Skocz do zawartości

Zdjęcie

W oczekiwaniu na lepsze jutro...


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
128 odpowiedzi w tym temacie

#121 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 30.08.2011 - |12:07|

jestem po prostu okrutna, ale spokojnie kiedyś pozwolę im sobie ułożyć życie :P


Sam wyszła z samochodu z torebką oraz czerwonymi od płaczu oczami po dość napiętym dniu pracy. Nie miała ani chwili, aby przemyśleć całą sytuację, więc w drodze powrotnej do mieszkania Daniela musiała nadrobić te całe przemyślenie ostatniego wydarzenia. Pete nie rzucał słów na wiatr i był zdolny do wszystkiego. Nie miała innego wyjścia jak spełnić jego żądanie i wrócić do ich mieszkania. Westchnęła i spojrzała w górę, następnie zamknęła auto, udając się do klatki schodowej. Wjechała windą na piąte piętro, a potem przeszła korytarz i stanęła pod drzwiami do mieszkania Daniela. Położyła swoją dłoń na klamce. „Przepraszam.” Cichutko powiedziała do siebie, następnie otworzyła drzwi. Rzuciła torebkę na szafkę znajdująca się przy drzwiach, które wcześniej cichutko zamknęła i skierowała się do salonu, gdzie na sofie siedział Jack z ich córeczką na kolanach i oglądali bajki. Kobieta odwróciła głowę w kierunku sypialni i otarła oczy, po czym zawołała swoją córeczkę, która był aż tak pochłonięta oglądaniem telewizji na kolanach swojego tatusia, że nie zauważyła.

-Emilly idź do pokoju i spakuj swoje rzeczy, natychmiast!- rozkazała Samantha próbując nie dopuścić do ujawnienia łez, które pojawiły się w kącikach jej oczu. Jack odwróciła się w stronę Sam i zmarszczył brwi, następnie postawił córeczkę na ziemię.
- Rób co mówi mama, skarbie.- poprawił jej sukieneczkę i pocałował w czoło. Mężczyzna wstał, natomiast Emilly nadal nie ruszyła się z miejsca. Zamiast tego stała obok ojca, którego chwyciła za rękę i swoimi dużymi brązowymi oczkami spoglądała pytająco na matkę.
- Emilly! Kazałam ci coś zrobić!- krzyknęła.

Dziewczynkę przeszedł dreszcz. Ponownie spojrzała na Samanthę. W jej oczach widniał strach oraz ból, jej matka nigdy na nią nie krzyczała, ale dobrze wiedziała co to może oznaczać. Pete często krzyczał, a potem podnosił rękę, na mamę, nigdy na nią. Samantha zawsze zdążyła ją obronić, nigdy nie pozwalała zbliżać się do jej malutkiej córeczki. Emilly wbiegła do pokoju ze łzami w oczach. Usiadła na ziemi przy łóżku i objęła swoimi małymi rączkami, kolanka.

Tymczasem Jack posłał kobiecie mordercze spojrzenie. Sam odwróciła wzrok, nie mogła tego znieść. Wiedziała, że jej postępowanie, nawet jeśli w słusznej sprawie, skrzywdzi tych których kocha. To ją zabijało od środka. Świadomość, że Pete wygra, że Emilly znowu stanie się skrytym, nieszczęśliwym dzieckiem. Wbiła swój wzrok w ziemię, jednakże nie uciekła przed spojrzeniem Jacka, które przeszywało ją na wylot. Jedna, samotna łza spłynęła jej po policzkach, wyznaczając mokrą ścieżkę dla innych. Sam westchnęła w głębi duszy modląc się o przebaczenie. Odwróciła się na pięcie i podążyła do pokoju, który jeszcze rankiem był świadkiem szczęśliwych chwil, jakie spędziła tutaj ze swoim ukochanym. Otworzyła szafę i wyjęła z niej torbę, następnie wrzuciła do niej swoje ubrania. Nie wiedząc, że cały czas jest obserwowana, przez opierającego się o futrynę drzwi z założonymi na piersi rękami Jacka. Mężczyzna nie był w najlepszym humorze od rana, a obecne postępowanie Sam utwierdziło go w przekonaniu, że wszystko co się między nimi wydarzyło było zwykłym złudzeniem. Sam zabierała jego córeczkę i wracała do męża. W jego oczach pojawił się smutek oraz ból. Kochał Sam, całym sercem. Zrobiłby dla niej wszystko, a ona tak po prostu go wykorzystała. Zaopiekował się nią, kupił im dom, chciał, aby stali się prawdziwą rodziną, a ona powiedziała, że go kocha, zrobiła nadzieję. Nadzieje, że jest jeszcze potrzebny, że jest kochany, że jednak los sprawił mu druga szansę. A potem wbiła nóż w plecy, całując się z Petem, jej małżonkiem. A teraz ponownie rozrywała jego i tak już złamane serce na strzępy, zabierając Emilly.

- Więc to koniec, co? Odejdziesz i ją zabierzesz. Nie pozwolisz się widywać, wmówisz, że jestem nikim?- odezwał się po chwili ciszy. W jego głosie można było wyczuć ból, zawiedzenie oraz miłość do jedynego dziecka.- Będę o nią walczyć, nawet jeśli to zrujnuje moje życie. Nie zostawię jej. Jest najważniejszą osobą w moim życiu i nigdy jej nie opuszczę.
- Dostaniesz prawa rodzicielskie.- odparła dość spokojnym głosem, chociaż daleko jej było do spokojnej. Była roztrzęsiona, słaba, bezsilna, w jej myślach krążyło tylko jedno zdanie: „Pete wygrał.”
- Będę się mógł widywać z nią co drugi weekend? Nie dzięki. To moje dziecko, nie odbierzesz mi jej, Carter. Nie obchodzi mnie, co zrobisz ze swoim życiem, nie pozwolę jej sobie odebrać.- warknął. Kobieta z hukiem zamknęła torbę, po czym odwróciła wzrok i spojrzała prosto na Jacka. Nie w oczy. Obawiała się tego co mogłaby w nich zobaczyć, prawdy.
- Carter? Co się stało z kochanie?- zapytała opryskliwie.
- W tym domu jest tylko jednak kobieta, którą kocham i ty nią nie jesteś. Wracaj do swojego męża. Jesteście siebie warci, potraficie tylko kłamać. Czego w ogóle u mnie szukałaś? Nie mogę ci dać tego co on!- odparł wychodząc z pokoju.

