Skocz do zawartości

Zdjęcie

ZEMSTA


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
99 odpowiedzi w tym temacie

#61 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 30.06.2011 - |17:23|

Fascynujący fragment :D
Ja chcę jeszcze.
  • 2

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#62 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 02.07.2011 - |23:31|

Noc najwyraźniej mi sprzyja. skończyłam kolejny fragment. :)
Piszę teraz na laptopie i ten skurczybyk nie chce mi zapisywać "c z kreseczką". Nie mam czasu ani ochoty pogrzebać w nim, żeby sprawdzić czemu tak robi. Poprawię to, jak będę miała dostęp do normalnego komputera.
Minął mi też morderczy humor. Teraz będę wskrzeszać. Przynajmniej niektórych. ;)






Zmusił się, by odwrócić wzrok od martwego szamana. Pobiegł w dół i zatrzymał się obok Azu. Chłopak, wciąż z rękoma w górze, stał pomiędzy złożonymi do strzału marines a wojownikami, unoszącymi włócznie ponad swoimi głowami. Nerwowo zerkał to na jednych, to na drugich. Daniel doskonale wiedział, że w tej chwili wystarczy nawet najmniejszy gest z którejkolwiek ze stron i poleje się krew. Ziemianie dysponowali bardziej skuteczną bronią, ale tubylcy mieli zdecydowaną przewagę liczebną. Powoli także uniósł ramiona
w górę. Jedną dłoń wyciągnął w stronę pułkownika Reynoldsa.
- Wstrzymać ogień. - Powiedział półgłosem. - Pułkowniku, proszę opuścić broń.
- Mowy nie ma. - Wymruczał Reynolds. - Zaatakowali nas. Zabili jednego z naszych ludzi.
- Pułkowniku, za chwilę sytuacja wymknie się z pod kontroli. Możemy wszyscy zginąć.
- Mogę zginąć. - Reynolds wciąż zaciskał zęby. - Ale zabiorę ze sobą tylu parszywych tubylców, ilu tylko zdołam.
- To nie jest żadne wyjście. Dość już śmierci. Dość już przelanej krwi. Proszę mi zaufać jeszcze jeden raz. Jestem pewien, że oni też woleliby, aby nikt więcej już nie musiał ginąc. - Wskazał brodą tubylców tłoczących się za plecami wojowników. Pomiędzy swoimi ludźmi przecisnął się przywódca wioski. Oniemiały patrzył na całą scenę. Z jego twarzy stopniowo znikały kolory. Tuż za nim pojawili się pozostali szamani. Oni również wyglądali na wstrząśniętych. Starszy mężczyzna popatrzył swojemu synowi w oczy a następnie przeniósł wzrok na Daniela. W jego oczach pojawiła się niema rozpacz i rezygnacja. Nie było za to ani śladu oskarżenia czy żądzy zemsty. Skinął dłonią na wojowników a ci z pewnym wahaniem opuścili włócznie w dół.
- Źle się stało. - Zrobił krok w stronę archeologa, wciąż nie spuszczając z niego wzroku. Teraz wyglądał na człowieka naprawdę starego. - Starszy szamanów otrzymał wyraźne rozkazy. Miał pozwolić wam odejść w spokoju. Zaślepiła go nienawiść i zraniona duma. Postąpił wbrew woli starszyzny i mojej. Sprzeniewierzył się radzie szamanów, która zaakceptowała nasz wyrok. Jego postępowanie ze wszechmiar zasługuje na potępienie. Słusznie spotkała go kara. W imieniu mojego ludu i moim chcę wyrazić ubolewanie za to, co spotkało waszego towarzysza. Jesteśmy ludem dumnym i honorowym. Zwróciliśmy wam wolność, obiecaliśmy bezpieczny powrót, a teraz jeden z nas okrył nas hańbą. Postąpił jak tchórz. Teraz tylko od was zależy, czy odejdziecie stąd natychmiast, czy zarządzacie zadośćuczynienia za ten haniebny czyn.
Nic nie wskazywało na to, by tubylcy mieli ich zaatakować. Daniel patrzył z naciskiem na pułkownika Reynoldsa. Żołnierz zawahał się, ale w końcu opuścił broń. To samo zrobiła reszta jego zespołu. Daniel odetchnął głęboko i zwrócił się do przewodniczącego wioski.
- Nie chcemy zemsty. Dzisiaj już zbyt wiele krwi zostało przelanej. Nasz człowiek nie żyje, wasz również. Pozwólcie nam stąd odejść. To wszystko o co prosimy.
- Bóg Góry był jednak żądny ofiar. Jedną z nich stał się członek rady szamanów. Przewrotny wyrok, ale sprawiedliwy. Życie za życie. Możecie odejść. Nikt z nas już więcej nie stanie na waszej drodze. Możecie zabrać stąd waszego towarzysza.
Powoli Jackson wycofał się na stok góry. SG 3 podążało jego śladem. Podeszli do ciała Nowaka. Azu klęczał koło niego ze zwieszona głową. Daniel położył rękę na ramieniu chłopaka. Cały drżał od rozpaczy i tłumionego gniewu. Gdy podniósł się na nogi, jego oczy płonęły, ale twarz była pozbawiona wyrazu. Jaki ojciec, taki syn. Pomyślał archeolog. Z tłumu w dole wystąpił jakiś człowiek i zbliżył się do nich, trzymając przed sobą jakiś dziwny, długi na wysokość mężczyzny przedmiot.
- To nosze. - Wyjaśnił krótko Azu, po czym odwrócił się znowu w stronę martwego przyjaciela.
Ponownie ruszyli naprzód. Dwóch żołnierzy niosło wykonane ze skóry i drewna, prowizoryczne nosze. Spoczywało na nich owinięte w skórę ciało doktora Nowaka. Szli w milczeniu. Droga wiodła coraz wyżej i wyżej. Wspinali się, ciężko dysząc. Pułkownik Reynolds i jeden z jego ludzi wciąż odwracali się, by sprawdzić, czy tubylcy na pewno za nimi nie podążają. Najwyraźniej jednak reszta była posłuszna rozkazom. Stali wszyscy w dolinie i spoglądali w ślad za oddalającymi się przybyszami. Wkrótce cały zespół doszedł do szczytu i gdy zaczęli schodzić w dół, cała dolina i wszyscy zgromadzeni tam ludzie zaczęli znikać im z oczu. Poruszali się teraz bardzo ostrożnie, aby nie poślizgnąć się na jakimś obluzowanym kamieniu. Geolodzy i pułkownik Burns potykali się coraz częściej. Daniel również musiał wkładać w utrzymywanie równowagi coraz więcej wysiłku. Zeszli ze zbocza, przecięli dolinę i zaczęli wspinać się na kolejny stok. Choć w porównaniu do pierwszej, ta góra była mniej stroma, dojście do szczytu zajęło im znacznie więcej czasu. Kilkakrotnie musieli zatrzymać się na krótki odpoczynek. Na samym szczycie SG 3 zatrzymali się i dokładnie zlustrowali całą, pozostawiona za nimi dolinę i przeciwległy stok góry. Nigdzie nie dostrzegli żadnego ruchu. Niekoniecznie to jednak oznaczało, ze nikogo tam nie ma. Pułkownik Burns z własnego doświadczenia wiedział, że tubylcy potrafią przemieszczać się niezauważeni. Musieli jednak zaufać zdolnościom przywódczym ojca Azu. Musieli uwierzyć, ze tym razem nie zostaną przez nikogo zaatakowani. Daniel
i reszta zespołu patrzyli jednak w drugą stronę. Ponad niewielkim, ginącym wśród drzew wzniesieniem, kłębiły się gęste, czarne chmury popiołu. Spomiędzy nich wystrzelały w niebo ogniste jęzory lawy. Załamywały się i opadały po zboczach wulkanu, zagarniając po drodze wszystko, co napotkały. Z miejsca, w którym stali, nie mogli dokładnie stwierdzić, w którą stronę kieruje się strumień lawy. Zasłaniały go drzewa i sam wulkan. Gdzieś tam jednak znajdowały się gwiezdne wrota. Ich ocalenie. Ucieczka z tego pełnego bólu i śmierci miejsca. Pułkownik Reynolds odwrócił się także twarzą ku wulkanowi. Zesztywniał cały a potem szybkim ruchem sięgnął do przycisku krótkofalówki.
- SG 12 zgłoś się! - Wszyscy wstrzymali oddech gdy usłyszeli jedynie trzaski. Reynolds zmarszczył brwi. - Pułkowniku Tucker, odbiór!
- SG 12 zgłaszam się. - W głosie Tuckera można było wyczuć prawdziwa ulgę. - Cieszę się, że pana słyszę pułkowniku. Robi się tu coraz bardziej niebezpiecznie. Zaczynaliśmy się niepokoić, czy zdążycie na czas.
- Właśnie obserwujemy wulkan. Nawet z daleka wygląda paskudnie. Kiedy to cholerstwo wybuchło? W górach nie odczuwaliśmy żadnych oznak aktywności sejsmicznej.
- Kilka godzin temu. Początkowo strumień lawy kierował się na gwiezdne wrota. Potem jednak zmienił kierunek. Ominął je dosyć szerokim łukiem. Na razie jesteśmy tu bezpieczni, choć popiół daje się nieźle we znaki. Jeśli mógłbym coś zasugerować, to radziłbym wam wziąć dupę w troki i jak najszybciej wracać do gwiezdnych wrót. Możliwe, że strumień lawy napotka na jakąś przeszkodę. Wtedy może znowu skierować się ku nam.
- Tak jest! - Ochoczo zgodził się Reynolds. - Wezmę sobie tę radę do serca. Ale ludzie są zmęczeni. Musimy odpocząć, albo będę musiał dźwigać ich na swoich własnych plecach.
- Rozumiem, że misja przebiegła pomyślnie. Odzyskaliście porwanych ludzi?
- Owszem, choć nie obyło się bez ofiar. Proszę zameldować w SGC, że wracamy i że doktor Nowak nie żyje.
- Tak jest pułkowniku. Czekamy na was. Będziemy pana informować o każdej zmianie sytuacji w pobliżu wulkanu.
- Dziękuję. Bez odbioru.
Rozejrzał się po twarzach wszystkich. Geolodzy, Daniel a także Burns ciężko dysząc, siedzieli na ziemi. Doszło do niego nagle, że mogą być odwodnieni. Od chwili wymarszu z obozu tubylców szli bez wytchnienia. Wszyscy byli spoceni a nie mieli przy sobie wystarczającej ilości wody na ugaszenie pragnienia. Tym bardziej, że gdy byli uwięzieni, zapewne nie mieli dostarczanej wody ani pożywienia. Niespodziewane uwolnienie, a potem śmierć towarzysza zdecydowanie dodawała im sił. Przed nimi jeszcze daleka droga. Muszą odpocząć choć na chwilę. Dał wszystkim znać, by wstali i ruszyli w dalszą drogę. Powoli schodzili ze stoku. Reynolds zrównał się z geologami, na wypadek gdyby któryś stracił równowagę na luźnych kamykach. Jackson i Burns szli obok siebie, ubezpieczając się nawzajem. Stok góry zrobił się już bardzo łagodny. Weszli pomiędzy drzewa. Bez trudu odnaleźli część pozostawionego wcześniej ekwipunku. Teraz też pułkownik zarządził postój. Z westchnieniem ulgi padli na ziemię. Żołnierze wyciągnęli z plecaków śpiwory i podali je geologom i Burnsowi. Okryli się nimi z wyraźną wdzięcznością. Cała trójka wciąż nie miała na sobie nic od pasa w górę. Ich skóra, zazwyczaj zakrywana przez ubranie, zaróżowiła się od słońca. Jutro zapewne poparzenie słoneczne ukaże się w całej krasie. W tej chwili ich ciałami wstrząsały dreszcze. Możliwe, że z powodu udaru cieplnego, ale może tylko z powodu gwałtownego obniżenia temperatury, gdy znaleźli się w cieniu drzew. Tym jednak Zajmą się lekarze. W tej chwili priorytetem było uzupełnienie płynów. Wyciągnęli więc wszystkie zapasy wody i batoników energetycznych, jakimi dysponowali. Jedli i pili w zupełnym milczeniu. Właściwie nikt nie kwapił się do rozmowy. Byli zbyt zmęczeni, zbyt wstrząśnięci i przygnębieni.
Azu siedział na uboczu ze zwieszoną głową. Co chwila zerkał w stronę noszy, na których spoczywał doktor Nowak. Był wyraźnie przygnębiony. Czuł, że zawiódł. Jego przyjaciel zginął. Zginął, gdy już był pewien swego ocalenia. Bezsensowna, niepotrzebna śmierć. Wszystko przez chore ambicje i wybujałe ego Starszego szamanów. Czy powinien przewidzieć jego zachowanie? Wiedział przecież, że szaman jest na wpół szalony i żądny zemsty za swoje utracone wpływy i reputację. Tylko dwaj zwiadowcy zdawali się, nie przejmować się niczym. Z wyrazu ich twarzy można było się domyśleć, że zastanawiają się , czemu właściwie ma służyć ten postój. Zaprawieni w długich i trudnych marszach, nie potrzebowali odpoczynku w ogóle. Nie nalegali jednak i cierpliwie czekali, aż reszta grupy ruszy znowu w drogę. Słońce ponownie chyliło się ku zachodowi. Do zmroku pozostał jeszcze jakiś czas, ale stało się jasne, że kolejna noc zastanie ich na planecie. Broda jednego z geologów obniżyła się, dotykając niemal jego nagiej piersi. Oj niedobrze. Pod żadnym pozorem nie mogą teraz zasnąć. Reynolds poderwał się na nogi i zmusił do powstania całą resztę. Z ociąganiem podnosili się z ziemi. Marsz po płaskim terenie był prawie jak spacer. A raczej byłby, gdyby nie byli tak wyczerpani. Szli wolno, potykając się. W miarę jak się ściemniało, na niebo wypływała coraz wyraźniejsza łuna. Wkrótce też na ich głowy spadł deszcz tłustego popiołu. Krótkofalówka milczała. Oznaczało to, że droga do gwiezdnych wrót wciąż jest dostępna. Reynolds narzucił odrobinę szybsze tempo, zwolnił dopiero, gdy idący za jego plecami mężczyźni zaczęli dyszeć ciężko. Jakiś czas szedł wolniej, a potem znowu przyspieszył. Zmrok zapadał szybko. Jakoś chyba zbyt szybko. W nieznanym terenie musieliby zaczekać aż do świtu. Zwiadowcy oraz Azu szli jednak pewnie w ciemności. Wyszli na skraj gęstego lasu i ich oczom ukazał się wulkan w całej okazałości. Rozżarzone potoki wulkanicznego błota wypływały z samego wierzchołka góry. Czerwona łuna unosząca się nad całą okolicą sprawiała, że było im łatwiej iść. Rzeka lawy rozlewała się szerokim strumieniem. Nawet z tej odległości mogli poczuć bijący z tamtej strony żar. Na szczęście gwiezdne wrota stały nieco na uboczu. Danielowi przemknęła przez głowę myśl, co by się z nimi stało, gdyby nie znaleźli tego szybu wentylacyjnego. Może za kilkaset lat ktoś prowadziłby tu wykopaliska i natknął się na ich zwęglone szczątki, tak jak miało to miejsce w Pompejach? Nonsens! Sam siebie zbeształ w myślach za tak absurdalne skojarzenia. Oni żyją i będą żyć dalej. Chyba, że w ostatniej chwili wulkan sprawi im psikusa i pośle część swej śmiercionośnej zawartości prosto na gwiezdne wrota. Zwiadowcy nagle przystanęli. Azu podszedł do Daniela.
- Tutaj zawrócimy. - Powiedział. - Jesteście już bardzo blisko. Traficie bez problemu.
- Dziękuję ci. - Daniel wyciągnął do niego rękę, którą chłopak nieco zdumiony uścisnął. - Dziękuję ci za wszystko. Jest mi strasznie przykro, że doszło do tego wszystkiego. Jesteś i zawsze pozostaniesz moim przyjacielem. Chciałbym wrócić kiedyś na tę planetę. Oczywiście, jak zrobi się bardziej bezpiecznie. Nasza współpraca nie powinna się tak Kończyc. Niezależnie od tego, czy pozostanie jakikolwiek ślad po kopalni, chciałbym, abyśmy spróbowali od nowa nawiązać nic porozumienia.
- Przekażę starszyźnie twoją propozycję. Rozważymy ją na kolejnej radzie wioski. - rzekł oficjalnie Azu. Zaczekał, aż zwiadowcy odejdą na pewną odległość, po czym nachylił się bardziej ku Danielowi. - Będę zaszczycony, mogąc nazywać się twoim przyjacielem. Będę starał się przekonać radę do współpracy z wami. Na razie życzę wam powodzenia. Mam nadzieję, że wkrótce będzie możliwe nasze ponowne spotkanie.
Daniel poklepał go po ramieniu i patrzył jak chłopak odwraca się, i odchodzi w mrok. Kiedy jego sylwetka zginęła już miedzy drzewami, krótkofalówka zatrzeszczała.
- Pułkowniku Reynolds, gdzie jesteście? - Tucker był bardzo wzburzony. - Coś się dzieje! Lawa zaczęła przesuwać się w nasza stronę! Macie niewiele czasu!!!
- Rozumiem. Jesteśmy już prawie na miejscu. Czekajcie na nas! Zaraz do was dołączymy! - Reynolds spojrzał wymownie na pozostałych towarzyszy. - Słyszeliście panowie! Ruszać się! Jeden ostatni wysiłek i wkrótce będziemy z powrotem w domu!
Nie musiał tego nikomu powtarzać. We wszystkich niespodziewanie wstąpiły nowe siły. Ruszyli w kierunku gwiezdnych wrót. Prosto na piekielnie gorącą rzekę lawy pochłaniającą nieubłaganie coraz większy obszar łąk i lasów.

Stojąca na stoliku nocna lampka wypełniała salę łagodnym, przyćmionym światłem. Ciepły blask padał na twarz leżącego na łóżku mężczyzny. Jack O`Neill oddychał płytko, ale równomiernie. Całe jego okryte prześcieradłem ciało było rozluźnione. Na twarzy nareszcie malował się spokój. W fotelu stojącym obok łóżka siedziała rozparta wygodnie Janet Fraiser. Zamierzała tylko na chwilę odpocząć. Zmęczenie jednak wreszcie wzięło nad nią górę. Wyczerpana walką o życie tego człowieka a potem długim i pełnym niepokoju czuwaniem, zasnęła niemal natychmiast po zanurzeniu się w miękkie poduchy fotela. Jej głowa opadła bezwładnie na jedno ramię. Nogi wyciągnięte swobodnie przed siebie, założyła jedną na drugą. Pochrapywała cichutko. Do izolatki weszła pielęgniarka. Zawahała się, a potem podeszła na palcach i przykryła lekarkę przyniesionym waśnie kocem. Rzuciła okiem na monitor rejestrujący parametry życiowe pułkownika. Uśmiechnęła się wyraźnie zadowolona, po czym wyszła na korytarz, cichutko zamykając za sobą drzwi.





C.D.N.

Użytkownik cooky edytował ten post 05.07.2011 - |11:44|

  • 3

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#63 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 03.07.2011 - |07:52|

po prostu cie kocham :D Jack żyje :P teraz tylko reszta ekipy musi się wydostać z tej przeklętej skały wulkanicznej

czekam na kolejny fragment i pozdrawiam

PS. a może nie masz ustawionej klawiatury na polska. Mojemu koledze tez Ć nie wyskakuje, ale to dlatego, ze miał komputer zakupiony w Niemczech i nawet po znanie ustawień klawiatury na polską, Ć się zbuntowało :)
  • 2

#64 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 03.07.2011 - |13:52|

Nareszcie przygoda z tubylcami zakończona :)
Jack żyje !!! :D
Powoli do przodu.
  • 2

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#65 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 03.07.2011 - |22:14|

Mała rzecz, a jak cieszy! :P
Fajnie, że sprawiłam wam tyle radości.
Jack miałby zginąc? W życiu! Przecież to SG1!
Pozdrawiam.

Użytkownik cooky edytował ten post 03.07.2011 - |22:15|

  • 2

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#66 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 09.07.2011 - |11:27|

Po tylu deszczowych dniach nareszcie słońce!!! U was też?
Kolejny fragment na miłe sobotnie popołudnie. :)






Teal`c obudził się zupełnie sam. Do tej pory zawsze towarzyszyła mu któraś z pielęgniarek. Czuł się wypoczęty i pełen sił. Nie pamiętał już ,kiedy ostatni raz spał tak długo. Leżał dłuższą chwilę pozwalając sobie na luksus pełnego relaksu. Jakiś dźwięk dobiegający z korytarza zwrócił w końcu jego uwagę. Wsłuchał się uważnie w szybkie kroki kilku osób. Głos Janet Fraiser by jak zwykle opanowany, ale coś w jego brzmieniu zdradzało napięcie. Mówiła coś szybko do pielęgniarek. Za chwilę rozległy się inne, liczne kroki. Czy mu się tylko wydawało, czy naprawdę usłyszał wśród przybyłych głos Daniela Jacksona? Nadstawił uszu. Głosy oddaliły się. Chwilę jeszcze leżał a potem postanowił sprawdzić, czy zmysły go nie mylą. Usunął spod nosa plastikową rurkę i usiadł na łóżku. Trochę zakręciło mu się w głowie. Odczekał, aż zawroty głowy ustaną, po czym wstał z łóżka. Spojrzał na swoje bose stopy. Nie miał tu żadnych kapci. Dobrze, że chociaż miał normalną piżamę a nie wiązaną z tyłu koszulę. Pamiętał, że przeżył małą traumę, gdy pierwszy raz założył na siebie to coś. Podciągnął opadające nieco spodnie i ruszył na korytarz. Głosy dobiegały z sali znajdującej się w samym końcu korytarza. Były nieco nerwowe. Kilka osób mówiło coś jednocześnie.
- Panowie, Proszę! - Ostry głos Janet Fraiser przywołał wszystkich do porządku. Głosy natychmiast ucichły. - Nie wszyscy naraz! Wiem, że to może być nieprzyjemne, ale muszę was dokładnie zbadać. Proszę nie utrudniać mi pracy. Doktorze! Pobranie krwi jest absolutnie konieczne! Pułkowniku Burns, pańskie nadgarstki wyglądają naprawdę paskudnie. Jak to się stało, że tyko u pana doszło do takich obrażeń?
- Próbowałem uwolnić się z więzów. - Głos dowódcy SG 6 był zmęczony, ale całkowicie spokojny. - Prawie mi się udało. Strażnicy nakryli mnie i związali ponownie. Tym razem zrobili to tak, żebym więcej nie kombinował.
- Rany są zainfekowane. Trzeba je oczyścić. Czuje pan to?
- Tak… Boli.
- To dobrze. Martwiłabym się gdyby było inaczej. Doktorze Jackson? Proszę mi to pokazać.

Teal`c podszedł do uchylonych drzwi i zajrzał do środka. Kilka łóżek było zajętych. Siedzieli na nich mężczyźni pookrywani kocami. Byli brudni, zakrwawieni i zmęczeni. Wszyscy jak na komendę spojrzeli w jego kierunku. Dwóch zaginionych geologów, pułkownik Burns, Daniel Jackson. Drużyna SG 3 stała nieco dalej. Poczuł, że nagle brakuje mu tchu. Nogi nagle odmówiły posłuszeństwa i ugięły się w kolanach. Archeolog i pułkownik Reynolds zerwali się z miejsca i podbiegli do niego, gdy powoli osuwał się na ziemię. Leżał chwytając powietrze jak ryba wyciągnięta z wody. Janet Fraiser z zatroskanym wyrazem twarzy pochyliła się nad nim.
- Wszystko w porządku. Nic ci nie będzie. - Mówiła kojącym głosem. - Po co wstawałeś z łóżka? Musisz odpoczywać.
- Słyszałem głosy. Chciałem sprawdzić, czy wszyscy wrócili bezpiecznie. - Oddech Jaffa powoli uspokajał się. - Poza tym nie sądziłem, że jestem aż tak osłabiony.
- Masz jeszcze małe problemy z oddychaniem. - Tłumaczyła cierpliwie. - Dlatego wciąż masz podawany tlen. Niebawem wszystko wróci do normy, ale póki co, powinieneś ściśle przestrzegać moich zaleceń.
- Oczywiście, doktor Fraiser. To się więcej nie powtórzy.
- To dobrze. - Poklepała go po ramieniu, po czym zwróciła się do dwóch sanitariuszy. - Panowie, pomóżcie mu wrócić do łóżka.
- Przyjdę do ciebie jak tylko Janet ze mną skończy. - Daniel podniósł się na nogi i patrzył wyczekująco na lekarkę. - Obawiam się, że nie wyjdę stąd bez jakiegoś zastrzyku…
- Żaden z panów nie wyjdzie. - Fraiser uśmiechnęła się ze znużeniem. - Dopóki nie uznam, że nic nie zagraża waszemu życiu i zdrowiu. A teraz proszę, kontynuujemy.

Teal`c pozwolił zaprowadzić się z powrotem na swoje łóżko. Nie protestował, gdy sanitariusz podetknął pod jego nos cienką rurkę i odkręcił butlę z tlenem. Opadł na poduszki i czekał. Archeolog pojawił się po dłuższym czasie. Skaleczenia na twarzy miał zabezpieczone maleńkimi plasterkami a poobcierane dłonie zabandażowane. Przebrał się już w czyste ubranie i pachniał mydłem. Włosy miał jeszcze lekko wilgotne. Musiał niedawno skorzystać z prysznica. Coś w jego twarzy zwróciło uwagę Jaffa. Dopiero po dłuższym czasie doszedł do wniosku, że Daniel nie ma okularów. Pod jego oczami rysowały się cienie i w ogóle wyglądał na wyczerpanego. Uśmiechał się jednak, gdy siadał na stołku koło lóżka.
- Daniel Jackson, cieszę się, że widzę cię w dobrym zdrowiu.
- Dziękuję Teal`c. Ja też cieszę się, że żyjesz i czujesz się lepiej. Martwiłem się. Nie mieliśmy o was żadnych wiadomości.
- Nie zauważyłem w ambulatorium trzeciego z geologów. Co się z nim stało?
- Niestety. Doktor Nowak zginął na planecie…
- Pozostali jednak są już bezpieczni?
- Tak. Sprowadziliśmy ich z powrotem.
- A co z kopalnią? Uda się wznowić prace wydobywcze?
- Nie. Nie ma już kopalni. Wulkan zniszczył wszystko. Erupcja nie była zbyt intensywna, ale wystarczająca, by pochłonąć wszystko w swoim pobliżu. Gwiezdne wrota ocalały. Lawa zmieniła kierunek i ominęła je szerokim łukiem. Przejście na planetę jest jednak teraz niemożliwe. Trudno nawet powiedzieć, kiedy będzie można spróbować. Mieszkańcy planety znaleźli bezpieczne schronienie. Przeczekają najgorsze. Ich wioska również uległa zniszczeniu. Będą musieli zaczynać wszystko od początku.
- Czasami dobrze jest rozpocząć wszystko na nowo. - Teal`c czasami stawał się niezwykle filozoficzny.
- Mam nadzieję, że uda nam się kontynuować współpracę. Opuszczaliśmy planetę w niezbyt korzystnej dla nas sytuacji.
- Daniel Jackson, czy widziałeś już O`Neilla i major Carter? Od personelu medycznego uzyskałem jedynie informację, że oboje wciąż żyją.
- Tak, byłem ich zobaczyć. Jack chyba wyszedł na prostą. Janet mówi, że kryzys ma już za sobą. Zaczął reagować na leczenie. Jego gorączka spadła, rana już nie krwawi. Jest ciągle nieprzytomny, ale wkrótce zaczną go wybudzać. Natomiast Sam fizycznie ma się bardzo dobrze. Jej organizm powoli powraca do zdrowia. Ale to o nią doktor Fraiser boi się najbardziej.
- Co to znaczy Danielu?
- Przez dłuższy czas była niedotleniona. Powinna już odzyskać przytomność, ale ona nie reaguje na próby wybudzania. Tak, jakby sama nie chciała się obudzić.
- Ale w końcu obudzi się?
- Mam nadzieję Teal`c. Mam nadzieję.





C.D.N.




P.S. Laptopik dalej nie chce mi Zapisywać "ć". Ustawiony jest na język polski. Znaczy się, złośliwy jest. Znalazłam jednak opcję, w której zmienia wyraz na poprawny. Tyle, że zajmuje to więcej czasu.
Pozdrawiam.

Użytkownik cooky edytował ten post 09.07.2011 - |19:07|

  • 3

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#67 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 09.07.2011 - |19:33|

Cieszę się że męczysz się dla nas :D
Świetny kawałek, mam nadziej wyjdzie.
  • 2

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#68 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 09.07.2011 - |21:46|

:mellow: najpierw Jack, teraz Sam...
uh... zanim wszystko się dobrze skończy, sama dostanę chyba zawału...
czekam na więcej
  • 2

#69 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 10.07.2011 - |12:05|

Cieszę się że męczysz się dla nas :D



Już się przyzwyczaiłam i nawet się zaprzyjaźniliśmy. Też mam nadzieję, że wyjdzie mi coś fajnego. :lol:
  • 2

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#70 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 10.07.2011 - |23:03|

Udało ci się rozwiązać problem klawiatury :). Oby w końcu zapisywało to ć od razu ;).
Jack żyje, ale Sam kona... masakra... ile ja jeszcze przeżyję zanim wszystko jakoś się ułoży O.O
Teal'c żyje i ma się dobrze. Cieszę się :). Lubię tego spokojnego olbrzyma.
Świetna część i nie mogę się doczekać więcej ^^.
Pozdrawiam - igut214:)

Użytkownik igut214 edytował ten post 10.07.2011 - |23:07|

  • 1
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#71 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 16.07.2011 - |15:19|

Kolejny fragment. Życzę przyjemnego czytania.






Samantha Carter powoli zaczęła sobie zdawać sprawę z tego, gdzie się znajduje. Znajomy zapach środków dezynfekcyjnych wypełniał jej nozdrza. Słyszała kroki otaczających ją osób, szmer rozmów i mechaniczny szum jakiegoś urządzenia. Znajdowała się w dziwnym stanie. Ni to sen, ni to jawa. Czasami zapadała się do wewnątrz. Wtedy główną rolę odgrywało bicie jej serca. Nigdy przedtem nie była tak boleśnie świadoma jego rytmicznej pracy. Kurczyło się miarowo i z cichym sykiem wtłaczało krew do tętnic. Potem rozprężało się zasysając do komór kolejna porcję lepkiego płynu. Skąd właściwie wiedziała, ze lepkiego? I dlaczego była tak doskonale zorientowana w funkcjonowaniu jej organizmu? Dlaczego tak perfekcyjnie potrafiła opisać, co się dzieje w jej płucach? W niezliczonych pęcherzykach wypełniających jej klatkę piersiową. A jednocześnie nie mogła zapanować nad własnymi powiekami. Pozostawały niezależne, nie poddawały się jej woli. Zresztą, podobnie zachowywały się wszystkie pozostałe mięśnie. Odmawiały współpracy. Były poza jej kontrolą. Właściwie, to w ogóle ich nie czuła. Nie czuła całego „zewnętrznego” ciała. To było straszne. Czuła się uwięziona, pogrzebana we własnym umyśle. Znalazła w nim miejsce, w którym nie musiała słyszeć, Nie musiała walczyć i nie musiała cierpieć. Uciekała tam, gdy tylko świat zewnętrzny zanadto ją zmęczył. Tam było tak dobrze. Odcięta od świata i swojego własnego ciała, czekała. Gdzieś na granicy świadomości pojawiały się głosy. Niektóre były obojętne, lecz inne zachęcały ją, by opuściła swą kryjówkę. Tylko, że teraz nie potrafiła zrobić tego do końca.

- Cześć Sam. - Daniel jak zwykle odwiedził ją z samego rana. - Ciągle tam jesteś? Nie miałabyś ochoty wrócić do nas?
- Jasne Daniel. - Pomyślała. - Miałabym wielką ochotę, tylko nie wiem jak. - Usłyszała głębokie westchnienie.
- Chciałem ci tylko powiedzieć, że chłopaki przesyłają ci pozdrowienia. Chcieliby odwiedzić cię sami. Teal`c już czuje się dobrze. Myślę, że wkrótce opuści ambulatorium. Na razie Janet cały czas go pilnuje. Wiesz, jaka ona jest. Zasłabł, gdy pierwszy raz wstał z łóżka, więc nie ma z nią teraz łatwego życia. Chyba nie najlepiej znosi przymusową bezczynność. Ciągle pyta, kiedy może rozpocząć ćwiczenia. Teraz przynajmniej ma jakieś zajęcie, bo wiesz, Jack wreszcie odzyskał przytomność. I zamęcza biednego Teal`ca ciągłymi pytaniami. Oczywiście wtedy, gdy nie śpi. Jest jeszcze bardzo słaby. Janet powiedziała, że to cud, że wytrzymał aż tak długo… Stracił mnóstwo krwi. Gdyby wpadł we wstrząs na planecie, nie wiadomo, czy udałoby się go uratować. W ogóle wszyscy mieliście naprawdę dużo szczęścia. Major Tucker twierdzi, że to była ostatnia chwila. Kiedy już was wyniesiono, korytarz zawalił się. Właściwie zapadło się cały zbocze. Nie mielibyście szans. Rany…, jakie to wszystko dziwne. Poszliśmy tam na poszukiwania zaginionych kolegów i sami o mało nie straciliśmy życia. Szkoda tylko doktora Nowaka. Azu bardzo przeżył jego śmierć. Ten dzieciak naprawdę był do niego przywiązany. Żałuję bardzo, że nie udało mi się tego wszystkiego powstrzymać. Nie chciałem tego. Boże, naprawdę nie chciałem… Przepraszam, że ci to mówię. Chyba potrzebowałem się przed kimś otworzyć. Choć ty nie możesz mi odpowiedzieć… Czekamy teraz, aż na planecie poprawią się warunki na tyle, by można ją bezpiecznie odwiedzić. Bardzo jestem ciekaw, co słychać u tego małego skurczybyka. To bystry dzieciak. Myślę, że za jego sprawą nasze kontakty znów powrócą na dawne tory. Nie wiem tylko, czy będzie, co badać. Wulkan zniszczył całą okolicę. Za godzinę wysyłamy sondę. Zajrzę jeszcze do chłopaków. Przyjdę potem i opowiem ci, co odkryliśmy. Mam nadzieję, że wkrótce mi odpowiesz. Czekam na to. Wszyscy czekamy…

Głos Daniela ucichł. Długo, długo panowała cisza. Potem pojawił się ktoś nowy.
- Major Carter. - Teal`c mówił cicho….. - Doktor Fraiser prosiła mnie, bym opowiedział pani o tym, co dzieje się w bazie. Twierdzi, że nawet w tym stanie słyszy pani, co się do pani mówi. Wierzę, że ma rację. Że jest pani gdzieś tam głęboko, tylko nie może się pani z nami porozumieć. A moje słowa mogą pani pomóc…
- Kochana Janet… - Pomyślała i uśmiechnęła się w duchu. Lekarka często do niej zaglądała. Opowiadała o tym, jakie postępy w szkole robi Cassandra i jak bardzo za nią tęskni. Mówiła, co słychać u niej samej i u reszty zespołu. Czasami po prostu paplała jakiś bzdury o pogodzie a raz nawet wyrwało jej się o przeterminowanej zapiekance, serwowanej w kantynie. Oj, miała wtedy mnóstwo roboty.
- Wtedy, w tunelu... - Kontynuował Teal`c. - Mówiłem prawdę. Bardzo się cieszę, że zostałem przyjęty do drużyny. To dla mnie zaszczyt walczyć u boku ludzi, których w pełni szanuję i podziwiam. I których mogę nazwać swoimi przyjaciółmi. Zaakceptowaliście mnie, pomimo tego, co robiłem w przeszłości. Wielokrotnie daliście mi odczuć, że ufacie mi tak samo, jak sobie nawzajem. Gdyby trzeba było, bez wahania oddałbym życie za każdego z was. Myślę, że na tym właśnie polega wolność. Na możliwości wybierania, wobec kogo chce się być lojalnym. Pytała mnie pani czy nie żałuję swojej decyzji. Nie. Nigdy jej nie żałowałem. Wiedziałem, że postąpiłem słusznie, choć przez mój wybór cierpiała moja rodzina. Jestem wojownikiem, muszę być gotowy na takie poświęcenia. Pani również ma duszę wojownika. Nie wierzę, że zechce pani poddać się tak łatwo. To zbyt prosta ścieżka, niegodna kogoś takiego jak pani… Nie wiem, o czym jeszcze mógłbym pani powiedzieć... Daniel Jackson jest zdecydowanie lepszym towarzyszem do konwersacji. Posiedzę więc tylko i dotrzymam pani towarzystwa. Mam nadzieję, że sama moja obecność na coś się przyda…

Potem przewijały się inne osoby, lecz nie były na tyle ważne, by opuszczać dla nich schronienie. Zdecydowała się na to dopiero, gdy usłyszała głos Jacoba Cartera. Swojego ojca.
- Skarbie… Przybyłem, gdy tylko się dowiedziałem. Sam... Boże… Tak mi przykro, że to wszystko cię spotkało. Chciałbym jakoś pomóc. Wydaje mi się jednak, że tu nie pomogłoby nawet zaaplikowanie symbiontu. Twoje ciało już się zregenerowało, ale nawet Tok`Ra nie znają sposobu na wyleczenie chorej duszy. Takiego określenia użyła twoja lekarka. Myślę, że bardzo trafnie wyraża to, co się tobą dzieje. Musisz znaleźć siłę, by znów być z nami wszystkimi. Musisz walczyć. Nie wolno ci się poddawać. Jesteś przecież moją córką. Zostanę tu jakiś czas. Na ziemi, znaczy się. Hammond prosił, abym do niego zajrzał. Odpoczywaj teraz, niedługo znów do ciebie przyjdę.

Następnym razem sama opuściła swe schronienie. Zrobiła to niemal odruchowo. Trochę się zdziwiła, bo wokół panowała cisza. Dopiero po dłuższej chwili do jej uszu dobiegło ciche westchnienie. Ktoś siedział obok jej łóżka. Pomyślała, że to pewnie Teal`c. Miał w zwyczaju siadać na krześle i milczeć tak natrętnie, że aż ją to irytowało. W jakiś jednak sposób wiedziała, że tym razem to nie był Jaffa. Nie był to także Daniel, ani też nikt z personelu medycznego. Ten ktoś emanował niezwykłą energią. Nic nie mówiąc, przyzywał ją do siebie. I jeszcze coś. Receptory na skórze dłoni po raz pierwszy od długiego czasu zareagowały prawidłowo. Wyraźnie czuła dotyk ciepłych palców. Obejmowały jej dłoń niezwykle delikatnie, jakby z obawą. Miała wrażenie jakby ciepło dotyku rozchodziło się po całym jej ciele. Wolniuteńko wędrowało wzdłuż palców, przedramienia, ramienia. Dotarło do klatki piersiowej i tam rozlało się wypełniając sobą płuca, skierowało się w dół do brzucha. Stopniowo wędrowało do pozostałych kończyn. Uczucie było tak niesamowite, że skupiła się na nim całkowicie i przestała zwracać uwagę na dźwięki. Dopiero, gdy tuż koło swojego ucha usłyszała zatroskany głos, wreszcie zorientowała się, kto koło niej siedzi.
- Pułkowniku? Co pan tu robi? Wszystko w porządku?
- Tak, doktorze. Wszystko gra. - Głos O`Neilla był słaby i cichy.
- Dobrze się pan czuje? Jest pan jeszcze zbyt słaby. Nie powinien pan wstawać z łóżka.
- Nic mi nie jest Janet. Naprawdę. Jeszcze chwilę z nią posiedzę.
- Nie pozwolę, by się pan przemęczał. Musi pan odpocząć. Proszę już wracać.
- Chciałbym jej pomóc.
- Wiem. Ale nie kosztem swojego własnego zdrowia.
Wszyscy dobrze wiedzieli, że z lekarką nie ma żadnej dyskusji. Jack westchnął i rozległo się szuranie jego krzesła. Dotyk jego ręki zniknął, ale pozostało ciepło, przepływające teraz przez całe jej ciało. Potem zjawił się Daniel. Zdał jej raport z misji wysyłania sondy. Niestety. Na planecie wciąż było zbyt niebezpiecznie. Przychodzili inni ludzie: Teal`c, Jacob, Janet nawet generał Hammond. Mówili do niej a ona słuchała i coraz rzadziej uciekała do podświadomej kryjówki. Czekała na ten jeden głos i pewnego dnia doczekała się.

- Carter? - Głos Jacka był już zdecydowanie mocniejszy. - Słyszysz mnie tam, gdzie jesteś?
- Tak, Jack. Słyszę cię. - Pomyślała.
- Janet wreszcie pozwoliła mi wstać z łóżka. Jest despotyczna prawie tak, jak generał Hammond… Chciałem ci coś powiedzieć… Wracaj do nas. Brakuje nam ciebie…. Pamiętasz? Już kiedyś byliśmy w takiej sytuacji. Tylko wtedy twoja świadomość znajdowała się w oprogramowaniu komputera. Teraz masz ułatwione zadanie. Więzi cię tylko twoja podświadomość. Przecież to małe piwo. Musisz tylko odnaleźć drogę na zewnątrz. Rusz więc swój tyłek i wracaj. To rozkaz!
Umilkł na chwilę. Znów poczuła jego dłoń obejmującą jej palce. Jego dotyk wywoływał w skórze lekkie mrowienie. Uczucie było niespodziewanie przyjemne.
- Carter, dosyć już tego. Wszyscy na ciebie czekamy... Ja na ciebie czekam… Nie pozwól, żebym osiwiał do reszty czekając, aż łaskawie otworzysz oczy. Sam, proszę…
Siedział w milczeniu jeszcze dłuższy czas. Wreszcie puścił jej dłoń i rozległy się jego oddalające się kroki. Carter już nie miała ochoty, skrywać się przed światem. Całe jej ciało zaczęło domagać się, by wreszcie sobie o nim przypomniała. Nogi pragnęły pobiec gdzieś przed siebie. Ramiona chciały sięgać w górę i obejmować kogoś lub coś. Palce chciały zacisnąć się na czyichś dłoniach. Pomyślała, że musi znaleźć w sobie siłę, konieczną do przejęcia kontroli nad swoim ciałem. Musi znów zapanować nad swoimi mięśniami. Sprawić, by znów poddawały się jej woli. Odzyskać swoje życie. Zadanie było niezwykle trudne. Miała wrażenie, że to najtrudniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek musiała zrobić. Ale musiała zacząć wałczyć. Musiała znów wyjść na zewnątrz.




C.D.N.
  • 3

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#72 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 16.07.2011 - |19:35|

Boski kawałek.Oby ona szybko się wybudziła, szkoda mi O'Neilla.
Maskarytycznie dobry opis funkcji życiowych :D
  • 2

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#73 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 16.07.2011 - |19:49|

O.o to było świetne... szkoda mi Jacka, o niemało co umarł, a teraz patrzy na Sam w śpiączce, mam nadzieję, że dziewczyna się wybudzi, szybko
  • 1

#74 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 17.07.2011 - |14:55|

GENIALNAAAAAA CZĘŚĆ!!! Zgadzam się z Palek - świetny opis funkcji życiowych. Lepiej żeby Jack przestał się zamartwiać i mam nadzięję, że dzięki niemu Sam się obudzi. Nie mogę się doczekać dalszego ciągu. Oby szybko nadszedł, gdyż ten fragment naprawdę mnie wciągnął i zainteresował ;).
Pozdrawiam - igut214 :)
  • 1
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#75 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 17.07.2011 - |18:25|

właściwie, to ten fragment napisałam już bardzo dawno, w chwili nagłego natchnienia. Czekał sobie cichutko na swoją kolej. Musiałam potem do niego dopasowywać pozostałe fakty, ale chyba było warto?
Teraz będę się chwalić. Miałam piątkę z anatomii. ;)
Bardzo dawno był ten pierwszy rok studiów. Coś tam jednak w głowie mi zostało.
Powoli zaczęłam zbliżać się do końca. Fajnie, że się wam podoba.
Pozdrawiam. :)
  • 2

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#76 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 18.07.2011 - |18:37|

Czyżbyś była lekarzem ;)? Ja chcę być neurochirurgiem ^^
  • 1
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#77 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 19.07.2011 - |19:58|

Kocham nasze polskie drogi. Wracając dziś do domu nieco okrężną drogą, natknęłam się na cztery "wahadełka". Ten odcinek drogi budują już ładny szmat czasu. wcale się nie dziwię, że mamy tak mało autostrad.
Ala nic to. Grunt, że w końcu dotarłam do domku.
Zapraszam do dalszej lektury.





Jack O`Neill powoli szedł po schodach w kierunku sali odpraw. Wchodził po jednym stopniu, bez pośpiechu. Choć ubrany był w mundur, ramię wciąż trzymał zawieszone na temblaku. Na szczycie schodów zatrzymał się, by zaczerpnąć tchu. Wciąż jeszcze odczuwał skutki odniesionych ran. Krótki marsz z kwatery aż na schody naprawdę go zmęczył. Nie mógł sobie jednak pozwolić, by inni zauważyli, jak bardzo jest słaby. Trzymając się poręczy, przymknął oczy i kilkakrotnie głęboko odetchnął. Następnie przywołał na twarz uśmiech, mówiący: „Część chłopaki, jaki piękny mamy dzień” i z podniesioną głową wkroczył do sali odpraw. Przy długim stole siedziało kilku ubranych w mundury mężczyzn. Wszyscy, jak na komendę podnieśli na niego wzrok.
- Pułkowniku O`Neill. - Siedzący najbliżej wejścia generał Hammond spojrzał na niego znad dokumentów.
- Sir. - Jego prawa ręka ciąż nie nadawała się do użytku, więc nie mógł zasalutować. Za to wyprężył się jak struna i stuknął obcasami. Generał wciąż przyglądał mu się badawczo.
- Siadaj Jack. - Wskazał mu ostatnie wolne krzesło. - Na pewno czuje się pan na siłach, aby uczestniczyć w odprawie?
- Tak jest sir. Czuję się naprawdę dobrze. Poza tym muszę się czymś zając. Nie zniosę dłużej tego bezczynnego siedzenia.
Teal`c spojrzał na niego ze zrozumieniem i po swojemu skinął głową. Daniel przyglądał się przyjacielowi z uwagą. Natychmiast zauważył bladość jego cery i nieznaczne napięcie mięsni wokół ust sugerujące, że w rzeczywistości czuje się o wiele gorzej, niż chciałby to okazać. Znał dobrze tego człowieka. Wiedział, że potrafił być cholernie uparty i zazwyczaj stawia na swoim. Spieranie się z nim było bezcelowe. I wiedział również, że dla Jacka najgorszą na świecie rzeczą było czekanie z założonymi rękoma. A to właśnie musiał ostatnio robić. Czekać. Właściwie wszyscy musieli. Tylko O`Neill nie potrafił znaleźć dla siebie zajęcia. Z powodu wciąż niezagojonej rany nie mógł ćwiczyć razem z Teal`ciem. Przeglądanie starożytnych ksiąg razem z Danielem, kompletnie go nie interesowało. Całymi dniami przesiadywał w swojej kwaterze lub w ambulatorium przy łóżku swej drugo dowodzącej. Stan Carter poprawił się o tyle, ze nie musiała już być podłączona do respiratora. Oddychała samodzielnie. Janet Fraiser najbardziej cieszyła się z tego, że zaczęła reagować na pojawienie się w jej pobliżu niektórych osób. Zawsze, gdy odwiedzali ją koledzy z drużyny lub jej ojciec, jej puls odrobinę przyspieszał i rosło ciśnienie krwi. Nieznacznie, ale jednak. Wciąż jednak pozostawała nieprzytomna. Nawet Janet nie potrafiła powiedzieć, jak długo może potrwać taki stan. Jej obrażenia nie były zbyt rozległe, a niedotlenienie nie pozostawiło po sobie trwałych zmian w mózgu. Dlaczego więc nie było z nią kontaktu? Jack zawsze miał kłopoty z zaakceptowaniem faktu, że nie może nic poradzić. Czuł się coraz bardziej sfrustrowany. Nic więc dziwnego, że zmusił generała, by pozwolił mu brać udział przynajmniej w odprawach.
Jack wyłapał spojrzenie Daniela i posłał mu uspokajający uśmiech, po czym z miną wyrażającą głębokie skupienie przeniósł wzrok na Hammonda. Generał przerzucał rozłożone przed sobą papiery. Plik dokumentów podał także pułkownikowi.
- To aktualne dane z powierzchni planety. - Powiedział, zerkając w kierunku geologów. Mężczyźni byli już wypoczęci i tylko zagojone już otarcia na ich nadgarstkach przypominały wszystkim, przez co przeszli. - Według naszych ekspertów przejście na planetę jest w tej chwili w miarę bezpieczne. Pytanie tylko, czy wciąż chcemy ryzykować?
- Z cały szacunkiem generale. - Odezwał się jeden z Geologów. - Minerał odkryty na planecie jest unikatowy. Na żadnej innej planecie nie znaleźliśmy substancji, która dorównywałaby jego właściwościom. Poziom absorpcji energii jest zdumiewający.
- Tak doktorze. Szczegółowo zapoznałem się z pana raportami opisującymi właściwości minerału. Niewyjaśniona jednak została kwestia, co dzieje się z pochłoniętą energią? Czy zostaje ona skumulowana, a może ulega degradacji?
- Niestety nie dysponujemy obecnie dostateczną ilością próbek, do przeprowadzenia koniecznych badań. - Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Innymi słowy w dalszym ciągu nie wiemy, czy moglibyśmy go wykorzystać, przy konstruowaniu bardziej zaawansowanej technologicznie broni?
- Niestety nie. Jednak próby wykorzystania minerału, jako tarczy wypadły nadzwyczaj pomyślnie.
- Czy nowa kamizelka kuloodporna jest warta życia naszych ludzi? - Wtrącił się milczący dotąd O`Neill. Rozejrzał się po wpatrzonych w niego ludziach. - Oni nas tam nie chcą. Dali nam to wyraźnie do zrozumienia. Czterech naszych ludzi straciło na planecie życie. Was porwali, a ciebie omal nie zadźgali. - Zwrócił się bezpośrednio do pułkownika Burnsa.
- Jack. - W głosie Daniela słychać było ton upomnienia. - Rozumiem twoje wzburzenie, ale…
- Nie Danielu. Chyba nie rozumiesz. Oni nas tam nie chcą. Czytałem wasze raporty. Wiem, że kopalnia jest zniszczona. Wiem też, że minerał jest charakterystyczny dla tej planety i prawdopodobnie, przy odrobinie szczęścia, znajdziemy go w innej lokalizacji. Powtarzam wam jednak: oni nas tam nie chcą. Mają swoje prawa i swoje wierzenia. I bardzo dobrze. Być może uda nam się ponownie nawiązać z nimi współpracę. Nie możemy jednak im zaufać. Nigdy nie wiadomo, co nowego wymyślą ich szamani.
A jeśli przyjdzie powódź lub susza i znowu nas oskarżą?
- Pułkowniku. Chyba się pan zagalopował. - Upomniał go Hammond. - Na razie jedynie rozważamy możliwość przejścia na drugą stronę i zbadania najbliższej okolicy. Nie planujemy założenia nowej bazy.
- Przepraszam sir. Ma pan rację, zapędziłem się trochę. Uważam jednak, że mieszkańcom tej planety nie możemy już ufać. Jeśli raz wystąpili przeciwko nam, mogą to zrobić powtórnie. Nie wydaje mi się, aby korzyści płynące z badań nad minerałem, były warte takiego ryzyka.
- Jack, sytuacja na planecie zmieniła się. - Daniel poprawił spadające na czubek nosa nowe okulary. - Starszy szamanów nie żyje. Pozostali szamani nie są już tak bezwzględni. Starszyzna wioski także nam sprzyja. No i jeszcze Azu. Jest naszym sprzymierzeńcem. Jestem pewien, że pomógłby nam w mediacjach z przywódcą wioski. To bardzo bystry dzieciak.
- Tak Danielu. To dzieciak. Nie zawsze wyciągnie nas z kłopotów. Kiedyś, gdy sam zostanie przywódcą wioski, będzie miał znacznie większy wpływ na swój lud. Teraz jest jedynie żądnym wiedzy i przygód podrostkiem. Nie opierałbym powodzenia całej misji wyłącznie na jego dobrej woli.
- Jesteś niesprawiedliwy, Jack. Azu naprawdę nam pomógł. To głównie dzięki niemu siedzimy teraz wszyscy razem. To on przekonał Radę Wioski, by nas uwolnili.
- Wiem, że jest dobrym dzieciakiem. Też go poznałem. W końcu to on uratował moje i twoje życie. Ale to jednak tylko dzieciak. Nie ma takiej władzy, takiego autorytetu, żeby zapewnić bezpieczeństwo całej misji.
- Panowie, proszę. - Hammond przywołał ich do porządku. - Przypominam, że na razie zastanawiamy się tylko, czy w ogóle wyruszymy na zwiad.
- Minerał jest naprawdę unikatowy. - Odezwał się drugi z geologów. - I bardzo chciałbym mieć możliwość przeprowadzania na nim dalszych badań. Ale zgadzam się ze zdaniem pułkownika. Mieszkańcy tej planety nie są nam przyjaźni. Cudem uniknęliśmy śmierci. Żeby zachować należyte bezpieczeństwo, musielibyśmy wysłać na planetę małą armię.
- To nieuchronnie doprowadzi do wybuchu konfliktu. Nie możemy prowadzić badań, pod nieustanną groźbą rozlewu krwi. - Daniel nerwowo splatał dłonie.
- Zgadzam się doktorze. Zdobywanie nowych technologii jest naszym priorytetem, ale nie możemy ingerować w kulturę i życie społeczne zamieszkujących ten świat ludzi. - Hammond w zamyśleniu pocierał czoło. - Wysłanie na planetę większej ilości wojska równałoby się niemal z okupacją. A na to nigdy nie wyrażę zgody ani ja, ani moi przełożeni.
- Jestem pewien, że porozumienie jest możliwe. - Upierał się dalej Jackson. - Jeśli tylko miałbym szansę porozmawiać ze starszyzną. Przekonałbym ich, że mamy jedynie pokojowe zamiary. Ta rasa ma naprawdę duży potencjał. Jeśli damy im szansę, mogą rozwinąć skrzydła, mogą rozwijać się w niesamowitym tempie.
- To właśnie nazywam ingerencją w kulturę, doktorze Jackson. - Przystopował go generał. - Już i tak dość dobrze poznali nasza technologię. Współpracowali przecież z nami. A mimo to zaatakowali nas.
- Ich kultura jest silniejsza, niż się panu wydaje doktorze. - Tym razem głos zabrał pułkownik Burns. - Przypominam panu, że uszliśmy z życiem także dlatego, że mój oddział został zamordowany. Tubylcy byli żądni krwi. Ktoś z nas musiał zostać stracony. Gdyby nie śmierć tych trzech chłopców, to my stalibyśmy się ofiarami ich rytualnych obrzędów. - Głos mężczyzny był spokojny, twarz bez wyrazu, lecz w jego oczach odbijały się emocje. Stracił swój zespół. Był mężczyzną, był żołnierzem, lecz był także człowiekiem. Wciąż odczuwał ból i żal, i poczucie winy, że nie potrafił ochronić tych młokosów. Był przecież za nich odpowiedzialny. Był ich dowódcą.
- O tym właśnie mówię. - Poparł go O`Neill. - Nie jesteśmy w stanie do końca przewidzieć konsekwencji naszych działań ani tym bardziej postępowania tubylców. - Wyciągnął dłoń w stronę Daniela, by go uciszyć. Archeolog już otworzył usta, by się odezwać.
- Nasz młody przyjaciel jest może inny, niż reszta jego współplemieńców. I być może znaleźlibyśmy jeszcze więcej sprzymierzeńców, ale to i tak wola całego ludu będzie decydowała, o możliwości współpracy z nami. A cały lud nie jest jeszcze na to gotowy.
Daniel przygryzał nerwowo dolną wargę. Nie mógł nie przyznać Jackowi racji. Tubylcy nie byli jeszcze gotowi na zmiany, jakie niósłby kontakt z bardziej zaawansowanym technologicznie partnerem. Azu tak. Był gotów. Ale czy wtedy nie musiałby wybierać, po której stronie ma się opowiedzieć? Być ze swoim ludem, czy przeciwko niemu?
- To wszystko nie oznacza jednak, że nie możemy zaryzykować krótkiego zwiadu. - Hammond z trzaskiem zamknął teczkę z dokumentami. - Dwa uzbrojone oddziały sprawdzą najbliższą okolicę wrót. Ocenią zniszczenia, jakich dokonał wybuch wulkanu oraz możliwość dalszej eksploracji planety. Pułkowniku Burns, zna pan dobrze ten teren. Chciałbym, aby dołączył pan do SG 3 i SG 12. To samo dotyczy pana, doktorze Jackson. Jeśli to będzie możliwe, starajcie się unikać bezpośredniego kontaktu z tubylcami. W razie wystąpienia jakiegokolwiek zagrożenia natychmiast wracacie do bazy. Odprawa z obiema drużynami odbędzie się jutro rano. Nie, Pułkowniku O`Neill. Pan nie wystawi nawet nosa poza tę bazę. To wszystko. Dziękuję panom.
Jack powoli opuścił uniesioną nieco wcześniej dłoń z miną mówiącą: No, co? Warto było spróbować.
- Tak jest sir! - Dźwignął się na nogi, gdy generał wstał z fotela i skierował się do swojego biura. Po chwili wszyscy zgromadzeni ruszyli do drzwi.






C.D.N.

Użytkownik cooky edytował ten post 19.07.2011 - |20:19|

  • 3

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#78 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 20.07.2011 - |18:02|

PIERWSZA HAHAH!
Świetna część :) ciekawi mnie co spotka ich na zwiadzie. Może napadnie na nich banda tubylców i ich porwie do swoich jaskiń :D Co do polskich dróg to rzeczywiście strasznie długo się budują. Można by przecież o wiele szybciej. Chole*a - nie wiem czy można powinno się pisać razem z by :0. Założę, że osobno.
Nie mogę się doczekać kolejnej części.
Pozdrawiam - igut214:)

P.S.
Co do anatomii, to mam u siebie ilustrowany wielki atlas anatomiczny człowieka i czytam go z wielką zawziętością i ciekawością ;). Nagroda za całokształt pracy na rzecz biblioteki szkolnej ;)
  • 1
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).

#79 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 20.07.2011 - |20:26|

kolejna bardzo dobra część... w sumie to nie wiem po co się na ten zwiad pchają, Jack ma racje tubylcy ich tam nie chcą
no cóż zobaczymy co z tego wyniknie :)

widzę że tu jakieś duże wzięcie na medycynę jest... ja obecnie szczęśliwa studentka historii... w sensie od października
  • 1

#80 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 20.07.2011 - |21:05|

I dalej życzę szczęścia :D w studiowaniu i perfekcyjnych wyników ;)
  • 0
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).




Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych