W oczekiwaniu na lepsze jutro...
#101
Napisano 27.06.2011 - |20:55|
#102
Napisano 08.07.2011 - |17:18|
Ich usta złączyły się najpierw nieśmiałe, delikatnie smakując, drażniąc, następnie jednak już trochę pewniej. Jack objął Samanthę jedną ręką w pasie, drugą zanurzył w jej włosach poddając się pieszczocie. Powoli rozsunął swoje wargi pozwalając jej wsunąć swój język. Nie czekając, mężczyzna zrobił to samo, odpowiadając na jej pocałunek kolejnym, bardziej mokrym, namiętnym, błagającym o więcej. Sam przechyliła głowę, w tym samym czasie przesuwając swoje dłonie po jego policzkach, szyi, do szpakowatych włosów.
Przerwali tylko z powodu braku powietrza. Sam uśmiechnęła się, delikatnie i powoli, choćby od niechcenia odsuwając się od Jacka. O’Neill poczuł jej uśmiech na swoich ustach i odpowiedział jej tym samym. Cały czas przylegając do siebie innymi częściami ciała, otworzyli oczy.
- Wow.- odparł chwilkę później szczerząc się do swojej ukochanej. Uniósł swoja dłoń do jej policzka i delikatnie musnął jej skóry. Samantha zamknęła oczy i lekko przechyliła głowę pod wpływem jego dotyku.- Sam…
- Jack.- westchnęła otwierając oczy i słodko się do niego uśmiechając.- Zostaniesz?- zapytała, a kiedy zauważyła wahanie w oczach mężczyzny swojego życia, opuściła wzrok.- To chyba nie jest dobry pomysł, nie gdy kochasz inną.
- Co?- pułkownik uniósł brew.- Sam w moim życiu są tylko dwie kobiety. Emilly i ty.
- A co z Donną?- zapytała mimo, iż bała się jego odpowiedzi. Co będzie jeśli się okaże, że piękna i młoda właścicielka czerwonego Ferrari jest jednak ważniejsza niż ja i dziecko?
- Donną? Donną. A tą Donną. Nie, Donna jest tylko znajomą.
- Przecież chcecie razem zamieszkać.- stwierdziła przybierając pytającą pozę.
Nie wiedziała co ma o tym myśleć. Powiedział jej, że jest dla niego ważna, to jeszcze nie ‘kocham cię’, ale zapewne coś w tym kierunku, ale przecież nie mogła wyzbyć się z głowy rozmowy, którą wcześniej podsłuchała w samochodzie. Nie zrobiła tego specjalnie, chociaż trudno było nie usłyszeć, co do siebie mówią przez telefon.
- Carter głuptasie, nigdy w życiu nie zamieszkałbym z Donną. Jeszcze tak nisko nie upadłem.
- Ale przecież…
- Żadnego ale, Carter. Marsz mi do łóżka spać.- Sam zachichotała.- I żadnego chichotania, dobrze wiesz co o tym sądzę!
- Tak jest, sir!- Gdy tylko się uspokoiła i wypuściła Jacka z objęć, ten skierował się do szafki. Wyciągnął swoją szarą koszulkę. Odwrócił się i spojrzał w błękitne oczy Samanthy, które przez cały czas go obserwowały.- Zaraz wracam.
Jack wyszedł z sypialni i bezszelestnie przedostał się do łazienki. Tymczasem Samantha z ogromnym uśmiechem na ustach położyła się na łóżku. Czekała pięć lat na jego powrót i teraz po tylu latach skakania i krążenia wokół tematu ich uczuć, chciała spokojnie z nim porozmawiać, wyjaśnić sobie wszystko, raz na zawsze. Teraz kiedy większość jej obaw o Donnę zniknęła, z ulgą mogła poczekać na biorącego w tej chwili prysznic Jacka. Położyła swoja dłoń na brzuchu i delikatnie go pogłaskała. „Może i moje wątpliwości i obawy co do Donny zostały rozwiane, ale przecież jesteś jeszcze ty, mój skarbie. Co jeśli Jack nie będzie chciał mnie z powodu tego dziecka? Nie mogę przecież oczekiwać, że się nim zajmie. Nie mogę oczekiwać, że je pokocha jak swoje. Nie jest jego ojcem. A Pete, o boże. Może i odpiorę temu maleństwu biologicznego ojca, ale przynajmniej będę miała pewność, że będzie bezpieczne. Oh skarbie, cokolwiek się wydarzy mamusia i tak będzie cię kochać. Postaram się zapewnić ci rodzinę, tobie i Emilly.” Kobieta cichutko westchnęła wtulając twarz w poduszkę. Zmrużyła powieki, gdy drzwi sypialni otworzyły się i stanął w nich Jack z mokrymi włosami, w szarej koszulce. Wyszczerzył do niej zęby, potem zbliżył się do łóżka. Usiadł na jego skraju i dźwignął kołdrę. Następnie się pod nią wsunął. Ułożył się wygodnie na poduszkach, kładąc swoje ramię wokół ukochanej i przyciągając ją do siebie. Sam natychmiast do niego przyległa, kładąc mu głowę na jego klatce piersiowej. Uśmiechnęła się pod nosem, gdy zorientowała się jak wspaniale do siebie pasują. Jack umiejscowił pocałunek na linii jej włosów, które opadały jej na plecy oraz mu na ramię. Samantha położyła swoja dłoń na jego torsie, delikatnie go pieszcząc. Chciała coś powiedzieć, jednak nie potrafiła znaleźć słów. Poza tym słowa nie były im potrzebne w tym momencie. Wystarczyło, że mają siebie nawzajem. To było szczęście, którego od dawna pragnęli, moment o którym marzyli. Ich chwila wytchnienia. Kobieta wtuliła swoja głowę w ukochanego i pocałowała w zakrzywienie jego szyi, wciągając przez nos jego zapach.
- Jack?- zaczęła Carter cichym i spokojnym głosem.
- Hmm?
- Co z nami teraz będzie?- Jack odwrócił się, by na nią spojrzeć.- Generał Hammond nie może chronić Emilly w nieskończoność. Nadal wisi nad nami sąd polowy.
- Sam nie martw się. George coś wymyśli, zobaczysz. Nie pozwoli tym przeklętym biurokratą zabrać ani ciebie, ani naszej córeczki. Twój ojciec pewnie też się sprzeciwi, a ja jeśli będzie trzeba pójdę osobiście do prezydenta.- odpowiedział spokojnym głosem, jednak w głębi serca obawiał się, że w końcu mogą ich rozdzielić. Wątpił, czy mógłby to przeżyć. Zawsze był silny, ale wiedział jak boli utrata dziecka. Nie miał zamiaru przeżywać tego ponownie. Nie chciał także zostawiać Samanthy. Dopiero co się odnaleźli, dopiero co zaczęli się dogadywać, nie chciał jej stracić. Nie mógł. To rozerwałoby mu serce na strzępy. I tak jeszcze nie pogodził się z tym, że jego ukochana nosi w sobie dziecko Peta. Pomijając fakt, że już pokochał tego malucha jak swoje własne potomstwo.
- Jack?
- Tak skarbie?
- Tata przeszedł dzisiaj przez wrota. Widziałam się z nim popołudniu. Powiedziałam mu o Pecie, tobie i Emilly.- wytłumaczyła spoglądając na przerażoną minę O’Neilla.
- Jestem trupem! Twój ojciec mnie zabije.- jęknął przerażony. Już widział stojącego przed sobą wściekłego Tok’ra. Przeszedł go zimny dreszcz. Przy tym co pewnie szykował dla niego emerytowany generał, tortury Baala tylko delikatnie łaskotały. Wiedział, że nie uniknie spotkania z Jacobem, tym bardziej, jeżeli byli na jednej planecie. W końcu spał z jego ukochaną, malutką córeczką i ma z nią dziecko. „Taa… nawet jeżeli już zacznę uciekać, to Jacob znajdzie mni, gdziekolwiek bym się nie schował.”
- Nie martw się. Tata nic ci nie zrobi.- odparła przewracając się na brzuch i delikatnie podtrzymując na łokciach. Oparła swój podbródek na klatce piersiowej Jacka i spojrzała na niego swoimi dużymi niebieskimi oczami.
- Jesteś pewna, bo wiesz zawsze mogę przenocować u Baala.- Sam zachichotała, na co Jack zmarszczył brwi.
- Nie pozwolę mu skrzywdzić mojego ukochanego.- Jack zamrugał i przekręcił głowę w bok, zastanawiając się czy dobrze ją usłyszał, czy musi wstąpić do laryngologa na badania.- No co?
- Nie nic, tylko… ukochanego? Carter?- Jack uniósł brew imitując Teal’ca. Sam opuściła wzrok zarumieniona.- Carter? Sam?
- Ja…- westchnęła spoglądając mu w oczy. „Raz kozię śmierć. Teraz mam szansę zrobić to o czym cały czas myślałam. Co może się stać, powie, że to pomyłka, odejdzie i nigdy więcej go już nie zobaczę? A może wręcz przeciwnie? Sam weź się w garść, jesteś dorosłą kobietą, matką jego córki!”- Ja… kocham cię Jack. Kocham od bardzo dawna.- odparła, a Jack zamarł. Kobieta opuściła głowę. „ Ależ ja byłam głupia! Głupia! Cholernie głupia! Przecież on nie może mnie kochać. Jak mogła pomyśleć, że jest inaczej!”
- Świetnie!- odpowiedział szczerząc się do niej, po chwili ciszy. Twarz Samanthy rozjaśniła się.- Ja też cię kocham. Kocham cię od momentu, kiedy weszłaś do sali odpraw i zrobiłaś mi wykład na temat organów reprodukcyjnych. Kocham cię od momentu, gdy zobaczyłem iskierki w twoich oczach, gdy mówiłaś o wrotach, kocham cię od chwili, gdy uciszyłaś paplaninę Kowalskiego mówiąc mu o tej lalce z odrzutowym plecakiem.
- Majorem Mattem Masonem.- wtrąciła.
- Tak.- Sam podciągnęła się na łokciach, aby jeszcze bardziej przybliżyć się do ukochanego mężczyzny. Dotknęła jego nosa swoim własnym, a gdy chciała się odsunąć, Jack objął ją przyciągając do siebie i zamykając usta słodkimi oraz namiętnymi pocałunkami. Przewrócił ją na plecy, usadawiając się nad nią.- Kocham cię Samantho Carter. Kocham ciebie, naszą cudowną córeczkę i to maleństwo, które urodzisz.- odparł pomiędzy pocałunkami, kładąc jej dłoń na brzuchu.- I tym razem tak łatwo się mnie nie pozbędziesz, Carter!
- Z przyjemnością, sir!- odparła chichocząc.
- Hej, co ja mówiłem o chichotaniu.- posłał jej groźne spojrzenie, które sprawiło, że zalała ją kolejna fala śmiechu. Jack westchnął, a następnie zaczął całować, aby ją uciszyć.
TBC
#103
Napisano 08.07.2011 - |18:58|
#104
Napisano 08.07.2011 - |20:07|
A już myślałam, że marines przyjdą w odwiedziny
Były tam jakieś literówki, ale nie zwracałam na nie uwagi, tylko na romantyczność zawartą w tym rozdziale ^^.
Życzę świetnej zabawy, bo przecież w końcu to PIĄTEK:D I WAKACJE BUAHAHAHAH
Pozdrawiam - igut214
#105
Napisano 08.07.2011 - |20:09|
W końcu tyle się naczekałam, żeby wreszcie oboje przejrzeli na oczy.
Tak mi się miło zrobiło, że chyba też napiszę coś ckliwego.
P.S. Udanej imprezki. I proszę wypic nasze zdrowie. Bo moje coś ostatnio nie bardzo...
Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.
F. Nietzsche
#106
Napisano 08.07.2011 - |22:25|
Czekam teraz aż coś się zepsuje, chociaż mam nadzieję że nie prędko.
Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:
KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!
#107
Napisano 13.07.2011 - |17:39|
- No przecież idę, moment!- warknął, gdy pukanie się ponowiło. Jack stanął przed drzwiami wejściowymi i przekręcając kluczyk, otworzył drzwi. Nie sadził, że po drugie stronie zobaczy Jacoba. - Cholera!
- Ja też się cieszę, że ciebie widzę, Jack. Mogę wejść?- pułkownik nie odpowiedział, odsunął się tylko od drzwi zapraszając emerytowanego generała do środka. Kiedy ten się już rozgościł, O’Neill zamknął drzwi i odwrócił się z przyklejonym na twarz uśmiechem do generała.- Carter i Emilly jeszcze śpią. Robie śniadanie, masz ochotę?
- Jeśli byłbyś taki gościnny.- odparł i udał się za mężczyzną do kuchni. Usiadł na taborecie przy blacie, podczas, gdy Jack zajął się dalszy przyrządzaniem jajecznicy.- Nie jadłem w bazie. A więc Jack…
- Ok. Jacob, wiem, że ty wiesz. Jeśli masz zamiar…- przełknął ślinę na samą myśl o torturach Jacoba. Zdziwił go fakt, że nie dostał w nos, jak tylko otworzył mu drzwi.-… błagam cię nie rób tego przy nich. Wyjdziemy i porozmawiamy.- odparł Jack na jednym wydechu, nerwowo spoglądając na zegarek.- Ale to będzie musiało zaczekać, idę obudzić Emilly. Zaraz wracam.
Jacob nie zdążył nawet mrugnąć, a Jacka już nie było. Generał spojrzał na talerz, który wcześniej mu podano i zaczął jeść.
„Nie bądź dla niego za ostry. Samantha go kocha. On ją także i jakoś nie chce mi się wierzyć, że spotyka się z inną.”
- Wiem Sel.- odparł do swojej towarzyszki ciała oraz umysłu i uśmiechnął się pod nosem, biorąc do ust kolejny kęs jajecznicy.
„ Nie rób niczego głupiego Jacob! Porozmawiaj z nim, na spokojnie.”
Tymczasem Jack wszedł do pokoju córki. Odciągnął zasłony, wpuszczając do pomieszczenia promienie słoneczne, następnie usiadł przy łóżku Emilly. Dziewczynka powoli zaczęła otwierać oczka. Przetarła je lewą rączką i smutno uśmiechnęłaś się do tatusia.
- Dzień dobry księżniczko.- odparł całując ja w czoło, gdy ta zaczęła ziewać. Dziewczynka nie odpowiedziała mu, obróciła się na prawy bok, odwracając od ojca. Jack zmarszczył brwi, następnie położył swoją dłoń, na jej ramieniu, jednak Emilly ją zrzuciła.- Hej skarbie, co się dzieje?
- Chce do mamy!
- Kochanie, mamusia jeszcze śpi. Co się stało? Miałaś zły sen? Emilly?- Jack ponownie położył swoją dłoń na jej ramieniu i delikatnie ją obrócił. Wtedy zobaczył wilgotne oczy dziewczynki.- Hej… co się stało? Shh… nie płacz kochanie. Nie płacz…
- Już mnie nie kochasz, tatusiu? I mamusi też? To dlatego chcesz nas zostawić, dla tamtej ładnej pani?- zapytała pociągając nosem. O’Neill chwycił dziewczynkę i przytulił do piersi.
- Hej… shh… Emilly oczywiście, że cię kocham. Nie mów takich rzeczy, jesteś moim malutkim skarbem, nigdy cię nie zostawię.
- Ale mamusię tak! Nie kochasz mamusi. Jesteś z nią, bo ja tu jestem. Nie chcę, abyś zostawił mamusię i mojego braciszka, albo siostrzyczkę.- Emilly rozpłakała się.- Będziesz mieszkać z tamtą panią? Ja nie chcę mieć nowej mamy!
- Emilly posłuchaj mnie, dobrze?- odparł odciągając od siebie córkę. Dziewczynka spojrzała na niego pytającym wzrokiem, ocierając zapłakane oczy.- Nie zostawię ani ciebie, ani twojej mamy. Kocham was i chcę abyście zawsze przy mnie były.
- A tamta ładna pani, ją też kochasz? Będzie moją nową mamą?- wtrąciła, a Jack przewrócił oczami. Pogłaskał Emilly po policzku.
- Nie skarbie, tamta pani, to Donna. Moja znajoma. Pomogła mi przy pewnym projekcie.- oczy jego córeczki rozjaśniły się.- Emilly powiem ci, a nawet zabiorę cię ze sobą, jeśli mi obiecasz, że nie powiesz nic mamie. To ma być dla niej niespodzianka.
- Obiecuję!- pisnęła.
