Nasze wspólne opowiadanie 2
#101
Napisano 14.08.2004 - |18:07|
Wszystkie drużyny GW, popatrzyły w strone Pradawnego i stwierdziła ze naprawde powinni wracać. Wszyscy sie juz ustawili do wymarszu, jednak brakowało jednej osoby. Brakowało Esy.
- Zoisyte daj mi zata, może mi sie przydac - powiedział, i ciągnął dalej Pradawny - ide poszukać Esy
- Masz, i wracaj szybko. My zabezbieczymy teren - powiedział Zoisyte pilnujący reszte skacowanych drużyn.
Pradawny poszedł do bazy Balla, i zaczął poszukiwania.
- Esa, gdzie jestes - wował Pradawny, jednak bez odzewu
Szukał juz w kilku głównych salach, stwierdził ze sprawdzi jeszcze sale gdzie dokonują rytuału wszczepienia. Trwało to chwile, zanim tam doszedł. Ku jego zdziwieniu, ujrzał EsaSol nie przytomną na stole rytualnym. Przy którym szfendali się Jaffa. Pradawny dobył zata, i zobaczył ze obcieka winem. Stwierdził iż nie przyda sie jemu już, więc jest bez broni. Skontaktował sie jeszcze z Zoisyte :
- Hey Zoisyte, jestem w bazie Balla. Próbują Esie wszczepić larwe - powiedział Pradawny
- /No to odbij ją i wracamy - odparł Zoisyte
Pradawny juz nie czekał na nic, musiał uwierzyć w siebie by stanąc oko w oko z kilkunastoma Jaffa. Wyrzucił zepsutego zata, i ruszył ku wrogowi.
- Hey ziomki, co wy tutaj wyprawiacie ? - spytał sie Pradawny
- Jaffa, Kree - odezwał sie jeden z Jaffa
Z bocznych sal wyszło kilka wojowników Jaffa i kroczyło ku Pradawnemu. Pradawny dobył jakis kij ze ściany, i rozgrzał szybko wszystkie mięsnie i ustawił sie w pozycji bojowej. Siły nie byly wyrównane. Pradawny dostawał łomot od Jaffa, i leżał juz na ziemi, kiedy przypomniał sobie o swoich przyjaciołach. Wstał wytarł krew wydobywającą się z jego wargi. I poszedł ku kapłaną, Jaffa. Brutalnie wyjął ich larwy z ich wnętrzności, i mocno poturbował. Kiedy zobaczyli to wojownicy Jaffa, przygotowali swoje stafy do strzału. Broń była juz wycelowana w Pradawnego, gotowa do odpalenia. Pradawny był juz wykonczony, poszedł jednak jeszcze ku własnych siłach ku wojownikom. Unikał pocisków tak szybko jak potrafił, jednak nie na tyle szybko zeby wyjść z tego bez szfanku. Kiedy juz udało się jemu dojść do jednego z wojowników, wyjął jego larwe i przewrócił wroga na ziemie. Złapał jego stafa i wykonczył go. W tym momencie ockneła sie EsaSol, kiedy zobaczyła walczącego Pradawnego chciała jemu pomóc. Pradawny załóważył że Esa wstała, tak jak jeden z Jaffa który to wystrzelił w strone Esy. Trafił, Pradawny myśląc iż major padła trupem dostał ataku furii. Nie wiedział nawet kogo atakuje, parł do przodu dotkliwie raniąc i zabijając Jaffa. Kiedy juz wykonczył wszystkich, podbiegł do Esy i zobaczył jaka jest sytuacja.
Esa miała rozerwane połowe brzucha, jej wnętrzności wyszły na wierzch. Pradawny wsciekle uderzył w podłoge. Przypomniał sobie jednak o sarkofagu który był w jednej z sal. Wziął Ese na ręce i podąrzył do małej sali wypełnionej dziwną wonią. Włożył dziewczyne do sarkofagu, obrażenia były poważne to Pradawny musiał poczekać jakiś czas aby EsaSol wyleczyła się kompletnie. Zakomunikował to Zoisytemu:
- Słuchaj Esa oberwała, właśnie włożyłem ją do sarkofagu - Powiedział z strone radia Pradawny - wyruszajcie bezemnie.
- /OK - usłyszał w odpowiedzi Pradawny - kermit dzwon do bazy - usłyszał jeszcze przez radio otwieranie korytarza.
Kiedy sarkofag sie juz otworzył i Esa sie ockneła. Wstała i usłyszała Pradawnego:
- Wstawaj Esa idziemy stąd - powiedział
- No dobra - odpowiedziała, wstała i podąrzyła za nim
Przez całą droge Esa patrzyła się na Pradawnego i w pewnej chwili zagadała:
- Po co po mnie wróciłes ? - Spytała
- Nie zostawie osoby z mojego zespołu, a tak wogóle to jesteśmy juz kwita - ciągoł dalej Pradawny - przez Ciebie stanołem na nogi.
- Dzieki - odpowiedziała i przez reszte drogi do Wrót nie odezwali sie do siebie.
Kiedy juz byli w bazie, wszyscy zaczeli pytać co dokładnie sie stało.
- Cicho, idzie stąd - powiedział Pradawny - Esa musi wypocząc.
W tej samej chwili Pradawny zemdlał. Z powodu odniesionych ran, był wycięńczony. Opatrzyła go 121772 i po kilku godzinach doszedł do siebie, chciał wstać ale ...
- Leż, musisz leżeć nie mozesz jeszcze wstać - upierała sie 121772
- Spokojnie, ile juz tutaj jestem ? - spytał Pradawny
- Dopiero jakies 6 godzin - odpowiedziała
- Co u Esy ? - spytał
- Wporządku, siedzi u siebie - odpowiedziała.
- W takim razie, OK - odparł i ciągnoł dalej - jeszcze poleże, dzieki za wszystko.
Mineło kilka dni, i Pradawny był już na nogach. Załatwił sprawe z Asgardczykami. I postanowił załatwić sprawe z SGC. Zadzwonił do Gen. Hammonda, przez chwile nikt nie odbierał. Nagle ...
- Witam, tutaj gen. Hammond - Odezwał się głos w słuchawce
- Witam i ja, tutaj Pradawny z polskiego SGC - odparł Pradawny
- Czy są jakies szanse zebyście oddali nam Wrota ? - spytał
- Ależ oczywiście - odparł
- Serio ? - spytał
- Nie !!, hehe. Nie no ok - zarzartował - tak jest szansa, mamy tylko kilka żądań
- Tak słucham
- Po pierwsze, jedna z naszych drużyn ma być wcielona do projektu StarGate Atlantis, a po drugie domagamy sie odznaczeń za wykonczenie Balla. Zanim odszedłem z jego planety, zostawiłem tam bombe wzmocnioną nakładrią. Czyli macie z nim spokój - powiedział.
Rozmowa sie zakończyła i Pradawny poszedł na odprawe, gdzie ...
Nio i są czarne
#102
Napisano 14.08.2004 - |18:14|
W Cheyenee dalej opracowywano plan zemsty i odzyskania wrót.
Natomiast Thor dalej siedział w ToiToiu. Cholerka go już trafiała, gdy powoli przyjrzał się pisuarowi. Zauważył rzędy znaków dziwnie przypominające symbole z DHD. Były jednak dosyć niepodobne do tych "ziemskich" - kilka było rzeczywiście podobne, ale Thor ni cholerę nie potrafił wymyślić koordynatów na Ziemię lub motherworld.
Dalej był w hu*a zirytowany, więc walną łapką w muszlę. W tym momencie zauważył wysuwający się ekran. ToiToi obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni. Ekran aktywował się, z podłogi, będącej teraz ścianą na której stał kibelek, wysunął się fotel. Thor zasiadł na nim. Po chwili z przytulnego wnętrza ToiToia, pozostał już tylko pisuar, z którego zdążyły już zniknąć symbole adresów. Przeniosły się na ścianę obok. ToiToi odrzucił dno, w którego miejscu pojawił się nowoczesny silnik rakietowy. Obok Thora pojawił się zminiaturyzowany... on sam. Udzielił mu instrukcji sterowania ToiShipem. Nagle na ekranie wyświetlił się nadlatujący mothership Nowych Replikatorów. Thor o mało nie popuścił w siedzenie, gdy nagle znikąd usłyszał...
Inkoming messedż. Du ju łont tu hir it?
No to odpowiedział, że Jea. Na ekranie pojawił się Piąty.
- Cześć Thor!
- O, Piąty!
- No, a kto? Swoją drogą skąd ty się tu kurcze wziąłeś? Przecież to nasza prywatna galaktyka! Szykujemy się do inwazji na kontinuum StarTrek i homeworld Wraithsów! Tak jak się umawialiśmy!
Thor postanowił nie pierniczyć głupot, że przyleciał zobaczyć jak leci, nie owijając w Furlingów opowiedział co się stało. No to Piąty podrapał się po główce i postanowił pomóc...
- Słuchaj, wyślę Ci replikatora Kartkę vel Carter. Półodnóżek z niego, ale potrafi fajnie silniki przerabiać. W domciu będziesz za trzy dni.
- A co będę jadł? My, Asgardczycy spożywamy posiłki co półtorej godziny.
- Zawsze masz zawartość spłuczki Thor, nie bądź idiotą.
Kartka zmodziła silnik. ToiShip ruszył na Ziemię. Jak Thor domyślał się, pewnie Ziemianie (a szczególnie DGW) chętnie rozebiorą na kawałeczki statek i utworzą z niego najnowsze modele samolotów bojowych. Thor wprowadził się w głęboką autohipnozę. ToiShip ruszył. Teraz wszystko było kwestią czasu...
Tymczasem przed bazą w Cheyenee żołnierzom pomyliła się kolejność spacerku:
- Cholera jasna - rzucił jeden - co teraz, cały serial do d*py!
- Nie no, nie przesadzaj, nie było teraz kamery, nawet nie zauważą
No i poszli dalej.
A wewnątrz bazy trwały gorączkowe przygotowania...
Użytkownik Promethe edytował ten post 14.08.2004 - |18:24|
#103
Napisano 15.08.2004 - |08:56|
- Tak wiec mamy problem do bazy wdarli się jacyś ludzie niestety nasza pi***a ochrona nie zdołała ich zatrzymać..
- Generale przepraszam ze przerywam, ale czy nie powinniśmy zaczekać na Daniela- przerwał mu Teal`c
- A niema go?- Zdziwił się
- Nie zasiedział się biedaczyna nad tym tłumaczeniem- dodała Jack
- O ch***a – zaklną generał
- Co???- Spytali chórem
- Ci ludzie kogoś z bazy uprowadzili
- I- znowu chórkiem
- Ochrona nie wie, kogo ale teraz się wszystko mi układa
- Chce pan powiedzieć ze uprowadzili Daniela- zdiwił się Jack
- Panie generale, pułkowniku, melduje ze Doktora Jaksna nie morzna nigdzie znaleźć
- W ambulatorium?- Jack
- Sprawdzaliśmy- ochroniarz
- Stołówka?- Sam
- Sprawdzone
- Cho**a zakosili nam Daniela, ale dlaczego?? – Wściekł się Jack
- Żeby nie skończył tłumaczenia – powiedział zamyślony Sam- ciekawy ile już przetłumaczył?
- Niech pani to sprawdzi majorze a pan.... pan...
- Ja, co mam zrobić może kontrolować uszkodzenia na Prometeuszu
- To nie możliwe pułkowniku, bo prometeusza tez przejęli.
- Co? - Chórek
#104
Napisano 17.08.2004 - |08:22|
- Ale panie generale, próbował się bronić Jack.
- Żadnych ale PUŁKOWNIKU, skorzystał ze swojego stopnia służbowego George. Wydałem rozkaz, aby członkowie SG-1 odnaleźli i odzyskali utracony sprzęt. Ale jakoś nie widzę żadnych efektów waszej pracy, wskazał ręką na zupełnie pustą sterownie i salę wrót.
- Mieliśmy trudności z... Próbował kręcić Jack.
- Żołnierzu, my w lotnictwie nie wiemy co to trudności. Wrota miały być i ich nie ma. Znaczy się, że się nie wykonujesz otrzymanych rozkazów.
- Tak jest panie generale, już bierzemy się do roboty, stwierdził zrezygnowany Jack i wyszedł z sali odpraw.
Szedł korytarzami szukając reszty swojego zespołu. Pierwszego spotkał Jaffa bez robala w brzuchu.
- Jak poszła dalsza rozmowa z generałem Hammondem? - Spytał Teal'c.
- Nie najlepiej. Mamy przechlapane jak w ruskim czołgu. - Odpowiedział pułkownik.
- Indeed. - Skwitowal to Jaffa.
- A gdzie nasza jasnowłosa piękność? - Zapytał Jack.
- W laboratorium Daniela, próbuje dowiedzieć się czegoś z notatek Daniela, ale jak wiesz był z niego bardzo "uporządkowany" człowiek, więc może to trochę potrwać.
- Dang. - Tym razem skwitował to Jack.
Tym czasem w laboratorium Daniela Sam próbowała się przegryźć przez te wszystkie notatki.
- Cholerny Daniel, mruknęła pod nosem, mógłby trochę bardziej porządkować swoje rzeczy.
W tej samej chwili znalazła jakąś świeżo zapisaną karteczkę z pobieżnym i cząstkowym tłumaczeniem. Sam przewertowała szybko wzrokiem te zapiski i zbladła jak ściana.
- We're so [cenzura!]*d up, to była jej pierwsza myśl. A druga wcale nie była przyjemniejsza.
Wybiegła z laboratorium archeologa szukając pułkownika i Teal'ca.
Tymczasem pułkownik i Teal'c siedzieli w stołówce i milczeli. Byli w takich nastrojach, że każdy dźwięk wydawał się profanacją. W tym momencie do stołówki wpadła zdyszana Sam.
- Puł.... ko.... ko... ko.... wnyku - Wydusiła z siebie.
- Ma... ma... my przechlapane.
- Carter prosiłbym o lepsze wieści i na temat czegoś, czego nie wiemy, stwierdził Jack.
- Indeed, dopowiedział Teal'c, kurteczka coś chyba za bardzo lubię ten tekst pomyślał jeszcze.
- Ale panie pułkowniku, uspokoiła się już Sam, wiedzieliśmy gdzie są wrota tylko nie mogliśmy ich wydostać z tego bunkra, tak?
- No w sumie tak, ostrożnie odpowiedział pułkownik. Na jego czole pojawiła się krecha wskazująca na to, że czuje zbliżające się kłopoty.
- To teraz nawet nie wiemy gdzie te wrota są, dokończyła swą myśl blondyna.
- COOOOO???? - Zapytali chórem Jack i Teal'c
- Nie mamy daniela i nie wiemy nawet gdzie są te ch****** wrota. Hammond nam jaja pourywa, stwierdził Jack.
- Chyba wam, dopowiedział Sam.
- Ale pułkowniku nie jest aż tak źle. Aby transportować wrota potrzebny jest ciężki sprzęt. A tamta posiadłość jest w cichej okolicy. Więc może uda nam się dowiedzieć czegoś od sąsiadów. Może uda nam się ich wyśledzić, podtrzymywała wszystkich na duchu Sam.
- Dobra, stwierdził Jack, puszczać fiuty, wkładać buty. Jedziemy do Polski polować na wrota. Idę uzyskam zgodę od generała.
15 minut później resztka SG-1 ruszyła na lotnisko.
Tymczasem w Europie środkowo-wschodnie, w państwie zwanym Polska...
"They say God works in mysterious ways."
"Maybe so, but He's a con-man compared to the Vorlon."
-- Garibaldi and Sinclair in Babylon 5:"Deathwalker"
#105
Napisano 17.08.2004 - |08:49|
- Banda idiotów - stwierdził Promethe - Myślą, że nas wyśledzą... Jechaliśmy na białoruskich rejstracjach, wczesnym świtem, nikt nic nawet nie zauważył...
- A co lepiej, małą bombą z nakładą wypierniczyliśmy wejście do schronu. Teraz można dostać się tu tylko przez pierścienie transportowe - dodał Pradawny
- A one są ustawione tylko na opuszczanie bazy! Aby wejść, DNA wchodzącego musi być wpisane do bazy pracowników DGW - zauważył Obi
- I do tego wszystkiego, jeśli ktoś spróbuje wejść, skończy zabawę siedząc w buforze pierścieni. A z tamtąd możemy go przenieść gdzie chcemy... - zakończył Orlin
- Dobra, nieźle, ale nie uważacie, że mamy drobny problem? - zapodał Promethe
- Jaki? - chórkiem zakrzyknęła reszta obecnych...