Zamknął za sobą drzwi, jednak wcześniej usłyszał ciche „Robie to dla ciebie!” Przeklną pod nosem i udał się do sąsiedniego pokoju. Uchylił drzwi i usłyszał stłumiony płacz swojego dziecka. Łzy same napłynęły mu do oczu. Nienawidził chwil, kiedy Charlie był smutny, ale teraz widok płaczącej Emilly i myśl, że za chwile będzie musiał ją opuścić, rozrywała mu serce. Cały czas miał w swojej pamięci moment, gdy zobaczył ją na swoim tarasie, kiedy ściskała mu szyję, a potem przytulała. Moment, w którym obiecał ja chronić za wszelką cenię, nigdy nie opuszczać. Teraz jednak widząc ją skuloną w kącie pokoju z zapłakanymi oczętami, wiedział, że ponownie zawiódł swoją pociechę. Jack otarł łzy i wyprostował się, próbując wyglądać jak pewny siebie człowiek, a nie załamany wrak i wszedł do pokoju. Podszedł do córeczki i usiadł obok niej, następnie wziął na kolana i zaczął tulić dopóki się nie uspokoiła.


- Nie zostawiaj mnie, proszę. Będę grzeczna, będę wszystkich słuchać, tylko proszę cie nie zostawiaj mnie. Nie oddawaj mnie Petowi.- mówiła pomiędzy pociągnięciami nosem. Koszulka Jacka ponownie stała się mokra, jednak teraz także do łez Emilly dołączyły jego własne. O’Neill przytulił ją mocniej.
- Skarbie cokolwiek się stanie zawsze będę cię kochać i będę przy tobie, tutaj.- położył dłoń na jej serduszku. Emilly otarła łzy, jednak nadaremno, gdyż kolejne na nowo przedzierały się przez jej powieki i spojrzała na ojca, następnie położyła swoje raczki na jego dłoni.- Kocham cię Emilly, zawsze będę. Tylko ty się liczysz.
Dziewczynka spojrzała w stronę drzwi, jakby przeczuwała, że są to ostatnie chwilę z jej ojcem, następnie wstała i pobiegła do łóżka. Ściągnęła z niego swoją żyrafę, którą wygrał dla niej Jack, po czym podała ją ojcu.
- Zaczym… Łatkę. Będziesz o mnie pamiętać.- odparła. Mężczyzna smutno się uśmiechnął i wziął maskotkę do ręki. Pogłaskał ją.
- Będę się nią opiekować do twojego powrotu.- Jack położył pluszaka obok siebie i ponownie posadził córkę na kolanach. Zdjął swój nieśmiertelnik z szyi i zmniejszył łańcuch tak, aby przystosować go do malutkiego karku Emilly. Następnie zawiesił na szyi dziewczynki, która zaczęła go oglądać ciekawskim wzrokiem.- Chcę abyś go nosiła, będzie ci o mnie przypominać. Będzie ci przypominać jak bardzo cię kocham i że zabiorę cię od Peta, kiedy tylko będę mógł. Musisz być dzielna, dobrze.
-Tak jak Kopciuszek?- zapytała, a Jack szeroko się uśmiechnął, pomimo napływających mu do oczu łez.
-Tak kochanie, tak jak Kopciuszek. Musisz opiekować się mamusią i swoim rodzeństwem. Zrobisz to dla mnie?- Emilly kiwnęła głową i zarzuciła ręce na szyję ojca. Jack przytulił ją do siebie.- Kocham cię Emilly.
- Ja ciebie też tatusiu.
- Zrobię co w mojej mocy, abyś znowu była przy mnie. Obiecuję ci to, kochanie.- pogłaskał ją po blond włoskach i pocałował w czoło, ocierając ostanie łzy z jej policzków swoim kciukiem.- Nie płacz skarbie, masz być dzielna.
- Obiecuję tatusiu. Kocham cię.- pocałowała go w policzek i ostatni raz przytuliła.

W tym momencie drzwi otworzyły się i stanęła w nich Sam z torebką na ramieniu. Przywołała córkę piorunującym spojrzeniem, na co dziewczynka jeszcze bardziej posmutniała. Łzy ponownie naleciały jej do oczu, lecz jednym ruchem ręki je otarła. Nie chciała się rozpłakać, chciała być dzielna, dla tatusia. Chciała pokazać, że się nie boji, mimo iż w głębi przeszywał ja strach. W końcu za chwilę miała stanąć twarzą w twarz z Petem, którego bała się, od kiedy zaczęła raczkować. Powolnym krokiem podeszła do swojej matki i chwyciła ją za rękę, ostatni raz spoglądając na swojego tatę.

- Jutro ktoś przyjdzie po resztę rzeczy.- odparła suchym, beznamiętnym głosem. Nie spojrzała nawet na Jacka, tylko odwróciła się i wyszła z dzieckiem do przedpokoju, następnie wyszły z mieszkania i skierowały się do załadowanego już samochodu Samanthy. Kobieta posadziła dziecko w foteliku na tylnym siedzeniu, a potem zajęła miejsce kierowcy. Ustawiła lusterka, zapaliła samochód i ruszyła do domu Peta. Jej i Peta.

Jack ukrył twarz w swoich dłoniach nadal siedząc skulony w tym samym miejscu, gdzie tulił do siebie ukochana córeczkę. „ Co ja robię? Nie mogę tak tu siedzieć! Nie mogę pozwolić jej zabrać! Jestem okropnym ojcem, zawiodłem, po raz kolejny. Charlie… Charlie nie żyje, a teraz odbierają mi Emilly. Jack weź się w garść, musisz w końcu coś zrobić! Masz zamiar tak siedzieć i się nad sobą użalać? Sam i ja nie mamy przyszłości, ale Emilly mnie potrzebuje. Potrzebuje swojego ojca!” Mężczyzna wstał z podłogi i otarł łzy, następnie chwycił kluczyki od swojego SUVa i udał się na parking. Wszedł do samochodu i popędził w kierunku domu Samanthy i Peta. „To koniec Carter, będę o nią walczyć!”


TBC :) no chyba zbliżamy się do zakończenia :)
  • 2

#122 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 31.08.2011 - |10:53|

Oj ty zła, niedobra Ty :D
Nie mogliby by być tak po prostu szczęśliwi???
Czy tym razem ku uciesze ogółu Jack mógłby obić Peta?
Świety kawałek :)
  • 1

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#123 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 31.08.2011 - |15:51|

Bardzo dobrze! Niech jedzie!
Niech się przekona, przed czym Sam stara się wszystkich chronić.
No i w końcu niech pokaże pazurki!!!
Hmm... uwielbiam momenty, kiedy Jack jest wściekły (Było ich kilka w serialu).
No i mam nadzieję, że Pete dostanie wreszcie to, na co zasługuje.
Czekam niecierpliwie na ciąg dalszy.
Pozdrawiam.
  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#124 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 11.09.2011 - |20:40|

a więc to już przedostatni rozdział :) przepraszam za tak długą przerwę, ale napisanie go trochę mi zajęło :) mam nadzieję, że wam się spodoba :)


Sam zaparkowała samochód przed domem i spojrzała przez lusterko na siedzącą z tyłu córeczkę. Dziewczynka z czerwonymi od płaczu oczami siedziała w foteliku dla dzieci i bawiła się nieśmiertelnikami Jacka. Kobieta westchnęła i spojrzała przez szybę swojego auta. Na podwórzu czekał uśmiechnięty Pete.

- Kochanie wszystko się ułoży, zobaczysz. Teraz będziemy prawdziwą rodziną, ja, ty, twój braciszek, albo siostrzyczka oraz Pete. Pokochasz go tak jak on kocha ciebie, skarbie.- odparła kobieta próbują brzmieć przekonująco, jednak nie wyszło jej to za dobrze. Emilly wzruszyła tylko ramionami, nawet na nią nie spoglądając.

„Jak ma mi uwierzyć, skoro nawet ja w to nie wierzę. Pete nigdy się nie zmieni! Boże, w co ja się wplątałam. Mogłam wtedy zrezygnować z programu, ale nie… praca była ważniejsza, ratowanie świata, bla, bla, bla, a teraz moja córeczka nawet nie chce spojrzeć mi w oczy.” Samantha wyłączyła silnik i odpięła swój pas, następnie otworzyła drzwi samochodu i wyszła na zewnątrz. Spuściła wzrok, aby nie spoglądać na szczerzącego się w jej stronę małżonka i wypuściła niezbyt zadowolona Emilly z samochodu. Chwyciła córeczkę za rączkę i lekko przyciągnęła ją do siebie, mimo oporu dziecka. Następnie kucnęła i pogłaskała dziewczynkę po jej blond włoskach. Sam chwyciła do reki nieśmiertelniki Jacka. Emilly położyła swoje rączki na dłoni matki, nie pozwalając sobie odebrać pamiątki po tatusiu.

- Kochanie, lepiej będzie, jeśli je schowasz, dobrze. Petowi się to nie spodoba.- odparła, a kiedy dziewczynka kiwnęła głową, Sam schowała łańcuszek pod koszulkę dziecka i smutno się uśmiechnęła, w między czasie ocierając łzy z policzków czterolatki.- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz, kochanie.
- Nie będzie! Chcę do tatusia!- dziewczynka rozpłakała się. Sam westchnęła. Jakby deja vu, jej córka znowu była nieszczęśliwa, znowu z dala od ukochanego ojca. Kobieta przytuliła dziecko i wzięła je na ręce, kierując się w stronę swojego męża. Westchnęła. To były ostatnie chwile jej wolności, teraz ona i mała będą kompletnie zależne od Peta. „ Co ja zrobiłam, jestem okropną matką! Mogłam wtedy rzucić program, zając się czymś innym i w spokoju wychowywać Emilly, ale zamiast tego musiałam pomóc światu. I co teraz? Jak świat mi się odwdzięcza!?”

Podeszły bliżej do policjanta, a ten tylko zbadał je wzrokiem, po czym chwycił Samanthę za ramię i pociągnął do domu.

- Będziesz posłuszna, inaczej wiesz, co cię czeka!- syknął otwierając drzwi mieszkania, następnie popchnął ją do środka, gdzie czekało kilka podejrzanych typów. Sam opuściła wzrok, starając się na nich nie patrzeć, nie dać po sobie poznać, że pierwszy raz od dłuższego czasu się boi. Nie o siebie, lecz o swoje niewinne dzieci.- Nick zabierz moją żonę do salonu i przygotuj kamerę.

Mężczyzna wykonał polecenie i pchnął Sam przed siebie, zostawiając za sobą szyderczo uśmiechającego się Peta, który tymczasem pogrążył się w rozmowie telefonicznej. Kiedy tylko skończył, podszedł do kanapy, na której siedziała skulona Sam z córeczką i pogłaskał Emilly po głowie. Dziewczyna najeżyła się, na co Sam posłała mężowi lodowate spojrzenie, a chwilkę później całowała główkę córeczki i szeptała jej coś na ucho. Pete wymamrotał coś pod nosem i rozglądnął się po salonie, upewnił się, że wszyscy są gotowi i rozkazał Nickowi zaczynać.


Daniel spoglądając na zegarek wbiegł do biura generała, jakby goniła go armia Jaffa. Starszy mężczyzna rozmawiał akurat przez telefon, lecz na widok szalonego archeologa odłożył słuchawkę i zmarszczył czoło, wstając.

- Doktorze Jackson, co to ma znaczyć! Przerwał mi pan ważną rozmowę.
- Przepraszam generale, ale musi pan to zobaczyć. Właśnie przyszło z góry!- odparł, kiedy tylko wziął oddech, a następnie włożył płytę do laptopa generała i puścił mu film.

Czarny ekran komputera rozświetlił się, a chwilę później pojawiły się na nim dwie postacie, jedną z nich był Pete Shannahan, a drugą niezidentyfikowany czarny mężczyzna w mundurze Sił Powietrznych.

