Dawno dawno temu (w piątek), za siedmioma autobusami, za siedmioma korkami, za siedmioma wykopami poszedł niejaki Tokar na dworzec po niejakiego Alexa. Następnie zaatakowaliśmy autobus zajmują pozycję w tylnej jego części omawiając sprawy związane z tajnymi transferami jednostek alokacji pamięci, podróż ta trochę czasu zajęła jak to zawsze bywa z stanem Wrocka. Przybyliśmy do bazy Litwa i podłączyliśmy odpowiednie sprzęta. Rozpatrując plan na wieczór rozbrzmiał telefon!
To był Nosfi. „Zadzwoniłem i spytałem się czy nie mógłbym wpaść i rozpocząć zlot”. Godzinę po tych słowach zaczęliśmy na całego. Otworzyliśmy czteroraki i rozruszaliśmy jeszcze bardziej elektronikę na biurku. W ramach tego rozkręcenie odkryliśmy znaczenie czystej ściany u jednego z bohaterów serialu „Jak poznałem Twoją mamę”. Godne polecenia widowisko! Oglądajcie. Próby Tokara spaść kończyły się rozpoczęciem kolejnego odcinka i tak do 2:00. Nosfi nie spał, obejrzał całość.
Godzina 0400. Przygotowania do wyjazdu. Zamówienie taxi i hen ku dworcu. A nasz kierowca rajdowca wspaniały pirat z Karaibów pobił wszystkie rekordy prędkości (tym razem nie w ściąganiu z Internetu) i wszystkie możliwe przepisy. Dzięki temu byliśmy już o 5:00.
W oczekiwaniu na pociąg udaliśmy się do MacDonalda. Gdzie fantastyczna obsługa bardzo szybka uwinęła się z 4 klientami w pół godziny. Zaniepokojeni brakiem boba na stanowisku bojowym Tokar wykonał telefon.
Godzina była 0520. Bob odbiera telefon i mówi „jestem przed rynkiem” (do pociągu 19 minut). Tokar przyjął to do wiadomości i bob w trakcie bycia w rynku wsiadł w taksówkę, zadzwonił do Tokara, który już wsiadał do pociągu ze swoją MacDonaldową herbatką z prośbą o kupno biletu. No to Tokar rzuca wszystko i biegnie do kasy. Kupując bilet bob dzwoni do Tokara i po drobnej konsultacji stwierdził że nie ma drobnych pieniędzy by zapłacić taksówkarzowi. Bob przewidział to zanim taksówka dojechała do dworca. Tokar był już na pozycji pod CPN’em koło dworca gdzie po 10 sekundach Bob podjechał w swoim hataku na dworzec. I nagle Tokar słyszy telefon – dzwoni kasyno z prośbą o mopa… Okazuje się że herbatka Tokara wylądowała na podłodze przedziału. Bob z Tokarem ale bez mopa dotarli na miejsce 4 minuty przed odjazdem. Mission (Im)possible.
Pociąg rusza. Rozsiedliśmy się w przedziale i korytarzu jadąc tak trzy i pół godziny, gdzie ostatnie chwile poświęciliśmy na tajne materiały wywiadowcze z Sosenki. Uff. Dojechaliśmy do Jeleniej Góry. Wychodząc z PKP zadaliśmy – dokąd iść. Więc telefon. „Siara i wszystko jasne”. Otrzymaliśmy instrukcje przemarszu przez miasto główną ulicą zwiedzając przy okazji ściany płaczu. Po półgodzinnej przechadzce dotarliśmy przed PKS gdzie nas wychaczył kierowca busa z propozycją nie do odrzucenia. Rozsiedliśmy się wygodnie ruszyliśmy ku naszemu celowi słuchając muzyki. Po 50 minutach dotarliśmy do celu. Kasia nas odebrała i zaczęło się… wspinaczka do Izerskiej Chaty.

Skręcaliśmy, szliśmy, w prawo, w lewo, w górę, w górę, w prawo, w górę, w lewo, w górę jeszcze raz w górę i stawik z Izerską Chatą i pięknym widokiem w dół ukazał się naszym oczom. Weszliśmy po stromych schodach groźnych dla ludzi w stanie ascendacji i zajęliśmy cztery pokoje dwuosobowe, gdzie jeden pseudo czteroosobowy który był tak naprawdę dwuosobowy został później wykorzystany na centrum operacyjne w Świeradowie. Po zostawieniu naszych gadżetów w chacie wyruszyliśmy w dół w dół w prawo w lewo w prawo w lewo w lewo w dół w prawo i prawy dół na jedzonko. Zamówiliśmy jedzonko, zamówiliśmy napoje i przybył nasz wspaniały drugi współorganizator bazyl. Grupa była kompletna. Po dyskusjach przeróżnych na różne tematy wyszliśmy i na spacer w kierunku Izerskiej Chaty.

Po przejściu hali spacerowej, zapoznaniu się z mapą terenu, zrobieniu małych zakupów dotarliśmy do celu, po czym udaliśmy na lekki odpoczynek, ciepłe kakao i dobre ciastko. Kończymy z Izerską, wychodzimy i udajemy się do szkoły. W drodze dokonujemy sporych zakupów w domu handlowym w centrum miasta gdzie bardzo miła obsługa zaopatrzyła nas w odpowiedni asortyment. W szkole grupa podzieliła się na dwie części. Kopiujące i oglądające. Grupa kopiującą analizowała i przerzucała dane wagi około 700GB z których 400GB zostało w bardzo przygnębiający sposób utracone. Druga grupa z uśmiechem na twarzy wspomniała przy kolejnych piwkach historię zlotów Oriona.

Po zakończeniu akcji copy and watch udaliśmy się z powrotem pod górkę i krętymi drogami do naszej chatki. Droga tym razem była bardzo ciemna i wietrzna. Tak wietrzna że prawie nas zwiało na sam dół nie pozwalając wejść w kierunku naszego celu – czyli pod górę. Podczas tych zmagań nie byliśmy w stanie usłyszeć żadnego telefonu, swoich myśli, jednocześnie odczuwając że nasze mięśnie rosną. Nawet rozegraliśmy mały wyścig który dla jednej jednostki spowodował różne efekty uboczne (jak i dla jednej innej jednostki obiadowe surówki).

(zdjęcie z zejścia w dół, nikt nie chciał wchodząc pod wiatr robić zdjęć

)
Była godzina już koło 22.00 i niektórzy pojedynczo zamawiali kolejne kiełbaski w barze znajdującym się pod naszymi pokojami. To wywoływało u obsługi która próbowała najwyraźniej osiągnąć już ascendację jeszcze bardziej wesołą atmosferę. Na górze tymczasem część szykowała się na klucz dnia, szczególnie Tokar po powrocie z kiełbaski i bob nie zamierający w walce o oko Ra.

(zdjęcie z wcześniejszej pory)
Rozsadzając się już przy filmie w głównym pokoju grupa czekała w tym jedna jednostka przy flaszce na kieliszki od innej jednostki. Udało się je zdobyć. W międzyczasie gdzieś po starcie imprezy zadzwonił prezes z Opola. Telefony były nawet dwa, trudno nam je jednak dokładnie w czasie zlokalizować, co nasuwa na myśl narratorowi że w południe dzwonił także oddział poznański któremu nie udało się dotrzeć do Świeradowa i niech cierpią za to co stracili.

W każdym razie udało się wystartować po długich walkach i zaczęliśmy obalać Goa’uld’a. Wypiliśmy wiele toastów w tym dwa w czasie pół minuty pod namową jednego z organizatorów za zdany egzamin z tego samego dnia.

(zdjęcie ośrodka)
Wszyscy udali się chwiejącym krokiem (oprócz dwóch jednostek do których należał pokój) do swoich łóżek. Jeden z pokoi próbował jeszcze nawoływać do nalewania braci z drużyny SG do dalszej walki jednak pomieszczenia były najwyraźniej dźwiękoszczelne.
DZIEŃ 2 (3)
Ku naszemu własnemu zdziwieniu zważając na małą ilość czasu snu wcześniejszej nocy zarówno ekipy warszawskiej jak i wrocławsko obudziliśmy się koło 0830, ale ekipa gorzowska pobiła rekordy wstając o 0700 rano i wyruszając w tę drastyczną wichurę udała się na PKS Jelenia Góra z Kasią jadącą po wyniki egzaminów. Kasia zdała!!!

. Śniadanie nie udało się z powodu braku prowadzących lokal pod nami, ale i tak zażyliśmy wartości odżywcze w postaci Żubra na zboczu Świeradowa. W pokoju jeszcze przez jakiś czas oglądaliśmy telewizję i raport o Rospudzie, który pozwolił nam rozpocząć kolejną dyskusję. Po chwilce rozliczyliśmy się z właścicielką chatki i wyruszyliśmy na automatycznym pilocie w dół do szkoły gdzie zostawiliśmy swoje bagaże, udając się następnie na przekąskę do Bożeny.

(SGTokar i Boba odwiedza czarny kot)
Okazało się że Bożenka przyjmie nas dopiero o 1200 i wyruszyliśmy na kilkudziesięciu minutową wyprawę po zboczu jednej z gór Świeradowa badając lokalną faunę i florę. Tocząc bitwy na miecze świetlne i atakując zbocze Świeradowskie które powodowało co u niektórych niezły odlot. Po pstryknięciu paru fotek chwilkę jeszcze poczekaliśmy przy niby stawie przy lokalu Bożenki i o 1200 rozpoczęliśmy wyżerkę. Tu ważne jest iż dwie osoby wzięły sobie surówki co jest bardzo istotne dla dalszego przebiegu wydarzeń.

(na górce)

(obiad)
Godzina 1300, dalsza część planu jest wykonywana. Pierwsza grupa w składzie Bob, Majkel, Nosfi, Tokar udała się w pierwszej turze jeepem na kilkunasto minutową podróż drogą na szczyt Stogu Izerskiego. Najpierw oczywiście trzeba było zrealizować pomysł wybudowania wrót, co niestety z powodu braku osprzętu zwanego zasilaniem (czytaj ogrzewaniem) spełzło na niczym. Skończyło się na wybudowaniu platformy pierścieni. Nie marnując czasu pierwsze grupa rozpoczęła penetrowanie terenu udając się szlakiem nieoznaczonym na szczyt pod antenę Radia Maryja. W międzyczasie druga grupa wjechała na szczyt, po czym zwiedziła schronisko i wyruszyła szlakiem oznaczonym w stronę anteny. W drodze do anteny na potkali na opór sił wrogich. Z nikąd wyskoczyła grupa SG-2 i zaatakowała w krzyżowym ogniu zbliżających się wrogich Jaffa. Jako pierwszy wystąpił naprzeciw wrogiemu oddziałowi major Bob, wygłaszając ostrzeżenie „Kree Jaffa”, po czym do ataku przystąpili rozproszeni po okolicznym lesie pozostali członkowie SG-2, przeładowani śnieżną amunicją.

(jeep)

(atak)
Po wzięciu w niewolę Jaffa udaliśmy się pod stację nadawczą Ori, gdzie zostaliśmy nieźle przewiani i opanowany przez Goa’uld’a Tokar został powalony przez Nosfiego i resztę ekipy. W drodze powrotnej uczestniczyliśmy w cztero-osobowym wyścigu do platformy pierścieni które przeniosły do ciepłego schroniska, w którym wypiliśmy napój bogów. Po chwili oddechu wyruszyliśmy na półtoragodzinną podróż pieszo do Świeradowa znajdującego się u podnóży góry. W czasie tej krętej drugi nieraz wiele osób lądowało w śniegu. Przystawaliśmy na krótkie odpoczynki w punktach przestojowych.

Po wielkich trudach dotarliśmy do szkoły skąd zabraliśmy nasze bagaże i wyruszyliśmy na przystanek PKS. Wsiadając do busa pożegnaliśmy się z naszymi organizatorami tj. Kasią i bazylem i wyruszyliśmy w stronę Jeleniej Góry w ciekawym towarzystwie miłych pań (podczas jednej z rozmów Nosfi wypytał bazyla o wszystkie szczegóły przeprowadzki do Świeradowa).

W Jeleniej Górze zahaczyliśmy o pizzerię, posililiśmy się i wyruszyliśmy na dworzec PKP. Ku naszemu zdziwieniu wszystkie przedziały były pozajmowane gdy niektórym w głowie były tylko Goa’uld’y i Jaffa. Jednak towarzyszka naszej podróży onieśmieliła część podróżników i skończyło się na Jaffa. Jednak wpływ wcześniej wspomnianej surówki zadziałaj bardzo dobrze na dwie jednostki znajdujące się w przedziale. Większośc niezrozumiała już toku ich myślenia polegającego na taktowaniu rożnych melodii przeróżnymi sposobami oraz na budzeniu towarzyszy broni siłą mentalną ręki.

Podróż trzy godzinna bądź co bądź w miarę szybko minęła i we Wrocławiu wysiadła ekipa wrocławska stojąc chwilę przy wagonie ekipy warszawskiej które przedział w okolicach Brzegu. Jak to się skończyło dokładnie nie wiemy. Wiemy to, że Boba pożegnaliśmy przy PKP, następnie w autobusie 241 Nosfi i Tokar pojechali pożegnali się i wyruszyli ku swojemu przeznaczeniu.

(uwagę należy zwrócić na znaczek na ciastku

)
Serdeczne z głębokiego serca podziękowania dla najwspanialszych najcudowniejszych najukochańszych organizatorów zlotów SG w Polsce.
Niech żałują Ci co nie byli.
Zlot wakacyjny powinien odbyć się koniecznie w uroczej miejscowości Świeradów Zdrój, będącej sercem … atrakcji i świeżego powietrza w Polsce
Ekipa zlotu Świeradów-Zdrój jest totalnie ZA …
Użytkownik SGTokar edytował ten post 21.02.2007 - |01:04|