- My jesteśmy nieco zbyt blisko wschodniej granicy - odparł Promethe - wiesz, Rosjanie, Litwi, Ukraińcy, Białoruscy; w dodatku w okolicy jest mnóstwo barów, a jak to tylko dostanie się do uszu jakiegokolwiek miesz(k)ańca z wschodniej Europy...
- ...to mamy przesrane. Rosja zafunduje nam darmowy ejnszlaus (jakkolwiek by się tego nie mówiło) - dokończył Obi
- Co w takim razie robimy? Jesteśmy przecież samowystarczalni... - zapytała wychodząc z cienia Esa
- Mam ideę. Thomass skoczy do Frei, ładnie się uśmiechnie i zakosi nieco kryształów do tworzenia tuneli. Potem znajdziemy sobie jakieś ładne miejsce na Bałtyku i pod dnem utworzymy sobie bazę. Dużą bazę. Cholernie dużą bazę.
- Fajny pomysł - rzekła Esa - Pójdę z Orlinem wykombinować jakis sposób przeniesienia nas. Ale już wiem, że ograniczymy transport ludzi i urządzeń, przesyłając je przez wrota na inną planetę. Po 12 godzinach od przeniesienia, transport połączy się z Ziemią i przejdzie przez wrota (razem z wyposażeniem) do nowej bazy.
- A ja wymyślę jakiś niezauważalny transport Wrót i tego, czego nie możemy przesłać przez Wrota - dodał Orlin.
- Ja pomyślę gdzie stacjonować. - rzekł Obi
- Przygotuję transporty i ściągne wszytskie zespoły GW z powierzchni i misji. - powiedział Promethe
- Macie półtorej godziny godziny. Migiem. Za półtorej godziny całe wyposażenie ma już być na zewnętrznej planecie. Równocześnie ma już zacząć się budowa nowej bazy. W ciągu godziny cała główna baza ma być przygotowana. Przeniesienie wrót ma odbywać się równocześnie. Mamy godzinę 00:00 czasu Zulu. O pierwszej trzydzieści ma zacząć się budowa nowej bazy. O drugiej rano nikogo już ma tu nie być oprócz osób nadzorujących transport wrót. O czwartej rano mamy już być w nowej bazie. W południe mamy być gotowi do powrotu do normalnej pracy. - podsumował Pradawny
Wszyscy zabrali się do roboty. Transporty rozpoczęły się.
Tymczasem SG-1 miało wylądować w miejscu starej (nie tej w której obecnie jeszcze stacjonowano) bazy już za półtorej godziny. Rozpoczął się wyścig z czasem...
A Thor leciał dalej w ToiShipie. Gdy nagle...
Użytkownik Promethe edytował ten post 17.08.2004 - |10:42|
#106
Napisano 18.08.2004 - |22:05|
- Witaj Thor – przywitał go Indu. – Szukaliśmy Ciebie od dłuższego czasu. Dostaliśmy sygnał od Piątego z koordynatami tego miejsca i informacją, że Cię tu znajdziemy w tej chwili.
- Dzięki Indu – wracamy do biznesu. – Przywitał się Thor. - Nasza operacja wkracza w ostatnią fazę. Musimy się przygotować.
Tymczasem na Ziemi w Europie środkowo-wschodniej w kraju mlekiem i miodem płynącym gdzie klasa polityczna jest uczciwa i w ogóle… (czytaj Polsce).
- Hejas smutasy – zakrzyknął Thomass wchodząc przez horyzont zdarzeń do bunkra. – Mam te kryształy, o których była mowa, a nawet coś więcej. Wpadła też Freya, aby pomóc nam założyć nową bazę.
- Dobra robota Thomass – pochwalił go Pradawny. – Bierzemy się więc do roboty. Należy dostać się nad morze jak najszybciej i stworzyć pod dnem tego zbiornika wodnego nową, bezpieczną i przestronną kwaterę. Dzięki za pomoc Freya, przyda się. Z Twoją pomocą załatwimy to znacznie szybciej i lepiej.
- Nie ma problemu, mam tylko nadzieję na dalszą współpracę w sprawach testów nowych technologii.
W kilka chwil później Freya stworzyła mały korytarz, który umożliwił dostanie się na tereny nadmorskie i rozpoczęcie tam tworzenia nowej bazy.
W międzyczasie ekipa SG-1 razem z tłumaczem dostało się w okolice domu Thomassa. Teren w ogródku gdzie wcześniej w podziemnym bunkrze znajdowały się gwiezdne wrota był uporządkowany i spokojny. Nie było śladu po płotach pod napięciem i straszliwym ochroniarzu rodem z Czarnobyla, tylko na słońcu wylegiwał się tłusty kocur, który na ich widok przeciągnął się i popatrzał na nich swoimi oczami.
- Carter – zawołał pułkownik – bierzmy się do roboty. Zapytajmy sąsiadów czy nie widzieli niczego podejrzanego w okolicy jakieś 72 godziny temu.
Carter przy pomocy tłumacza starała się wydobyć jakiekolwiek informacje od sąsiadów, ale przez ponad 2 godziny nic nie uzyskała. Zaczęła tracić już nadzieję na pozytywne rozwiązane tej sprawy, gdy nagle spostrzegła siedzącego pod ścianą żulika, który zbierał drobne na „bułeczkę”.
- Czy nie widziałeś niczego dziwnego jakieś 3 dni temu rano? – Zapytała Sam przy pomocy tłumacza.
- A parę groszy się znajdzie? – Odrzekł menel.
- Zależy od tego co wiesz. – Nie dawała za wygraną blondyneczka.
- No to ja żem widział tutaj z raniuśka takie dwie wielgachne ciężaróweczki – opowiedział menel. (Carter rzuciła mu 5 złotych) – Oooo szefowo, to ja żem jeszcze widział, że te samochodziki miały rejestracje nie nasze, były chyba z Litwy albo Białorusi.
- Nie wiesz może przypadkiem gdzie pojechały? – Kontynuowała wywiad pani major.
- A znajdzie się jeszcze parę złociszy? – Dopytywał się menel.
Dopiero kiedy jeszcze jedna pięciozłotówka znalazła drogę do jego kieszeni opowiedział on o drodze, którą jeżdżą TIR-y na wschód w okolice miasta Białegostoku. To był już jakiś ślad.
"They say God works in mysterious ways."
"Maybe so, but He's a con-man compared to the Vorlon."
-- Garibaldi and Sinclair in Babylon 5:"Deathwalker"
#107
Napisano 19.08.2004 - |09:02|
- Na razie nikt nas tu nie odnajdzie - powiedziała Esa.
- Nie ma szans - zaśmiał się Pradawny. - Kto szukałby nas pod dnem Bałtyku.
- I zmyłka też nam sie chyba udała. Puste ciężarówki już chyba dotarły do Białorusi. Nasi kierowcy wkrótce powinni się tu zjawić - dzięki mojemu przenośnemu teleportowi -- Esa była dumna.
- No i dobrze, że macie znajomości w PKP - nieskromnie zauważył Zoisyte - bo jak inaczej przewieźlibysmy to wszystko?
- Grinch tylko usmiechnął się szelmowsko. Tylko dzięki niemu wszystko udało sie bezszelestnie dostarczyć na plażę w Gdyni - Orłowie, gdzie miał początek tunel zbudowany z kryształów Tok'ra.
Daniel miał cały czas zawiązane oczy i został ulokowany w osobnym pomieszczeniu. Nie mógł nawet wiedzieć, czy jest jeszcze na Ziemi, czy już na innej planecie.
Kermit zdecydował, że Esę i 121277 lepiej będzie trzymać z daleka od jego kwatery, żeby czasem - zauroczone jego urodą i wdziękiem - nie próbowały mu "pomóc".
Zła 121277 usiadła w kącie i zaczeła rozmyslać. Po dłuższej chwili zawołała:
- Kermit! Musimy zwołać naradę!
- Co?? Czemu?
- Potem wszystko wyjaśnię. Chodż szybko, musimy coś sprawdzić. Gdzie jest nasza grupa magików - techników?
Podczas zebrania Wiola wyjaśniła, co przyszło jej do głowy. Po Pierwsze - Daniel nie był w stanie przetłumaczyć tekstu z forum, gdyż roiło się w nim od błędów - a z tym żaden słownik polsko- angielski sobie nie poradzi. Poza tym - nigdzie wczesniej nie napisano, gdzie znajduje sie baza (ups - chyba dałam plamę).
No i jeszcze kwestia dziwnego zachowania SG-1. Dlaczego zaczeli tak dziwnie i nieodpowiedzialnie się zachowywać? Dlaczego to samo spotkało polskie grupy GW? Stało się to po tym, jak zabraliśmy wrota.
Czy możliwe jest, że jakiś obcy podłaczył do wrót urządzenie, które wpływa na ludzkie organizmy tak, by zamiast zająć sie pracą tylko imprezowali i pili? Zaproponowała, by grupa techniczna uwaznie przejrzała cały sprzęt w bazie.
- Poza tym - powiedziała 121277 - należałoby naszą niezorganizowana bandę zamienić w prawdziwy oddział do obrony planety. Przydałoby sie szkolenie i to gruntowne a jeśli mogę zaproponowac kogoś, kto mógłby się tego podjąć, to najodpowiedniejsza osobą jest Sokar. Pytanie tylko, czy się zgodzi.
Grinch podrapał się w głowe i powiedział:
- Po pierwsze, to nie czepiaj się ortografii, bo to nie ten temat. Choć w sumie masz rację. Po drugie - już o tej gdyni to nie musiałas pisać - znów mamy spaloną bazę i musimy teraz przenieść się na inną planetę. Ale najpierw techniczni sprawdzą całą bazę i poszukają czegoś co niby miałoby nas imprezowo nastrajać. Choć ja nie widzę w tym niczego dziwnego. Jestesmy młodzi i lubimy się bawić. A co do musztry, to dzwonię do Sokara. Zobaczymy, co powie.
CDN
do serca człowieka
zimnego jak głaz
Ale ja – jak woda
co cierpliwe czeka
aż skałę zniszczy czas

Mój świat
#108
Napisano 19.08.2004 - |09:15|
wschód -> zachód -> E96 -> 1,5 kilometra autostrady -> droga wiejska -> monopolowy -> stacja benzynowa -> monopolowy przy stacji benzynowej -> 300 metrów autostrady -> monopolowy -> droga wiejska -> monopolowy -> E75 -> celZaczęli więc lecieć. Napotkano jednak pierwsze problemy już w monopolowym. Carter odezwała się:
- For birs pliz
Na to ekspedientka odpowiedziala:
- My nie gawariet pa ruski
Carter nieco się zdziwiła, drużyna wsiadła jednak do Iskry i poleciała dalej.
Nagle odezwał się Kernel O'Neill:
- Carter, czy nie uważasz, że jedna Iskra na nas trzech i tłumacza to nieco za mało?
- Kernelu, to jest Polska, kraj cudów i uczciwości. A pieniędzy to oi mają w bród. Oni od nas F-16 kupili, ale nikt ich i off-setu jeszcze nie widział... Więc lepiej się nie wyróżniać.
- Niech ci jest Carter. Ale następnym razem nie pozwól brać tłumaczowi małej biblioteki, bo będę miał po wszytskim obite nerki...
- Indeed - odparł Teal'c
Kiedy kolejny raz zatrzymano się przy monopolwym, Carter jakoś dogadała się i kupiła cztery piwa. Zapłaciła w imperialistycznej walucie i oddaliła się. SG-1 spożyło szczochy bogów, wsiadło w Iskrę i poleciało. Jednak na skrzyżowaniu autostrady z drogą wiejską i miejską, Carter nieopatrznie skręciła na miejską. Po trzech godzinach od wylotu SG-1 dotarło do Zmientrzkowców Niżnych n/Pillią. Carter wyjeła GPSa:
- K. mać, w mordę jeża, blada [beeep], ja [beeep]ę!
- Co jest Carter? - zagaił O'Neill
- Tu nie ma zasięgu GPSa!
- Ależ to nie możliwe! Nawet ja wiem, że zasięg GPSa jest nawet na Biegunie - zripostował O'Neill
- Dziwne, ale nigdzie niczego nie widzę - rzekła Carter
- Chodźmy zatankować - zaproponował Teal'c - najbliższy monopolowy za 200 metrów. Biegiem 100.
Jak powiedzieli, tak zrobili.
Nagle, gdy wychodzili z monopolowego, znikąd zmaterializował się przed nimi WOPista i celnik.
- Witam, dokumenciki do kontroli proszę!
Wszyscy wyciągneli dokumentu, WOPista spojrzał i odparł:
- Muszą państwo natychmiast opuścić granice Polski. Nie mają państwo wizy zezwalającej na wjazd na terytorium Polski
Wszyscy nieco się zdziwili, gdyż to teraz amerykańcy mogli normalnie wjeżdzać do Polski, Jack chciał już sięgnąć po zata, gdy przypomniał sobie, że został w Cheyenee.
- Na państwa koszt, zostaną państwo dostarczeni do Washington D.C. I jeśli kiedykolwiek będą chcieli państwo wrócić do Polski, muszą państwo uiscić 500$ za rozpatrzenie wniosku wizowego, zadzwonić na audiotele kosztujące 12,22$/min, aby podczas rozmowy z sekretarką (trwającą 30 minut) ustalić wizytę w konsulacie, odczekać w kolejce przed konsulatem czynnym od 10-14 18 godzin, następnie dowiedzieć się, że konsulat jest zamknięty, powtórzyć procedurę, tym razem dostać się do konsula, jednak dowiedzieć się, że do Polski wyrusza pan w celach zarobkowych. Za trzecim podejściem dostanie pan wizę, jednak zostanie cofnięty z polskiej granicy na Okęcie. Za czwartym razem może uda się panu dostać na teren Rzeczpospolitej Polskiej.
Tymczasem celnik dobrał się do bagażów. Zauważył stertę piw, plejbojów, prezerwatyw, mały rektor naquadah i kilka innych rzeczy.
- To wszystko do oclenia, proszę na kanalik
SG-1 zrezygnowane oddaliło się razem z WOPistą i celnikiem. Nie wiedzieli, że DGW dzięki znajomościom w rządzie doprowadziło wreszcie do wprowadzenia ruchu wizowego. Jak Stany Polsce, tak Polska Stanom...
Tymczasem w nowej bazie DGW ostatecznie okazało się, że od Gdyni baza jest dosyć daleko, i postanowiono się jednak nie przenosić. Oprócz tego zamknięto tunel na plaże, a Esa opracowała zupełnie nowy sposób opuszczania bazy. Był to mix pierścieni, teleportu, Gwiezdnych Wrót i paru innych bajerków. Ogólnie to wszystkim było dobrze w bazie, i raczej nikt nie chciał jej opuszczać, szczególnie, że nowe kryształy Tok'ra pozwalały na tworzenie naprawdę przytulnych pomieszczeń z różnych materiałów i z różnym wyposażeniem (np. od razu ściany obite boazerią). Zresztą Esa, Orlin, 121277 i Promethe dzięki swym zdolnościom technicznym odcięli dostęp do forum wszystkim łączącym się z USA i wszystkich innych państw, a żeby przejrzeć topic należało się zalogować, zeskanować siatkówkę i odciski. DNA również było potrzebne. Normalnie jak kontrola graniczna w USA... Dzięki temu DGW stało się najlepiej strzeżoną bazą na świecie. Nikt nie znał nawet jej lokacji.
Ostatecznie technicy zdecydowali, że wszystko jest bezpieczne, a nagła skłonność do imprezowania była skutkiem przypływu endorfiny spowodowanej pojawieniem się wrót w Polsce. Teraz wszyscy zachowywali się normalnie.
A dzięki urządzeniom zakoszonomym z planety Tollan, od Asgardu i Tok'ra, do bazy nie dało się wejść z czymkolwiek, czego skład chemiczny przypominał alkohol. Również urządzenia bimbrownicze były zakazane.
Ponieważ pieniądze były jednak momentami potrzebne (mimo, że większość rzeczy sprowadzano zza Gwiezdnych Wrót), a o programie nie mógł dowiedzieć się pod żadnym pozorem polski rząd, postanowiono zamówić siedem transportów mikrofalówek, do specjalnego przyczółka na granicy z Białorusią. Tam specjalnie przeszkoleni ludzie produkowali kamienie szlachetne dla DGW. Oprócz tego trzy transporty tosterów służyły do syntezy platyny. Wszystkie te materiały były następnie transportowane teleportem do DGW i zamykane jako rezerwy finansowe. Trochę platyny i kamieni szlachetnych wykorzystano w technologiach i do ozdób, jednak oprócz tego zasoby finansowe DGW dzięki kamieniom i platynie mogły liczyć się w setkach miliardów dolarów.
Ostatecznie Promethe wynajął znajomych Arabów, aby w znajomy im tylko sposób usunęli ślady po miejscu produkcji. Dziwnym trafem najpierw wybuchła tam mała bomba atomowa, tydzień później wszyscy w okolicy zginęli na skutek epidemi wąglika, a ostatecznie cztery białoruskie Boeingi 747 bez pasażerów na pokładzie (były tylko kukły i autopilot) spadły na miejsce fabryki. Teraz nikt postronny niczego już nie mógł się dowiedzieć.
Po kilku tygodniach szkoleń wszystkie grupy (a w szczególności GW-1 i GW-4) były doskonale przygotowane do zadań. Na szczęście większość członków drużyn GW miała wysokie stopnie wojskowe, więc nie było żadnego problemu z odpowiednim przygotowaniem. Nawet dyscyplina nie sprawiła (no prawie) żadnego problemu.
Na jednej z odpraw pułkownik Promethe wystąpił do Pradawnego z sugestią, aby GW-4 przemianować na GW-X. Pradawny zgodził się, gdyż ten sposób stworzył dwie drużyny do zadań specjalnych - GW-1 i GW-X.
Tymczasem...
Użytkownik Promethe edytował ten post 19.08.2004 - |11:06|
#109
Napisano 20.08.2004 - |07:01|
- Jeszcze raz ktoś przekręci mój nick.....i mogiła - klnie.
Po chwili przełącza tryb na full-auto i przecina cel na pół.
- ZOISYTE.....pisze się ZOISYTE.
Yo, ho, haul together,
hoist the Colors high.
Heave ho,
thieves and beggars,
never shall we die.
#110
Napisano 22.08.2004 - |12:52|
- Nieoczekiwana aktywacja z zewnątrz – wykrzyczał Kermit przez głośniki
- Kto to? – Zapytał Pradawny
- Wszystkie drużyny są w bazie – odpowiedział Kermit
- W takim razie zamknąć przesłone – rozkazał Pradawny
Kermit naciskał kilka razy przycisk zamknięcia przesłony, ale nie zamykała się.
- Wszyscy do broni – zawołał Kermit
W mgnieniu oka wszyscy wycelowali swoją broń w kierunku wrót. Kiedy wrota się otworzyły, zaczeli wychodzić z nich Jaffa. Wszystkie drużyny zaczeły strzelać, ale Jaffa nie byli dłużni. Prawdopodobnie przyszli, aby uprowadzić nosiciela dla swojej królowej. Dzieki liczebności wroga, udało się im uprowadzić płeć piękną
- Ludzie co tak stoicie jak kołki?, kobiety nam porwali. Trzeba iść im na ratunek, co nie?
- Zoisyte ma racje, w ciągu 10 minut wszyscy mają być gotowi do wymarszu. – powiedział Pradawny, bardzo podłamany tym zdarzeniem.
Jak powiedzieli tak zrobili. Byli gotowi do wymarszu. Planeta z której przybyli Jaffa, okazała się planetą (imprezową). Ball wiedział ze przyjdziemy z odsieczą, można było to stwierdzić po zbliżających się odziałach Jaffa. Wszyscy schowali się za skałami, po czym oddali serie w nadchodzące oddziały. Nadwieszą celnością ze swojego P90 zasłużył się Zoisyte. Pradawny i M.M. Obstawili strategiczne miejsca, aby mieć największy zasięg ze snajperki. Kiedy oddziały Jaffa zostały zniszczone, wszyscy poszli za Pradawnym, ponieważ to on znał dokładnie cały komplet zamkowy Balla. Kiedy byli na miejscu gdzie przebiegać miał przeszczep, zobaczyli Wiole i EsaSol w pokoju obok. Zoisyte i Pradawny pobiegli do uprowadzonych kobiet, reszta zabezpieczyła teren. Kiedy wszyscy mieli już opuszczać budowle, Ball stanąl im na drodze. A że AGAVA i Radzior zaminowali teren C4, musieli się dosc szybko wynieść z kompleksu.
- Chcieliście odejść bez pożegnanie ? – spytał się Ball
- Właściwie to….. TAK – odpowiedział stanowczo Pradawny
- Nie odejdziecie, jesteście moimi więźniami
W tym samym momencie AGAVA odpalił ładunek znajdujący się w wylęgarni. Budowla zatrzęsła się i cała straż poszła w kierunku wylęgarni.
- Z wami uporam się późnej – powiedział Ball i udał się wraz ze swoją gwardią.
Jednak to nie był jeszcze koniec, przy wrotach czatowali Jaffa. Jeden z nich ustrzelił Pradawnego w nogę i ten nie mógł wstać.
Zaraz potem ….
Użytkownik Pradawny edytował ten post 22.08.2004 - |12:53|
Nio i są czarne
#111
Napisano 22.08.2004 - |20:20|
Wynik starcia był łatwy do przewidzenia - wianuszek martwych i ciężko rannych sług Balla prezentował się na prawdę rozkosznie.... Niektórzy leżeli poprzecinani prawie na pół, natomiast miejsca gdzie trafiły dziwne zielone wiązki energetyczne miotane przez tajemniczy statek czerniły się wielkimi lejami.
W chwilę potem statek zawisł nieruchomo nad wrotami. Jego czarny kadłub wykonany z jakiegoś metalu złowrogo połyskiwał w promieniach zachodzącego już słońca. Na dziwnej, szczątkowej konstrukcji skrzydeł, ani na kadłubie, nie było żadnych oznaczeń. Nasi żołnierze poczuli się troszkę dziwnie. Kto to jest? - zastanawiali się wszyscy. Dlaczego atakował Jaffa, a teraz sobie po prostu wisi nad Wrotami.
W tej chwili rozległ się dziwnie znajomy głos:
- Cześć wiara! Tęskniliście? No zabierzcie w końcu Pradawnego - wykrwawi się biedak. Wybierać adres i jazda do domciu - bo widzę kilku bandytów na horyzoncie.
Głos wszystkich spraralizował. Słyszeli go wyraźnie, wszyscy, jednak nie brzmiał on w powietrzu. Powoli, z trudem wszyscy uświadomili sobie że brzmiał on w ich głowach.
- No ruszcie tyłki!!! - zaraz tu będzie ciepło a ja tu wiszę jak kaczka na strzelnicy.....
Pierwszy zareagował Zoisyte - podbiegł do DHD i wybrał koordynaty. Po chwili wszystkich pochłonął otwarty korytarz.
Tymczasem pilot myśliwca usmiechnął się nieznacznie pod wąsem. Nie był to jednak uśmiech przyjacielski. Przypominał raczej uśmiech wygłodniałego wilka, który po tygodniach postu w zaśnieżonej puszczy, poczuje zapach świeżej krwi, zwiastujący rychły posiłek. Dłoń pilota dotknęła przyrządów sterowniczych maszyny. Ruch był niewielki, jednak myśliwiec zareagował jak smagnięty biczem koń - pomknął z zawrotną szybkością w kierunku zbliżających się punkcików, nabierając jednocześnie wysokości. Pilot zaczął sobie pośpiewywać pod nosem:
Ciepła krew poleje się strugami.
Wygra ten kto utrzyma ship.
W huku dział ktoś przykryje się falami.
Jak da Bóg - ocalimy bryg.
Refren popularnej szanty brzmiał złowrogo i metalicznie w małej przestrzeni kabiny
Po chwili obcy stateczek dopadł sześć Gliderów, niczym jastrząb spada na upatrzone stadko gołębi. Działka ukryte w skrzydłach i nosie pojazdu rzygnęły wiązkami energetycznymi. Starcie przypomianło raczej masakrę niż równą walkę. Piloci Jaffa czynili rozpaczliwe wysiłki, próbując uniknąć śmiertelnych zielonych wiązek. Dekoncentrował ich rozbrzmiewający w ich głowach głos zawierający nutkę okrucieństwa, zapowiadający nieuchronny koniec:
Po dziś dzień tamtą mgłę
i fregaty dwie,
kiedy noc zamyka oczy,
widzę w moim śnie.
Tamci co śpią na dnie
uśmiechają się,
że ich straszną śmierć pomścili
Bracia, którzy zwyciężyli!!
Ciepła krew poleje się strugami.
Wygra ten kto utrzyma ship.
W huku dział ktoś przykryje się falami.
Jak da Bóg - ocalimy bryg.
Po chwili na niebie został tajemniczy myśliwiec otoczony wianuszkiem palących się szczątków sześciu maszyn, opadających ku ziemi.
- Pora wracać do domciu.... - zamruczał pilot i skierował się do Wrót. Po chwili szewrony jak za dotknięciem magicznej różczki zapaliły się. Wir oświetlił polankę magiczną błękitną poświatą i czarny jak noc pojazd zniknął we wrotach.
Tymczasem na Ziemi....
Zlotym i srebrnym przetykane swiatlem,
Blekitne, ciemne, przydymione szaty
Nocy i swiatla, i polswiatla,
Rozpostarlbym je pod twoje stopy.
Lecz biedny jestem: me skarby -- w marzeniach,
Wiec ci rzucilem marzenia pod stopy;
Stapaj ostroznie, stapasz po marzeniach...
#112
Napisano 01.09.2004 - |15:02|
- O czym myślisz? - zapytała Esa podchodząc z kubkiem kawy i uśmiechając się niewinnie
- Myślę, że się wkopaliśmy po uszy - westchnął Pradawny - SG-1 teraz będzie się bawiło na całego a my będziemy musieli bronić tyłki ziemian...
Miał rację - w tej samej chwili Carter zabawiała się z Petem, Jack łowił rybki, Teal'c integrował się z otoczeniem, a Danie... Daniel był jeńcem wojennym .
Thomass zapuścił muzę, i wszyscy zaczęli się bawić.
- Idziesz, Pradawny? - zapytała Esa przebierając nogami
- Nie, postoję
- Jak sobie chcesz
Tymczasem Ogotai zagadnął Obiego:
- Ty, wiesz co? Skoro mamy własne DGW, to teraz powinniśmy zająć się Atlantydą! Nie ma tam nikogo z Polski.
Szatański uśmiech pojawił się na ustach Obiego.
- Masz rację - powiedział - Masz absolutną rację.... Buahahaha!
KONIEC
(nie taki znów koniec, bo krążą pogłoski o "NWO3:Atlantyda"... Póki co, czekamy na NWO2 na DVD
Użytkownik Ogotai edytował ten post 01.09.2004 - |15:07|
Użytkownicy przeglądający ten temat: 1
0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych

Logowanie »
Rejestracja
Temat jest zamknięty