„Witam generale! Nie będę zanudzać pana przemowami i innymi tego typu rzeczami, tylko przejdę do sedna sprawy. Do tego filmu załączam białą kopertę z listą wszystkich kodów, jakich dodatkowo żądamy. Jest pan człowiekiem rozsądnym generale, więc myślę, że nie będzie problemu. Spełni pan warunki, albo świat dowie się o waszej tajemnicy. Ponad to, jeżeli zobaczę Jacka O’Neill w promieniu trzech kilometrów od mojego domu, jego ukochana córeczka zginie, a zaraz po niej Samantha Carter! Radzę nie zastanawiać się nad tym czy blefuję czy nie. Mam dowody, niezbite dowody, dzięki którym każda telewizja w kraju i na świecie mi uwierzy. Czy naprawdę chce pan rozpętać wojnę, generale? Do godziny 20 pod wskazany w liście adres, nieuzbrojony człowiek ma przynieść czarny neseser z milionem dolarów, kody oraz asgardzki transporter. Jeśli żądanie nie zostaną spełnione świat dowie się o Gwiezdnych Wrotach, a one zginą.” Kamera odwróciła się, by pokazać skuloną na kanapie Samanthę, która przyciskała do swojego ciała Emilly. Towarzyszyło im dwóch potężnie zbudowanych mężczyzn z pistoletami. „Czekamy do 20, a potem, sam pan wie!” Pete pomachał zat’em przed kamerą, a następnie ekran zrobił się czarny.

- Próbował się pan skontaktować z Jackiem, doktorze?- generał wypuścił oddech, który wstrzymał i spojrzał na przerażonego Daniela.
- Tak. Niestety nie odbiera telefonów. Generale obawiam się, że mógł pojechać do Pete, po Emilly. Jack zrobiłby dla niej wszystko!
- Oh niedobrze, niedobrze.- odparł generał spoglądając na załączoną do filmu listę żądań. Następnie wykonał telefon do Waltera. Sierżant pojawił się chwilę później z notatnikiem w ręce. Generał wstał i obszedł biurko dookoła, chwycił swoją wojskową marynarkę, po czym ubrał i zapiął.- Walter proszę mi zwołać SG-2, SG-3, SG-11 i SG-20. Za pięć minut chcę ich widzieć w sali odpraw.- Sierżant zasalutował i wyszedł.
- Za pięć minut? Z całym szacunkiem generale, my nie mamy pięciu minut. Znając Jacka, on pewnie już tam jest! I planuje coś szalonego!
- Synu, nie możemy nic więcej zrobić. Przygotujemy akcję, ale nie mogę ci obiecać, że się uda. Nie walczymy tutaj z Goa’uldami doktorze, tylko z jeszcze gorszym wrogiem, z NID! Zawiadom Jacoba oraz Teal’ca o naszym spotkaniu. A teraz muszę porozmawiać z prezydentem!- odparł, a gdy tylko Daniel Jackson opuścił jego gabinet, ten chwycił za czerwony telefon i wykręcił numer do Białego Domu.


Jack skręcił w kolejną uliczkę i przeklął pod nosem. Wpakował się w mały korek. „Świetnie! Jeszcze tego mi brakowało, od kiedy na tej ulicy są korki?” Spojrzał na zegarek, wyjechał trzy i pół minuty temu, sądząc po czasie, jaki spędził w pokoju Emilly użalając się nad sobą, Sam miała nad nim jakąś półtorej godzinną przewagę. Mężczyzna nacisnął klakson, po czym westchnął. Musiał obmyślić jakiś plan, nie mógł przecież zapukać do drzwi i poprosić o oddanie mu dziecka. Pete by go wyśmiał, nawet Sam by go wyśmiała. Po czym pewnie dostałby mowę typu: będziesz się mógł z nią widywać, w co drugi weekend. Z drugiej strony wyważenie drzwi i rozbicie mordy gliniarza też nie wchodziło grę, mimo iż chciał to zrobić. Pete na to zasługiwał! To jednak to nie było w porządku, nie wobec tego parszywego dupka, czy samego siebie, ale wobec jego małej dziewczynki. Nie chciał, aby wychowywała się z myślą, że jej tatuś został skazany za napaść na policjanta. A doskonale wiedział, że dzięki Petowi mógłby trafić za kratki i to na dłuższy okres. Z zamyślenia wyrwał go klakson, Jack spojrzał na ulicę, samochody poruszyły się, a teraz to on tamował ruch. Westchnął, po czym nacisnął na gaz i ruszył przed siebie. Skręcił w alejkę prowadzącą wprost na osiedle domków jednorodzinnych. Przejechał tą ulicę, stając kilkanaście metrów przed domem Shanahana. Zgasił silnik, jednak nie wyszedł z auta. Siedział i czekał myśląc.

Jack spojrzał na zegarek. Upłynęło trochę czasu od momentu, kiedy tu przyjechał. Na dworze zmierzchało, a on nadal nie był pewien, co zrobić. Westchnął, po czym odpiął pasy, obserwując trzech podejrzanych typków wychodzących z domu Peta. „A co oni tam robią? Czyżby Shan- coś tam sprowadzał sobie kolegów, kiedy moja córeczka jest w domu? Muszę się tego dowiedzieć, tylko jak. Nie mam planu!” Jack wziął głęboki oddech. „ Niech to szlag. Zawsze coś planuję, a potem nic z tego nie wychodzi. Idę, tam, bez planu. Po prostu zabiorę moja córkę! Kocham ją i nie mogę jej stracić, nie po tym jak ją odzyskałem!” Jack wysiadł z samochodu i podszedł do drzwi, kiedy upewnił się, że trójka mężczyzn odjechała. Jack powoli nacisnął na klamkę i drzwi ustąpiły, otwierając się. Mężczyzna bezszelestnie wszedł do mieszkania, trochę się zaniepokojony dziwną cisza. Przeszedł przedpokój i wszedł do kuchni, która była pusta. Wstrzymał oddech, marszcząc przy tym czoło. Coś było nie tak! Jack wykonał pół obrót i wtedy poczuł coś twardego na swojej głowie. Następną rzeczą, jaką pamiętał to spotkanie z zimną podłogą.


Generał razem za swoim przyjacielem, a ojcem Samanthy oraz Teal’cem i Danielem Jacksonem wysiedli z wojskowego samochodu. SG-2 i SG-11 rozstawiło się we wszystkich strategicznych miejscach, włącznie ze snajperami. SG-20 otoczyło dom i zabezpieczyło ulicę.

- Jak wygląda sytuacja?- zapytał przez krótkofalówkę generał.
- Sir, mamy snajperów na dachu i dwa zespoły, które otoczyły dom. Każde wejście jest zabezpieczone, nie mają szansy na ucieczkę!
- Dziękuję poruczniku! Bez odbioru.- odparł Hammond.
- A co z SG-3?- wtrącił Daniel.
- Generał Hammond wysłał ich na miejsce odbioru teczki.- poinformował go Teal’c i wyciągnął z kieszeni wojskowej kurtki z naczepką SG-1 swojego zat’a.- Generale Hammond, proszę mi pozwolić wejść do środka.
- Odmawiam Teal’c, przynajmniej do czasu, kiedy nie poznamy całej sytuacji. Z tego, co wiemy w środku może być Sam i Emilly!
- Rozumiem.- czarnoskóry Jaffa skinął głową.
- Proponuje, więc sprawdzić jak mają się sprawy w środku. Czy snajperzy mają podgląd?- zapytał Jacob, który mimo gniewu oraz zdenerwowania, próbował zachować spokój. Każdy z nich martwił się o Emilly, Sam i Jacka. Każdy z nich chciał, aby wyszli z tego cało i każdy z nich pragnął ich szczęścia. Los jednak sprawiał, że szczęście na dłuższą metę nie było im pisane. Może fortuna w końcu się do nich uśmiechnie i okaże trochę łaski, sprawiając, że para zasmakuje szczęścia, które tak bardzo im się należało. Szczególnie po tym wszystkim, co przeszli.


O’Neill ocknął się z potężnym bólem głowy. Powoli otworzył oczy i zauważył, że znajduje się w salonie Peta przytrzymywany przez dwóch mężczyzn. Jack rozglądnął się dookoła i zobaczył siedzącą na kanapie Samanthę, a obok niej bawiącego się jej włosami Peta. Kobieta jednak nie była bardzo zadowolona z jego dotyku, O’Neill mógłby przysiądź, że Sam jest spięta i drży.

- Jakbym wiedział, że urządzisz mi przyjęcie powitalne, to przyniósłbym jakieś ciasto ze sobą.- odparł Jack, co spotkało się z cichym chichotem Sam. Została ona jednak uciszona, przez złowrogie spojrzenie męża, który wstał z kanapy i zaczął krążyć po salonie wymachując trzydziestko-ósemką.
- Daruj sobie ten sarkazm. A teraz przejdźmy do rzeczy.- odparł policjant i wymownym spojrzeniem wysłał jednego z „ochroniarzy Jacka” na górę. W tym samym czasie podszedł do żony i przejechał pistoletem po jej gładkiej szyi. Łzy, które Sam próbowała powstrzymać, teraz powoli spłynęły po jej policzku.
- Proszę nie rób tego.- jej cicha prośba nałożyła się z pojawieniem przestraszonej Emilly w salonie. Jack zacisnął pięść i posłał Petowi mordercze spojrzenie, na co ten się tylko roześmiał. Dziewczynka podbiegła do matki, jednak Pete zatrzymał ją zanim Sam zdążyła ją wziąć w ramiona.- Błagam cię, uczynię wszystko, czego zapragniesz, tylko zostaw ją w spokoju. Pete proszę cię! To tylko małe, niewinne dziecko!
- Nie!- warknął.- Umowa była jasna, miał się tutaj nie zbliżać. Popełnił błąd, a ona za to zapłaci. Swoim życiem!- Pete przyłożył rozpłakanemu dziecku, pistolet do głowy. Jack wyrwał się przytrzymującemu go mężczyźnie, nokautując go prawym sierpowym. Drugi mężczyzna chwycił go i przytrzymał, zanim pułkownik zdążył dobiec do Emilly. Pete objął dziecko, cały czas przytrzymując jej broń do skroni.- Jeszcze jeden krok, a ten bachor zginie. To samo dotyczy ciebie!- krzyknął w stronę Sam, które była o krok od swojej córeczki.


*****


- Sir, mam go na muszce. Czysty strzał, proszę o zezwolenie!- krzyknął jeden z snajperów przez radio do generała.
- Odmawiam!- spojrzał na rozkojarzonych Teal’ca i Daniela.- Musimy go mieć żywego.
- Żywego? Czy to jakiś żart? Emilly ma przystawioną broń do głowy. To tylko czteroletnie dziecko!
- Danielu, myślisz, że tego nie wiem!- rozwścieczony generał odwrócił się do archeologa, posyłając mu jedno e swoich złowrogich spojrzeń. Nie mógł nic zrobić, aby ochronić Emilly i Sam, a ta bezradność, tylko potęgowała jego gniew. Przelałby ten gniew na Daniela, gdyby nie interwencja Teal’ca, który odciągnął przyjaciela na bok. Tymczasem Hammond wydał snajperom nowe rozkazy.


*****


- Pete możemy przecież na spokojnie o tym porozmawiać, proszę cię odłóż broń. Wiem, na czym ci zależy!- odparła kobieta i powolnym krokiem podeszła do męża.

Pete spojrzał na kobietę, po czym na jej córkę. Następnie skierował broń w kierunku swojej żony. Sam zadrżała, jednocześnie wzdychając z ulgą. Jej mała córeczka była wolna. Policjant puścił dziecko. W tym samym momencie rozległ się cichy strzał i dwóch pomocników Pete, upadł na ziemię. Jack szybko zorientował się, że na zewnątrz jest wsparcie, po czym rzucił się na Pete. Sam chwyciła córeczkę w ramiona i wybiegła z domu. Kiedy była już na zewnątrz, wpadła prosto w ramiona swojego ojca i rozpłakała się na dobre. Jacob przytulił swoja córkę i wnuczkę powtarzając, że wszystko będzie dobrze. W tym samym momencie usłyszeli wystrzał z broni i rozległo się głośne łkanie Emilly i wołanie: „Tatusiu!!!!”


TBC
następny rozdział to zakończenie, no może dorzucę epilog. Zobaczymy :P
  • 1

#125 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 12.09.2011 - |15:01|

Jak mogłaś w takim momencie :blink:
Mam nadzieję że Pete zginie.
Świetny fragment :D
  • 1

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#126 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 12.09.2011 - |20:12|

Ale emocje!!!
Gdybym nosiła długie paznokcie, pewnie bym je już zjadła!
Rany! Nie każ nam czekać zbyt długo na następny fragment. Nie po takim zakończeniu.
Chociaż, z drugiej strony, jeśli będzie tak dobry jak ten, to poczekam, ile tylko będzie trzeba.
Naprawdę super!
Pozdrawiam.
  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#127 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 16.09.2011 - |07:59|

Jack rzucił się na Peta, który cały czas trzymał broń. Pułkownik przytrzymał jego ręce, po czym przyparł go do ziemi. Następnie odrzucił broń na bezpieczną odległość. Pete zaczął się wiercić i ponieważ Jack był rozkojarzony sprawdzaniem, czy dwie najważniejsze kobiety jego życia opuściły mieszkanie, Pete z łatwością wydostał się z jego uścisku, po czym sam zaczął obezwładniać Jacka. Mężczyzna jednak zablokował go i zaserwował mu uderzenie prosto w nos. Policjant otarł krew, która ciurkiem zaczęła spływać po jego wargach, po czym sam zaczął katować Jacka. O’Neill jednak wykonał unik i pięść Shanahana wylądowała z hukiem na podłodze. Teraz to Jack przyparł go do ziemi i wymierzył w niego swoją pięść. Kiedy Pete przyjmował uderzenia, jego ręka próbowała dosięgnąć broni, jednak bez większego powodzenia. Jack chwycił go za bluzę i lekko podźwignął, wymierzając kolejny cios. Tym razem Pete dosięgną broni. Chwycił ją w oby dłonie i uderzył nią Jacka, na chwilę uwalniając się od jego zabójczych pięści. O’Neill potrząsnął głową, po czym znokautował Peta po raz kolejny. Shanahan nie wyglądał już najlepiej z złamanym nosem i szczęką oraz rozciętym łukiem brwiowym. Kropelki potu mieszały się z krwią spływając po jego twarzy. Jack też nie wyglądał najlepiej z ogromnym siniakiem na policzku i rozciętym łukiem brwiowym, w dodatku, jego głowa pękała z bólu. Jack zauważył broń i szybko dobrał się do Peta, aby ją mu odebrać. Panowie złączyli się w dość nieprzyjemnym uścisku, oboje walcząc o prawo posiadania pistoletu. Jack starał się odebrać Petowi broń, kiedy ta wystrzeliła. Oby dwoje upadli na ziemię.

SG-2 wraz z Teal’cem weszli do mieszkania. Dwóch członków drużyny poszło przodem, sprawdzając dla pozostałych teren. Kiedy doszli do salonu, Teal’c szybko podszedł do Jacka, podczas, gdy dwóch mężczyzn zajmowało się Petem. Jaffa westchnął, po czym poklepał przyjaciela po policzkach. O’Neill powoli otworzył oczy.

- Dobrze cie widzieć O’Neill.- odparł potężny wojownik.
- Ciebie też, T. Co z Emilly i Sam? Są całe? Bezpieczne?
- W rzeczy samej. Pomogę ci wstać.- Teal’c podał mu rękę.
- Co z nim?- zapytał Jack spoglądając w stronę Shanahana, którego SG-2 pakowało do czarnego worka.
- Pete Shanahan nie przeżył. Przykro mi, O’Neill.- odparł Teal’c, a Jack tylko zmarszczył brwi i powoli zaczął wstawać z ziemi. Mimo iż się zachwiał, nie pozwolił sobie pomóc. Teal’c jednak nie zwracając uwagi na jego protesty, oparł go o swoje ramię.
- Ta gnida sama się zastrzeliła. Miał szczęście, inaczej poznałby, co to mój gniew. Przystawił mojej córce broń do skroni!- Jack zacisnął, pogardliwie spoglądając na wynoszony przez SG-2 worek z ciałem martwego policjanta.

Sam nadal tulona przez swojego ojca do piersi, nie zauważyła nawet, kiedy SG-2 opuszcza jej dom. Dopiero ciche łkanie jej córeczki przywróciło ją na ziemię. Kobieta zobaczyła czarny worek, który leżał na noszach oraz płaczącą przy nim córkę. Kobieta objęła dziewczynkę i sama zaczęła płakać.

- Ten pan po..powiedział, że ta..ta…- Emilly pociągnęła nosem.- Tatuś poszedł do nieba. Ja nie chce, aby tatuś poszedł do nieba. Obiecał!
- Co ci obiecał, skarbie?- zapytała Samantha pocieszając swoje dziecko.
- Że mnie nie zostawi…- Emilly uczepiła się bluzki Sam, wtulając się jeszcze bardziej w matkę, jakby chcąc z powrotem wrócić do jej łona. Czuć bezpieczeństwo i być wolną od wszelakiego bólu. Sam położyła swoją dłoń na blond główce dziewczynki, sama próbując ukryć łzy.
- Och Jack, dlaczego? Dlaczego musiałeś ją zostawić?- wszeptała spoglądając w gwiazdy. Łzy spłynęły jej po policzku. Jej świat się właśnie rozsypał. Jack, jej ukochany Jack nie żył, zostawiając ją i ich malutką córeczkę. W dodatku rozstali się skłóceni. „Już nigdy ci nie powiem, jak bardzo cię kocham. Przepraszam. To wszystko moja wina, gdybym ci wtedy powiedziała, że grozi wam niebezpieczeństwo, nie rozstalibyśmy się w taki sposób. Złamałam ci serce zabierając córkę, a ty jeszcze mnie ratowałeś. O Boże to wszystko moja wina, to ja cię zabiłam.” Sam spojrzała na nieco spokojniejszą już córeczkę i pocałowała ją w czoło. Następnie podniosła wzrok, wtedy ujrzała stojącego przed nią Daniela.

- Sam wszystko w porządku?- zapytała zatroskany przyjaciel. Kobieta otarła łzy i oczyściła gardło, następnie wyciągnął chusteczkę z kieszeni i wydmuchała w nią nos Emilly, stawiając córkę na własne nogi. Chwyciła ją za rękę, kiedy tylko podniosła się z ziemi.
- To ja go zabiłam. Zabiłam Jacka, Danielu. Gdybym mu wtedy powiedziała, nigdy by za mną nie pojechała. To musiała być zasadzka. To przeze mnie nie żyje. Odebrałam Emilly ojca.- powiedziała cichym, lecz roztrzęsionym głosem, jakby walcząc ze sobą, by nie rozkleić się przed wszystkimi. Nie żeby miało to teraz dla niej jakiekolwiek znaczenie, ale musiała pozostać silna, dla dwóch najważniejszych istot w jej życiu, jej dzieci.
- Sam? O czym ty mówisz?- Daniel zmarszczył brwi.
- Jack. On… on nie żyje.- wyszeptała.

Daniel uśmiechnął się, wzdychając. Położył swoje dłonie na ramionach przyjaciółki i obrócił ją o sto osiemdziesiąt stopni. Kobieta stanęła twarzą w twarz z bardzo żywym, lecz poobijanym Jackiem O’Neillem. Samantha otworzyła szeroko usta, jednak słowa nie przeszły jej przez gardło. Tymczasem Jack szeroko się uśmiechnął, ignorując ból, jaki mu to sprawiało i otworzył ramiona dla Emilly, która już podążała w jego kierunku. Chwycił dziewczynką i przytulił, podnosząc ją. Mała rozpłakała się ze szczęścia, przytulając się do ojca, jakby od tego zleżało jej życie. Jack pocałował jej główkę.

- Kocham cię, skarbie i nigdzie się bez ciebie nie wybieram.
- Ja też cię kocham tatusiu.- odparła Emilly i pocałowała ojca w policzek. Jack spojrzał w zaszklone oczy córeczki, ocierając jej łzy. Następnie postawił córkę na ziemię i przykucnął.
- Kochanie idź do dziadka, dobrze. Tatuś musi porozmawiać z mamusią. Za chwilę do ciebie przyjdę i pojedziemy do domu. Zrobisz to dla mnie?- Emilly kiwnęła głową.
- Nie krzycz na mamusię, proszę. To nie jej wina.
- Wiem, skarbie. Nie będę krzyczeć na mamusię, obiecuję. A teraz zmykaj, skarbie.

Jack zadziornie rozczochrał jej włosy, a kiedy dziewczynka pobiegła do Jacoba, wstał i spojrzał na Sam, która nadal stała ze szczęką opuszczoną do samej ziemi. Jack przybrał poważną minę i rozglądnął się. Daniel także zniknął z pola widzenia. Mężczyzna spojrzał w dół i splótł swoje ręce, próbując rozmasować obolała pięść. Zrobił kilka małych kroków w kierunku kobiety.
Sam obserwowała Jacka i Emilly, wyglądali razem tak wspaniale. Tak jak powinna wyglądać rodzina. Pani doktor nadal byłą w szoku. Przetwarzała w swojej głowie wszystkie informacje, próbując znaleźć jakieś rozsądne rozwiązanie. Najwyraźniej SG-2 myślało, że to Pete, jest ojcem Emilly, czemu zbytnio nie mogła się dziwić. Nie wszyscy znali prawdę o niej i Jacku. Teraz jej mąż nie żył, a ona była wolna. Wolna od wszystkiego, no może z wyjątkiem sądu polowego. Jednak w tej chwili to nie miało dla niej znaczenia. Jack żył, jej ukochany Jack żył i tulił ich córkę do swojej piersi. Sam otarła łzę, która spłynęła po jej policzku. Jej mała córeczka odzyskała swojego ojca. Jack dotrzymał obietnicy, nie opuścił jej! Pytanie tylko, co to miało oznaczać, dla niej? Skrzywdziła go i to bardzo. O’Neill pewnie jej tego nigdy nie wybaczy. Może i Emilly odzyskała ojca, ale Samantha z pewnością nie odzyska swojej miłości. Kobieta posmutniała. „Może, jeśli uda mi się odzyskać jego przyjaźń. I tak nic już nigdy nie będzie tak jak wcześniej. Muszę odzyskać jego przyjaźń, dla dobra Emilly. Jack zrobi wszystko dla swojej córeczki. To dobrze, przynajmniej ona będzie miała ojca, na którego zasłużyła.” Sam delikatnie przejechała dłonią po brzuchu. „ Ty natomiast Orzeszku, zostałeś tylko ze mną. Postaram się być lepszą matką dla ciebie i twojej siostrzyczki. Dam z siebie jeszcze więcej, muszę ci jakoś zastąpić ojca.” Kobieta opuściła wzrok, a kiedy go podniosła Jack stał naprzeciwko niej, bez ich córki. Sam spojrzała w jego czekoladowe oczy. Mężczyzna nie był zbytnio zadowolony, uśmiech, którym obdarzył ich córkę, już dawno zniknął, a na jego miejscu pojawił się beznamiętny i poważny grymas.

- Carter przestań! Od twojego myślenia boli mnie głowa!- odparł pułkownik.
Sam tylko wymamrotała „Tak jest, sir” i opuściła wzrok. Jack zbliżył się do kobiety i zmusił ją, aby na niego spojrzała, po przez podźwignięcie jej podbródka. Następnie uśmiechnął się i przyciągnął ją do siebie, przytulając. Kobieta objęła go i wtuliła w jego szyję, szlochając.
- Przepraszam Jack, ja…
- Sam, wszystko będzie dobrze. Jestem przy tobie. Wszystko będzie dobrze, kochanie.

O’Neill oderwał się od niej, tylko po to, aby spojrzeć w jej duże, błękitne oczy. Posłał jej jeden z tych promiennych uśmiechów, który sprawiał, że miękły jej kolana, a potem złożył na jej ustach pocałunek. Sam natychmiastowo odpowiedziała na jego pieszczotę. Jej dłonie powędrowały z jego klatki piersiowej, przez szyję do jego szpakowatych włosów. Oderwali się od siebie, tylko ze względu braku powietrza. Jack pogłaskał policzek ukochanej.

- Kocham cię Sam. Już nic nie stanie nam na przeszkodzie do szczęścia. Chcę być ojcem dla naszych dzieci, dla Emilly, dla Orzeszka, chcę być z tobą. Chcę, aby wszystko było tak jak należy. Nie jestem w tym najlepszy…- Jack oderwał się od ukochanej, po czym uklęknął na jedno kolano i wyciągnął z kieszeni małe granatowe pudełeczko, które nosił przy sobie od chwili, kiedy Sam wprowadziła się do Daniela. Otworzył je, a oczom Sam ukazał się srebrny pierścionek z średniej wielkości białym kamieniem osadzonym w samym środku. Kobieta otworzyła usta ze zdziwienia, a w jej oczach ukazały się iskierki szczęścia.- Samantho Carter, pokocham cię od pierwszej chwili, w której weszłaś do sali odpraw i chciałaś się ze mną siłować.- Jack uśmiechnął się na to wspomnienie, jedno z jego najpiękniejszych.- Nie zawsze się między nami układało, ale zawsze jakoś wychodziliśmy z tego cało, razem! Dałaś mi najpiękniejszy prezent, jaki mogłem otrzymać, nasza śliczną córeczkę. Wiem, że nie mam wiele, ale wszystko, co posiadam należy także do ciebie, Sam. Na zawsze. Czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną? Oczywiście, jeśli tylko mnie zechcesz.- dodał zaraz po tym jak zobaczył wyraz twarzy ukochanej. Jack już chciał wstać i zamknąć pudełko, kiedy Sam wreszcie przemówiła.
- Nie pragnę niczego innego, Jack. Tak, tak wyjdę za ciebie.

Sam wpadła w jego ramiona i obdarzyła namiętnym pocałunkiem, uważając, aby przypadkowo nie zadać mu bólu, gdyż, jego potłuczona twarz, zaczynała puchnąć i sinieć. Gdy oderwali się od siebie, oby dwoje promienieli. Jack chwycił jej dłoń i ściągnął z jej palca złotą obrączkę, zastępując ją pierścionkiem zaręczynowym, po czym ponownie ją pocałował.

Tymczasem Emilly stała z Danielem, Teal’cem, generałem Hammondem oraz swoim dziadkiem i oglądała całą scenę z daleka. Pociągnęła swojego dziadka za rękaw, zmuszając go do schylenia się.

- Czy to znaczy, że mamusia poślubi tatusia i będzie panią O’Neill?- zapytała, a całą reszta tylko się uśmiechnęła.
- Tak, kochanie, właśnie tak będzie. Mamusia poślubi tatusia i zamieszkacie wszyscy razem.
- Orzeszek też?
- Tak, Orzeszek też, jak się urodzi.- odparł Jacob, biorąc wnuczkę na ręce. Cała piątka skierowała się w stronę narzeczonych.- Daj jej oddychać, Jack!

Para momentalnie oderwała się od siebie, a Samantha zrobiła się czerwona. Jack objął ją w pasie i przyciągnął do siebie. Jacob przekazał mu Emilly.

- Masz o nie dbać, Jack!- Jacob zmarszczył czoło i przybrał poważny wyraz twarzy.- Jeśli tego nie zrobisz Selmak i ja cię znajdziemy.
- Dobrze wiesz, że prędzej umrę, niż pozwolę je skrzywdzić!- odparł Jack, a Emilly objęła go za szyję.
- Nie umieraj tatusiu!
- Nigdzie się nie wybieram!- O’Neill pocałował córeczkę w policzek, tymczasem wszyscy się roześmiali.
- Zdaje mi się, że należą się wam gratulacje.- odparł po chwili generał Hammond i uściskał Jackowi dłoń i ucałował Sam w oba policzki.- Oh i nie musisz się martwić sądem polowym. Rozmawiałem z prezydentem i macie jego całkowite błogosławieństwo.
- Dziękuję, sir.- odparła Sam uśmiechając się.

Reszta także złożyła im gratulacje. Następnie po krótkiej pogawędce, którą sobie ucięli z przyjaciółmi, Sam zauważyła, że Emilly zasypia w ramionach Jacka. Wskazała to ukochanemu, a ten się tylko uśmiechnął. Było już dość późno. Reszta ekip SG zabezpieczyła dowody i teren, przygotowując się do pracy, tymczasem Hammond wysłał Daniela i Teal’ca do bazy, gdzie mieli się zająć trójką współudziałowców Peta, których złapało SG-3. Jack pogłaskał córkę i po żegnał się resztą, po czym chwycił Sam za rękę i poprowadził ją do samochodu. Po usadowieniu półprzytomnej Emilly w foteliku na tylnym siedzeniu, para zajęła swoje miejsca z przodu. Jack zapiął pas i odpalił silnik.

- Czas na ostatnią niespodziankę!- odparł z zadowoleniem, na co Emilly zaraz się przebudziła.
- Mogę ja, mogę ja?- poprosiła radośnie. Sam spojrzała na córkę pytającym wzrokiem, po czym na Jacka, który tylko kiwnął twierdząco głową i uśmiechem na twarzy.- Tatuś kupił duży dom i będę miała własny pokój. Różowy. Orzeszek też będzie mieć własny pokój!
- Dom? Jack, jak, kiedy?- odparła zdziwiona Sam.
- Donna jest agentką nieruchomości. Była mi winna przysługę czy dwie.- powiedział skręcając w kolejną ulicę.
- A ja myślałam, że z nią sypiasz i…- kobieta opuściła głowę.
- Sam może i jestem głupi i nie rozumiem, ani słowa z twojego techno bełkotu, ale nigdy, przenigdy nie przespałbym się z kimś takim jak Donna, kiedy moja wymarzona kobieta jest na wyciągnięcie ręki, kochanie.- Jack uśmiechnął się do Samanthy, na co ta zaraz westchnęła.
- Jacku O’Neill nie kłam! Doskonale wiem, że posiadasz doktorat z astronomii i fizyki jądrowej!- odparła Carter, zadziornie uderzając go w ramię. Jack zatrzymał samochód i odwrócił się w stronę Samanthy. Następnie zamknął jej usta w słodkim pocałunku.
- Shhh… Ani słowa Carter, muszę dbać o reputację!- posłał jej promienny uśmiech, na który jego narzeczona odpowiedziała pocałunkiem. Gdy tylko się od siebie oderwali Jack złączył ich czoła, po czym pocałował w nos.- Jesteśmy na miejscu.

Para wyszła z samochodu. Podczas gdy Sam podziwiała ich nowy dom z podjazdu, Jack wyciągnął ich córkę z samochodu. Następnie zamknął auto i wyciągnął klucze do domu z kieszeni swoich spodni. Stanął obok ukochanej i pocałował ją w policzek.

- Witaj w nowym życiu Samantho Carter.- O’Neill chwycił ja za rękę i całą trójką, a raczej czwórka udali się do ich nowego domu i nowego życia.

KONIEC!



To już koniec... tak... chciałabym podziękować wszystkim, którzy mieli siłę i wytrwali przy tym ficku do końca, wszystkim czytelnikom, a szczególnie tym którzy komentowali :P Szczególne podziękowania dla użytkowników: igut214, Palek21, cooky oraz Michalina.

  • 1

#128 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 16.09.2011 - |10:32|

Dlaczego to już koniec???
Śliczne zakończenie, nareszcie są szczęśliwi :)
  • 1

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#129 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 16.09.2011 - |18:37|

Ależ to słodkie...
Aż mi się wierzyć nie chce, że to koniec. Tyle miesięcy wyczekiwania na nowy rozdział, czytania z zapartym tchem i nagle już?
Mam cichą nadzieję na ten epilog. :)
A także na nowe, równie dobre opowiadanie...
Pozdrawiam.
  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche





Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych