Sam wyszła z samochodu z torebką oraz czerwonymi od płaczu oczami po dość napiętym dniu pracy. Nie miała ani chwili, aby przemyśleć całą sytuację, więc w drodze powrotnej do mieszkania Daniela musiała nadrobić te całe przemyślenie ostatniego wydarzenia. Pete nie rzucał słów na wiatr i był zdolny do wszystkiego. Nie miała innego wyjścia jak spełnić jego żądanie i wrócić do ich mieszkania. Westchnęła i spojrzała w górę, następnie zamknęła auto, udając się do klatki schodowej. Wjechała windą na piąte piętro, a potem przeszła korytarz i stanęła pod drzwiami do mieszkania Daniela. Położyła swoją dłoń na klamce. „Przepraszam.” Cichutko powiedziała do siebie, następnie otworzyła drzwi. Rzuciła torebkę na szafkę znajdująca się przy drzwiach, które wcześniej cichutko zamknęła i skierowała się do salonu, gdzie na sofie siedział Jack z ich córeczką na kolanach i oglądali bajki. Kobieta odwróciła głowę w kierunku sypialni i otarła oczy, po czym zawołała swoją córeczkę, która był aż tak pochłonięta oglądaniem telewizji na kolanach swojego tatusia, że nie zauważyła.
-Emilly idź do pokoju i spakuj swoje rzeczy, natychmiast!- rozkazała Samantha próbując nie dopuścić do ujawnienia łez, które pojawiły się w kącikach jej oczu. Jack odwróciła się w stronę Sam i zmarszczył brwi, następnie postawił córeczkę na ziemię.
- Rób co mówi mama, skarbie.- poprawił jej sukieneczkę i pocałował w czoło. Mężczyzna wstał, natomiast Emilly nadal nie ruszyła się z miejsca. Zamiast tego stała obok ojca, którego chwyciła za rękę i swoimi dużymi brązowymi oczkami spoglądała pytająco na matkę.
- Emilly! Kazałam ci coś zrobić!- krzyknęła.
Dziewczynkę przeszedł dreszcz. Ponownie spojrzała na Samanthę. W jej oczach widniał strach oraz ból, jej matka nigdy na nią nie krzyczała, ale dobrze wiedziała co to może oznaczać. Pete często krzyczał, a potem podnosił rękę, na mamę, nigdy na nią. Samantha zawsze zdążyła ją obronić, nigdy nie pozwalała zbliżać się do jej malutkiej córeczki. Emilly wbiegła do pokoju ze łzami w oczach. Usiadła na ziemi przy łóżku i objęła swoimi małymi rączkami, kolanka.
Tymczasem Jack posłał kobiecie mordercze spojrzenie. Sam odwróciła wzrok, nie mogła tego znieść. Wiedziała, że jej postępowanie, nawet jeśli w słusznej sprawie, skrzywdzi tych których kocha. To ją zabijało od środka. Świadomość, że Pete wygra, że Emilly znowu stanie się skrytym, nieszczęśliwym dzieckiem. Wbiła swój wzrok w ziemię, jednakże nie uciekła przed spojrzeniem Jacka, które przeszywało ją na wylot. Jedna, samotna łza spłynęła jej po policzkach, wyznaczając mokrą ścieżkę dla innych. Sam westchnęła w głębi duszy modląc się o przebaczenie. Odwróciła się na pięcie i podążyła do pokoju, który jeszcze rankiem był świadkiem szczęśliwych chwil, jakie spędziła tutaj ze swoim ukochanym. Otworzyła szafę i wyjęła z niej torbę, następnie wrzuciła do niej swoje ubrania. Nie wiedząc, że cały czas jest obserwowana, przez opierającego się o futrynę drzwi z założonymi na piersi rękami Jacka. Mężczyzna nie był w najlepszym humorze od rana, a obecne postępowanie Sam utwierdziło go w przekonaniu, że wszystko co się między nimi wydarzyło było zwykłym złudzeniem. Sam zabierała jego córeczkę i wracała do męża. W jego oczach pojawił się smutek oraz ból. Kochał Sam, całym sercem. Zrobiłby dla niej wszystko, a ona tak po prostu go wykorzystała. Zaopiekował się nią, kupił im dom, chciał, aby stali się prawdziwą rodziną, a ona powiedziała, że go kocha, zrobiła nadzieję. Nadzieje, że jest jeszcze potrzebny, że jest kochany, że jednak los sprawił mu druga szansę. A potem wbiła nóż w plecy, całując się z Petem, jej małżonkiem. A teraz ponownie rozrywała jego i tak już złamane serce na strzępy, zabierając Emilly.
- Więc to koniec, co? Odejdziesz i ją zabierzesz. Nie pozwolisz się widywać, wmówisz, że jestem nikim?- odezwał się po chwili ciszy. W jego głosie można było wyczuć ból, zawiedzenie oraz miłość do jedynego dziecka.- Będę o nią walczyć, nawet jeśli to zrujnuje moje życie. Nie zostawię jej. Jest najważniejszą osobą w moim życiu i nigdy jej nie opuszczę.
- Dostaniesz prawa rodzicielskie.- odparła dość spokojnym głosem, chociaż daleko jej było do spokojnej. Była roztrzęsiona, słaba, bezsilna, w jej myślach krążyło tylko jedno zdanie: „Pete wygrał.”
- Będę się mógł widywać z nią co drugi weekend? Nie dzięki. To moje dziecko, nie odbierzesz mi jej, Carter. Nie obchodzi mnie, co zrobisz ze swoim życiem, nie pozwolę jej sobie odebrać.- warknął. Kobieta z hukiem zamknęła torbę, po czym odwróciła wzrok i spojrzała prosto na Jacka. Nie w oczy. Obawiała się tego co mogłaby w nich zobaczyć, prawdy.
- Carter? Co się stało z kochanie?- zapytała opryskliwie.
- W tym domu jest tylko jednak kobieta, którą kocham i ty nią nie jesteś. Wracaj do swojego męża. Jesteście siebie warci, potraficie tylko kłamać. Czego w ogóle u mnie szukałaś? Nie mogę ci dać tego co on!- odparł wychodząc z pokoju.
Zamknął za sobą drzwi, jednak wcześniej usłyszał ciche „Robie to dla ciebie!” Przeklną pod nosem i udał się do sąsiedniego pokoju. Uchylił drzwi i usłyszał stłumiony płacz swojego dziecka. Łzy same napłynęły mu do oczu. Nienawidził chwil, kiedy Charlie był smutny, ale teraz widok płaczącej Emilly i myśl, że za chwile będzie musiał ją opuścić, rozrywała mu serce. Cały czas miał w swojej pamięci moment, gdy zobaczył ją na swoim tarasie, kiedy ściskała mu szyję, a potem przytulała. Moment, w którym obiecał ja chronić za wszelką cenię, nigdy nie opuszczać. Teraz jednak widząc ją skuloną w kącie pokoju z zapłakanymi oczętami, wiedział, że ponownie zawiódł swoją pociechę. Jack otarł łzy i wyprostował się, próbując wyglądać jak pewny siebie człowiek, a nie załamany wrak i wszedł do pokoju. Podszedł do córeczki i usiadł obok niej, następnie wziął na kolana i zaczął tulić dopóki się nie uspokoiła.
- Nie zostawiaj mnie, proszę. Będę grzeczna, będę wszystkich słuchać, tylko proszę cie nie zostawiaj mnie. Nie oddawaj mnie Petowi.- mówiła pomiędzy pociągnięciami nosem. Koszulka Jacka ponownie stała się mokra, jednak teraz także do łez Emilly dołączyły jego własne. O’Neill przytulił ją mocniej.
- Skarbie cokolwiek się stanie zawsze będę cię kochać i będę przy tobie, tutaj.- położył dłoń na jej serduszku. Emilly otarła łzy, jednak nadaremno, gdyż kolejne na nowo przedzierały się przez jej powieki i spojrzała na ojca, następnie położyła swoje raczki na jego dłoni.- Kocham cię Emilly, zawsze będę. Tylko ty się liczysz.
Dziewczynka spojrzała w stronę drzwi, jakby przeczuwała, że są to ostatnie chwilę z jej ojcem, następnie wstała i pobiegła do łóżka. Ściągnęła z niego swoją żyrafę, którą wygrał dla niej Jack, po czym podała ją ojcu.
- Zaczym… Łatkę. Będziesz o mnie pamiętać.- odparła. Mężczyzna smutno się uśmiechnął i wziął maskotkę do ręki. Pogłaskał ją.
- Będę się nią opiekować do twojego powrotu.- Jack położył pluszaka obok siebie i ponownie posadził córkę na kolanach. Zdjął swój nieśmiertelnik z szyi i zmniejszył łańcuch tak, aby przystosować go do malutkiego karku Emilly. Następnie zawiesił na szyi dziewczynki, która zaczęła go oglądać ciekawskim wzrokiem.- Chcę abyś go nosiła, będzie ci o mnie przypominać. Będzie ci przypominać jak bardzo cię kocham i że zabiorę cię od Peta, kiedy tylko będę mógł. Musisz być dzielna, dobrze.
-Tak jak Kopciuszek?- zapytała, a Jack szeroko się uśmiechnął, pomimo napływających mu do oczu łez.
-Tak kochanie, tak jak Kopciuszek. Musisz opiekować się mamusią i swoim rodzeństwem. Zrobisz to dla mnie?- Emilly kiwnęła głową i zarzuciła ręce na szyję ojca. Jack przytulił ją do siebie.- Kocham cię Emilly.
- Ja ciebie też tatusiu.
- Zrobię co w mojej mocy, abyś znowu była przy mnie. Obiecuję ci to, kochanie.- pogłaskał ją po blond włoskach i pocałował w czoło, ocierając ostanie łzy z jej policzków swoim kciukiem.- Nie płacz skarbie, masz być dzielna.
- Obiecuję tatusiu. Kocham cię.- pocałowała go w policzek i ostatni raz przytuliła.
W tym momencie drzwi otworzyły się i stanęła w nich Sam z torebką na ramieniu. Przywołała córkę piorunującym spojrzeniem, na co dziewczynka jeszcze bardziej posmutniała. Łzy ponownie naleciały jej do oczu, lecz jednym ruchem ręki je otarła. Nie chciała się rozpłakać, chciała być dzielna, dla tatusia. Chciała pokazać, że się nie boji, mimo iż w głębi przeszywał ja strach. W końcu za chwilę miała stanąć twarzą w twarz z Petem, którego bała się, od kiedy zaczęła raczkować. Powolnym krokiem podeszła do swojej matki i chwyciła ją za rękę, ostatni raz spoglądając na swojego tatę.
- Jutro ktoś przyjdzie po resztę rzeczy.- odparła suchym, beznamiętnym głosem. Nie spojrzała nawet na Jacka, tylko odwróciła się i wyszła z dzieckiem do przedpokoju, następnie wyszły z mieszkania i skierowały się do załadowanego już samochodu Samanthy. Kobieta posadziła dziecko w foteliku na tylnym siedzeniu, a potem zajęła miejsce kierowcy. Ustawiła lusterka, zapaliła samochód i ruszyła do domu Peta. Jej i Peta.
Jack ukrył twarz w swoich dłoniach nadal siedząc skulony w tym samym miejscu, gdzie tulił do siebie ukochana córeczkę. „ Co ja robię? Nie mogę tak tu siedzieć! Nie mogę pozwolić jej zabrać! Jestem okropnym ojcem, zawiodłem, po raz kolejny. Charlie… Charlie nie żyje, a teraz odbierają mi Emilly. Jack weź się w garść, musisz w końcu coś zrobić! Masz zamiar tak siedzieć i się nad sobą użalać? Sam i ja nie mamy przyszłości, ale Emilly mnie potrzebuje. Potrzebuje swojego ojca!” Mężczyzna wstał z podłogi i otarł łzy, następnie chwycił kluczyki od swojego SUVa i udał się na parking. Wszedł do samochodu i popędził w kierunku domu Samanthy i Peta. „To koniec Carter, będę o nią walczyć!”
TBC

Logowanie »
Rejestracja







