jej nie wierzy szefie. Ona pana kocha.
- Co?! – wściekła Aiien odwróciła się do szefa maszynowni, który przewidująco cofnął się o krok
- Widzi pan. Gdyby nie kochała, nie wściekałaby się tak.
- Tia... coś w tym musi być szefie. – oboje wybuchnęli śmiechem na widok miny Aiien. Wyglądała jak dziecko, któremu ktoś zabrał lizaka a potem jeszcze obrugał, że dała go sobie zabrać.
- Dobra, szefie, muszę lecieć. Ten cholerny rdzeń pewnie przestał działać.
- Zgadza się. I niech pan po drodze nie zapomni rzucić okiem na deflektor. Ten ósmy cud świata działa mniej więcej jak pozostałych siedem: czyli w ogóle.
- Się robi – odpowiedział rezolutnie szef maszynowni
- I niech pan nie zapomni o spotkaniu. O 20 u mnie. Reszta głównych oficerów przyleci o 15. Pogadacie sobie.
- Aye – mechanik popatrzył na Aiien – Ją też pan przyprowadzi?
- Pewnie. Będzie z nami mieszkać zanim nie zrobią jej okrętu. Niech pozna ludzi.
- I będzie miała okazję obejrzeć swojego samca w akcji – parsknął mechanik. Widząc jednak wściekłą minę gościa zniknął za drzwiami turbowindy prowadzącej do maszynowni.
- Nie przejmuj się nim Aiien – kapitan ruszył wolnym krokiem w kierunku innej turbowindy – on tak zawsze. Swatał ludzi jeszcze w czasach, gdy byliśmy nieopierzonymi kaczątkami latającymi po korytarzach akademii.
- Nie przejmuje się tym troglodytą – wzruszyła ramionami – co się...
- Stało, że przydzielono cię tutaj? – skinęła głową – Jesteś kapitanem okrętu gwiezdnego, uznano więc, że najlepiej będziesz się czuła na okręcie. A ponieważ to ja was znalazłem i mnie znasz najlepiej, to ja mam cię wprowadzić w nasz świat. A ty później wprowadzisz swoich ludzi.
- Mam zamiar wrócić – stwierdziła twardo
- Wiem – Jurek popatrzył się na nią – ale to może być niemożliwe. Poza tym, tam czeka cię prawie pewna śmierć. – dokończył cicho.
- Wiem – Aiien skinęła głową. Wiedziała cały czas – Ale to mój obowiązek.
Jurek tylko pokiwał głową. On to rozumiał. Ostatecznie nie raz i nie dwa sam wracał na pole bitwy bez szans na wygranie. I jakoś przeżył. Ona też ma szansę. Tylko... „Cholera” zaklął – „dlaczego jak spotkam jakąś fajną dziewczynę, to wszystko musi się popieprzyć!”
Użytkownik ArTi edytował ten post 12.08.2004 - |09:58|