- No dobrze, księżniczko. Ubieraj się! Zjemy śniadanie i pojedziemy.- odparł Jack z uśmiechem na ustach, a rozentuzjazmowana Emilly pędem wyskoczyła z łóżka.
- Kocham cię tatusiu!- ucałowała go w policzek.
- Ja ciebie też, brzdącu. A teraz się ubieraj.
- Tak jest.- odparła stając na baczność i salutując. Jack zachichotał.
- Kto cie tego nauczył?
- Dziadek!- odparła z dumą.- I nie chichotaj tato, mamie nie pozwalasz!- Jack podszedł do niej i chwycił na ręce, łaskocząc. Dziewczynka zaczęła się śmiać. Jej ojciec posłał jej jedno z tych spojrzeń, następnie postawił ją na ziemi.
- Chodź na śniadanie. Zrobiłem jajecznicę.- odparł otwierając drzwi.- A i zobacz kto przyszedł.
-Kto?- zapytała, jednak Jack zamiast odpowiedzieć, tylko się uśmiechnął.
Mężczyzna wyszedł z pokoju. Dziewczynka podążyła za nim do kuchni. Gdy zobaczyła kto siedzi przy blacie, wyszczerzyła zęby, w ten sam sposób co Jack i uradowana rzuciła się w ramiona dziadka, opowiadając mu o wczorajszej wycieczce do zoo. Jacob przysłuchiwał się jej uważnie, co chwilę, spoglądając na zabsorbowanego nakładaniem kolejnej porcji jajecznicy na talerz, Jacka. Starszy generał nie mógł ukryć swojego podziwu do pułkownika. O’Neill znał swoją córkę nieco więcej ponad dwa tygodnie, z czego cały jeden tydzień był z dala od niej, a byli ze sobą związani, jakby mała znała go od zawsze. Zresztą to nie była jedyna zmiana jaką zauważył. Emilly wydawała się szczęśliwsza, bardziej wesoła, skora do zabawy i rozmów. Dziewczynka, zawsze skryta, cicha, strachliwie uczepiona spódnicy matki, teraz zaraźliwie tryskała energią i promieniała. Od kiedy O’Neill wrócił do życia jego córki, wszystko wydawało się łatwiejsze.
- … i tatuś obiecał pokazać mi niespodziankę. Ale nie możesz nikomu o tym powiedzieć, dziadku. Mamusia nie może się dowiedzieć.-Jacob uśmiechnął się pod nosem przytulając do siebie wnuczkę, następnie pytająco spojrzał na Jacka.
- Jaką niespodziankę?
- Emilly!- westchnął udając obrażonego.- Miałaś nic nie mówić!- dziewczynka zsunęła się z nóg dziadka i podbiegła do swojego ojca. Stanęła przy nim i delikatnie pociągnęła do za nogawkę od spodni, robiąc „szczenięce oczy”.
- Przepraszam tatusiu. Nie chciałam. Tatusiu? Jesteś na mnie zły?- zapytała cichutko piskliwym głosikiem. Jack założył ręce na piersi i uniósł wysoko głowę odwracając wzrok od córki. Wykrzywił usta w grymas, wydymając górna wargę. Gdy katem oka zobaczył posmutniałą dziewczynkę, uśmiechnął się i przyklęknął przy niej. Objął ją i przytulił.
- Na ciebie nigdy, księżniczko.- odparł, gdy odciągnął ja od swojej piersi. Uniósł palec wskazujący do góry, kontynuując.- Ale pamiętaj! Nie możesz już nikomu o tym powiedzieć, to jest tajemnica, dobrze?- dziewczynka kiwnęła głową.- Bo jak nie…- Jacak zaczął ją delikatnie gilgotać.-… poznasz bliżej łaskotkowego potwora!
- Aaa… nie… tatusiu, to…- dziewczynka zaczęła chichotać.
- Argh! Żadnego chichotania!- posłał jej ostrzegawczy uśmiech.
Emilly przysunęła się bliżej ojca i ucałowała go. Następnie zapytała o pozwolenie obudzenia matki. Gdy Jack twierdząco kiwnął głową, dziewczynka jeszcze raz go ucałowała, a potem pobiegła do sypialni Samanthy. Jacob tymczasem przewrócił oczami, obserwując swoją wnuczkę z jej ojcem. Emilly była tak bardzo podobna do Jacka, że aż trudno było mu uwierzyć, że wcześniej nic nie zauważył. Fakt, nie spędzał z O’Neillem tak wiele czasu, jak SG-1, a z Emilly widywał się jak tylko rada Tok’ra dawała mu zielone światło do podróże na Ziemię. Co nie odbywała się zbyt często, mimo to powinien zauważyć. Ale tego nie zrobił, przynajmniej nie w pierwszych latach życia jego malutkiej wiewiórki. Zauważył dopiero, gdy odnalazł Jacka, kiedy siedział przy nim w nocy, podczas, gdy mężczyzna leczył swoje rany. Teraz tylko uśmiechnął się pod nosem, gdy zobaczył jak wiele ich łączy. Sam zapewne też to widziała. Oni byli rodziną, bez względu na to co inni mogli o tym sądzić. Nie było sensu ich rozdzielać. Jack kochał Emilly, a Sam kochała jego.
Jacob rozglądnął się. Jego wnuczka już dawno zniknęła za drzwiami sypialni swojej matki, a Jack siedział naprzeciwko niego i popijała wodę. Generał odłożył widelec na talerz i westchnął.
- Jack nigdy nie wyobrażałem sobie, że ta rozmowa będzie mnie czekać z tobą, ale cóż mogę za to. Jesteś wspaniałym mężczyzną, byłeś dobrym żołnierzem i dowódcą, przyjacielem. Teraz jesteś ojcem, ponownie, mogę dodać. Ojcem mojej malutkiej wiewiórki. Widzę ile was łączy, widzę jak moja wnuczka na ciebie patrzy. Może nie było cię przy niej od początku, ale mała do ciebie przywykła, Jack. Kocha cię i jeśli ją skrzywdzisz, to przysięgam, że nawet Asgardzi ci nie pomogą.- Jack zakrztusił się wodą. Jacob wziął głęboki oddech, po czym kontynuował.- Ufam, że nie zrobisz jej krzywdy. Co się znowu tyczy Sam…
- Jacob mogę coś powiedzieć?- wytrącił, a kiedy otrzymał bezsłowne pozwolenie, nieśmiało uśmiechnął się mówiąc.- Kocham Emilly i nigdy, przenigdy nie mógłbym jej skrzywdzić. Przeżyłem utratę jednego dziecka. Nie masz pojęcia jak to boli. I nie życzę ci tego! Może nie byłem najlepszym ojcem, bo gdybym był, mój syn pewnie by żył. Jacob chodzi mi o to, że nigdy nie pozwolę, aby coś się stało Emilly. Ani jej, ani Sam. Nie przeżyłbym ich utraty. Nie byłem przy Emilly jak stawiała pierwsze kroki, ale cieszę się, że mogę być z nią teraz. Kochać ją, uczyć, bawić. Po prostu być.
- Wiem, widzę jak bardzo kochasz moją wnuczkę. Cieszę się, że to ty jesteś jej ojcem. Nadal nie mogę uwierzyć, że Pete mógł zrobić coś tak okropnego.
- C… Cieszysz się, że… słucham?- Jack wytężył słuch. Myślał, że się przesłyszał, jednak kiedy zobaczył poważną minę Jacoba, zrozumiał, że usłyszał dobrze.
- Jack oby dwoje dobrze wiemy, że jesteś honorowym mężczyzną, nigdy nie naraziłbyś kariery mojej córki, poza tym Sam powiedziała mi wszystko.
- Serio?- Jacob tylko twierdząco kiwnął głową.- Fajnie. Jacob ja naprawdę nie wiem co powiedzieć…
- Zacznij od nazywania mnie tatą.- tym razem Jack uniósł prawą brew ze zdziwienia.
- Słucham?
- Jesteś ojcem Emilly, nie ukrywam, że gdybyś nie zaginął, pewnie poślubiłbyś moją córkę, co mam nadzieję, uczynisz.- odparł generalskim tonem.
- Jeśli Carter mnie zechce, będę najszczęśliwszym człowiekiem w galaktyce. Kocham twoja córkę i zrobiłbym dla niej wszystko. Kocham ja od dawna. Ale szczerze powiedziawszy, nie mogłem przecież zabronić jej bycia szczęśliwą, prawda? Sam miała prawo do bycia z kimś kto ją kocha i kt da jej wszytko, a ja nie mogłem jej tego zapewnić.
- Oczywiście, że mogłeś Jack. George i ja założyliśmy się kiedy jedno z was w końcu powie drugiemu prawdę, co do siebie czujecie. Myślisz, że byłem ślepy? Przez te wszystkie lata was obserwowałem, z podziwem dla ciebie. Tańczyliście obok siebie, wiązaliście się z innymi, nie widząc czego tak naprawdę wam trzeba. Nigdy nie zrobiłeś niczego, co mogłoby spowodować utratę kariery dla Samanthy. Widziałem jak bardzo ja kochasz, zanim jeszcze Anise wyciągnęła wasze uczucia w tym teście.- Gdy Jack skrzywił się, Jacob tylko się uśmiechnął.- W każdym razie Jack, masz moje błogosławieństwo, tylko błagam cię nie czekaj kolejnej dekady na wyznanie jej co czujesz.
- Prawdę powiedziawszy, to…- urwał, gdy zobaczył wychodzącą Samanthę z pokoju. Kobieta była prowadzona przez ich córeczkę. Jack wyszczerzył zęby. Kobieta podeszła do niego, a on ją przytulił. Kiedy oderwali się od siebie, Sam spojrzała na ojca i uśmiechnęła się.-… już jej powiedziałem.
- O czym rozmawiacie?- zapytała zaciekawiona, obejmując Jacka w pasie. Drugą rękę położyła na główce córeczki.
- A wiesz o takich tam. Nic ważnego.- odparł Jacob. Sam wzruszyła ramionami, a następnie chwyciła rączkę dziewczynki. Skierowały się do łazienki.- Cieszę się, że moja córeczka jest z tobą szczęśliwa. Zasługujecie na to, ale pamiętaj, jeśli kiedykolwiek…
- Nie mógłbym bym jej skrzywdzić, jak można skrzywdzić kogoś tak pięknego. Kocham ją i chcę z nią być. Z nią, Emilly i tym berbeciem, który się urodzi.
- Chcesz uznać dziecko Peta?- zdziwił się generał.
- Oczywiście, tato. To maleństwo nie jest niczemu winne, a Sam nie może wychowywać go sama. Dziecko potrzebuje ojca, poza tym ja i tak już je kocham i nie przeszkadza mi, że nie jest moje.- odparł O’Neill. Jacob tylko kiwnął głową z podziwu, następnie pozwolił Jackowi wrócić do jedzenia.
Godzinę później cała czwórka siedziała w salonie doktora Jacksona. Sam z laptopem na kolanach pisząc książkę o tunelach czasoprzestrzennych, a Jacob i Emilly oglądając razem bajkę. Jack natomiast usadowił się obok Samanthy. Położył jej rękę na brzuchu i delikatnie zaczął go głaskać. Nachylił swoje usta do jej ucha i cichutko wyszeptał jak bardzo ją kocha. Sam uśmiechnęła się i odłożyła laptop na stolik, następnie odwróciła twarz w stronę ukochanego. Położyła swoje dłonie na jego policzkach i delikatnie musnęła jego wargi.
- Dziękuję.- wyszeptała.- Dziękuję, że przy mnie jesteś. Kocham cię Jack.- nachyliła się, aby ponownie go pocałować, tym razem jednak przerwał im dźwięk otwieranych drzwi. Jack i Sam oderwali się od siebie. Emilly wstała z podłogi, na której siedziała, gdy zauważyła kto wszedł do mieszkania.
- Wujek!- tryskający szczęściem głos Emilly wprawił wszystkich w błogi nastrój. Dziewczynka podbiegła do obładowanego walizkami Daniela i wskoczyła mu w ramiona. Jack wstał z sofy wzdychając.
- Hej spokojnie. Daj mu wejść do środka!- odarł Jack kierując się w stronę drzwi. Przywitał się z Danielem, gdy tylko zabrał z jego ramion swoją córkę.- Cieszę się, że już wróciłeś kosmiczna małpo. Musze ci potem coś pokazać, ale najpierw obiecałem to mojej księżniczce, prawda?- powiedział całując Emilly w czoło.- Jacob jest tutaj.
Daniel rozpakował swoje rzeczy i poszedł przywitać się z resztą zgromadzonych. Archeolog padał ze zmęczenia tuż obok Samanthy i zaczął dyskutować z nią ostatniej misji. Kiedy Jack i Jacob zauważyli, że rozmowa schodzi na niebezpieczne tory i mrugnęli do siebie porozumiewawczo.
- Słuchajcie, to może my was zostawimy. Porozmawiacie sobie na spokojnie, a ja wezmę Emilly i tatę. Obiecałem im coś pokazać.
- Pokazać? Co takiego?
-Tatę?- odparł Daniel, równocześnie z kwestią Samanthy. Jack mrugnął do niego porozumiewawczo.
- Długa historia Danny-boy. Opowiem ci później.- Jack pocałował Sam w usta, a następnie wyszedł razem z córką i generałem. Daniel otworzył szczękę ze zdziwienia.
- Ok. Sam dokładnie jak dużo wydarzyło się podczas mojej nieobecności?- zapytał, a Samantha zachichotała.
- Nawet sobie nie wyobrażasz!- odparła całując go w policzek.
- A to za co?- zapytał przykładając dłoń do policzka, podczas gdy Sam wstała.
- Za dobrą radę Danielu.- uśmiechnięta skierowała się do toalety.
TBC
#108
Napisano 13.07.2011 - |21:45|
Pierwsza
Śiwetna część
Nie mogę się doczekać kolejnejgo rozdziału
Pozdrawiam - igut214:)
#109
Napisano 14.07.2011 - |21:39|
Sądziłam że Jacob będzie bardziej surowy, ale tak jest lepiej dla Jacka
Ciekawe jak zareagują na nowy dom
Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:
KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!
#110
Napisano 14.07.2011 - |21:40|
Oczywiście czekam na następne.
Pozdrawiam.
Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.
F. Nietzsche
#111
Napisano 25.07.2011 - |17:40|
Tymczasem Jack, Jacob oraz malutka Emilly wysiedli z wozu, który stanął na podjeździe zaraz za czerwonym Ferrari. Jack uśmiechnął się i załapał córeczkę za rękę, podchodząc do zszokowanego Jacoba.
- Myślisz, że Sam się spodoba?- Zapytał Jack, co spotkało się z uniesieniem brwi generała w jego kierunku.
- Tatusiu, czy to jest ta niespodzianka?- Odparła dziewczynka ciągnąc go za nogawkę spodni. Jack uśmiechnął się pod nosem i ściągnął przeciwsłoneczne okulary. Następnie przykucnął przy córce.
- Tak skarbie. To jest ta niespodzianka. Chcesz wejść do środka?- Zapytał, a Emilly radośnie klasnęła w dłonie. Jack wziął ją na ręce i spojrzał na „tatę”.- Idziesz?- Generał kiwnął głową.
Cała trójka ruszyła w stronę wejścia. Jack wyciągnął klucz z kieszeni, a gdy włożył go do dziurki, drzwi otwarły się. Pojawiła się w nich Donna. Emilly momentalnie najeżyła się i objęła protekcyjnie ojca za szyje. Jacob wymusił na sobie sympatyczny uśmiech, a Jack westchnął ciężko. Przedstawił starszego mężczyznę i córeczkę, kobiecie, a następnie cała czwórka weszła do środka.
- Właśnie miałam do ciebie dzwonić. Ekipa zakończyła remont. Dom jest gotowy.
- Słodko! To kiedy się mogę wprowadzać?
- To już zależy tylko od ciebie. A dwa pokoje, o które prosiłeś zostawili nietknięte. – Odparła spoglądając na zegarek.- Wygląda na to, że moja praca jest zakończona, Jack.
Jack postawił małą Emilly na ziemi, która natychmiast podbiegła do swojego dziadka, który w tym czasie zwiedzał mieszkanie. O’Neill natomiast wyszedł z Donną na zewnątrz. Stanęli na ganku przed domem. Kobieta założyła na oczy najnowszy model okularów przeciwsłonecznych od Prady i promiennie uśmiechnęła się do przyjaciela.
- Zadzwonisz później? Musimy się spotkać. Tylko ty, ja i jakiś przyjemny klub.- Odparła fikuśnym głosem, kiedy jej palce wędrowały po klatce piersiowej O’Neilla.
- Donna, proszę cię. Dobrze wiesz, że mam rodzinę.- Jack ujął jej ręce w swoje dłonie i odseparował od swojego ciała. Zrobił krok do tyłu.
- Jack przecież ja niczego nie… chodzi mi tylko o drinka.
- Donna znam cię. Jeden drink to dla ciebie zaproszenie do łóżka. Kocham Samanthę i nasze dzieci, nie zostawię jej. Poza tym masz wielu innych, którzy się obok ciebie kręcą.
- Hm… jak chcesz, ale jakby coś zawsze jestem otwarta na twoje propozycję.- Wyszeptała mu do ucha, delikatnie muskając ustami jego szyję. Jack zamknął oczy, próbując nie zrzucić jej z siebie. „Och gdybym tylko miał przy sobie zata.” Pomyślał, a gdy kobieta oddaliła się od niego, tylko pomachał jej i wszedł do swojego samochodu, odsapując z ulgą. Przestawił go, aby czerwone Ferrari mogło odjechać. Gdy auto zniknęło z jego pola widzenia, zadowolony mężczyzna wyszedł z samochodu i udał się do domu. Teraz musiał pokazać swojej małej księżniczce jej nowy pokój.
-Jack?- Usłyszał swoje imię i odwrócił się w kierunku, z którego one dobiegło. Na schodach siedział Jacob. Mężczyzna wstał i podszedł do O’Neilla. – Sam będzie zachwycona.
- Mam nadzieję, wiesz nie może wiecznie mieszkać u Daniela. Chcę, aby zamieszkała ze mną. I dziećmi oczywiście, kupimy psa, postawimy biały płotek.- Uśmiechnął się w stronę zadowolonego generała.
- Słuchaj ta kobieta mówiła coś dwóch pokojach...
- A tak. Moja niespodzianka specjalna. Gdzie Emilly?- Odparł rozglądając się. Jak na zawołanie, dziewczynka wybiegła z salonu i stanęła obok ojca. - Tu jesteś księżniczko. Chodź pokażę ci coś jeszcze.- Odparł i skierowali się po schodach na górę. Weszli do przestronnego przedpokój i przeszli nim do samego końca, stanęli pomiędzy parą drzwi.
- Co tam jest?- Zapytała dziewczynka, a Jacak otwarł pierwszy pokój. Emilly zmarszczyła brwi, Gdy zobaczyła wybielone ściany.- Tatusiu, ale tutaj nic nie ma!
- No właśnie. – Odparł z entuzjazmem, a Jacob otworzył drugie drzwi z podobną mina.- Jeszcze nic nie ma, ale to już zależy od ciebie.
- Nie rozumiem.- Odparł Jacob. O’Neill przewrócił oczami.
- Jeden z tych pokoi będzie Emilly, to od niej zależy, który wybierze i jak go urządzi, co ty na to, skarbie?
- Tak!- krzyknęła rzucając się w ramiona ojca.- Chce mieć różowy pokój!
- A co z drugim?- zapytał Jacob, podczas, gdy jego wnuczka ściskała Jacka. Mężczyzna uśmiechnął się.
- Urządzimy go Juniorowi!- odparł Jack, na co starszy generał się uśmiechnął. O’Neillowi naprawdę zależało na jego córce oraz dzieciach. Był w stanie uznać nawet maleństwo Peta. „Oh Sammy. Gdyby nie ten regulamin i jego uprowadzenie, już dawno byłabyś jego żoną. Szczęśliwą panią O’Neill.” Pomyślał Jacob i poklepał pułkownika po ramieniu.
- Dziękuję ci Jack.
- Za co?
- Za uszczęśliwianie mojej córki i wnuczki. - Jack wyszczerzył zęby, a następnie westchnął.
- Przecież wiesz, że dla nich zrobiłbym wszystko!- Odparł podążając za Emilly. Generał odwzajemnił uśmiech i dołączył do reszty „wycieczki”. Jack pokazał im resztę domu, a następnie uzgodnił z Starszym Carterem, że powinni zacząć remont pokoju dzieci, jeśli chcą się za nie długo wprowadzić. O’Neill razem z córką oraz z generałem wyszli z domu, zamykając go na klucz i samochodem udali się do centrum handlowego na zakupy.
Sam usiadła na łóżku ze słoikiem masła orzechowego w ręce i dużą zanurzoną w nim łyżką. Obok niej znajdował się laptop. Jak zwykle pracowała. Teraz gdy Jacka i ich córeczki nie było w domu, a Daniel odpoczywał po misji w swojej sypialni, mogła trochę popisać. Przez ostatnie dni zrobiła dość duży postęp, co oznaczało, że książka o tunelach pod przestrzennych chyliła się ku zakończeniu, co bardzo cieszyło Samanthę. Teraz mogła się skupić na swojej rodzinie i Jacku. Jej ukochanym Jacku. Nie wątpiła w szczerość jego uczuć, kiedy mówił jej, że ją kocha. Widziała to w jego oczach, czuła w jego pocałunkach. Na samą myśl o nim instynktownie dotknęła swoich warg. Wtedy usłyszała jak burczy jej w żołądku. Przewróciła oczami z uśmiechem kładąc rękę na swoim brzuchu, a następnie zabrała się za jedzenie masła orzechowego.
- Spokojnie Orzeszku, nie pozwolę ci umrzeć z głodu.- Odparła delikatnym głosem w stronę brzucha i pogłaskała go. Następnie włożyła do ust łyżkę napełnioną masłem.- Lepiej, kochanie?
Oczywiście wiedziała, że Orzeszek, jak ostatnio zaczęła nazywać swoje maleństwo, jej nie odpowie, pewnie jest jeszcze za wcześnie, aby usłyszał jej głos. Jednak to i tak nie powstrzymywało jej przez „rozmawianiem” z nim lub nią. Była jednak bardzo zaskoczona, kiedy kładąc rękę na brzuchu poczuła lekki, wręcz niewyczuwalny ruch. Sam wyszczerzyła zęby i pogłaskała swój brzuch.
- Widzę, że ty nie możesz się doczekać, aby poznać rodzinkę, co?- Odparła całując swoje dwa place, a następnie przykładając je do brzucha.- Kocham cię Orzeszku!
Jack i Emilly podrzucili Jacoba do bazy, gdy uprzednio zawieźli zakupy do domu. Następnie skierowali się do mieszkania Daniela. Na dworze słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Jack zaparkował samochód przed blokiem, a następnie wyszedł z pojazdu, wyciągając przy tym swoją córkę z fotelika na tylnym siedzeniu. Wziął ją na ręce i razem udali się do środka budynku. Winda akurat znajdowała się na parterze. Jack uśmiechnął się, a następnie wszedł do transportera. Nacisnął przycisk, a po chwili ruszyli na piąte piętro. Gdy drzwi windy otworzyły się Jack postawił małą Emilly na ziemię i chwycił za rękę. Podążyli korytarzem, wprost pod drzwi Daniela. Kiedy już się pod nimi znaleźli, Jack położył rękę na klamce i otworzył drzwi. Emilly wbiegła do środka, a za nią wszedł O’Neill.
- Dorotko wróciłem!- Oznajmił, na co Emilly zachichotała. Jack nie zdążył nawet rzucić jej jednego z „tych” spojrzeń, gdyż w tym samym momencie do przedpokoju weszła Samantha z kawałkiem czekoladowego tortu na talerzyku. Jack otworzył usta, a następnie równocześnie z córką krzyknął.- Ciasto!
Mężczyzna zbliżył się do Sam, cały czas wpartując się w kawałek ulubionego deseru. Kobieta jednak, jakby odczytując jego zamiary, odsunęła od niego talerz, a następnie pocałowała zdezorientowanego Jacka.
- Ja też się cieszę, że cię widzę. A teraz umyć ręce, oby dwoje!- Jack i Emilly skrzywili się. Samantha przewróciła oczami.- Inaczej nici z ciasta!
Carter nawet nie mrugnęła, a Jack i ich córeczka już zniknęli w łazience. Sam uśmiechnęła się pod nosem. Weszła do salonu i wygodnie usadowiła się na kanapie. Położyła sobie talerz na brzuchu i dłonią poszukała pilota. Gdy go już znalazła włączyła kanał naukowy i odłożyła pilot na szafkę. Wzięła do ręki mały widelczyki i zaczęła jeść ciasto.
Późnym wieczorem Samantha weszła do sypialni ubrana w długie piżamowe spodnie w paski oraz szarą koszulkę Jacka z logiem Sił Powietrznych. Właśnie położyła ich córkę spać, a teraz sama podążała do łóżka, gdzie już leżał jej ukochany i bacznie ją obserwował. Kobieta uśmiechnęła się w jego kierunku, a następnie usiadła na skraju łóżka. Już miała się położyć, kiedy poczuła ruch. Sam położyła swoja rękę na brzuchu.
- Sam? Kochanie, co się stało?- Zapytał zmartwiony wychodząc spod kołdry i usadawiając się za Carter. Kobieta nie odpowiedziała, co jeszcze bardziej zamartwiło się Jacka, jednak, gdy chwyciła go za rękę, mężczyzna trochę się uspokoił. Samanta położyła jego dłoń na swoim brzuchu, a następnie przykryła ją swoimi rękami.- Sam?
- Poczekaj chwilę. Zaczęło dzisiaj kopać.- Opowiedziała.
- Junior?
- Jack nie nazywaj mojego Orzeszka tak jak nazywałeś symbiot Teal’ca!- Odparła z udawanym oburzeniem kobieta. Jack położył ją na plecach, a następnie pocałował jej brzuch, zanim przyłożył do niego ucho.- Jack, co ty robisz?
- Cześć Orzeszku! Jestem twoim tatusiem! Bądź grzeczny dla mamusi, dobrze?- Jack poczuł delikatne kopnięcie i wyszczerzył zęby. Pocałował brzuch Sam i pogłaskał go.- A teraz idź spać. Kocham cię Orzeszku! Zawsze o tym pamiętaj. Kocham ciebie, twoją śliczną siostrzyczkę oraz wspaniałą mamusię.
Sam przewróciła oczami. Widok Jacka rozmawiającego z jej brzuchem napawał ją radością. Gdyby tylko mogła cofnąć czas, gdyby tylko Jack mógłby być przy niej, kiedy spodziewała się Emilly. „Teraz zachowuje się tak jakby to dziecko było jego. Jest wobec mnie czuły, opiekuńczy, kochany. Co by było gdyby to dziecko naprawdę było jego?” Westchnęła. „On naprawdę mnie kocha, gdyby tak nie było, już dawno by odszedł. Nigdy nawet by na mnie nie spojrzał, nie kiedy zdaje sobie sprawę, że nosze w sobie dziecko innego. Jack mnie kocha. Nie jest ze mną ze względu na Emilly, on mnie po prostu kocha!” Uśmiechnęła się zanurzając palce w jego włosach i przeczesując je. „Może i Jack nie był przy mnie kiedy spodziewałam się jego córeczki, naszej córeczki, ale teraz możemy nadrobić stracony czas. Kto wie, co przyniesie przyszłość.”
Jack ułożył się obok Samanthy i objął kobietę ramieniem, pocałował w usta, następnie ukrył twarz w zakrzywieniu jej szyi. Kobieta poczuła jego oddech na swojej skórze i uśmiechnęła się. Splotła swoje place razem z jego i plecami wtuliła się w jego ciepłą posturę.
- Jack?
- Hmm?
- Dziękuję.- Wyszeptała zamykając oczy.
- Hmm?- Usłyszała w odpowiedzi, na co ponownie się uśmiechnęła.
- Dziękuję, że tu jesteś. Kocham cię Jack.
- Ja ciebie też Carter.- Poczuła delikatne muśnięcie ust na swojej skórze. Kobieta odwróciła się przytulając do niego. Zadziornie pocałowała go w czubek nosa. Jack wydał z siebie bliżej nieokreślony stłumiony dźwięk i położył swoja rękę na jej brzuchu, protekcjonalnie obejmując ukochaną. Następnie złożył na jej wargach namiętny pocałunek.- Dobranoc Sam.
-Dobranoc Jack.- Chwilę później zasnęli.
TBC
#112
Napisano 25.07.2011 - |20:29|
Już kolejny kawałek i wciąż trwa sielanka. Czyżby to była cisza przed burzą? Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że szykujesz teraz jakieś mocne uderzenie.
A jednak Różowy!!!
Ja wyjeżdżam dopiero w drugiej połowie sierpnia. Szkoda, że do tego czasu nie dodasz nic nowego. Ale nic to! Poćwiczę sobie przez ten czas silną wolę.
Pozdrawiam.
Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.
F. Nietzsche
#113
Napisano 26.07.2011 - |09:16|
Sielankowy, śliczny kawałek
I teraz będzie wielki BUM.
Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:
KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!
#114
Napisano 26.07.2011 - |12:31|
I zapewne za niedługo będzie wielkie BUM i kolejne problemy heheh.
Być może natrafimy na powrót Peta, który naśle na nich Marines hahaha
A niech to - różowy. Miałam nadzieję, że jednak wybierze zielony
Może polubi zieleń lub błękit
Pozdrawiam - igut214
Użytkownik igut214 edytował ten post 26.07.2011 - |12:32|
#115
Napisano 27.07.2011 - |21:23|
Może ja coś skrobnę żeby nie było nudno
Jestem jak najbardziej za.
No owszem, są wakacje, ale jak się tak poczyta, to od razu się człowiekowi robi lepiej na duszy.
Pozdrawiam.
Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.
F. Nietzsche
#116
Napisano 24.08.2011 - |17:51|
Rankiem Sam obudziła się w silnych ramionach Jacka. Powoli otworzyła oczy i uśmiechnęła się, głaszcząc rękę ukochanego, która zaborczo ją obejmowała. Jack otworzył swoje oczy, kiedy tylko poczuł wiercącą się Samanthę. Spojrzał na kobietę z szerokim uśmiechem na ustach.
- Dzień dobry.- wyszeptał w jej ucho i zaczął delikatnie całować po szyi. Sam odwróciła się w jego kierunki i zanim mężczyzna zdążył umiejscowić kolejny pocałunek na jej ciele, zamknęła mu usta, swoimi. Gdy chwilę później oderwali się od siebie, Sam uśmiechnęła się i położyła swoją głowę na jego klatce piersiowej. Jack natomiast delikatnie miział ją po plecach.- Idziesz dzisiaj do pracy?
- Yhm…- wymamrotała w jego skórę, następnie uniosła głowę i spojrzała mu w oczy.- Chociaż wolałabym inaczej spędzić dzień…
- Masz coś konkretnego na myśli?- Jack uniósł prawą brew, Sam zbliżyła się do jego ust.
- Co powiesz na coś takiego.- Pocałunek.- I takiego.- kolejny, tylko znacznie niżej.
Sam zaczęła całować go po klatce piersiowej. Gdy jednak usłyszeli, jak otwierają się drzwi, momentalnie się od siebie oderwali, dokładnie w tym samym momencie, kiedy do pokoju weszła Emilly. Dziewczynka uśmiechnęła się i powoli wdrapała na łóżko wciskając się pomiędzy rodziców. O’Neill momentalnie uniósł swoje ramię, pod które wsunęła się Emilly, następnie przykrył kruszynę kołdrą. Samantha uśmiechnęła się do córki i przytuliła ją do swojego ciepłego ciała.
- Kochanie dlaczego nie jesteś w swoim łóżku?- zapytała kobieta wymownie spoglądając na ojca swojej córki.
Nie żeby miała Emilly za złe, że przywędrowała do nich z samego rana. To było jeszcze małe dziecko, które nie wszystko rozumiało, pomimo swojej inteligencji. Ale dzisiaj wolałaby, aby jej córeczka została u siebie. Samantha nie była tylko matką, była także kobietą, z potrzebami. A teraz właśnie potrzebowała trochę czułości i miłości oraz Jacka.
- Bo… bo idziesz do pracy… i nie będziesz się mogła ze mną pobawić, a ja chciałam ci dać buziaka…- Emilly uśmiechnęła się szeroko w tym samym czasie bawiąc się ręką taty.- Mamusiu zostań w domu, proszę… chcę iść na lody z tobą i tatusiem, mamusiu proszę… pokażę ci co narysowałam… a wujek Daniel pójdzie z nami…- dziewczynka zrobiła maślane oczka w kierunku Carter na co Sam roześmiała się głaszcząc córeczkę po blond włoskach.
- Oh skarbie. Jesteś nieodrodną córeczką tatusia, wiesz.- rozbawiona kobieta ucałowała czoło dziewczynki. Jack posłał jej pytające spojrzenie, a następnie uniósł prawą brew imitując Teal’ca. Samantha spojrzała na ukochanego, potem przeniosła swój wzrok na Emilly i z powrotem na O’Neilla, wybuchając stłumionym śmiechem.
- Co?!- zapytał Jack udając, że nie ma zielonego pojęcia co tak naprawdę rozbawiło Sam.- Mam coś na twarzy?
- Nie.- odparła chichocząc. Emilly i Jack posłali jej jedno z tych spojrzeń, a ona po raz kolejny parsknęła śmiechem.- Spójrzcie na siebie!- zachichotała.- Jak dwie krople wody!
Jack zmierzył wzrokiem córkę i także się roześmiał, gilgocząc przy tym swoją malutką kruszynkę.
- Jakby powiedział to Teal’c: „w rzeczy samej”!
- Dokładnie.- odparła już trochę spokojniejszym tonem. Westchnęła i ucałowała córeczkę, następnie powoli wygramoliła się z łóżka. Włożyła kapcie na stopy i odwróciła głowę, spoglądając przez ramię na leniuchującą rodzinę.- Macie zamiar dzisiaj wstać?
- Nie.- odparli zgodnie. Samantha przewróciła oczami odchodząc do komody z jasnego drewna, znajdującej się naprzeciwko łóżka. Otworzyła środkową szufladę i wyciągnęła z niej komplet czystej bielizny. Zamknęła szufladę i otwarła kolejną, tym razem zabrała czyste ubrania. Nie zawracając dalszej uwagi na poczynania dziewczynki i Jacka, podreptała z ubraniami do łazienki.
Godzinę później umyta i ubrana siedziała przy stole popijając herbatkę ziołową, która działa zapobiegawczo jej nudnością. Chociaż była już na takim etapie ciąży, w którym nudności powoli ustępowały, to jednak wolała być przygotowana na wszystko. Podczas ciąży z Emilly wiedziała, że może się spodziewać wszystkiego. Jednak Orzeszek nie był Emilly, której ojciec był naprawdę wyzwaniem. Sam uśmiechnęła się na myśl o Jack O’Neillu, popijając herbatę. Ciepły płyn spłynął przełykiem i wprawił ją w błogi, spokojny nastrój. Dzisiaj rano przeszkodziła im córka, ale przecież wieczorem będą mieli całkowita swobodę. Może zjedzą kolację w jakieś restauracji, potańczą, a potem wrócą do domu i skończą to co zaczęli rano. Kobieta położyła swoje dłonie na brzuszek i delikatnie go pogładziła, w tym samym momencie poczuła jak ktoś obejmuje ją od tyłu. Splotła swoje ręce z dłońmi Jacka, które tak jak jego zapach, poznałaby wszędzie, zanim mężczyzna złożył gorące pocałunki w zagłębieniu jej szyi.
- O której wrócisz?- wyszeptał do jej ucha delikatnie je przy tym muskając.
Sam odwróciła się na krześle i zarzuciła mu ręce na szyję. Następnie spojrzała w jego oczy. Jack uśmiechnął się i pocałował ukochaną. Z początku niewinny pocałunek przerodził się w coś więcej, pełen pasji i namiętności. Sam zadrżała, jednak nie z zimna, lecz podniecenia. Jack zawsze działał na nią, jakby zaraz miała zemdleć. Nie była jedną z tych plastikowych laleczek, które mdlały na widok pierwszego lepszego „ciacha” na ulicy, ale przy Jacku to było wprost nie możliwe. Gdyby w tym momencie nie siedziała i nie była powstrzymywana przez O’Neilla to mogłaby się zaliczyć do tych wszystkich dziewczyn, z których zawsze się śmiała. Jack rozsunął jej wargi swoim językiem, wpychając go do środka. Carter wydała cichy jęk rozkoszy. W tym samym momencie usłyszeli Daniela. Jack i Samantha oderwali się od siebie z wypiekami na twarzy, jak para nastolatków i spojrzeli na stojącego z założonymi na piersi rękami Daniela. Mężczyzna poprawił okulary pomrukując coś pod nosem i podszedł do ekspresu z kawą. Nalał sobie trochę do kubka, po czym bez słowa wyszedł z pokoju, zostawiając kochanków samych. Jack pogłaskał Sam po policzku i wyszczerzył zęby. Kobieta odwzajemniła uśmiech.
- To o której będziesz w domu? Może pójdziemy coś zjeść…- oznajmił bawiąc się kosmykiem jej włosów.
- Koło piątej, musze jeszcze coś załatwić na mieście.- musnęła jego usta zanim wstała z krzesła i uwolniła się z jego uścisku. Jack jednak pociągnął ją za rękę i Samantha wykonując pół obrót delikatnie zderzyła się z jego klatką piersiową. Mężczyzna przycisnął do niej swoje wargi, Sam objęła go za szyję, a kiedy kilka sekund później oderwała się od Jacka, odparła.- Kochanie musze iść do pracy, zobaczymy się później.
Sam pocałowała czubek jego nosa, a następnie dopiła herbatę i skierowała się do przedpokoju. Jack podążył za nią. Blond doktor posłała mu promienny uśmiech, ubrała buty, zabrała swoją torebkę oraz laptop, po czym ponownie pocałowała Jacka i wyszła z domu.
Tymczasem Pete zaparkował swoją furgonetkę pod budynkiem i wyciągnął telefon z kieszeni. Spojrzał w górę oczekując na połączenie. Kiedy po trzech sygnałach usłyszał głos, oczyścił gardło.
- Mamy problem. Zażądała rozwodu.
- Podpisałeś papiery?- zapytał ochrypły głos.
- Pogięło cię? Bez niej nici z wszystkiego, nie rozumiesz, że ona jest kluczem!? Sam jest przepustką do Gwiezdnych Wrót! Bez niej nic nie zdziałam, ani ja ani cała organizacja! Oczywiście, że nie podpisałem tych papierów, głupku!- odparł.
- Co masz zamiar zrobić? Wiesz będzie nam potrzebny nowy plan. Może O’Neill mógłby zniknąć…
- Mam już plan, ale twój pomysł jest kuszący! Kończę, pogadamy później.- odparł kiedy tylko zobaczył wychodzącą z klatki schodowej Samanthę. Rzucił telefon na sąsiednie siedzenie i spojrzał na białą teczkę, następnie wyszedł z samochodu. Skierował się w kierunku Carter.
Samantha wyszła z budynku z uśmiechem na twarzy. Za kilka godzin, kiedy jej zmiana się skończy znowu będzie mogła być z Jackiem i Emilly. Kobieta skierowała się do swojego Volvo wyciągając przy okazji kluczyki z torebki. Przystanęła przy samochodzie, otworzyła drzwi i włożyła na tylne siedzenie laptopa oraz torebkę, Następnie zamknęła drzwi, kiedy poczuła, że ktoś za nią stoi. Wstrzymała oddech i powoli się odwróciła. Przed nią znajdował się jej małżonek, o którym wolałaby raczej zapomnieć, niż wspominać. Sam zamarła. Jego pojawienie się nie wróżyło nic dobrego. Przypomniała sobie ostatni raz kiedy go widziała, nie wyszła z tego cało, no może wyszła, lecz cała posiniaczona. „Pete jest nieobliczalny i nie zawaha się mnie uderzyć, nawet w miejscu publicznym.” Pomyślała, wypuszczając oddech, który trzymała. Nie mogła mu przecież pokazać, że się go boi, to go tylko upewni w przekonaniu, że ma nad nią władzę i całkowitą kontrolę.
- Czego tutaj szukasz?- wysyczała.
- Tak witasz męża? A gdzie buziak i „cześć kochanie, jak miło cię widzieć” ?- zapytał z uśmieszkiem, który zawsze obrzydzał Samanthę.
- Czego chcesz? Dobrze wiesz, że nie jesteś mile widziany!
- Hej nie tak ostro, zdenerwujesz moje dziecko.- odparł i położył jej ręce na brzuchu. Kobieta wzięła kolejny głęboki oddech, próbując powstrzymać się przed nagłym przypływem nudności.
- Nie jest twoje!
- Ale oczywiście, że jest. Twój pułkownik nie jest jego ojcem, wiem to. Poza tym sama mi powiedziałaś o ciąży! Teraz wszystko się zmieni, Sam. Przepraszam za wszystko, nie wiem co we mnie wstąpiło. Kocham cię i chcę, abyśmy byli rodziną. Naprawdę!- odparł, a następnie przykucnął przy jej brzuchu i pogłaskał go.- Teraz naprawdę wszystko się zmieni, maluchu. Zaopiekuję się mamusią i twoją siostrą. Będziemy szczęśliwi, a jak się urodzisz to dostaniesz wszystko czego zapragniesz, zobaczysz. Będę cię rozpieszczać, kruszynko. Kocham cię.- Pete pocałował brzuch Sam, a następnie wstał i zbliżył się do swojej małżonki. Nachylił się i pocałował jej policzek. Sam zamarła, po czym położyła swoje dłonie na jego klatce piersiowej, próbując go odepchnąć, jednak Pete ani nie drgnął. Zaśmiał się tylko, po czym pocałował jej ucho.- Wrócisz ze mną do domu, nie podpiszę papierów rozwodowych i nie próbuj ze mną żadnych sztuczek, rozumiesz? Jeśli nie zobaczę cię w domu przed 18 to możesz być pewna, że twój Jack po prostu zniknie. Następna będzie twoja kochana córeczka, a potem świat dowie się o gwiezdnych wrotach. Rozumiesz?
Nie odpowiedziała. Łzy napłynęły jej do oczu. Emilly i Jack byli dla niej najważniejsi, nie mogła przecież zaryzykować ich życiem, a tym bardziej przyczynić się do wydania na światło dzienne jednej z najpilniej strzeżonych tajemnic świata. Z drugiej strony nie mogła okazywać słabości, trening wojskowy uczył jej czegoś innego. Musiała walczyć, ale jak? Z Petem nie dało się wygrać, miał ją w garści, po przez małżeństwo, po przez ich nienarodzone dziecko, które w niej rosło oraz po przez pewną szarą teczkę, która chroniła życie jej i Emilly. Łzy spłynęły jej po policzku, ale zachowała zimną krew. Zacisnęła zęby i odwróciła głowę w kierunku uśmiechniętego Peta, nie wiedząc, że jest obserwowana.
- Jeśli tylko się do nich zbliżysz, przyrzekam, że…
- Że co? Postraszysz mnie swoimi koleżkami z bazy?- roześmiał się jej w twarz i chwycił za nadgarstek, Zacisnął uścisk.- Punkt 18 chcę cię widzieć z Emilly i waszymi rzeczami pod NASZYM domem, rozumiemy się? Zerwiesz wszelkie kontakty z Jackiem O’Neillem i zostaniesz przykładną żoną i matką, następnie urodzisz mi dziecko, bez słowa sprzeciwu! Jeśli tego nie zrobisz, możesz pożegnać się z życiem Jacka i Emilly, czy zrozumiałaś mnie wystarczająco jasno!? I nie próbuj ze mną żadnych gierek, dobrze wiesz, że stawka jest wysoka!
- Jak słońce.- odparła próbując powstrzymać łzy.
- To dobrze kotku. Punkt 18 i ani minuty później, inaczej twój kochaś trafi pod ziemię razem z tym bachorem.- Pete puścił jej rękę, na której został kolejny czerwony ślad.- A i jeszcze jedno! Nie piśniesz nikomu ani słowa, bo inaczej jeszcze ciebie coś spotka! No, a teraz się uśmiechnij, KOCHANIE! Masz promienieć szczęściem, w końcu nosisz moje dziecko.
Pete pogłaskał ją po policzku, po czym odszedł w kierunku swojego samochodu. Wszedł do środka, wcześniej pokazując jej jeszcze na zegarku, że czas leci, a następnie odjechał. Sam ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się, powoli osuwając na ziemię. Musiała podjąć decyzję, która najprawdopodobniej zmieni całe jej życie. Decyzję, od której zależało bezpieczeństwo jej ukochanych. Pociągnęła nosem, a następnie przeczesała włosy palcami i położyła swoją dłoń na brzuchu. To nie była prosta decyzją. Kobieta powoli wstała z ziemi i otrzepała ubrania, rozejrzała się dokoła, po czym weszła do samochodu, gdzie na nowo popłynęły jej łzy z czerwonych już oczu.
Tymczasem w mieszkaniu Daniela Jack siedział w kuchni na ziemi trzymając się za głowę. Nie mógł uwierzyć w to co przed chwilą zobaczył. Sam, jego Sam całowała Peta, jej męża. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że Sam i Pete nie byli normalnym małżeństwem, w dodatku rozwodzili się. Nie był to także przyjazny całus, tylko z tego co mógł się zorientować namiętny pocałunek. „Nie wyglądali na pogrążonych rozmową o rozwodzie, wyglądali raczej jak… jak zakochani, przyszli rodzice. Boże jaki ja byłem głupi, ona do niego wraca, pogodzili się i do niego wraca. Jest ojcem jej dziecka, wychował Emilly, a ja? Pojawiłem się z nikąd i oczekuję nie wiadomo czego. Jack ty idioto! Ona go kocha, nigdy nie przestała, pomimo tego wszystkiego, chce z nim być! Jak mogłaby kiedykolwiek pokochać ciebie, cały czas cię okłamywała, bo się nią zająłeś! Zrobiła to wszystko z litości! Spójrz w końcu prawdzie w oczy. Nie masz nic co mógłbyś jej zaoferować, myślisz, że ulegnie ci bo kupiłeś i urządziłeś dla was dom? Bo chciałeś przygarnąć jej dziecko? Bo kochasz Emilly, bo kochasz i zawsze kochałeś tylko ją? Nie możesz być z taką kobietą jak Samantha Carter, ona nie jest dla ciebie, jest nie z twojej ligi. Nie pasujecie do siebie, ona jest piękna, młoda, a ty… jesteś nikim O’Neill, nikim!! Carter było po prostu ciebie żal, pozwoliła ci zająć się twoim dzieckiem, ale to wszystko, Samantha Carter cię nie kocha, nigdy nie kochała. Pogódź się z tym wreszcie!” mężczyzna otarł łzy, które jakimś cudem spłynęły po jego policzkach. Nigdy w życiu nie płakał, a teraz? Jego serce ponownie stłukło się na miliony małych kawałeczków. Dla jego i Sam nie było przyszłości, teraz musiał się skupić na jedynej kobiecie, która nigdy go nie zostawi, na jedynej kobiecie, która zawsze będzie go kochać. Na jego malutkiej córeczce, która w tym momencie weszła z blokiem rysunkowym i kredkami do kuchni pytając czy tatuś z nią porysuje. Jack tylko się uśmiechnął, po czym wziął małą na ręce. Pocałował ją w blond czuprynkę, a następnie posadził na swoich kolanach, kiedy już usiadł przy stole. Emilly rozłożyła swoje przybory do rysowania i uśmiechnęła się do ojca wręczając mu zieloną kredkę.
TBC
#117
Napisano 24.08.2011 - |22:04|
Tak więc siedzę sobie i czytam.
No i wszystko co dobre niestety szybko się kończy. Znowu powraca strach i niepewnośc. Sam dała się zastraszyc? Mam nadzieję, że jednak nie wróci do tego picusia. A swoją drogą, czy Pete nie zdaje sobie sprawy, że grożąc ujawnieniem gwiezdnych wrót, sam sporo ryzykuje? Przecież podpisał kiedyś klauzulę tajności. Czy NID przypadkiem go nie zwerbowało?
Co do Jacka. Zamiast gapic się przez okno, powinien tam wyjśc i obic rywalowi twarz. Tylko tak, żeby na długo sobie zapamiętał.
No dobra. Mam przeczucie, że jeszcze sporo nerwów przede mną, zanim znów zaświeci słońce nad tym związkiem. A było juz tak fajnie...
Pisz, pisz, bo jestem strasznie ciekawa, jak jeszcze skomplikujesz wszystkim życie.
Pozdrawiam
Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.
F. Nietzsche
#118
Napisano 25.08.2011 - |05:03|
pozdrawiam
#119
Napisano 25.08.2011 - |10:06|
Biedny Daniel, we własnym mieszkaniu nie może sobie pomieszkać
Ja mam nadzieję że Peta wykończysz na dobre żeby Samantha miała spokój.
Pozdrawiam.
Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:
KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!
#120
Napisano 26.08.2011 - |09:44|
Pozdrawiam - igut214
Użytkownicy przeglądający ten temat: 0
0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych

Logowanie »
Rejestracja







