Z chęcią zobaczyłbym Star Treka w takiej skórce.
Już dawno powstał nazywa się DS9.
I jest o wiele wiele lepszy.
Tak jasne, o jedną, nie! dwie klasy lepszy, weź człowieku przestań wygadywać

. Co się komu podoba to się podoba-jednemu do gustu przypadnie tylko coś, co jest biało czarne i trzeszczy, inny ma sentyment do horrorów typu gore, a trzeci dostaje orgazmu przy "Amelii". Gustów się nie porównuje, chyba że chcemy zakończyć sprawę lejąc się po mordzie. Mógłbym tu walnąć przydługawą przemowę mieszającą DS9 z błotem, bo to trudne nie jest zważywszy na to jak beznadziejnie ten serial był robiony przez pierwsze lata (i nie chodzi tu o efekty), ale podaruję to i sobie i wszystkim dookoła. Przypomnę tylko, że jak napisał Baloo, dało się go oglądać dopiero od 4 sezonu. 4 sezonu!!! A ty wyjeżdżasz z nim jako modelem, jak tam szło się popłakać nad wszechogarniającą człowieka nudą i intrygami/historiami które był oczywiste dla średnio rozgarniętego pięciolatka, i porównujesz do 4 odcinka pierwszego sezonu. To tak jakby porównać nie wiem, Trylogię Władcy Pierścieni do pierwszych rozdziałów "Harry'ego Pottera". Znaj proporcyje, na litość Boską. (nawet gdyby obydwa tytuły porównywać jako całość by spróbować orzec, który jest lepszy to też jest to bez sensu)
Tym bardziej, że DS9 wykonaniem-a w to nie wchodzi tylko praca kamery-nie ma z czym iść do SGU czy prekurosora tej szkoły, BSG. Ktoś może kochać swojego starego ZX Spectrum, to była porządna maszyna, no ale nie da się jej porównać z współczesnymi komputerami. A tak samo przedstawia się ranking DS9 kontra SGU: wręcz śmieszne (przy czym rozłączam kwestię czy się komuś podoba to czy tamto, bo też prywatnie lubię DS9, ale nie ma podstaw do przyznania mu prymatu. Gdyby porównywać np. BSG z SGU-to owszem, taka podstawa jest.)
Nie ogarniam takich osób-nic co nowe nie może dorównać ich ukochanemu starociowi, ależ nieee, bo ich ulubieniec miażdży wszystko, totalnie i fantastycznie wręcz. Będą się godzinami kłócić, pokazywać certyfikaty, podawać przykłady i nic do nich nie trafi, bo ich miłość do ulubionego klamota jest tak wielka. Swoje wychwala pod niebiosa, a inne niesprawiedliwe zgnoją. Totalny brak obiektywizmu nawet jak na opinie o serialu. To chore. Ja też mogę powiedzieć, że coś lubię, ale mam do tego stosunek krytyczny, no do cholery.
Części komentarzy w ogóle nie da się czytać bo od razu człowieka szlag trafia (vide "dlaczego nie pojawili się kosmici? To niekonsekwencja! Blablabla! Cancel! Blablabla!")-tyle w nich bezmyślności która rodzi czepialstwo, że idzie się załamać. To fenomen-ktoś powinien się tym zjawiskiem zająć: jak ta sama informacja dostarcza pełen spektrum wiedzy jednej osobie, a druga nie jest w stanie z niej wycisnąć niemal niczego. Fascynujące.
Co do odcinka.
Lepiej niż w poprzednim, ale nie lepiej niż to było w pilocie. W poprzednim epizodzie miałem wrażenie nagłego zwolnienia akcji, a potem jej nadrabiania. Tutaj tak już nie było. To była zamknięta całość, choć jednocześnie część większej historii. Jasne, mamy cliffhanger, ale ma on wartość zerową-pytanie jest nie czy nasi bohaterzy wydostana się z tej sytuacji, tylko raczej jak i co po drodze się stanie. Dlatego skupienie na postaciach i tym, co z tej sytuacji wyniosą jest jak najbardziej słuszne.
Skupiamy się na drobnych, ale ważnych rzeczach-ciekawie pokazane jest, jak wszyscy sobie nie ufają, a jednocześnie na samym starcie mamy humor który sprawia, że pozornie wszystko wydaje się OK-te żarciki w beznadziejnie wyglądającej mesie (ale do tego jeszcze dojdę).
Rush wymiata, dostaje świra, wszystkich rozstawia po kątach. Na pewno nie jest nudny, i choć lubić go chyba nie można to jednak nie mogę odmówić mu racji. Przy okazji czuję mściwą satysfakcje, bo załoga zrobiła to, co wielu proponowało w komentarzach do poprzednich odcinków-babrać w systemach statku. A tu się okazuje, że to nie McKay i świetnie trzymające się Atlantis, tylko stary rzęch który na dodatek nie chce się nas słuchać. Grzebali, grzebali, aż wykończyli zapasy energii.
Ale wracając do Rusha-Caryle robi niezła robotę, bardzo mi się podoba to, co wyprawiał w tym odcinku, szalejąc po ekranie. Trudno też nie zauważyć, jak zdroworozsądkowe podejście do tej postaci ma Young-przekonuje wszystkich, że jeśli jest ktoś, kto może ich z tego wyciągnąć, to właśnie Rush i należy mu zaufać. Ale powiedzmy sobie szczerze-to chyba nie jest do końca mądre.
Nie było kwestii Greera, ale z drugiej strony nie musiała ona się pojawić. W końcu postrzelony wie dokładnie, dlaczego został postrzelony, a reszta pewnie już przekazała, co się stało. A wrażenie, że Rush to "sonowabycz" zostało po jego tekście z poprzedniego odcinka. I dobrze. Możemy się rozdrabniać, ale bez przesady, gubienie się w zbyt licznych detalach może tylko zaszkodzić.
Young zaczyna się prezentować jako postać-dobrze podsumował go Rush "Myśli pan, że coś jest możliwe do zrobienia bo pan rokaże to zrobić?". I generalnie taka jest jego rola-kuśtyka od człowieka do człowieka i każe mu się to pozbierać, to zapierdzielać... I faktycznie popełnił kilka błędów. Poza tym odniosłem wrażenie, że z czasem będzie jednym z najmniej produktywnych załogantów Destiny, co biorąc pod uwagę stosunki panujące na statku może skończyć się tylko zgrzytem ( w końcu ile trzbea, by ludzie nauczyli sie działać, a nie wątpić? Na pewno nie nieskończoność, a póki co rola Younga ogranicza się do trzymania wszystkiego pod kontrolą i w ryzach. Jako dowódca sprawdził się zaś średnio jak na razie)
Mamy powrót Telforda, który chyba zaczyna żałować, że to nie on jest na Destiny...przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Dziwne.
Na wielki plus właściwa reakcja na kontakt z kimś, kto jest pod wpływem kamieni-żona Younga trzymała dystans i generalnie niczego nie chciała słuchać. Chociaż moim zdaniem zbyt gładko-nadal-obchodzono to i skupiano się an relacjach między tą dwójką. Zupełnie bez sensu, jakoś nie mogę uwierzyć że tak to by wyglądało. Jakiś obcy facet przychodzi i gada, jakby tą babkę znał-no tak to z boku wygląda. A ona zamiast bombardować ten irracjonalny fakt skupia się na myśli "że nawet jeśli to byłoby prawdą, to nic by między nami nie zmieniło". Nie przekonuje mnie to. Ciągle czekam na bardziej wiarygodną reakcję na efekty kamyczków.
Natomiast taki mały szczegół zwrócił moja uwagę-nasza specjalistka od złamań rozpoznała Telforda w ciele Younga w trymiga. Co razem z poprzednimi wzmiankami każe nam przypuszczać, że faktycznie było coś pomiędzy nimi.
Eli bardzo fajnie się tu prezentuje- wie, że jest totalnie nie na miejscu i żaden z niego spec, ale dla reszty tak właśnie się prezentuje. Zupełnie nie wie, co z tym fantem zrobić, ale zachowuje się imo logicznie. Zabawne jest to, że wszyscy w nim widzą geniusza który ma na coś wpływ, on sam zaś określa siebie jako "currently unemployed" i ogólnie-ciapę. jego ogólna niska samoocena stoi w sprzeczności z wysokim mniemaniem o jego zdolnościach innych, choćby Rusha-co naprawdę mnie zaskoczyło.
Scott-startuje z modlitwą. Typowo amerykańska wstawka. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić żołnierza z Polski, a więc kraju na tle Europy bardzo religijnego, który by przed kamerą zaczął odmawiać modlitwę, nawet w takiej sytuacji. No jakoś nie potrafię. pasuje to do tej postaci, ale jestem najwidoczniej za "jewroepjski" by mi to nie zgrzytało z jakiegoś bliżej niewytłumaczalnego powodu. Jakieś to sztuczne było.
Tak samo jak scena z
kino i podglądaniem-wychodzi ta Venessa czy jak jej tam i ma nie "takie" ale "TAAAKIE" balony. Nie uszło mojej uwadze że na screen captures z tego odcinka opublikowanych na Gateworldzie znikły jej jakoś sutki, które w tej scenie były widoczne, nie przepraszam, WIDOCZNE. Ech, męska świnia ze mnie. Scena, która w mandze uszłaby jako tzw "fan service", praktycznie niezauważona. Tu-po prostu razi swoją koniunkturalnością: "Yeeeah, cycki!"
Scena-wtopa, nie pasuje mi jakoś. To zbyt duże rozluźnienie. Mimo wszystko, nadal maja niewesołą sytuację, powiedziałbym: jest ona tragiczna. Dowcipkowanie w mesie i luzackość Eliego jestem w stanie zrozumieć. To pierwsze to próba oswojenia rzeczywistości, wtedy zresztą czuli odprężenie bo nie było na horyzoncie widać jakichś problemów. To drugie-to charakter tej postaci i nie ma w tym nic rażącego-chyba że niestosowność jego uwag, ale tacy ludzie są i tak właśnie się zachowują-często niestosownie do sytuacji. I mi to nie przeszkadza, ale tamta scena to jakaś przesada. Takie żarciki to sobie mogą robić jak już na głowie nie będą mieli przetrwania.
Chloe-doskonale się podsumowała w tym odcinku. Jest tam po prostu zbędna. Lala do wyrwania i tyle. Jej rola zrobi się większa chyba tylko w wypadku, gdy wątek jej matki nabierze znaczenia.
Tresc odcinka-mało konkretów, głównie poznawaliśmy postacie, służyły do tego dokumentalne wstawki z
kino. Budowane są podstawy, klimat jest w sumie już określony i moim zdaniem jest dobry. Na uwagę zasługuje dbałość o szczegóły w stopniu, który weteranów SG czasem zaskakuje-jak choćby osmalone (nadal) twarze, czy ciągła obecność plamy krwi na uniformie Greera (choć już nieco przyblakła i nie tak świeża).
John Scalzi, który pracuje przy SGU jako konslutant, na swoim blogu wspominał, że między innymi przypomina twórcom o takich szczegółach (zwrócił uwagę na przykład, że wystrzelono tyle a tyle kul i tych kul już nie ma, nie można rozmnożyć magazynków z amunicją).
Bardzo podoba mi się kontynuacja podejścia z poprzedniego odcinka, gdzie "oddano szacunek przestrzeni". Tu też to się dzieje, scena przelotu obok gazowego giganta jest bardzo dobra. Praktycznie w żadnym serialu SF nie widziałem takiego podejścia-estetycznego, spokojnego, by pokazać reakcję człowieka aa nieznane i to nieznane ukazać. Rozczarowująco nawet w ST (Choćby TNG) na to lano. Właściwie zawsze planeta, gwiazda czy co tam akurat było w tle była tylko tapetką i nie było istotne jak wygląda, miała po prostu być. Tylko w filmach, przeważnie kinowych, pozwalano sobie na długie ujęcia przestrzeni i budowanie o to klimatu-jak w pierwszym filmie z rodziny ST (imo najlepszym i najbliższym klimatowi treka, potem zaczęto-po sukcesie "Gniewu Khana" - iść powoli w efekciarstwo), czy Odysei kosmicznej 2001. SGU brak do tego poziomu jeszcze sporo, ale jest nieźle. Ilość czasu, jaką poświęcono na tą jedną scenę była naprawdę duża i według mnie to się opłaciło.
przy okazji zastanowiło mnie jedno-ujęcia "z ręki" w kosmosie. W scenie przejścia obok planety ma to sens, ale to samo można zaobserwować przy wyjściu z FTL i ujęciach w systemie gwiezdnym (nagłe zmiany ogniskowej, a przy końcu ujęcia nagłe zatrzęsienie kamery). Powinni tego unikać, by nie klonować rozwiazań z BSG. Wiem-są dobre. Ale mimo to, powinni unikać. Marką SG były płynne, ale bardzo dynamiczne i skomplikowane ujęcia w kosmosie, kamer dostawała tam kręćka, zwłaszcza w trakcie bitew i tak powinno zostać. Przestrzeni należy się płynność i swoboda, a nie jakaś trzęsawka i ruchawka.
Na koniec zostawiłem sobie humor-to jedyny element, który przeszedł z poprzednich serii do SGU w niezmienionej formie-tylko oprawa się zmieniła, stąd inny odbiór. Eli robi sobie znowu jaja z Planety Małp i rzuca kilkoma niezłymi tekstami, bardzo fajnie wyszła ta ostatnia panienka z serii zdjęć dokumentalnych gdy zaczęła histeryzować o trzęsieniach ziemi-naprawdę dobre, niemal jak Rodney

tutaj jestem spokojny-będzie się rozkręcało i chciałbym, by się rozkręcało.
No i rzecz finalna: wygląd statku. O Jezus.... o Jezus... <Sakramentos na przemian zasłania dłońmi oczy i je odsłania, by jęknąć w boleści>. Jakieś...kanapy...ławki jakby wyjęte z parku...i ta mesa....O Jezus....prysznice.... Zlitujcie się nade mną... i z tym nic się nie da zrobić, to już tak zostanie do usranego końca serialu... O w mordę
Ogólnie to 7.5 stawiam, tyle samo co pilotowi.
Użytkownik Sakramentos edytował ten post 19.10.2009 - |01:06|
"If you watch NASA backwards, it's about a space agency that has no spaceflight capability, then does low-orbit flights, then lands on moon."
Winchell Chung