- Nie wiem dlaczego, mój panie, ale jej ciało nie chce reagować na lek, tak jak powinno. Może to winna symbiontu, który nosiła, nie wiem. Nie jestem w stanie odpowiedzieć. Jedno jest pewne, po tylu sesjach powinna nie pamiętać własnego imienia, a tymczasem…
- Tymczasem co?- rozpoznała głos Mutlosa.
- Pamięta wszystko, może nie tak doskonale jak wcześniej. Dzisiaj po raz kolejny wołała swoją byłą drużynę o pomoc.
- Zwiększ dawkę, zrób wszystko, co będzie trzeba. Ma zapomnieć o swoim dawnym życiu. Jeśli ci się nie powiedzie, to więcej nie zobaczysz swojego domu.
- Tak jest mój panie, nie zawiodę cię.
Sam usłyszała kroki, a następnie kilka słów wymówionych przez Mutlosa do wartowników. Kobieta wstrzymała oddech i lekko uchyliła jedną powiekę. Mężczyzna, z którym rozmawiał jej ciemiężyciel, wszedł do pomieszczenia i zamknął za sobą drzwi. Powili podszedł do łóżka, na którym leżała Carter i rozłożył na nim swoje przyrządy. Chwycił do reki dużą strzykawkę i napełnił jej wnętrze zielonym płynem. Sprawdził czy igła nie jest zapchana, po czym chwycił rękę kobiety.
Samantha otworzyła oczy i przyciągnęła lekarza do siebie. Zdezorientowany mężczyzna wylądował na łóżku, przygniatając Sam. Carter jednak szybko przewróciła go na plecy i zablokowała jego nogi, nie pozwalając mu ich założyć wokół jej tułowia, co mogłoby prowadzić do obezwładnienia kobiety. Carter chwyciła go za nadgarstki i mimo iż się miotał i szarpał, wyrwała mu strzykawkę, po czym wbiła mu w szyje. Mężczyzna otworzył szeroko oczy i usta, próbując złapać oddech. Wyrwał swoja dłoń z uścisku kobiety i uderzył ją łokciem w oko. Sam zasyczała, jednak szybko znokautowała przeciwnika. Kiedy upewniła się, że lekarz jest nieprzytomny, kobieta przeszukała jego przyrządy. Znalazła strzykawki, skalpele, buteleczki z kolorowymi płynami, urządzenie leczące Gua’uldów oraz kilka innych niezidentyfikowanych rzeczy. Chwyciła kilka skalpeli oraz urządzenie leczące, które dokładnie przywiązała do sukienki, a następnie bezszelestnie opuściła pomieszczenie.
Zatrzymała się przy drzwiach, by sprawdzić czy droga jest wolna. Na szczęście wszyscy strażnicy, którzy pilnowali drzwi, odeszli. Zacisnęła dłoń na skalpelu, przesuwając się wzdłuż korytarza. Krok po kroku. Sam doszła do rozwidlenia korytarzy, zatrzymała się pod ścianą. Powoli wychyliła głowę za złoty słup, by ocenić dalszą sytuację. Szybko jednak się wycofała, kiedy zobaczyła dwóch nadchodzących Jaffa. Carter nabrała powietrza w płuca wyciągając schowane wcześniej w sukience, skalpele.
„Spokojnie Sam, uda ci się. Jesteś do tego szkolona. Spokojnie. No już wdech, wydech.” Powiedziała do siebie, po czym ponownie wychyliła głowę. Szybkim ruchem ręki rzuciła skalpelami we wrogów, trafiając prosto w głowy. Dwóch potężnych wojowników bezwładnie opadło na ziemię.
Sam podeszła do nich i dokładnie obszukała, zabrała zat’a oraz jedną lancę. Następnie chwyciła jednego z mężczyzn za nogi i przeciągnęła za filar, gdzie go rozebrała. Po chwili na korytarzu rozległ się dźwięk pistoletu materializującego. Carter wyszła zza filaru przebrana w strój wojownika. Rozejrzała się dookoła, po czym zmaterializowała drugiego mężczyznę razem z jego rzeczami. Kiedy było już po wszystkim zamknęła hełm, który miała na głowie i skierowała się w stronę hangaru.
„Czas wydostać się z tego bagna!” Powiedziała do siebie.
Dotarła na miejsce kilkanaście minut później. To, czego się nie spodziewała zastać, to brak strażników. W jej głowie zapaliła się czerwona lampka ostrzegawcza. Coś było nie tak, poszło jej za łatwo, choćby chcieli, aby uciekła. Samantha zatrzymała się, uprzednio zamykając i zabezpieczając drzwi wejściowe. „Tak na wszelki wypadek.” Powiedziała do siebie ściągając niewygodny hełm z głowy. Położyła go zaraz przy wejściu i zbliżyła do pierwszego myśliwca. Obeszła go dookoła, poznając i ucząc się jego kształtu i wyglądu. Nie był to wprawdzie pierwszy Goa’uldzki myśliwiec, z którym miała do czynienia. Przecież gdyby nie ona i jej drużyna, Ziemia nigdy nie mogłaby stworzyć pierwszych prototypów X-301. Oczywiście nie brała czynnego wkładu w budowę ziemskich odpowiedników tych oto Goa’uldzkich myśliwców, ale jej wiedza i wkład w pracę zespołu ze Strefy 51 były nieocenione. Sam dotknęła czarno-złotej pokrywy pojazdu, pozwalając sobie na chwilę wspomnień. Szybko jednak zdała sobie sprawę, że czas ją goni, wiec otworzyła owiewkę i wdrapała się do kabiny pilota. Rozejrzała się, próbując przypomnieć sobie wszystko, czego nauczyła się przy pracy nad myśliwcami wroga. Nie miała najmniejszego problemu ze zlokalizowaniem włączników silników i innych ważnych podczas lotu przyrządów. Zamknęła owiewkę i rozpoczęła procedurę startową.
Drzwi hangaru otworzyły się na jej komendę. Sam uniosła ciężki myśliwiec kilka centymetrów nad ziemię i wyfrunęła wprost w przestrzeń kosmiczną. Po prawej stronie ujrzała olbrzymich rozmiarów złoty statek bazę w kształcie piramidy. Taki widok napawał nie tylko strachem, ale także zdziwieniem, że coś tak niszczycielskiego oraz potężnego może równocześnie być tak piękne. Westchnęła i odbiła myśliwcem w lewo, by przypadkiem nie zderzyć się z hat’akiem czy promieniem, który właśnie wystrzelił ze statku. Biało-niebieska linia wypełniła praktycznie pustą przestrzeń komiczną, dzieląc ją równocześnie na dwie części i uderzyła w znajdującą się nieopodal planetę. Sam wstrzymała oddech szybko analizując sytuację. Planeta i wrota, które się na niej znajdowały były jej jedyna szansą ucieczki przed myśliwcami wroga, które już pojawiły się na jej radarze. Nie zastanawiając się długo zrobiła manewr zwrotny i odbezpieczyła broń. Oddała salwę ostrzegawczą, przeczyszczając działka, a następnie kursem przechwytującym z prędkością G6 skierowała się na myśliwce wroga, ostrzeliwując je.
- Cholera jasna!- zaklęła na widok czerwonej kontrolki oznaczającej koniec amunicji, następnie wykonała kolejny unik o nie mało ocierając podwoziem o owieczkę statku wroga. Myśliwiec obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni oddalając się na sporą odległość. Sam próbowała wyrównać lot, jednak w tej samej chwili usłyszała, że w coś uderza. Kontrolki wyłączyły się, a gdy odbiła się od niewidzialnej przeszkody, zaczęła dryfować.- No już odpalaj! Odpalaj ty stara kupo złomu…
Próbowała uruchomić silniki statku, jednak bezskutecznie, a myśliwce wroga nadal się do niej zbliżały. Gdyby tego jeszcze brakowało ujrzała zbliżające się w jej stronę pociski nuklearne. Poczuła, że jej koniec jest bliski. Zamknęła oczy i zrobiła coś, czego nie robiła od dawna. Zaczęła się modlić o cud. I wtedy jakby jej modlitwy zostały wysłuchane głowice wybuchły niecałe czterysta metrów od jej myśliwca, a kilka wrogich jednostek tak po prostu zostały zlikwidowane. Carter ponownie spróbowała odpalić silniki, tym razem udało jej się to jednak na krótką chwilę, gdyż rozległ się trzask, poleciał dym i prawy silnik rozpadł się na kawałki.
„Jeszcze tego mi brakowało. Nie wyjdę z tego cało, nie mam najmniejszej szansy!” Westchnęła spoglądając na migający napis: „System przeciążony”. Wiedziała, że musi się katapultować, jednak nie miała żadnego kasku, ani maski tlenowej. W pustej przestrzeni kosmicznej bez skafandra mogła przeżyć nie całą minutę. „I tak nikt mnie nie uratuje, śmierć w wybuchu myśliwca, czy zamrożenie w przestrzeni nie jest żadnym wyborem.” Powiedziała do siebie biorąc głęboki oddech i zamykając oczy. Zatrzymała powietrze w ustach, pociągając za dźwignię katapulty. Owieczka otworzyła się, a Sam wyfrunęła w otwartą przestrzeń kosmiczną. Powietrze ze środka nie zdążyło się jeszcze rozpłynąć w próżni, kiedy tuż nad dryfującą kobietą pojawił się statek towarowy, który wysłał po nią pierścienie.
TBC
A więc taki mały fragmencik, z którego jestem wyjątkowo dumna, bo ograniczyłam dialogi i została czysta narracja. No cóż na jakiś czas będzie to musiało wystarczyć, chociaż już pracuję nad następnym rozdziałem ( także do "Traktatu"). Niech wam ludziska wena powróci, bo nam dział umiera ( no i nie mam czego czytać). Pozdrawiam!

Logowanie »
Rejestracja








