ZEMSTA
#81
Napisano 21.07.2011 - |14:05|
Mam nadzieję że wrócą cali. Czekam niecierpliwie na następną część.
Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:
KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!
#82
Napisano 22.07.2011 - |23:19|
Muszę teraz zakończyć to opowiadanie. właściwie, większość już mam. trzeba tylko poskładać wszystko do kupy.
Chyba,że w ostatniej chwili coś jeszcze wpadnie mi do głowy.
Grupa mężczyzn czekała już w sali wrót. Wszyscy w pełnym ekwipunku, z bronią zawieszoną na szyi, choć jeszcze zabezpieczoną. Czekali na dowódcę zwiadu, pułkownika Reynoldsa. Spoglądali na siebie nieco nerwowo. Jedynie pułkownik Burns stał ze spuszczoną głową i czekał w pełni skoncentrowany. On chyba najlepiej wiedział, jak bardzo powinni być czujni, by w porę zauważyć zbliżające się niebezpieczeństwo. Wysoko, w oknie prowadzącym do pomieszczenia kontrolnego pojawiła się wyprostowana postać generała Hammonda. Przez otwarte drzwi do Sali wrót wkroczyli Reynolds i Daniel Jackson. Archeolog, jako jedyny z całej grupy pozostawał nieuzbrojony. Tuż za nimi do pomieszczenia szybkim krokiem wszedł O`Neill.
- Hej! - Zawołał cicho. Obaj mężczyźni odwrócili się w jego stronę. Wycelował palec w pierś Reynoldsa. - Masz przyprowadzić ich wszystkich dokładnie w takim samym stanie, w jakim znajdują się teraz. Czy to jasne?
- To tylko zwiad Jack! - Odparował żołnierz. - Niezależnie od tego, co się wydarzyło, nie zamierzam wszczynać wojny.
- I dobrze. - Opuścił rękę i przeniósł wzrok na Daniela. - Liczę na ciebie. Będziesz sumieniem całej wyprawy.. Kto, jak kto, ale ty na pewno nie dopuścisz do ponownego rozlewu krwi.
- Jack, naprawdę nie wydaje mi się… - Rozpoczął archeolog, lecz Reynolds przerwał mu w pół słowa.
- To miło, że masz takie zaufanie do moich zdolności przywódczych, Jack. - Wycedził kwaśno.
O`Neill posłał mu krzywy uśmiech, lecz zaraz spoważniał.
- Po prostu przyprowadź ich wszystkich z powrotem.
- Taki właśnie mam zamiar.
Jack zacisnął wargi i poklepał po ramieniu najpierw pułkownika, a potem Daniela, po czym wycofał się pod samą ścianę pomieszczenia.
- Panowie przygotujcie się! - Przywołał ich do porządku głos Hammonda.
Reynolds, czym prędzej podszedł do swych ludzi, wciskając pospiesznie czapkę na głowę. Jackson podążył za nim. Gwiezdne wrota ożyły. Kondensatory buchnęły parą. Pierścień ze zgrzytem zaczął się obracać, aż znalazł się na właściwym miejscu. Symbol rozjarzył się czerwonym światłem, jednocześnie z głośników rozległ się głos sierżanta:
- Symbol pierwszy zablokowany. - Wszyscy obecni w pomieszczeniu wrót odsunęli się na bezpieczną odległość. Pierścień obracał się dalej, aż zablokowanych zostało wszystkich siedem symboli. Chociaż O`Neill stał z tyłu i tak odruchowo zmrużył oczy, gdy horyzont zdarzeń eksplodował oślepiającym blaskiem wewnątrz metalowej obręczy.
- Powodzenia panowie. - Hammond oparł obie dłonie na pulpicie i pochylał się lekko w stronę mikrofonu. Z dołu można było dostrzec jego błyszczącą łysinę.
- Tak jest sir! Dziękuję sir! - Reynolds zasalutował, po czym odwrócił się i poprowadził całą drużynę ku srebrzystej tafli. Jeden po drugim znikali w niej. Pułkownik Tucker opuścił Ziemię, jako ostatni. Po chwili horyzont zdarzeń rozpłynął się i w pomieszczeniu znów stały jedynie puste w środku pierścienie. Generał stał wciąż przy szybie i spoglądał na Jacka z góry, zaciskając wargi w cienką linię. W końcu odwrócił się i odszedł w głąb pomieszczenia znikając pułkownikowi z oczu. O`Neill wyszedł na środek Sali. Zatrzymał się przy rampie, opierając stopę na metalowych schodkach. Dziwnie się czuł, gdy musiał pozostawać w bazie, podczas gdy inni członkowie jego zespołu narażali swoje życie. Westchnął ciężko i powlókł się w stronę korytarza.
Nie miał nic konkretnego do zrobienia. Hammond dawał mu wyraźnie do zrozumienia, że nie pozwoli mu się przemęczać. Miał dzisiaj zgłosić się do ambulatorium. Nie potrafił wymyślić żadnej sensownej wymówki, by się wymigać od wizyty u Janet Fraiser. Rad nie rad ruszył w stronę windy.
- Dzień dobry pułkowniku. - Powitała go lekarka. - Jak pan się dzisiaj czuje?
- Dziękuję, już lepiej. - Najeżył się odruchowo.
- Ramię wciąż boli?
- Owszem, ale w granicach normy.
- Dobrze, proszę się rozebrać.
Cierpliwie czekała, podczas gdy O`Neill powoli uwalniał ramię od temblaka, a potem zdejmował bluzę. Przy podkoszulku miał wyraźne trudności, ale nie pozwolił sobie pomóc. Wreszcie spocony i nieco bledszy wyprostował się i spojrzał na swoje prawe ramię. Po zdjęciu warstwy gazy i plastra, rana ukazała się w całej okazałości. No cóż. Nie był to widok zbyt przyjemny. Przez całą długość ramienia ciągnęły się czerwono - sine blizny, poznaczone regularnymi cętkami szwów. Janet była jednak wyraźnie zadowolona. Założywszy rękawiczki dokładnie obejrzała ranę i uśmiechnęła się.
- Wszystko w porządku. - Zakomunikowała. - Możemy zdejmować szwy. Myślę również, że może pan już przestać używać temblaka. Tylko bez żadnych szaleństw. - Dodała, gasząc dopiero, co rozbudzony entuzjazm pułkownika. - Ćwiczenia na siłowni jeszcze nie wchodzą w grę. - Delikatnie usuwała rozcięte szwy z ramienia mężczyzny. Jack krzywił się lekko, gdy któryś stawiał opór. Odwrócił głowę i ponownie przyjrzał się swojemu barkowi dopiero wtedy, gdy Janet założyła na ranę świeży opatrunek.
- Bardzo ładnie się goi. - Powiedziała z uśmiechem. - Niebawem powróci pan do normalnego życia.
- Super. Już nie mogę się doczekać. - Jack sięgnął po podkoszulek i powoli zaczął się ubierać. Lekarka przyglądała mu się dłuższą chwilę.
- Jak pan sobie radzi? - Spytała znienacka. Jack zamrugał zaskoczony.
- Dziękuję, dobrze. - Bąknął.
- Miał pan szczęście, wie pan? Sądząc po rozmiarze obrażeń, to zwierzę było na tyle duże, że mogło bez trudu wyrwać panu rękę z barku.
- Było trochę podobne do tygrysa. - Mruknął w zamyśleniu, zapinając guziki bluzy.
- Będzie dobrze. Proszę mi uwierzyć. - Poklepała go lekko po ramieniu i popatrzyła w oczy jakoś tak przenikliwie. - Byłam niedawno u Sam. Chyba jest pewna poprawa. Chciałabym przeprowadzić dziś kilka testów.
- Oczywiście. Nie będę pani przeszkadzał.
Wrócił do swojej kwatery. Leżąc na wąskim, metalowym łóżku, wpatrywał się w sufit. Czuł się sfrustrowany i niespokojny. Musiał zrobić coś, żeby rozładować nagromadzona w nim energię. Pomimo ostrzeżeń Janet spróbował ćwiczyć. Szybko musiał jednak zrezygnować z tego zamiaru. Ramię paliło go teraz, jak przypiekane ogniem. Zaklął pod nosem. Usiadł na łóżku i połknął dwie tabletki aspiryny, popijając je wodą z butelki. Wyciągnął się ponownie wygodnie na materacu i sam nie wiedział kiedy, zasnął. Obudził się zdezorientowany. Zerknął na zegarek. Ponad Górą Cheyenne zapadł już zmierzch. Rozejrzał się dookoła, zastanawiając się, dlaczego zapadł w sen? Przecież nie czuł się wcale zmęczony. Potem zastanowił się, dlaczego właściwie się obudził? Coś musiało zwrócić jego uwagę. Nasłuchiwał chwilę, lecz nie wychwycił niczego niepokojącego. Wstał powoli i wyjrzał na korytarz. Tu też panował spokój. Chwycił bluzę i ruszył w stronę windy, ubierając się po drodze. W windzie napotkał jednego z żołnierzy. Zauważył, że zjeżdża on na najniższy poziom. Czyli tam, gdzie znajdowały się wrota. Spojrzał na mężczyznę, unosząc w górę brwi, lecz nie zdążył zadać żadnego pytania.
- Sir. Pułkownik Reynolds wrócił ze swoją drużyną ze zwiadu.
Pokiwał głową, zastanawiając się, czy młody kapitan nie potrafi przypadkiem czytać w myślach? Winda jednak zatrzymała się i z korytarza rozległ się odgłos licznych kroków i zbiorowy gwar głosów. Przyspieszył kroku i wpadł jak bomba do sali odpraw. Pułkownik Reynolds siedział najbliżej drzwi. Wyglądał dokładnie tak samo, jak przed opuszczeniem bazy. Podobnie jak i pozostali, przebywający w pomieszczeniu, członkowie zwiadu. O`Neill mimowolnie odetchnął pełna piersią.
- Pułkowniku, co ma oznaczać to nagłe wtargnięcie? - Ofuknął go generał Hammond.
- Przepraszam, sir. Właśnie się dowiedziałem się o powrocie drużyny. - Zmieszał się trochę. Wyłapał rozbawiony wzrok Daniela i zmarszczone brwi Burnsa.
- Rozumiem, że chciałby pan wziąć udział w odprawie?
- Tak jest Sir. Za pozwoleniem. Jeszcze raz bardzo przepraszam… - Plątał się.
- No dobrze, skoro już pan tu jest… Proszę siadać. Pułkowniku Reynolds, Co ma pan nam do powiedzenia?
- Sir. - Rozpoczął Reynolds. - Okolica jest zniszczona w znacznie większym stopniu, niż przewidywaliśmy. W promieniu wielu kilometrów zalega lawa i popioły wulkaniczne. Znaczną połać lasu strawiły pożary. Cała poznana do tej pory przez nas okolica, nie nadaje się już do zamieszkania ani do zakładania obozu. Na dalszy zwiad wysłaliśmy sondę. Należy jeszcze przeanalizować zebrane przez nią dane. Wszystko wskazuje jednak na to, że tubylcy przenieśli się gdzieś dalej w głąb planety. Nie natknęliśmy się na żaden ślad ich obecności. Zdjęcia z sondy również potwierdzają ich odejście. W jaskiniach, w których się schronili przed wybuchem wulkanu, nie ma po nich nawet śladu. Sir… wydaje mi się, że nie mamy już tam, po co wracać. Kopalnia została kompletnie zniszczona, straciliśmy złoża minerału. Pobraliśmy sporo próbek, lecz bez pomocy sojuszników na planecie, mamy małe szanse na znalezienie innego, równie cennego złoża. Nasze czujniki, nie wykryły sygnatury energii charakterystycznej dla tej konkretnej substancji.
- Straciliśmy minerał, jeszcze zanim zdążyliśmy go dobrze zbadać. - Ocenił sytuację Generał Hammond.
- Tak sir. Na to właśnie wygląda. - Zgodził się Reynolds.
- No cóż. Przynajmniej wróciliście wszyscy bezpiecznie. Doktorze Jackson. Co pan myśli o tej nagłej migracji?
- Nie była tak do końca nagła. - Daniel miał ponury wyraz twarzy, a jego ramiona wisiały smętnie. - Wybuch wulkanu był dla całej społeczności prawdziwym kataklizmem. Mieli do wyboru: odbudować stare domy, lub poszukać szczęścia gdzie indziej. Wioska została zniszczona doszczętnie, tak samo jak ich pola uprawne i miejsca polowań. Zanim cały ekosystem zdąży się odrodzić, miną całe długie lata. Logika nakazuje więc, stworzenie nowego miejsca do życia w innym, bardziej bezpiecznym miejscu.
- Nie zostawili po sobie żadnej wiadomości? - Odezwał się O`Neill. - Czyli jednak miałem rację. Tubylcy postarali się, abyśmy więcej nie zakłócili spokoju ich społeczności. Odeszli, zanim zdążyliśmy ponownie wmieszać się w ich życie.
- Miałem jednak nadzieję, że Azu zdoła ich przekonać… - Daniel nerwowo pocierał czoło. - Teraz jednak widzę, jak bardzo silna jest ich kultura. Myślę, że odszedł razem z innymi, aby chronić swój lud, lecz także i nas. Współpraca pomiędzy naszymi rasami, na razie niosłaby zbyt wiele napięć i niebezpieczeństw.
- Co w związku z tym, będzie z tą planetą? - Jack zwrócił się do generała.
- Pułkownik Reynolds ma rację. Nie mamy tam już, czego szukać. - Hammond rozejrzał się po twarzach wszystkich zgromadzonych. - Oczekuję na szczegółowe raporty i dokładną analizę pobranych próbek. Na razie to wszystko. Dziękuję panom.
Podniósł się z fotela i opuścił pomieszczenie. Pozostali poszli za jego przykładem. Jack był już za drzwiami, gdy zorientował się, że Daniel nie ruszył się z miejsca. Siedział zamyślony wciąż w tej samej pozycji i marszczył brwi. Jego wzrok błądził gdzieś w okolicy wierzchołka gwiezdnych wrót. O`Neill zawahał się, ale w końcu wzruszył ramionami i ruszył na schody. Daniel najwyraźniej musiał przemyśleć sobie pewne sprawy.
C.D.N.
Użytkownik cooky edytował ten post 23.07.2011 - |13:29|
Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.
F. Nietzsche
#83
Napisano 23.07.2011 - |06:24|
nie kończ... nie... co ja będę czytać, jak skończysz? ubędzie mi ficka z listy czytelniczej
pozdrawiam
#84
Napisano 23.07.2011 - |09:08|
Nawet mam już pewien pomysł. Jak już mówiłam, uzależniłam się od pisania.
A póki co, będę miał więcej czasu na czytanie.
Pozdrawiam.
Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.
F. Nietzsche
#85
Napisano 23.07.2011 - |12:25|
Czytając o ranach pułkownika przypomniało mi się że mój wujek
miał podobny wypadek.
Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:
KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!
#86
Napisano 25.07.2011 - |20:36|
Palek21 mam nadzieję, że wujek już doszedł do siebie?
O`Neill siedział na metalowym krześle obok łóżka Carter. Pochylił się nisko do przodu, łokcie oparł na kolanach, twarz ukrył w dłoniach. Ile godzin już spędził w tym pomieszczeniu? Ile słów zdążył wypowiedzieć? Ile razy umierał w duchu, na myśl, że ona może się już nie wybudzić? Podniósł głowę i marszcząc brwi, przyjrzał się twarzy, leżącej na łóżku kobiety. Wyglądała tak spokojnie, jakby spała. Jedynie wystające z rozchylonego dekoltu okrągłe elektrody, rejestrujące pracę jej serca oraz założony na palec wskazujący plastikowy klips puls oksymetru, mówiły, że w rzeczywistości wcale nie odpoczywa. Jej usta układały się w leciutki uśmiech. Tylko dlatego, że tak dobrze ją znał, tak często widywał na jej twarzy ten subtelny grymas, minimalne skrzywienie kącika ust, mógł rozpoznać, że naprawdę się uśmiecha. Przysunął krzesło bliżej do jej łóżka i delikatnie nakrył jej dłoń swoją. I wtedy to poczuł. Delikatny, ledwo wyczuwalny skurcz mięśni. Niewielkie drgnienie jej palców. Wstrzymał oddech, wpatrując się w jej dłoń oczami szerokimi ze zdziwienia. Czekał dłuższą chwilę. Palce nie poruszyły się. Przeniósł wzrok na jej twarz. Już się nie uśmiechała. Była po prostu spokojna. Pochylił się niżej.
- Carter? - Spytał ostrożnie. - Słyszysz mnie? Zrób to jeszcze raz. Postaraj się. Wiem, że potrafisz. Skup się i zrób to. Proszę…
Jej palce drgnęły po raz kolejny. Tym razem nieco mocniej. Wyraźnie poczuł na skórze swej dłoni delikatny nacisk jej palców.
- O Boże! - Zerwał się z krzesła tak gwałtownie, że przewróciło się z hukiem na podłogę. Ledwo jednak to zauważył. Cała jego uwaga skupiona była wyłącznie na Carter. - Naprawdę mnie słyszysz. Poczekaj chwilę… Jezu… Nareszcie!
Puścił jej dłoń i wybiegł na korytarz krzycząc :
- Doktor Fraiser! Szybko! Carter…
Janet Fraiser wypadła ze swego gabinetu i stukając obcasami biegła ku niemu z przerażonym wyrazem twarzy. Tuż za nią pojawiły się dwie pielęgniarki.
- Co się dzieje? - Wysapała. - Co się stało z Carter?
Jack nie odpowiedział, bo już zniknął w pokoju swej podkomendnej. Gdy zdyszana lekarka stanęła w drzwiach pomieszczenia, pochylał się nad Sam, ściskając jej dłoń.
- Poruszyła się… - Szepnął w stronę Janet. - Poczułem to. Naprawdę się poruszyła.
Fraiser chwyciła się za serce i oparłszy się o framugę drzwi, odetchnęła głęboko.
- Boże, pułkowniku! Jak mnie pan wystraszył. Myślałam, że ona… - Urwała i czym prędzej podeszła do łóżka kobiety. - Proszę spokojnie opowiedzieć, co się stało?
- Poruszyła palcami. - Jack wpatrywał się w lekarkę z napięciem. - Trzymałem ją za rękę. Mówiłem do niej. Usłyszała mnie! Poruszyła się!
- Sam? - Janet delikatnie odsunęła pułkownika i pochyliła się nad Carter. - Sam, słyszysz mnie? Możesz to zrobić jeszcze raz?
Ujęła dłoń przyjaciółki w swoją. O`Neill stał z tyłu zaciskając pięści.
- Sam, jeśli mnie słyszysz, ściśnij moją dłoń. Proszę… To tak niewiele. Powiedz swoim palcom, żeby się poruszyły. Spróbuj jeszcze raz.
Pielęgniarki stały tuż za progiem lekko zdezorientowane. Spoglądały na siebie pytająco. Lekarka uważnie przyglądała się dłoni Carter, potem jej twarzy. Wreszcie pochyliła się jeszcze niżej, delikatnie uniosła w górę jedną jej powiekę i zaświeciła prosto w jej oko miniaturową latarką. Marszcząc brwi, oceniała reakcję źrenicy na światło. To samo powtórzyła z drugim okiem. Wreszcie wyprostowała się i odwróciła do O`Neilla zagryzając wargi.
- Naprawdę się poruszyła… - Wyjąkał Jack.
- Wierzę panu. To się zdarza. Jej ciało po prostu reaguje na docierające do niej bodźce. - Podeszła bliżej i poklepała go po ramieniu. - Przykro mi, ale to jeszcze nie jest świadomy gest.
O`Neill wciągnął głęboko powietrze, a potem wypuścił je bardzo, bardzo powoli. Odwrócił się i wyszedł z pokoju. Darzył Janet naprawdę dużym szacunkiem. W tym jednak przypadku nie zgadzał się z jej zdaniem. Nie zamierzał polemizować, wiedział jednak swoje. Sam dała mu znać, że jeszcze się nie poddała.
Bez pośpiechy pomaszerował do kwatery Teal`ca. O tej porze Jaffa zazwyczaj kończył trening i wracał do siebie. Zapukał do drzwi. Odpowiedziała mu cisza. Zapukał jeszcze raz, tym razem mocniej. Znowu nic. Nacisnął klamkę i uchylił lekko drzwi. Teal`c siedział na podłodze w pozycji, w której zwykle medytował. Dłonie zwrócone ku górze, opierał grzbietami o kolana. Choć odwrócony był tyłem do drzwi, Jack nie miał wątpliwości, że jego oczy były zamknięte, a na jego twarzy malował się całkowity relaks. Wycofał się na korytarz cicho zamykając za sobą drzwi. Czuł się sfrustrowany jak nigdy dotąd. Chciał coś robić, cokolwiek, byle tylko nie siedzieć bezczynnie. I nie mógł. W końcu wylądował na stołówce. Siedział bezmyślnie, dziobiąc widelcem w kawałku ciasta. Smakowało jak stara opona. Kawa w jego kubku dawno już wystygła. W takiej właśnie sytuacji znalazł go Teal`c.
- O`Neill… - Jack podskoczył zaskoczony, rozlewając zimną już kawę. Tak zagłębił się we własnych myślach, że nie zauważył, kiedy czarnoskóry mężczyzna się do niego zbliżył.
- Teal`c. - Powiedział prawie z wyrzutem. - Widzę, że skończyłeś już Kelnoreem?
- W rzeczy samej. – Potwierdził Jaffa i przysunął sobie krzesełko, na którym mógł usiąść.
- Często ostatnio medytujesz.
- Owszem. Pozwala mi to odzyskać spokój ducha, oczyścić umysł i nabrać dystansu do pewnych spraw. Też powinieneś spróbować.
- Twierdzisz, że brakuje mi dystansu?
- Nie twierdzę. Ja to po prostu widzę. - W głosie Teal`ca dało się wyczuć niczym niezmąconą pewność. - Nie jesteś jednak jedynym, który uparcie bije się ze swymi myślami. Kiedy ostatnio rozmawiałeś z Danielem Jacksonem?
- Hmm? Z Danielem? Szczerze mówiąc, mam wrażenie , że ostatnio mnie unika.
- Ja zaś odnoszę wrażenie, że unikacie się nawzajem. Dziwny to sposób na rozwiązywanie problemów międzyludzkich.
- Ale my nie mamy problemów międzyludzkich. Po prostu… - Jack zamyślił się na chwilę. - Po prostu, chyba potrzebujemy trochę czasu, by poukładać sobie w głowie ostatnie wydarzenia. Ten wulkan, Carter, no i cała sprawa z tubylcami.
- Daniel Jackson myśli, że obwiniasz go o to, co stało się z major Carter.
Pułkownik kompletnie osłupiał. No owszem, ostatnio mało ze sobą rozmawiali. Po zwiadzie, który zakończył się kompletnym fiaskiem, Daniel zaczął przesiadywać w swej pracowni. Myślał, że po prostu gryzie go sprawa Azu. Chłopak odszedł razem ze swoimi ludźmi. Bez żadnego wyjaśnienia. Pomimo wcześniejszych zapewnień, że będzie się starał, by porozumienie pomiędzy nimi, pomimo wszystko było możliwe. Nie przyszło mu jednak do głowy, by archeolog obwiniał się o wypadek Carter. Przecież to był wypadek, do cholery. No tak. Jack spędzał z Sam każdą wolną chwilę. Daniel został odsunięty na dalszy plan. Ale żeby pomyślał, że Jack ma mu za złe?
- Nonsens! - Powiedział na głos. - To kompletna bzdura. Daniel nie mógłby wymyślić czegoś równie głupiego.
- Według mnie Daniel Jackson boi się, że może stracić jednocześnie dwoje przyjaciół.
- Zgłupiał do reszty. Nikogo nie straci, bo niby, z jakiej racji? Chyba muszę z nim poważnie porozmawiać. Nie jestem jednak najlepszy, w rozwiązywaniu takich problemów.
- Nie musisz niczego rozwiązywać. To jego problemy i sam musi się z nimi uporać. Dobrze jednak byłoby, żebyś mu w tym nie przeszkadzał.
- Tak mówisz? - O`Neill zerknął spod oka na przyjaciela. Wciąż zadziwiało go, jak wiele ulotnych i skomplikowanych spraw potrafi dojrzeć i bezbłędnie zinterpretować ten człowiek. „Wojownik z prawdziwą duszą”. Przemknęło mu przez myśl. Teal`c najwyraźniej jednak jeszcze nie skończył. Siedział z założonymi rękami i wpatrywał się w Jacka Tak intensywnie, że ten ostatni poczuł się nieswojo.
- No co? - Bąknął.
- To trudne zadanie patrzeć na cierpienie przyjaciela, nie mogąc w żaden sposób mu pomóc. Wiem, o czym mówię. Pamiętasz tę kulę, która przebiła ci ramię? - Jack skrzywił się w odpowiedzi. Oczywiście, że ją pamiętał. I to cholernie dobrze. - Czułem się wtedy całkowicie bezsilny. Umierałeś, a ja nie mogłem nic na to poradzić.
- Byłeś przy mnie.
- Dokładnie. Czy to ci pomogło?
O`Neill zamyślił się. Czy Teal`c w dalszym ciągu mówi o Danielu?
- Tak. - Przyznał w końcu. - Pomogła mi świadomość, że nawet wtedy, gdy myślałem, że umieram, nie byłem sam.
- Czasami wystarczy być, by wszystko ułożyło się tak, jak powinno.
- Masz na myśli Daniela czy Sam?
- Właściwie, to oboje. Twój zespół cię potrzebuje. - Jaffa rozparł się wygodnie na krześle. Nogi wyciągnął przed siebie. - Ale i ty potrzebujesz swojego zespołu. Ukrywanie się po kątach jest mało efektywne. Nigdy nie przyniosło nikomu żadnych korzyści.
- Dobrze, już dobrze. Zrozumiałem. - Jack uniósł w górę obie ręce. - Powiedz mi, co ja właściwie bym bez ciebie zrobił?
- Zostałbyś stracony na Chulac kilka lat temu. - Stwierdził Teal`c, a wyraz jego twarzy nie zmienił się nawet na jotę.
- No. - Potwierdził głupio pułkownik. - To fakt. Spotkanie z tobą na zawsze zmieniło moje życie.
- I nawzajem o`Neill. - Jaffa pochylił głowę w geście wyrażającym szacunek.
Jack zajrzał do kubka. Odstawił zimną kawę na stolik i otrzepał dłonie.
- Chyba pójdę porozmawiać z pewnym nawiedzonym archeologiem.
Teal`c uśmiechnął się i ponownie skinął głową.
C.D.N.
Użytkownik cooky edytował ten post 25.07.2011 - |20:47|
Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.
F. Nietzsche
#87
Napisano 25.07.2011 - |20:58|
pytanie co z Sam... tak wiem, że się w końcu obudzi, ale do tego czasu... no cóż... muszę wypić jakąś melisę na uspokojenie
Teal'c jak zwykle spokojny obserwator wydarzeń. uwielbiam te jego stwierdzenie i ten stoicki wyraz twarzy, nie ważne co by się działo, może się palić, walić, a on najwyższej uniesie brew
pozdrawiam
#88
Napisano 26.07.2011 - |09:03|
i był znacznie poważniejszy niż Jacka.
Nie mogę się doczekać rozmowy Daniela i Jacka i oczywiście powrotu Sam do
żywych. Pozdrawiam
Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:
KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!
#89
Napisano 26.07.2011 - |12:25|
Pozdrawiam - igut214
#90
Napisano 26.07.2011 - |16:40|
Życzę przyjemnego czytania.
Daniel Jackson siedział przy biurku z brodą opartą na dłoni. W drugiej ręce trzymał długopis i mimowolnie kręcił nim młynka. Tuż przed nim leżała otwarta oprawiona w skórę, gruba księga. Jego oczy, już od dłuższego czasu, wpatrywały się w jeden punkt znajdujący się gdzieś poza stronicami księgi. Podskoczył przestraszony, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi. Zamrugał gwałtownie, a długopis wypadł z jego palców i z brzękiem potoczył się po podłodze. Zaklął cicho, odwrócił się w stronę wejścia i spojrzał na nieoczekiwanego gościa. We wpółotwartych drzwiach, oparty o framugę stał O`Neill i wpatrywał się w niego z uważnym wyrazem twarzy.
- Cześć. - Przywitał go. - Masz chwilę?
- Ta… Jasne, jasne. Chodź. - Gestem zaprosił go do środka.
Jack przeszedł wolnym krokiem na środek pokoju i schylił się, by podnieść długopis. Gdy się prostował, przez jego twarz przemknął grymas bólu. Podszedł do biurka. Powolnym, przemyślanym ruchem położył długopis na pulpicie biurka i dopiero wtedy usiadł na drugim krześle. Przez dłuższą chwilę obaj milczeli.
- Jak tam ramię? - Zagadnął w końcu Daniel.
- Dziękuję, dobrze. A co u ciebie? - Odparował O`Neill.
- W porządku. Naprawdę. Właśnie sobie czytałem. - Słowom archeologa towarzyszyło entuzjastyczne kiwanie głowy.
- Naprawdę? - Zainteresował się O`Neill. - Potrafisz czytać do góry nogami?
- Och… - Daniel zaczerwienił się i szybko odwrócił księgę do właściwego położenia. - Więc właściwie, co cię tu sprowadza?
- Przyszedłem odwiedzić przyjaciela. I chciałem cię zapytać, co cię ostatnio gryzie?
- Nic mnie nie gryzie. - Odpowiedź Daniela padła odrobinę zbyt szybko.
- Nie wydaje mi się. Znam cię przecież dobrze Danielu. Ciągle myślisz o tubylcach z tej zapomnianej przez Boga i ludzi planety?
- To nie takie proste jak myślisz…
- Skąd wiesz, co ja myślę?
- Bo ja też cię bardzo dobrze znam. - Odciął się Daniel.
- Dobrze więc. - Kontynuował Jack. - Chcesz mi powiedzieć, że to nie powodu tubylców zamykasz się w swojej pracowni? Że to nie z powodu niepowodzenia swojej misji zacząłeś nas unikać? Dobrze wiem, jakie nadzieje wiązałeś z Azu i resztą mieszkańców planety. Wiem, ile musiałeś włożyć wysiłku i starań, aby przekonać tubylców, by jeszcze raz zechcieli z nami porozmawiać. Tak bardzo chciałeś przekonać ich do swoich racji.
- No i nie udało mi się. - Warknął Daniel.
- Nie udało się. - Potwierdził Jack. - To nie pierwsza twoja porażka i dziwię się, że reagujesz aż tak emocjonalnie.
- Przestań. Nie mam ochoty na tego typu gadkę…
- A szkoda. Bo może wreszcie by do ciebie dotarło, że zrobiłeś wszystko, co tylko było w twojej mocy. Nikt nie zdołałby zrobić niczego więcej. Oni po prostu nie są gotowi na zmiany. Jeszcze nie. Azu jest wyjątkiem, ale nie może sprawić, by cały jego lud zmienił się z dnia na dzień.
- Może… - Daniel splótł ręce na piersi. - Czuję, że zawiodłem. Że za słabo się starałem.
- A dokładnie, w którym momencie? - Spytał pułkownik z wyraźną nutką ironii w głosie.
- Mam wrażenie, że to wszystko stało się z mojej winy. Że mogłem temu zapobiec. Gdybym tylko zadał sobie więcej trudu, by zgłębić ich kulturę. Gdybym dokładniej określił i przedstawił im cel naszej misji, nasze priorytety i oczekiwania. Gdybym wystarczająco wcześnie wychwycił i zareagował na niespodziewane ochłodzenie naszych relacji .
- Gdyby babcia miała wąsy, byłaby dziadkiem. - Palnął znienacka O`Neill i archeologa na moment zatkało.
- Niepotrzebnie przypisujesz sobie cała winę. Myśląc w ten sposób, każdy z nas jest winny w równym stopniu. Tak, tak. Burns jest winny, bo nie był wystarczająco czujny. Geolodzy, bo nie przewidzieli, z czym tak naprawdę mamy do czynienia. Ja, z kolei, wciągnąłem was do tunelu. To przeze mnie omal nie zostaliśmy pogrzebani żywce. To przeze mnie Carter leży teraz w śpiączce.
- Nie jesteś przecież winien temu, co stało się z Sam.
- Ty też nie jesteś niczemu winien. To ty uratowałeś pozostałych geologów i Burnsa. Danielu, tylko dzięki tobie oni żyją. Dzięki twojemu uporowi i otwartemu umysłowi. I umiejętności dogadywania się ze wszystkimi możliwymi czubkami.
- Czasami wydaje mi się, że tubylcy mieli rację. Że Bóg Góry istnieje naprawdę i śmieje się teraz do rozpuku. Zadrwił z nas wszystkich. Ukarał nas za to, ze ośmieliliśmy przybyć na te planetę i zakłócić jego spokój. Zażądał krwawej ofiary i otrzymał ją. Mam wrażenie, że nieważne, co byśmy zrobili, ktoś z nas i tak musiał stracić życie. Ponieważ Bóg Góry tak sobie to zaplanował. Ukarał też szamanów za ich pychę i nie liczenie się z wolą całego narodu. I chyba z tego samego powodu ukarał też Azu, zabijając jego przyjaciela. Wreszcie ukarał wszystkich tubylców. Zabrał im ziemię, domy i cały dobytek. Zmusił ich do odejścia w nieznane i rozpoczęcia życia od nowa. Ukarał mnie, bo sądziłem, że uda mi się go przechytrzyć.
- Mściwy sukinsyn. - Mruknął O`Neill. - A ja zawsze myślałem, że Bóg jest miłosierny.
- Zależy czyj Bóg, Jack. Ten najwyraźniej ma Zemsta na drugie imię.
- Nie będę się spierał. Filozofia to zdecydowanie twoja działka.
- wiesz, tak sobie myślę… - Daniel patrzył teraz w sufit. - Czy warto było? Poświęciliśmy życie czterech naszych ludzi. Sam wciąż jest w śpiączce. Co otrzymaliśmy w zamian?
- Czy ja wiem? Wydaje mi się, że my po prostu musimy być przygotowani na ponoszenie strat. Nasz świat znalazł się w zagrożeniu ze strony Goa`uld. Aby ich powstrzymać, musimy podejmować każde, nawet największe ryzyko. Musimy być gotowi oddać własne życie tylko po to, żeby miliony nieświadomych zagrożenia ludzi mogły obudzić się jutro rano. Co zyskaliśmy? Wiedzę. Kolejny fragment nieskończenie wielkiej układanki. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z Thorem. Powiedział mi wtedy, że uczyniliśmy pierwszy krok, by stać się piątą rasą. Danielu… Ci ludzie także uczynili swój pierwszy krok. Pozwólmy im teraz poczynić samodzielnie następne. Może kiedyś będą gotowi, by nawiązać z nami prawdziwe porozumienie? Musimy poczekać na ten moment i w odpowiedniej chwili wyciągnąć do nich rękę.
Siedzieli w milczeniu dłuższą chwilę. Jackson pocierał w zamyśleniu czoło. O`Neill splótł dłonie i chciał założyć je na kark. Skrzywił się z bólu i opuścił ręce na kolana. Rana goiła się dobrze. Wciąż jednak musiał uważać przy wykonywaniu większości ruchów.
- A tak poważnie, co z twoim ramieniem? - Spytał cicho Daniel.
- Mogło być gorzej. - Jack przyglądał się teraz swojej dłoni. Po kolei zgiął i wyprostował wszystkie palce. - To zwierzę mogło zmiażdżyć mi ramię, mogło je odgryźć, oderwać. Skończyło się tylko na poszarpanym mięśniu. Boli, ale ręka powinna wrócić do pełnej sprawności. - Wzruszył ramionami. - Będę miał kolejną bliznę do kolekcji.
- Wiesz, że mieliśmy dużo szczęścia, że był tylko jeden? Zazwyczaj żyją w stadzie. Ten musiał się odłączyć od reszty.
- Ja w ogóle jestem urodzonym szczęściarzem. - Mruknął ironicznie Jack.
Znów zapadła cisza. Pułkownik odchylił się na oparciu i zaczął bujać się na tylnych nogach krzesła. Daniel zdusił w sobie chęć krzyknięcia, by uważał. Mógł sobie krzyczeć do woli. Jack i tak by się tym nie przejął. Trudno, najwyżej pomoże mu pozbierać się z podłogi.
- Byłeś u Sam? - Spytał w końcu Archeolog. Uważnie wpatrywał się w twarz przyjaciela, po której przemknął ledwo dostrzegalny cień.
- Tak.
- No i…?
- No i nic. Wciąż bez zmian. To znaczy, Lekarz mówi, że zmiany są i to znaczne. Wciąż jednak jest nieprzytomna.
- Martwisz się o nią… - Zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie faktu, niż pytanie.
- Oczywiście. Jest członkiem mojego zespołu. Moją przyjaciółką. - W ciemnobrązowych oczach pułkownika pojawiła się troska i niepewność. Odwrócił wzrok, ale Daniel i tak zdążył dostrzec coś jeszcze. Taktownie przemilczał to, co zobaczył. Nie pierwszy zresztą raz i zapewne nie ostatni. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że między jego kolegami z drużyny wyraźnie iskrzy. Nie dało się tego nie zauważyć przebywając tak często w ich towarzystwie. Żadne jednak nigdy nie uczyniło niczego, by zmienić łączące ich relacje. W układzie przełożony - podwładna było to niemożliwe. Armia była pod tym względem bezlitosna.
- Słyszałem, że mają ją przenosić do specjalistycznej kliniki, ale nie wiem jednak, kiedy mieliby to zrobić. - Powiedział w końcu Jackson.
- Pod koniec tygodnia. Jeśli nic nie ulegnie zmianie.
- W tej klinice będzie miała znacznie lepszą opiekę, niż tutaj.
- Zapewne tak. Wiem jednak, że Janet robi absolutnie wszystko, co w jej mocy. No i nie będziemy mogli jej tak często odwiedzać.
-Masz rację. Ale tam mogą jej pomóc. Teraz to jest najważniejsze.
C.D.N.
Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.
F. Nietzsche
#91
Napisano 26.07.2011 - |17:37|
jak zwykle mnie nie zawiodłaś
pozdrawiam
#92
Napisano 27.07.2011 - |10:18|
Mam nadzieję że jednak nie zdążą jej przenieś,
że się obudzi
Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:
KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!
#93
Napisano 27.07.2011 - |12:23|
Pozdrawiam - igut214:)
#94
Napisano 27.07.2011 - |21:33|
Jeju, trzy miesiące pisania. Dwadzieścia pięć rozdziałów. Osiemdziesiąt trzy strony tekstu.
A tak sobie tylko usiadłam przy komputerze, bo akurat byłam sama w domu. A potem już poszło...
O`Neill przewrócił się na drugi bok. Wcisnął głowę w poduszkę i dodatkowo naciągnął na siebie kołdrę. Nic to nie pomogło. Świdrujący sygnał telefonu przedarł się przez warstwę puchu i boleśnie dźwięczał w jego uszach. Z jękiem wygrzebał się z pościeli i wyciągnął rękę w stronę słuchawki. Mimowolnie zerknął, na stojący na nocnej szafce budzik. Szósta rano. Jezu! Kto szuka go o tak nieludzkiej godzinie, w dzień wolny od pracy? Skupił wzrok i odnalazł klawisz oznaczony symbolem zielonej słuchawki.
- Słucham. - Wymruczał sennie.
- Jack? - Głos Daniela sprawił, że Jack jęknął znowu. Wiedział, że archeolog planuje zostać na noc w bazie, bo chce skończyć przekład jakiegoś wyjątkowo nudnego, starożytnego tekstu. Wiedział, że siedział do bardzo późna. Dwadzieścia minut po północy dzwonił do Jacka, by spytać go, czy jutro wybierze się z nim i z Teal`ciem do kina. Był wyraźnie zdziwiony, gdy usłyszał, że pułkownik już zasypiał. On sam stwierdził, że nie czuje się zmęczony i w związku z tym, jeszcze popracuje. Teraz dzwoni skoro świt. Czy ten człowiek w ogóle nie śpi?
- Daniel?
- Cześć, Jack. Obudziłem cię?
- Nie, skąd. Musiałem wstać, bo telefon dzwonił. - Ironizował Jack. - Danielu, czy ty dzisiaj w ogóle kładłeś się do łóżka?
- Eee… Nie. Szczerze mówiąc, to nie. Dzwonię, bo pomyślałem sobie, że chciałbyś się o tym dowiedzieć jak najszybciej…
- Danielu. - Przerwał mu O`Neill. - Czemu dręczysz mnie o tak wczesnej porze?
- Jack…
- Daniel!
- Jack! Chodzi o Sam!
- Daniel! Mówże wreszcie do cholery!
- Ona się obudziła! Jack, wczoraj wieczorem Sam odzyskała przytomność.
Po stronie O`Neilla zapanowała cisza. Zamarł z otwartymi ustami, ściskając w dłoni słuchawkę telefonu. Mało brakowało, a zgniótłby ją w swym uścisku.
- Jack? - W głosie Jacksona dało się wyczuć niepokój.
- Jestem. - Wykrztusił wreszcie. - Zaraz będę w szpitalu.
Jego serce waliło jak oszalałe. Odłożył telefon na stolik. Usiadł, podciągając kolana pod samą brodę i obejmując głowę rękoma. Potrzebował dłuższej chwili, aby zebrać myśli. Minęły dwa tygodnie odkąd Carter została przeniesiona do kliniki neurologii. Ustalili wtedy, że będą ją odwiedzać na zmianę. Każdego dnia on lub Daniel spędzał w szpitalu, choć parę minut. Jacob Carter również kilkakrotnie odwiedził Ziemię. Teal`c mógł opuszczać teren bazy jedynie w towarzystwie któregoś z nich, lecz starał się, by odwiedzić koleżankę z drużyny, kiedy tylko nie miał żadnej misji do wykonania. Wrócił już do czynnej służby i nawet uczestniczył w zwiadach pozaziemskich razem z SG 3. Daniel Jackson w tym czasie nadrabiał zaległości w dokumentach. O`Neill wciąż przebywał na zwolnieniu zdrowotnym. Wziął sobie do serca radę Janet Fraiser, by jak najwięcej odpoczywał. Poza odwiedzinami u Carter i zakupami w hipermarkecie, siedział cały czas w swoim domu. Spał tak długo, jak tylko miał ochotę, słuchał muzyki, grał w szachy sam ze sobą i myślał. Od myślenia już nieraz puchła mu głowa. Jeździł do szpitala z nadzieją i wracał coraz bardziej rozgoryczony. Od czasu, gdy poczuł, jak Carter porusza dłonią, mówił do niej często. Nawoływał ją i przekonywał, by wróciła do świata. Nie zauważył jednak, by w jego obecności poruszyła, choć najmniejszym palcem. Tyle, że teraz spędzał z nią znacznie mniej czasu, niż kiedyś. Więc może jednak…
A teraz Daniel mówi, że Sam się obudziła. Powinien poczuć ulgę, ale zamiast tego zdenerwował się tak bardzo, że trzęsły mu się ręce. Wziął kilka głębokich oddechów. Wstał z łóżka i ubrał się pośpiesznie. Ruszył do wyjścia, chwytając po drodze kurtkę. W wiszącym w przedpokoju lustrze, dostrzegł swoje odbicie. Kilkudniowy zarost, aż prosił się o żyletkę. Wzruszył ramionami. Miał wolne. Mógł chodzić nieogolony. Wskoczył do samochodu i ruszył z piskiem opon. Cieszył się w duchu, że ramię zagoiło się do tego stopnia, że mógł prowadzić samochód. O tej porze ruch był jeszcze niewielki. W rekordowym tempie dotarł do szpitalnego parkingu. Pobiegł do wejścia, ale tuż przed drzwiami szpitala zatrzymał się. Nie może przecież wpaść na oddział jak wariat. Uspokoił oddech i zmusił się, by jego krok był powolny i spokojny. Przed drzwiami pokoju Carter zatrzymał się zaciskając pięści. Wziął głęboki oddech i pchnął drzwi do środka. Jego wzrok padł natychmiast na Daniela Jacksona, siedzącego na krzesełku obok łóżka Sam. Archeolog odchylił się do tyłu, opierając głowę o znajdującą się tuż za nim ścianę. Spał. Ramiona ciasno splótł na piersiach. Jego usta były lekko rozchylone, a okulary zsunęły mu się aż na czubek nosa. Potem przeniósł wzrok na postać leżącą na łóżku i spojrzał prosto w niebieskie oczy swej podkomendnej. Carter półsiedziała, wsparta o wysoko ułożone poduszki. Uśmiechała się.
- Sir? - Jej głos był słaby i zachrypnięty.
- Carter! - Teraz dopiero zalała go fala ulgi. Poczuł, że jego kolana zrobiły się dziwnie miękkie. Czym prędzej podszedł krzesła, stojącego po drugiej stronie łóżka i usiadł na nim.
Daniel drgnął i obudził się.
- Co mówiłaś Sam? - Spytał nieprzytomnie, poprawiając okulary. Zamrugał i wreszcie dojrzał O`Neilla.
- O, cześć Jack. Szybko przyjechałeś.
- No wiesz… Po takiej pobudce.
- Co tu się dzieje? - Obydwu poderwał na nogi ostry głos, stojącej w drzwiach pielęgniarki. - Co panowie tu robią? Pacjentka musi odpoczywać. A pan… - oskarżycielsko wycelowała palec w pierś Daniela. - Miał iść do domu już dawno temu.
- Kiedy… tego… - Plątał się Jackson. - No, rozumie pani, straciłem poczucie czasu.
- Dobrze, już dobrze. - Pielęgniarka podeszła do łóżka Sam i podała jej termometr, który kobieta natychmiast w sunęła pod pachę. Jej głos natychmiast zmienił się na spokojny i troskliwy. - Jak się pani czuje?
- Dziękuję, już lepiej. - Carter zerknęła na obu mężczyzn. Stali niezdecydowani, czy mają wyjść, czy pozostać. Pielęgniarka wreszcie odwróciła się w ich stronę.
- Proszę wyjść. - Powiedziała już łagodnie. - Pani major nie można teraz przemęczać.
- Oczywiście. - O`Neill już odzyskał zimną krew. - Już idziemy. Naprawdę. Proszę tylko o chwilę. O jedną malutką chwilkę. Potem sobie pójdę. Obiecuję.
- Kilka minut. Nie więcej. - Kobieta wyszła z Sali, pozostawiając za sobą otwarte na oścież drzwi.
- To ja już pójdę. - Daniel pochylił się, by uścisnąć Sam rękę. - Muszę się jednak trochę przespać.
- Dzięki, Danielu. Fajnie, że wpadłeś. - Sam uśmiechnęła się do niego i odwzajemniła uścisk.
O`Neill zaczekał, aż archeolog opuści pomieszczenie, po czym podszedł bliżej do łóżka Carter.
- Więc… - Nie bardzo wiedział jak zacząć. Tyle rzeczy chciałby jej powiedzieć, a teraz słowa uwięzły w jego gardle. - Więc jak się pani czuje?
- Jestem słaba jak dziecko. Kompletnie na nic nie mam siły. Ale to podobno normalne.
- Słuchaj… Przepraszam, że wpadłem tak rano i w dodatku bez uprzedzenia.
- Nie szkodzi. - Jej głos drżał odrobinę. - Bardzo się cieszę, że pan przyszedł.
- Naprawdę? - Ucieszył się Jack.
- Daniel zjawił się skoro świt. Powiedział, że właśnie wracał z bazy do domu i zajrzał. Chyba miał ciężką noc, bo prawie natychmiast zasnął.
- Wiesz, jaki on jest. Nie można go oderwać od nudnych , starożytnych artefaktów.
- Sir? Co się właściwie stało? Jak się tu znalazłam? Ostatnie, co pamiętam, to że ktoś odkopywał tunel od zewnątrz.
- To byłem ja, Carter! Jak mogłaś nie rozpoznać mojego staccato? - Spytał z udawanym oburzeniem.
- Przepraszam, sir. - Uśmiechnęła się szeroko. - Na moją obronę mogę jedynie powiedzieć, że byłam pod wpływem trujących gazów.
- Wystraszyłaś nas wszystkich. Nie rób tego więcej!
- Tego akurat obiecać nie mogę.
- Jasne. - Burknął. - Postawię cię przed sąd polowy, za lekceważenie rozkazów przełożonego.
- Tak jest Sir! – Parsknęła śmiechem.
O`Neill nagle spoważniał. Podszedł jeszcze bliżej i zawahał się, nie bardzo wiedząc, co zrobić z dłońmi. Teraz, kiedy Carter była przytomna i w dodatku zwracała się do niego „sir „, nie mógł tak po prostu wziąć ją za rękę. A może mógł?
- Carter? - Zaczął ostrożnie. - Co jeszcze pamiętasz? Długo pozostawałaś w śpiączce. Pamiętasz może coś z tego okresu? Janet ciągle nam powtarzała, że usłyszysz, co do ciebie mówimy.
- Naprawdę? - Sam zamyśliła się. - Pamiętam… Trudno to nazwać. Nie pamiętam konkretnych słów. Raczej ogólne wrażenie, jakie na mnie zrobiły. Pamiętam pozytywne emocje. Coś, co przyciągało mnie do siebie, utwierdzało mnie w przekonaniu, że warto się obudzić. Nie wiem, czy pan to rozumie… to wszystko było takie nierealne.
- Acha… - Jack pokiwał głową. Powoli nabierał przekonania, że wszystkie wypowiedziane przez niego ciepłe słowa pozostaną tylko i wyłącznie w jego pamięci. No cóż, trudno. Najważniejsze, że Sam ma się już dobrze. W końcu o to właśnie chodziło.
- Pamiętam waszą obecność. - Mówiła dalej Carter, a jej powieki powoli zaczęły się kleić. Musiała wkładać wszystkie siły, by podnieść je, choć odrobinę. Choć przespała taki szmat czasu, wciąż czuła się ogromnie zmęczona. - Wyczuwałam was, waszą energię, którą mnie zaraziliście. Dziękuję, że ze mną byliście. Dziękuję, że miałam, dokąd wracać.
- Daj spokój. - Machnął lekceważąco ręką. – Ty zrobiłabyś to samo dla nas.
- Oczywiście. Jesteśmy przecież drużyną. - Jej powieki zamknęły się. Na ustach wciąż błąkał się lekki uśmiech.
- Jasne. - Mruknął O`Neill. - Jesteśmy drużyną.
To chyba już do końca wyjaśniało relacje, jakie powinny ich łączyć. Powinny. Jack czuł jednak od dawna, że podobnie jak on, Sam również ukrywa przed wszystkimi swoje prawdziwe uczucia. I boi się, że inni mogliby je dostrzec. Myśl, że mogłoby ich łączyć coś więcej, była niezwykle kusząca. Niebawem jednak oboje powrócą do służby. I wszystko będzie po staremu. Musi być.
Patrzył w zamyśleniu na kobietę śpiącą normalnym, zdrowym snem. Ten widok wart był wszystkich poświęceń. Odwrócił się, by wyjść z pokoju.
- Sir? - Cichy głos zatrzymał go w pół kroku.
- Tak? - Oczy Sam pozostawały wciąż zamknięte.
- Nie osiwiał pan…
- Słucham? - Osłupiał.
- Nie osiwiał pan do reszty… Cieszę się… - Westchnęła cicho i na dobre pogrążyła się we śnie.
O`Neill stał jak wryty. Powoli na jego usta wypełzł szeroki uśmiech.
- Carter, ty mała diablico. - Szepnął do siebie. - Więc jednak coś pamiętasz.
Wyszedł na korytarz uśmiechając się od ucha do ucha. Nie zwracał w ogóle uwagi na zdumiony wzrok pielęgniarek i lekarzy. Za oknami słońce powoli wspinało się ku górze. Pomyślał, że życie jednak może być piękne. Teraz potrzebował już tylko jednego. Mocnej, czarnej kawy.
KONIEC
Szczególne podziękowania dla tych, którzy wytrwali ze mną do samego końca.
Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.
F. Nietzsche
#95
Napisano 27.07.2011 - |23:05|
Będzie mi brakować tego opowiadania. Cieszę się, że je napisałaś. Mam nadzieję, że wkrótce pojawią sie kolejne twojego autorstwa
P.S.
JESTEM PIERWSZA!!!
#96
Napisano 28.07.2011 - |13:24|
mam nadzieję, że napiszesz coś jeszcze
pozdrawiam
PS. robicie jakiś konkurs, kto pierwszy skomentuje czy co?
#97
Napisano 28.07.2011 - |17:29|
#98
Napisano 29.07.2011 - |09:19|
Oczekuję kolejnego równie fascynującego opowiadania
Pozdrawiam.
Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:
KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!
#99
Napisano 04.08.2011 - |12:52|
#100
Napisano 12.08.2011 - |00:27|
Obmyślam już nową historię, ale na razie dopadła mnie proza życia i musiałam odłożyć ja w kąt. Myślę jednak, że już niedługo uda mi się coś spłodzić. Mam urlop, no i wreszcie CZAS.
Pozdrawiam.
Użytkownik cooky edytował ten post 21.06.2012 - |18:26|
Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.
F. Nietzsche
Użytkownicy przeglądający ten temat: 1
0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych

Logowanie »
Rejestracja







