Smutno mi, ale jakoś sobie poradzę.
Z okazji końca serialu pozwolę sobie się rozpisać.
Sprawy techniczne:
Odyseja była osłonięta bąblem czasowym i czas płynął dla niej szybciej niż względnie czas dla galaktyki.
Światło zawsze porusza się a tą samą prędkością, więc nawet w takim bąblu wszystko na zewnątrz będziemy widzieć tak jak trzeba. Nad tym się już Einstein głowił i doszedł do wniosku, że nie ma znaczenia jak szybko będziemy się poruszać, względna prędkość światła dla nas będzie zawsze taka sama. Taki paradoks, który w gruncie rzeczy nie jest paradoksem ale wytłumaczenie go tutaj zajęłoby zbyt wiele czasu i liter. Mówiąc krótko przy prędkości światła prędkości nie składają się wektorowo jak w fizyce klasycznej a prędkość światła jest zawsze stała bez względu na punkt odniesienia wedle którego ją mierzymy. Z tego założenia wynika kolejne, czyli bez względu na to jak szybko czas płynie dla nas to prędkość światła i tak pozostanie stała czyli pi razy oko 300 000 km/s. Możemy więc widzieć normalnie promień i statek ORI z naszej perspektywy prawie nie poruszające się.
SGTokar ma rację w sprawie entropii wszechświata. Entropia przebiega w jedną stronę - w kierunku zwiększania nieporządku. Szklanka cała jest układem bardziej uporządkowanym niż szklanka w kawałkach, dlatego zawsze widzimy szklankę tłukącą się a nie składającą w całość. To samo tyczy się wspomnień. Każda myśl, każdy ruch elektronu zwiększa entropię wszechświata. W odcinku Carter bełkocze bardziej niż zwykle, bo i pomysły pojawiają się szybko, więc sensu w tym niewiele. Jedyne co jest sensowne, to to, że jedynym możliwym wyjściem dla SG-1 było uchronienie jednej osoby przed cofnięciem "w niej" entropii, czyli tym samym cofnięciem jej pamięci. Tą osobą był Teal'c. Carter w obrębie bąbla czasowego wokół statku wytworzyła "wsteczną" entropię, czyli cofnęła czas, którego kierunek jest zawsze zgodny z entropią. Jedynie Teal'c pozostał osłonięty od tego procesu poprzez pole wytworzone wokół niego. W czasie w obrębie bąbla cofnęła się cała Odyseja i Teal'c razem z nią, jednak dla niego wyglądało to tak, jakby to rzeczywistość wokół niego się zmieniła. Ktoś tu wspominał o zbiorach matematycznych i można tak traktować bańkę wokół Odysei w naszym czasie i bańkę wokół Teal'ca w "czasie Odysei". Skoro możliwe było oddzielenie czasu okrętu od czasu ORI i tym samym zmienienie tempa entropii obu układów, to wytworzenie takiego samego zjawiska wokół Teal'ca było tylko rozwinięciem problemu. Równie dobrze w bańce Teal'a można było wytworzyć kolejną bańkę i tak w nieskończoność. Oczywiście nie wnikam tu w kwestie techniczne takiego rozwiązania.
Jak to wyglądało z punktu widzenia statków ORI? To bardzo proste. Wyglądało to tak, że oni strzelili a Odyseja im zwiała. Żaden kapłan nie był zdziwiony i szczęka mu nie opadła, ponieważ te 50 lat dla nikogo poza Teal'ciem się nie wydarzyło. Cała sprawa wyglądała tak, że Carter podjęła inną decyzję niż "przedtem". Nieraz każdy z nas chciałby dokonać innego wyboru w życiu. Carter miała szansę dzięki Teal'cowi.
Kwestia przesunięcia okrętu wewnątrz bańki i uniknięcia trafienia.Odpowiedź - Niemożliwe.
Zauważmy, że okręt poruszał się z jakąś prędkością w czasie "galaktycznym" i wedle tego czasu i tej przestrzeni można mówić o jakimś jego ruchu. Ruch jako rzecz względna musi mieć punkt odniesienia. Dla bohaterów punktem odniesienia był pokład statku. Dla okrętu tym punktem była rzeczywistość, w której mieli 0,86 sekundy do trafienia. Bańka wokół okrętu poruszała się razem z nim. Względem bańki okręt się nie poruszał. W jaki sposób statek miałby się "dodatkowo" przesunąć skoro jego silniki pracowały na to żeby poruszać się w "rzeczywistym" czasie. Cała energia silników była wykorzystana na ruch w "naszym" czasie i nawet dodatkowe parę gigawatów mocy z naszej perspektywy niewiele zwiększyłoby jego prędkość. To nie działa tak, że jak w normalnym czasie możemy biec 10 km/h to w bańce z 10 krotnie przyspieszonym czasem będziemy biegli 10 razy szybciej i zdążymy uciec przed samym sobą.
Z drugiej strony dziwi fakt, że w chwili wytworzenia bańki czasowej wokół okrętu nie wyłączyli silników i pozwalali żeby zużywała się energia na ruch, który z ich perspektywy i tak nic im nie da.
Nawet zakładając, że można poruszyć statek względem otaczającej go bańki to:
- mamy za mały margines rzędu kilkunastu, kilkudziesięciu metrów;
- w pewnym momencie wylecimy przodem z bańki a wynik takiego działania jest tak samo przewidywalny jak dzielenie przez zero. Można dość dokładnie przyjąć, że jest to niemożliwe;
Kwestia samego czasu:Czas nie jest czymś urojonym. Urojeniem jest dla filozofów. Nauka ma na to inną odpowiedź. Mówiąc prosto:
Czas jest wymiarem równoważnym trzem wymiarom przestrzennym i tak można a nawet trzeba go traktować. Poruszając się w trzech wymiarach, poruszamy się jednocześnie w czwartym wymiarze - w czasie. O ile jednak w trzech wymiarach przestrzennych możemy poruszać się z dowolnym zwrotem, to w wymiarze czasowym ten kierunek jest zawsze zgodny z kierunkiem entropii. Zużywając energię na poruszanie się w trzech wymiarach jej część zużywamy na poruszanie się także w czasie. Naukowo dowiedziono, że większa prędkość w trzech wymiarach powoduje mniejszy ruch w czasie. Dla przykładu doświadczenia z dwoma zegarami atomowymi, z których jeden porusza się ze znacznie większą prędkością od drugiego. Po pewnym czasie widać różnicę w ich wskazaniach. Różnica jest niewielka bo ilość energii zużywana na poruszanie się w wymiarach przestrzennych i czasowych jest nieproporcjonalna. To tak zwany paradoks bliźniaków. Można zaryzykować stwierdzenie, że poruszając się dostatecznie szybko można ustalić granicę upływu czasu jako nieskończenie dążącą do zera.
Pomysł Michella z F-302Prawdę powiedziawszy nie mam pojęcia co on chciał tym sposobem osiągnąć, a skoro był przekonany, że to coś da, to dlaczego w ciągu tych 50 lat po prostu nie zwiał z Odysei. Mając w perspektywie 50 lat życia w zawieszeniu i możliwość ucieczki z Odysei wolałbym zwiewać. Może na początku bym posiedział z nadzieją, że Carter coś wykombinuje, ale przecież nie 50 lat.
Kwestia wyczerpania ZPM:ZPM jest jak najbardziej naładowany. Przebywając w bańce czasowej był od niej całkiem zależny on sam jak i podprzestrzeń z której ssał energię. Carter cofnęła w czasie wszystko wewnątrz bańki, zmieniła kierunek entropii, tym samym ładując ZPM, czy też wtłaczając z powrotem energię z naszej przestrzeni do podprzestrzeni poprzez ZPM. Skoro entropia się odwraca to odwraca się wszystko co ma z nią związek. Jedynie Teal'c był od odwrotnej entropii odizolowany. Nie wiem czy jego pole było zasilane z ZPM, czy też podobnie jak sama bańka z odwróconym upływem czasu zasilana z energii strzału ORI. Carter tylko na moment wyłączyła pole dylatacji czasu aby pozwolić "w końcu" trafić wiązce w statek i zasilić układy by ponownie wytworzyć bańkę. ZPM znajdował się w bańce więc objęła go "wsteczna" entropia. Paradoks Teal'ca może wyglądać tak, że pole izolujące go od reszty statku "zużywając" energię mogło jednocześnie ładować ZPM, jeżeli przyjmiemy, że z niego pole było zasilane w trakcie "cofania się" w czasie. Niestety takich przeciwieństw nie da się uniknąć kiedy manipuluje się czasem.
Podsumowując odcinek:Jest świetny. Nie mogę dać innej oceny niż 10/10. Nie przeraża mnie to, że za friko dostaliśmy od Asgardu wszystko, co najlepsze. Tutaj przynajmniej nie było jakiegoś przypadku jak zawsze wcześniej. Dla mnie jest to coś pięknego. Jest to swego rodzaju docenienie nas i tego, co dokonaliśmy w tak krótkim czasie. Patrząc na to z drugiej strony Asgard nie miał komu innemu oddać tej technologii. W pewnym sensie byliśmy dla nich jak ich dzieci, więc wybór nas był dość oczywisty. Noxowie są równie zaawansowani jeśli nie bardziej a Furlingowie zniknęli i nawet Asgard nie wiedział gdzie się podziali.
Nie przeraża mnie też to, jak skończyła się historia Asgardu. Myślę, że czasem lepiej jest odejść tak, jak sami tego chcemy niż czekać na nieuniknione. Osoby, które twierdzą, że Asgard powinien walczyć do samego końca, nawet jeśli wiązałoby się to z powolną i bolesną śmiercią podchodzą do sprawy zbyt religijnie. Nie było żadnych racjonalnych pobudek ku temu żeby Asgard nie miał zrobić tego, co zrobił. To jedynie nasze, ludzkie, kulturowe naleciałości sprawiają, że myślimy (nie wszyscy) inaczej.
Myślę, że Thor i reszta odeszli najlepiej jak mogli. Sami zdecydowali w jaki sposób. Nie czekali jak Tollanie na swój los lecz sami go wykreowali. No i odeszli z hukiem. Szkoda, że nie oberwało się przy okazji statkowi ORI.
Wątek związku Daniela z Valą jak najbardziej na miejscu. Nie wiem czego co poniektórzy się spodziewali? Że będą przez 50 lat siedzieć i jeść płatki śniadaniowe? Takie sytuacje się zdarzają, więc i tu się zdarzyło. Kiedy przebywa się tak długo z jedną osobą na ograniczonej przestrzeni można tylko znienawidzić albo pokochać.
Brak O'Neilla i reszty starej ekipy faktycznie trochę dziwny, jednak patrząc obiektywnie gdyby teraz mieli się nagle wszyscy pokazać to wyglądałoby to jak odcinek numer 200, czyli o wszystkim i o niczym.
Ludzie, którzy jęczą, że się nic nie wyjaśniło, że było nudno, powinni obejrzeć cały serial od nowa w oczekiwaniu na film. Nikt nie mówił, że "dzisiaj" wszystko się wyjaśni. Nudne jest gadanie, że "się spało, bo nie było wybuchów". Normalnie jak dzieci w przedszkolu.
Scena finałowa: Po raz pierwszy od chyba dwóch sezonów pokazano całą sekwencję wybierania adresu wrót i misję drużyny jak za starych, dobrych czasów, to coś pięknego. Cała wiedza Asgardu/Pradawnych zawarta w cytowanych przez członków SG-1 powiedzeniach mówi wszystko i niejako pozwala zatoczyć pełne koło, kiedy to pierwszy zespół wyruszał na pierwszą misję.
Słowa Thora o tym, że jesteśmy Piątą Rasą są w jakimś stopniu pożegnaniem także z O'Neillem. To on przecież dostał od Thora obietnicę, że kiedyś może zasłużymy na miano Piątej Rasy. Dla Thora naprawdę byliśmy jego dziećmi.
Będzie mi brakowało
"Asgard pozdrawia".
Żegnaj SG-1 [1997-2007]
Użytkownik Lucas_Alfa edytował ten post 21.03.2007 - |09:56|