Moja ksywa ma wielopiętrową historię.
Na początku pierwszego roku musiałem pilnie napisać na komputerze pracę z historii gospodarczej o najsłynniejszym przemysłowcu łódzkim. Miałem dubeltowy kłopot, bo wykładowca uparł się, że mam doprowadzić dzieje firm założonych przez Karola Wilhelma Scheiblera do współczesności. Pamiętam, że to był koszmar, bo nigdzie nie mogłem znaleźć, co się stało z budynkami jego przędzalni i kto tam urzędował w PRLu. Wreszcie znalazłem monografię Zjednoczonych Zakładów Tekstylnych im Obrońców Pokoju Uniontex. I to były owe przędzalnie Scheiblera. Ale musiałem to jeszcze przepisać i wydrukować. Coś, co dziś jest oczywiste, wtedy nie było. W liceum windowsa na oczy nie widziałem i klepało się w jakimś dosowym edytorze. W pracowni komuterowej (nie miałem i nikt znajomy nie miał kompa) wszystkie stanowiska z edytorami dosowymi był zajęte. Tylko jeden komputer stał samotny. Miał zaisntalowany Windows95 z Wordem. Wszyscy marudzil, że to makabryczny system, z jakimiś oknami, co nie wiadomo jak obsłużyć, DOS prawie na nim nie działa, a ten program do pisania tekstu jest nie do pojęcia. I nie miałem wyboru. Usiadłem przed nim. Nigdy w życiu nie widziałem takich środowisk. I miałem jeden dzień na wklepanie i wydruk.
I od tamtej pory nie dam złego słowa powiedzieć na wynalazek okien i ich intuicyjność. Bez jakiegokolwiek wsparcia, na czuja dało się wszystko ogarnąć - to był żywy dowód na to, jak ówcześni dosowi malkontenci nie mieli racji. I nagle pupa blada - drukarki padły.
I musiałem wysłać referat pocztą elektroniczną. To też była nowinka. Więc ja w altaviście (takie ówczesne google) ustaliłem, że najsensowniejsze konta są na pewnym wielkim amerykańskim portalu (polskie praktycznie nie istniały, albo miały przerażająco małe skrzynki nawet jak na czasy dyskietek). I tworzę pierwszego w życiu nicka. I nagle się okazało, że wszelkie kombinacje mojego polskiego imienia i nazwiska są w Ameryce pozajmowane. Po dziesiątej próbie się wnerwiłem i z rozpaczy nad tym uniontexem jako nick wpisałem jego lustrzane odbicie. I tak xetnoinu było taką abstrakcją słowną, że używam jej do dziś.
To wspomnienie brzmi jak era dinozaurów ale niestety nasze licea i uczelnie były technologicznie zacofane, sprzęt astronomicznie drogi, a wykładowcy, co ciekawe Ci najstarsi, byli do przodu i nie chcieli już odręcznie pisanych referatów. Pół roku później wprowadzono zajęcia z WIN95 i Worda oraz wgrano to oprogramowanie na wszystkie komputery wydziału. Ale chrzest bojowy był już za mną