Skocz do zawartości

Zdjęcie

W oczekiwaniu na lepsze jutro...


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
128 odpowiedzi w tym temacie

#61 Michalina

Michalina

    Szeregowy

  • Użytkownik
  • 67 postów
  • MiastoOstróda(Mazury Zach.)

Napisano 26.05.2011 - |10:17|

Zgadzam się z Palek 21:D mógł go bardziej stłuc... Madi pisz, pisz:D
  • 1
Ubi dubium ibi libertas.

#62 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 26.05.2011 - |20:56|

:rolleyes: trochę ciszy, śpiewu ptaków, dobrej muzyki i słońca, czyli dzień na działce sprawił, że wróciła mi chęć do pisania.... chyba zrobiłam trochę emocjonalny rozdział, no ale najwyższy czas zbliżać się ku końcowi :)


Jack po cichu wszedł do pokoju ze wtuloną w jego szyję córką. Sam leżała na dużym dwuosobowym łóżku, tyłem do drzwi. Nie wiedział czy śpi czy też tylko udaje, ale mimo to nie chciał, aby go tutaj nakryła. Sytuacja mogłaby się stać wtedy dość niekomfortowa. Jack ostrożnie położył dziewczynkę na łóżku, obok jej matki i przykrył kołderką. Następnie pocałował ją w czoło. Dziewczynka chwyciła go za rękę, kiedy się wyprostował.

- Nie idź.- wymamrotała praktycznie zapadając w sen.
- Kochanie idę do drugiego pokoju, będziesz spała z mamusią. Nie zmieścimy się tutaj w trójkę.- odparł, a następnie skarcił się za to w myśli. „ Stary, napalony idioto! Tobie tylko jedno w głowie. Zająłbyś się czymś pożytecznym. Ona nie ma nawet ochoty na ciebie spojrzeć ,a ty już myślisz jak jej wejść do łóżka.” – Idź spać skarbie, potwór już nie wróci.

Jack ponownie ucałował dziecko, a następnie uśmiechnął się do niej. Gdy zauważył, że Emilly zasnęła opuścił pokój i udał się na spoczynek.

Jack położył się w drugie sypialni, naprzeciwko tej w której spała jego rodzina. Przewrócił się na swój prawy bok i spojrzał za okno na gwiazdy w nadziei, że to pomoże mu zasnąć. Jednak tak się nie stało. Leżąc bezczynnie w łóżku zaczął zastanawiać się jakby wyglądało jego życie, gdyby nie zniknął. Czy miałby teraz duży dom? Sam byłaby jego żoną? Przeszedłby na emeryturę? Mężczyzna odsapnął. Zamknął oczy. Przednim niewiadomo skąd wyrósł jego domek w Minnesocie.


Słońce świeciło od kilku dobrych godzin. Daniel i Teal’c siedzieli na werandzie i wymieniali się najnowszymi spostrzeżeniami na temat kultury i zwyczajów Jaffa i Goa’uldów, podczas, gdy Cassie bawiła się razem z psem. Jack uśmiechnął się do siebie i obrócił mięso na grillu. Emilly stała obok niego i uważnie przypatrywała się jego pracy, nie przestając się uśmiechać. Spojrzał na dziewczynkę, a ona wzięła do ręki stojącą na stoliku obok marynatę do mięsa i ostrożnie podeszła z nią do niego. Mężczyzna podziękował jej i wyciągnął rękę, aby odebrać plastikową miseczkę od córki, jednak ona pokiwała tylko głową.

- Ja chcę.- odparła praktycznie domagającym się tonem. Jack westchnął, a następne odłożył widelec i chwycił łyżkę. Podał ją córeczce, a następnie wziął ją na ręce, umożliwiając jej polanie mięsa. Emilly uważnie chwyciła łyżkę i zanurzyła ją w płynie, potem jej zawartość wylała na mięso.
- Chyba już wystarczy.- odparł Jack i postawił Emilly na ziemi. Dziewczynka wykrzywiła słodkie usta w grymas. O wiele bardziej wolała być w ramionach taty, niż patrzeć na świat z dołu.

Jack uśmiechnął się w jej kierunku, już chciał coś powiedzieć, kiedy poczuł delikatne damskie dłonie na swoim torsie. Powoli się obrócił i zauważył Sam. Kobieta miała na sobie luźną niebieską sukienkę, włosy spięte w kok.

-Tutaj jesteś skarbie.- odparła niskim głosem i pogładziła go po policzku. Jack uśmiechnął się na jej czuły dotyk, następnie objął ją w pasie jedną ręką i przyciągnął troszeczkę bliżej. Następnie jego druga ręka powędrowała do jej szyi. Jack nachylił się do swojej ukochanej, a po chwili ich usta złączyły się w czułym pocałunku.
- Eeeyuhhh… - pocałunek przerwał im głos Emilly. Jack i Sam oderwali się od siebie i spojrzeli na córkę, która ukryła twarz w dłoniach. Sam delikatnie pogładziła dziewczynkę po blond włoskach, a następnie przyklęknęła przy niej, poprawiając jej sukienkę.
- Kochanie, zadaje mi się, że obiecałaś coś Cassie.- powiedziała. Emilly odsłoniła twarz i pytająco spojrzał na mamę, następnie poszukała wzrokiem Cassie, która siedziała na trawie i głaskała jej owczarka niemieckiego. Dziewczynka szeroko się uśmiechnęła i szybko pobiegła w kierunku przyjaciółki. Gdy tylko się oddaliła, Sam westchnęła i powoli się wyprostowała. Spojrzał na Jacka i uśmiechnęła się.- Nareszcie sami. A wiec na czym stanęliśmy, panie O’Neill?
- Hm… zaraz odświeżę ci pamięć, pani O’Neill.- odparł i zamknął jej usta w kolejnym pocałunku.


Jack otworzył oczy. Nie znajdował się w Minnesocie, a już na pewno nie w ramionach Samanthy. Zamiast tego leżał na łóżku obejmując poduszkę. „Idioto. Coś tak pięknego nie mogło być realne.” Jack ciężko odsapnął i wygramolił się z łóżka. Narzucił na siebie szarą koszulkę z logo USAF i kapcie. Podszedł do drzwi, a następnie cicho je uchylił. Wszyscy spali. Nie chcąc nikogo budzić, zamknął drzwi i udał się do kuchni. Lata praktyki oraz czynnej służby, czy to na Ziemi, czy poza nią nauczyły go poruszać się praktycznie bezszelestnie.

Mężczyzna wszedł do ciemnego pokoju, oświetlanego jedynie przez gwiazdy i blask księżyca, który przebijał się przez zachmurzone niebo. Podszedł do lodówki. Otworzył ją i zlustrował wzrokiem, następnie wyciągnął wodę. Zamknął lodówkę i odwrócił się. Wtedy zobaczył ciemny kontur postaci, która siedziała przy blacie. O’Neill stanął w miejscu. Postać poruszyła się, a chwilę później stanęła przy oknie. Wzięła szklankę. Teraz dopiero Jack zauważył, kto przed nim stoi.

- Nie potrafi pan zasnąć, sir?- zapytała Sam podając mu szklankę. Jack nie odpowiedział, odebrał od niej naczynie i położył na stoliku. Następnie odkręcił wodę i wlał ją do szklanki, nadal przetwarzając jej słowa. Praktycznie to były jej pierwsze słowa wypowiedziane do niego od pięciu lat. Nie licząc tego ‘sir’ w korytarzu bazy.
- Sam nie jesteśmy już w wojsku. Porzuć te ‘sir’.- odparł po dłuższej chwili. Spojrzał na kobietę, mimo iż stała teraz w mroku, tylko parę korków od niego, to nadal doskonale ją widział. Była piękna, pomimo tych ohydnych rozcięć i podbitego oka, wyglądała wspaniale. Zniżył wzrok na jej wypukły brzuch. Pete był zwykłym idiotą, draniem. Jak ktokolwiek mógłby chcieć porzucić Samantę Carter? Piękną, błyskotliwą panią doktor, którą jest jednym z skarbów narodowych jakie posiadał ten kraj. W dodatku była w ciąży. Powinien stłuc tego idiotę, zrobić z niego placek, a nie delikatnie go obić. To co wyrządził Sam było niewybaczalne. Jack wypuścił oddech, który nieświadomie trzymał i nieśmiało się uśmiechnął.
- Tak jest, sir. Znaczy Jack. Przepraszam, to… przyzwyczajenie.- wymusiła na sobie delikatny uśmiech następnie zamilkła. O’Neill nie wiedząc co zrobić, także milczał. Po tylu latach swobodnych rozmów, ta obecna była dość niekomfortowa.

Jack chwycił szklankę z wodą i opuścił wzrok. Zrobił kilka kroków kierując się do wyjścia, gdy zatrzymał go głos Samanthy.

- Jack?
- Tak?
- Czy… czy możemy porozmawiać?- spytała cicho. Jack się zawahał, a następnie kiwnął głową prowadząc kobietę do salonu. Zaświecili świtało i usiedli w fotelach naprzeciwko siebie. Początkowo oby dwoje milczeli, jednak w końcu Sam się odezwała.- Minęło sporo czasu odkąd się ostatni raz widzieliśmy.

- Tak, sporo czasu. Sam…
- Jack…- zaczęła dosłownie w tym samym momencie.
- Ty pierwsza, proszę.- odparł, a ona tylko kiwnęła głową.
- Chcę, żebyś wiedział, że nie będę ci utrudniała z nią kontaktu, jeśli tego chcesz. Oczywiście to jest twoja decyzja, ale jeśli…
- Sam, z przyjemnością. Nie wiedziałem jak na to zareagujesz. Cieszę się natomiast, że będę mógł się z nią widywać. Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy. Myślałem, że nie będziesz chciała, abym się do niej zbliżał. Nie po tym co stało się Charliemu…
- To także twoja córka.- odparła, a gdy zdała sobie sprawę jak to zabrzmiało szybko się poprawiała. – Znaczy, o boże.- ukryła swoją twarz w dłoniach i wzięła głęboki oddech.
- Hej Sam, spójrz na mnie. Pomogę ci. Możesz na mnie liczyć. Nie chcę cię do niczego zmuszać, ale gdyby cokolwiek się działo wiesz gdzie mnie szukać.- mężczyzna wstał i uklęknął przy blondynce.
- Ja po prostu. Ja nie wiem co robić. Emilly, o boże Emilly nigdy nie miała ojca na jakiego zasługiwała. A ty… nie mogę cię obarczać odpowiedzialnością. Nie po pięciu latach, nie po…- pociągnęła nosem, na co Jack delikatne dotknął jej dłoni. – To był błąd, ta noc była dla ciebie błędem, nie mogę zrzucać odpowiedzialności. To nie w porządku. Zajmowałam się nią sama od momentu jej urodzenia. Dla mnie ona nigdy nie była błędem, kocham ją ponad wszystko.
-Shhy… Emilly nie jest i nigdy nie była błędem. Od momentu kiedy ją zobaczyłem na mojej werandzie z ta nieszczęsną ramką na zdjęcie, pokochałem ją. Nie wyobrażam sobie bez niej życia.- odparł i pogłaskał ukochaną po włosach. Kiedy ona odsłoniła twarz i spojrzała na niego swoimi zapłakanymi oczami, Jack kontynuował.- O boże Sam, gdybym tylko wiedział. Nigdy bym nie wyruszył na tą misję. Zostawiłbym program, zostawiłbym wszystko, aby być przy tobie i niej. Gdybyś tylko mnie chciała. Tamta noc nigdy nie była dla mnie błędem, nie chciałem ci niszczyć życia, kariery. Spójrzmy prawdzie w oczy. Byłaś zaręczona, szczęśliwa. A ja? Co ja mógłbym ci zaoferować? Nie miałem nic, Sam. Nic. Jestem starym, wysłużonym żołnierzem, ty natomiast piękną, inteligentną, młodą kobietą.
- Przestań, proszę przestań. To nie prawda.- wyszeptała i chwyciła go za rękę. – Nie jesteś stary. Nawet nie wiesz, jak bardzo się ucieszyłam, że urodzę twoje dziecko. Kiedy mi powiedziałeś, że to był błąd, ta noc…
- Przepraszam, nie chciałem, abyś tak pomyślała. Nigdy nie byłaś dla mnie błędem Sam, ani ty ani Emilly. Na miłość boską, dałaś mi kolejną szansę na bycie ojcem, a Emilly to najpiękniejszy prezent od życia jaki dostałem. Nie myśl o tym więcej, proszę.

Jack przyciągnął ją do siebie i zamknął w pocieszającym uścisku. Przejechał ręką po jej włosach i pocałował w czoło. Sam objęła go i wtuliła swoją głowę i zgłębienie jego szyi. Od dawna nie czuła się tak bezpiecznie jak teraz. Zaraz, poprawka. Nigdy nie czuła się tak jak teraz. Kochała go całym swoim sercem, pomimo iż zniknął na pięć lat, zostawił ją samą z dzieckiem ( nawet jeśli nie zrobił tego umyślnie)jej uczucie do niego nie zmalało. Wręcz przeciwnie. Z każdą sekundą, każdą minutą rosło coraz bardziej. Teraz kiedy trzymał ja w swych ramionach, po raz pierwszy od tylu lat mogła zapomnieć o bólu, cierpieniu. Jedno było pewne. „Nawet jeśli Jack nie czuł tego co ja, nawet jeśli uważał mnie tylko za przyjaciółkę…” Nadal nie chciała wierzyć w słowa Daniela, od zawsze wiedziała, że jej przyjaciel ma tendencję do nadinterpretacji i przesady. „… to przynajmniej Emilly będzie szczęśliwa, będzie miała ojca, o którym zawsze marzyła. A to jest najważniejsze, moja córeczka i jej szczęście jest teraz najważniejsze.”

Kiedy chwilę później oderwali się od siebie, Jack otarł jej łzy i chwycił za rękę. Pomógł jej wstać. Odprowadził ją do jej pokoju. Położył ukochaną na łóżku obok ich już dawno śpiącej córeczki i przykrył kołdrą. Sam nieśmiało uśmiechnęła się w jego kierunku i spojrzała w duże czekoladowe ozy przepełnione troską. Jack pocałował ją w czoło i wstał. Podszedł do wyjścia. Zanim zniknął za drzwiami, przystanął i kazał jej odpocząć. Następnie udał się do swojego pokoju.

B)
  • 2

#63 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 26.05.2011 - |22:23|

Uwielbiam emocjonalne kawałki! :P
Zamiast ich wiecznie chronić, już dawno powinni zamknąć ich w pustym pokoju, żeby raz a dobrze wszystko sobie wyjaśnili. No kurczę, są dorośli. Na pewno sobie poradzą z tą sytuacją.
Hmm... Czy O`Neill jest stary? No może trochę. Ale każda potwora... i tak dalej.
W każdym razie fragment bardzo mi się podobał.
Możesz częściej jeździć na tą działkę? :D
pozdrawiam.
  • 2

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#64 Michalina

Michalina

    Szeregowy

  • Użytkownik
  • 67 postów
  • MiastoOstróda(Mazury Zach.)

Napisano 27.05.2011 - |11:15|

Jack stary? Jack jest po prostu dojrzały. :) Nie kończ! Czekam na cd:D
Pozdrawiam
  • 2
Ubi dubium ibi libertas.

#65 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 28.05.2011 - |16:18|

Mam nadzieję że koniec nie nadejdzie :D
Świetny kawałek, a Jack jest jak wino, im starszy tym lepszy :)
  • 1

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#66 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 01.06.2011 - |21:07|

kolejny rozdział. Wyszedł mi trochę z POV Sam, ale myślę, że jest ok :)


Rankiem Jack wstał jako pierwszy z całego domu. Udał się do łazienki, aby załatwić poranne potrzeby, następnie umył się i ubrał w świeże ubrania. Wyszedł z łazienki i przeszedł do kuchni. Otworzył szafkę i wyciągnął z niej szklankę i kawę. Następnie nadał do bezprzewodowego czajnika wody i zagotował. W tym samym czasie, gdy woda się gotowała, Jack zasypał kawę i otworzył lodówkę. Wyciągnął z niej potrzebne składniki na naleśniki. Mężczyzna zaczął przygotowywać śniadanie, gdy do kuchni weszła Emilly. Dziewczynka ubrana była w żółtą piżamkę w żyrafy oraz za duże o kilka rozmiarów kapcie, które najwyraźniej podkradła Samanthcie. Przetarła zaspane oczy i uśmiechnęła się w jego kierunku.

- Dzień dobry księżniczko.- odparł Jack, gdy tylko zauważył córeczkę.- Głodna? Robię naleśniki.

Dziewczynka kiwnęła głową i podeszła bliżej ojca. Jack podniósł ją i posadził na taborecie przy blacie. Następnie wrócił do przygotowania naleśników.

- Dzień dobry.- do kuchni wszedł Daniel Jackson pogrążony w lekturze, nie spojrzał nawet na przyjaciela, tylko od razu usiadł obok Emilly mrucząc coś pod nosem o kawie. Położył książkę na blacie i przerzucił stronę. Emilly nachyliła się bliżej, aby zobaczyć obrazki.
- Co to jest wujku?- zapytała zabierając mu książkę spod nosa i wskazując jeden z obrazków. Jack również się nachylił, aby sprawdzić co zaciekawiło jego córeczkę.
- To jest…- Daniel nie zdążył dokończyć, gdyż do kuchni weszła Sam i Emilly pobiegła mamie na spotkanie.

Dziewczynka wyciągnęła ręce w górę. Sam schyliła się, a następnie podniosła córkę, witając się z resztą. Kobieta z dzieckiem na rękach usiadła obok Daniela sadzając Emilly na kolanach. Następnie uśmiechnął się w kierunku przyjaciela. Daniel tylko westchnął i wrócił do lektury, nie zauważając nawet zmiany jaka zaszła z Sam i Jacka.

- Pobawisz się ze mną mamusiu?- zapytała Emilly robiąc „szczenięce oczy” do swojej matki. W tym samym czasie Jack ściągnął z patelni pierwsze naleśniki, podając je razem z kawą Danielowi.
- Kochanie wiesz, że musze iść do pracy. Nie mogę zostać z tobą w domu.
- Ja nie chcę jechać do Peta.- oburzyła się dziewczynka i zsunęła z kolan matki, następnie pobiegła do pokoju i zatrzasnęła za sobą drzwi. Sam wstała, chcąc pobiec za córką, jednak powstrzymał ją Jack.

- Nie, pozwól mi to zrobić.- odparł, a kiedy jego ukochana pokiwała twierdząco głową, Jack wyszedł z kuchni i udał się do pokoju córeczki. Stanął pod drzwiami i zapukał, kiedy nikt nie odpowiedział, delikatnie nacisnął klamkę i uchylił drzwi, wchodząc do środka. Pokój był pusty, przynajmniej tak mu się z początku wydawało. Wszedł trochę dalej, wtedy zauważył skuloną blondynkę w kącie przy łóżku. Jack przykucnął przy dziecku i zaczął ją głaskać po główce. Nie minęła nawet minuta, gdy Emilly przyległa do niego jak rzepa. Mężczyzna uśmiechnął się przytulając ją do swojego ciała i nachylił, aby pocałować ją w czoło.- Co się stało, skarbie?
- Ja nie chcę jechać do Peta. Mama zawsze mnie z nim zostawia jak idzie do pracy, czasami bierze mnie ze sobą, albo idę do pani MacBee. Ale ja nie chce jechać do Peta. On jest niedobry, nie lubi mnie i zbił mamusię.
- Hej księżniczko, spójrz na mnie. Nikt nie zabierze cie do Peta. Jestem tutaj, przy tobie, dobrze.- odparł, a dziewczynka spojrzała na nimi swoimi dużymi czekoladowymi oczami. Jack przyciągnął ja mocniej do siebie.- Kocham cię Emilly i nie pozwolę cię zabrać. Twoja mamusia także cię nie odda. Zaraz będzie wychodzi do pracy, a ty zostaniesz ze mną, dobrze? Pójdziemy do parku i na lody, co ty na to?
- Tak!- Emilly uśmiechnęła się i zarzuciła swoje rączki wokół szyi Jacka.- Tatusiu?
- Słucham kochanie?
- Nie pozwól skrzywdzić mamusi.- wyszeptała dziewczynka.
- Nie pozwolę. Nie martw się. Przy mnie jesteście bezpieczne.- odparł mężczyzna i ucałował czoło córeczki.


Sam obserwowała całą akcję przez lekko uchylone drzwi. Kiedy Jack podszedł do jej dziecka, ich dziecka, wstrzymała oddech. Emilly od zawsze była nieśmiała i trudno nawiązywała nowe znajomości, jednak kiedy Jack posadził ją na swoich kolanach, Sam nie mogła powstrzymać się z zachwytu z jaką łatwością pokonał mur obronny ich córeczki. Emilly znała go zaledwie kilka dni, a już przywykła do niego, jakby był przy niej całe jej życie. W jej oczach pojawiła się iskra nadziei, szczęścia. Samantha sama nie wiedziała jak to określić. Jej córka była szczęśliwa, po raz pierwszy od niepamiętnego czasu się uśmiechała, a Jack był w kłopotach.

Sam uśmiechnęła się pod nosem. Emilly owinęła sobie sceptycznego i trzymającego się zazwyczaj z boku pułkownika wokół małego paluszka i mogła z nim zrobić co tylko chciała. „Kocham cię Emilly i nie pozwolę cię zabrać.” Usłyszała jak spokojnym i troskliwym głosem wypełnionym miłością mówił te słowa. Nie wątpiła nawet przez chwilę, że mówił szczerze. Na pierwszy rzut oka można było zobaczyć, że zależy mu na dziewczynce. Jack naprawdę kochał Emilly, a ona jego.

Nie słuchała ich dalszej rozmowy. Zauważyła tylko, jak dziewczynka wtula się w jego silne ramiona. Westchnęła, wspominając wydarzenia z zeszłej nocy. „Ich ile bym dała, aby być teraz na twoim miejscu Emilly. Odzyskałaś ojca, może i ja odzyskam przyjaciela, jakim kiedyś dla mnie był…”

- Zamiast tak stać i obserwować, mogłabyś do nich iść.- z zamyślenia wyrwał ją głos Daniela. Samantha cicho zamknęła drzwi do pokoju. Odwróciła się i ujrzała przyjaciela z kawą i książką w ręce.
- Nie Daniel, ja nie mogłabym…
- Oh proszę cię. Kochasz go, prawda?- Sam otworzyła usta, lecz nie odpowiedziała. – Wezmę to za tak.- dodał archeolog, a następnie chwycił przyjaciółkę pod ramię i pociągnął za sobą, aby swobodnie powiedzieć jej co myśli, nie obawiając się przy tym, że Emilly lub Jack i przeszkodzą.- Więc weź zrób coś z tym. Wszystko leży w twoich rękach. Zasługujesz na szczęście. Kochasz go, zawsze kochałaś. I nie zaprzeczaj, bo wiem, że to prawda. Wystarczyło z wami pobyć przez chwilę…- Sam westchnęła i spojrzała na przyjaciela, chcąc coś powiedzieć, jednak ten tylko uniósł swoją dłoń w górę w geście, aby mu nie przeszkadzała i kontynuował.- W dodatku Jack także żywi do ciebie silne uczucia. Sam wszystko zależy teraz od ciebie. Możesz ułożyć sobie życie i być szczęśliwa z Jackiem i dziećmi, albo… Poza tym Emilly go uwielbia, zresztą on ją także. Nie widzisz tego, że jest z nim szczęśliwa? Ma ojca, takiego o którym zawsze marzyła.
- To nie takie proste Daniel.- odparła. Może tym razem jej przyjaciel da jej spokój. Nie żeby nie doceniała jego troski o nią i Emilly, ale czasami po prostu przesadzał.- A teraz jeśli wybaczysz, jadę do bazy.

Sam minęła przyjaciela i ruszyła ku wyjściu. Chwyciła kluczyki od samochodu i w pośpiechu wybiegła z mieszkania udając się na parking. Weszła do samochodu i odpaliła go, następnie ruszyła przed siebie.

„O boże nie pożegnałam się z Emilly, pewnie teraz myśli że jestem na nią zła. Jestem okropną matką. Najpierw odebrałam Emilly ojca nie mówiąc mu o ciąży. Potem zaginął, a kiedy się w końcu odnalazł nie chciałam aby mała się z nim widywała. A teraz odbieram ojca temu maleństwu.” Pogładziła delikatnie swój brzuch. „Jestem okropną matką. Daniel ma racje, kocham Jacka i chcę być szczęśliwa, ale czy to możliwe? A co jeśli on mnie nie kocha, co jeśli mnie nie zaakceptuje? Może i żywi do mnie jakieś uczuci, ale przecież łączy nas dziecko, prawda? Przyjaźniliśmy się przez tyle lat, pracowaliśmy razem, to chyba coś znaczy. Daniel może się mylić, a ja nie przeżyje jego kolejnej utraty. Może będzie lepiej, jeżeli nie będę poruszać tej kwestii. Jest jeszcze Pete.” Ciężko odsapnęła i zatrzymała samochód na sygnalizacji świetlnej. „ Jest ojcem mojego nienarodzonego dziecka, może i nie jest najlepszym człowiekiem, ale przecież kiedyś taki nie był. Kiedyś go kochałam, nie tak jak Jacka, ale na swój sposób… Kiedyś byliśmy nawet szczęśliwi, planowaliśmy rodzinę. Co się zmieniło? Czy to ja? Czy zrobiłam coś nie tak? Dlaczego on się aż ta bardzo zmienił? Dlaczego sięgnął po alkohol?” z zamyślenia wyrwał ją klakson innego kierowcy, Sam spojrzała na światła. Czerwone już dawno zmieniło się na zielone. Zmieniała bieg, dodała gazu, ruszając. „Jakim Pete byłby ojcem dla naszego dziecka? Czy traktowałby je tak jak Emilly? Czy może byłby lepszy? Po tym jak zareagował na moją ciążę, raczej nie powinnam się spodziewać po nim wiele. Może to i lepiej, że ten maluszek go nie pozna, ale przecież nie może nie mieć w ogóle ojca. Wychowywałam się bez matki, czy naprawdę chcę aby moje dzieci przeżywały to co ja? Z drugiej strony cz naprawdę chcę, aby to maleństwo miało ojca kata? Jack nigdy nie uzna go za swoje, no bo niby dlaczego by miał!? Jest ojcem Emilly. Właśnie, moja malutka córeczka. Musze jej w końcu powiedzieć, że będzie miała młodszego braciszka lub siostrzyczkę. Jak ona to przyjmie? Ucieszy się?”

Pogrążona w myślach nawet nie zauważyła, że od jakiegoś czasu nie znajdowała się na jezdni, tylko stała na pobliskim parkingu stacji benzynowej. Rozglądnęła się dokoła, a chwilę później wyszła z samochodu, by rozprostować nogi. Nie żeby do bazy miała daleko, gdyż zaledwie dwadzieścia minut jazdy samochodem od domu Daniela, ale jazda podczas rozmyślania nie była dobra. Postanowiła wiec oczyścić umysł, świeżym powietrzem.

„Co ja mam zrobić? Pete i to toksyczne małżeństwo chroni mnie przed sądem polowym, ale czy naprawdę szczęście mojego dziecka nie jest ważniejsze? A co jeśli mi ją zabiorą? Co jeśli i Jacka będą chcieli sądzić? Oh Sam weź się w garść nie spaliście ze sobą umyślnie, przecież gdyby nie tamta misja, tamta zabawa, alkohol, ta noc nigdy by się nie wydarzyła, Emilly nigdy się nie urodziła. Nie mogą zamknąć mnie za coś, co zrobiłam nieświadomie, prawda? Poza tym generał Hammond mi pomoże, w jakiś sposób. Musze z nim porozmawiać. Jeśli nie spróbuję, nigdy się nie dowiem. A przecież dla Emilly warto spróbować. Moja córeczka zasługuje na ojca, wspaniałego ojca jakim jest Jack.”

Kobieta wróciła do samochodu, usiadła za kierownicą i sięgnęła do małej, czarnej torebki, leżącej na siedzeniu obok. Wyciągnęła z niej telefon komórkowy i wybrała numer. Po kilku sygnałach usłyszała damski głos. Blondynka wzięła głęboki oddech. „Teraz albo nigdy!” powiedziała do siebie, a następnie zwróciła się do swojej rozmówczyni:

- Dzień dobry z tej strony Samantha Carter. Czy miałaby pani chwilę czasu, aby się dzisiaj spotkać? Aha, oczywiście, rozumiem. Nie po południu nie bardzo mi pasuje. Tak. Tak. Nie, to dość pilna sprawa. Tak. Oczywiście. Dobrze, bardzo dziękuję. Postaram się przyjechać za pięć minut.

Sam wrzuciła swój telefon do torebki i odpaliła samochód. Wycofała go z parkingu, a następnie zawróciła, jednak nie skierowała się do bazy, tylko do biura dawnego przyjaciela. „Teraz już nie będzie odwrotu. Mam nadzieję, postępuję słusznie.”

Użytkownik Madi edytował ten post 01.06.2011 - |21:07|

  • 1

#67 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 01.06.2011 - |21:27|

Ciekawe czy dobrze się domyślam... ?
Świetny kawałek :) Poproszę następny tak szybko jak się da.
  • 1

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#68 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 01.06.2011 - |21:40|

ja się wcale nie domyślam, ale też czekam na dalszy ciąg. ;)
  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#69 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 02.06.2011 - |21:11|

Gdy Sam dotarła do bazy dwie godziny później, czuła się znaczniej lepiej, psychicznie oczywiście, gdyż fizycznie nadal oznaki ciąży dawały jej w siwe znaki. Wpisała się w księgę przy wejściu i udała się dwoma windami na sam dół, poziom 28. Zaraz po wyjściu ze środka transportu udała się do szatni, aby przebrać się w swój biały fartuch, gdy była już gotowa do pracy, przeszłą do stołówki. Zabrała ze sobą zieloną herbatę i kanapkę z tuńczykiem. Udała się szarym korytarzem do swojego laboratorium.

Czekał ją ciężki dzień. Na początek artefakt z ostatniej misji SG-11, następnie odprawa z generałem Hammondem na temat generatora i polepszenia wydajności wrót. Po krótkiej przerwie natomiast czekały ją analizy, raporty oraz skończenie pisania nowego programu do „sterownika DHD wrót”, gdyż ostatnio wykazywał problemy i szczerze powiedziawszy, za każdym razem, kiedy uruchamiano wrota Sam musiała przychodzić do pomieszczenia kontrolnego wrót, aby „nadzorować” jego pracę. Pani doktor odłożyła kubek z herbatą na biurko i robiąc gryz kanapki włączyła laptop.

Dalsza część dnia zleciała jej dość szybko, aż do odprawy z generałem. Teraz Sam siedziała w sali odpraw, gdzie kiedyś spędzał tyle czasu z SG-1 i słuchała wywodu techników wrót, co chwilę wtrącając jakieś spostrzeżenia. Po prawie dwu i pół godzinnym spotkaniu naukowcy na rozkaz generała rozeszli się. Samantha nadal stojąc w miejscu westchnęła, a kiedy zobaczyła, że wszyscy opuścili pomieszczenie na dobre, udała się za generałem do jego biura. Zapukała, a kiedy usłyszała pozwolenie na wejście, otwarła drzwi i stanęła przed Hammondem.

- Sir? Z całym szacunkiem generale chciałbym prosić o skontaktowanie się z Tok’ra. Muszę porozmawiać z ojcem.-powiedziała bez wahania doktor Carter.
- Oczywiście. Zaraz wyślemy wiadomość.-odparł i zawoła Waltera. Poinstruował go co ma zrobić, a gdy ten wyszedł skierował swoje słowa do Sam.- Czy coś się stało?

Sam usiadła na krześle i spojrzała przez szybę na salę odpraw. Łzy spłynęły je po policzkach, jednak szybko je otarła zanim Hammond zdążył je zauważyć. Generał usiadł obok niej i chwycił ją za ręce, zmuszając aby na niego spojrzała.

- Ja… ja… dzisiaj rano rozmawiałam z prawnikiem i wniosłam pozew o rozwód.- wyszeptała.- Nie mogę tak dłużej żyć. Nie chcę aby moje dzieci miały takiego ojca jakim jest Pete. Lepiej im będzie bez niego. Nie mogę wiecznie znosić jego uwag, pijaństwa, krzyków i pogardy względem Emilly i tego jak…- pociągnęła nosem. George spojrzał na nią z zatroskaniem i podał jej chusteczkę aby otarła łzy.
- Czy Pete cię uderzył?- zapytał zauważając kilka nowych siniaków. Był przekonany, że nie miała ich jak wróciła z misji, a podczas pracy w laboratorium nie mogła ich nabyć. Sam nie odpowiedziała, kiwnęła tylko głową i ponownie zalała się łzami.- Czy uderzył twoją córkę?
- Nie, sir ale on jest nieobliczalny. Boję się, sir. Boję się, że w końcu mógłby jej coś zrobić. Z całym szacunkiem generale, wiem, że to małżeństwo chroni mnie przed sadem polowym, ale mam to gdzieś. Nie będę ryzykowała życia mojej córki i jej szczęścia, tylko dlatego, że mogę stanąć przed sądem. Nie obchodzi mnie to. Emilly jest dla mnie ważniejsza.
- Doskonale cię rozumiem i popieram twoja decyzję. Pamiętaj, że nie jesteś sama. Nie pozwolę ani ja, ani twój ojciec, aby coś ci się stało, albo Emilly.
- Chcę tylko mieć pewność, że jeśli mnie zabiorą, to Emilly zostanie z Danielem, albo…- po raz kolejny pociągła nosem.- … albo pojedzie do pułkownika. Czy… czy może mi to pan zapewnić, sir?
- Oczywiście Sam, oczywiście. Zrobię wszystko co w mojej mocy.- powiedział i przytuliła naukowca. Była dla niego ja córka i przeżywał jej osobiste tragedie tak jak ojciec. – Mogę cię jeszcze o coś zapytać?- kiwnęła głową, kiedy tylko się oderwała od generała.- Czy Pete wie, że spodziewasz się jego dziecka?
- Tak jakby, sir.- odparła, a gdy ujrzała zdziwione spojrzenie dowódcy kontynuowała.- Powiedziałam mu o ciąży. Dostał furii, zaczął rzucać tym co miał akurat pod ręką i oskarżać mnie, że… że zdążyłam już wskoczyć pułkownikowi O’Neillowi do łóżka. Ja… a… a potem kazał mi się wynieść z jego domu, więc wzięłam samochód i pojechałam z córką do mieszkania Daniela.
- Gdzie jest teraz Emilly?
- U Daniela.- odparła, czując jednak winę, że okłamuje dowódcę. Emilly przecież była teraz w mieszkaniu Daniela ze swoim ojcem. – Z pułkownikiem O’Neillem.
- Słucham?- zdziwił się generał.
-Sir, nie mogę pana okłamywać. Kiedy przyjechałam wczoraj do Daniela, pułkownik tam był. To nie było zamierzone spotkanie, po prostu tak się stało, sir. Nie cofniemy czasu.- odparła ocierając łzy.
- Rozumiem, oczywiście, ale musisz sobie zdawać sprawę, że nie będę mógł cię dłużej chronić.
- Zdaję sobie z tego sprawę, sir.
- Dobrze wiesz jacy są biurokraci. Dla nich załamaliście regulamin, mimo iż byliście pod obcym wpływem i nie spoczną póki za to nie odpowiecie. Wiesz, że oni są nieobliczalni. Już raz próbowali cię zmusić do usunięcia ciąży, praktycznie wyrzucili cię z programu. Podpisanie tego dokumentu uratowało ci karierę Sam, ale nie wiemy ile czasu minie zanim znowu będą chcieli was przesłuchiwać i znowu sobie coś wymyślą.
- Tak jest, sir. Wiem też, że to chce zrobić jest niebezpieczne i może mnie narazić, ale mam zamiar pozwolić mu widywać się z córką. – odparła, a generał wstrzymał oddech.- Z całym szacunkiem generale, ale on ma do tego prawo, a ja nie mogę spojrzeć Emilly w oczy i powiedzieć, że nie może się spotykać z ojcem bo mogę trafić do więzienia.

Hammond tylko westchnął. Dr Carter miała rację, musiał to przyznać. Ta dziewczyna była dla niego jak córka i postanowił, że będzie ją chronić. Co mógł poradzić na to, że zaszła w ciąże ze swoim dowódcą i odmówiła zabicia własnego dziecka. Nie zrobiła tego celowo, nigdy nie zrobiła czegoś, co mogłoby narazić program, Ziemię czy pułkownika O’Neilla. Była wspaniałym żołnierzem i genialnym naukowcem. Nie była niczemu winna, jednym winowajcą tutaj był trunek, który wypili razem z Jackiem podczas misji na P3X 958.

- Sam posłuchaj mnie uważnie. Weźmiesz kilka dni wolnego i pojedziesz do mieszkania doktora Jacksona. Spędzisz ten czas z córką i nie będziesz myśleć o Pete’cie. Jak tylko twój ojciec przejdzie przez wrota powiem mu gdzie jesteś, dobrze?
-Tak jest, sir.- odparła i wstała z krzesła, skierowała się do wyjścia. – Sir, a co z pułkownikiem O’Neillem?
- Nie martw się tym. Jack wyjedzie co Minnesoty, jak będzie tylko miał na to ochotę. To już zależy od niego. Wiesz, że życzę wam jak najlepiej, dlatego mam zamiar pogawędzić trochę z prezydentem. Ty natomiast musisz powiedzieć ojcu prawdę. Jesteś wolna. - Odparł generał. Sam z przyzwyczajenia zasalutowała, a chwilę potem oddaliła się w głąb korytarza.

TBC :)
  • 1

#70 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 02.06.2011 - |22:09|

Proszę cię nie wolno przerywać w takim momencie.
Pozdrawiam i czekam na dalszy ciąg.
  • 1

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#71 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 06.06.2011 - |22:35|

Madi, wysyłam ci trochę pozytywnych wibracji.
Niech wszyscy mają radochę z twojego pisania. ;)
A im więcej pisania, tym więcej radochy. :D
Pozdrawiam i życzę owocnej sesji przy komputerku.
  • 2

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#72 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 09.06.2011 - |09:48|

chyba pozytywne fluidy pomogły :) kolejny rozdział :P


Tymczasem Jack siedział w parku na ławce i obserwował jak Emilly bawi się w piaskownicy razem z innymi dziećmi. Myślami był przy Charliem i czasie który stracili, Emilly była jego kolejna szansą. Nie chciał porównywać dwójki swoich dzieci, to byłoby niesprawiedliwe, Charlie nie żył, a Emilly była tutaj i teraz. Nie mógł się na nią napatrzeć, była śliczna i byłą jego dzieckiem. Może nie było go przy jej pierwszych krokach czy słowach, ale miał zamiar nadrobić jakoś te pięć lat nieobecności i w życiu swojej córeczki, jak i w życiu jej matki. „Cała Sam.” Pomyślał i uśmiechnął się do bawiącej się łopatką dziewczynki. Emilly złapała jego spojrzenie i odrzuciła łopatkę, następnie otrzepała raczki z piasku i wyszła z piaskownicy, podbiegając z uśmiechem do ojca. Chwyciła go za rękę i zmusiła do wstania z ławki. Jack westchnął, a następnie podążył za dziewczynką do piaskownicy. Usiadł na drewnianym oparciu, podczas gdy dziecko weszło do piasku. Usadowiła się niedaleko ojca i chwyciła łopatkę do reki, następnie zaczęła nabierać na nią pisaku i usypywać małą górkę.

- Co budujemy, księżniczko?- zapytał Jack nabierając do wiaderka piasku.
- Zamek!- odparła radośnie Emilly, nie przestając kopać dziury.
- Zamek, świetnie! – odparł Jack uśmiechając się i przewrócił wiaderko z pisakiem do góry dnem, tworząc w ten sposób jedną z wieży. Gdy wieża powstała zadowolony spojrzał na efekt swojej pracy, następnie wygładził jeszcze powierzchnie jednej ze ścian i zabrał się za budowanie drugiej wieży.- A co to będzie?- wskazał na podłużną dziurę, otaczającą zamek, który był w etapie budowy.
- Tu będzie woda, gdzie będą pływać zielone jaszczurki. I nikt nie będzie mógł się dostać do zamku.
- Zielone jaszczurki?- Jack uniósł prawą brew w górę imitując Teal’ca.
- No wiesz tatusiu, takie duże z zębami i ogonem. Krodyle.
- Krokodyle?
- Tak! Krodyle.- uśmiechnęła się i wróciła do budowy zamku.
- A widziałaś kiedyś takiego krokodyla?
- W telewizji. Mama obiecała zabrać mnie do zoo, ale nie ma teraz czasu.- Emilly opuściła swoją blond główkę w dół.
- A chciałabyś tam pojechać ze mną? Weźmiemy mamusie z nami, to będzie taka nasza mała niespodzianka dla niej. Co ty na to, księżniczko?- zapytał Jack, a po minie córki wywnioskował, że pomysł bardzo jej się spodobał.

Po godzinie zabawy na placu zabaw, Jack zabrał córeczkę do domu. Gdy przechodzili przez parking, zauważył samochód Samanthy. Zdziwiony, że jego ukochana tak szybko pojawiła się w domu, przyspieszył kroku. Weszli do budynku i windą udali się na piąte piętro. Kiedy wyszli z środka transportu, skierowali się korytarzem w stronę drzwi Daniela. Emilly, która szła przodem nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi wbiegając do środka.

-Mamusiu, mamusiu, zobacz mam plaster na nóżce, ale mnie nie boli! Już nie.- ogłosiła wbiegająca do salonu Emilly. Sam siedział na sofie z laptopem na kolanach i pisała, kiedy dziewczynka podbiegła do niej i pokazała kolorowy plaster w postacie z bajek, Samantha odłożyła komputer na stolik i podniosła dziewczynkę sadzając ją na jej kolanach.
- Ojeju! Co się stało?- zapytała z troską i podmuchała kolanko córeczki, w tym momencie do salonu wkroczył Jack. Wyszczerzył zęby do Samanthy i opadł bez sił na fotel naprzeciwko niej.
- Przewróciła się.- wytłumaczył Jack nalewając sobie wody do szklanki. Sam przerzuciła swój wzrok z niego na córkę.
- Bawiłam się z dziećmi i się przewróciłam. Zrobiłam sobie ‘ała’ w kolanko i bardzo mnie bolało, ale tatuś podmuchał i nalepił plaster. Teraz mnie już nie boli. Powiedział, że byłam dzielna i kupił mi lody.- odpowiedziała. Sam pogłaskała córkę po główce. – I tatuś powiedział, że pokaże mi krodyle.
- Krokodyle.- poprawiła ją Samantha, a Jack tylko się uśmiechnął obserwując całe zdarzenie.
- Pojedziemy do zoo, mamusiu. Zgodzisz się? Proszę, proszę, proszę!
- Porozmawiamy o tym później, dobrze? A teraz idź umyć rączki Emilly, za chwilę będzie obiad.- dziewczynka kiwnęła głową i ucałowała Samanthę w policzek, następnie wybiegła z pokoju. Sam skierowała natomiast swój wzrok na Jacka.- Zoo?

Jack nie wiedział jak się zachować. To była jedna z tych chwil, kiedy nie potrafił odczytać co tak naprawdę myśli Sam. „A co jeśli jej się ten pomysł nie spodoba? Jest jej matką, jej zdanie ma ogromne znaczenie. To że pozwoliła mi się widywać z Emilly, nie oznacza zaraz, że zgodzi się na wszystko co zaproponuje. Cholera Jack, ty kretynie, trzeba było najpierw porozmawiać z Samanthą, a nie stawiać ją przed faktem dokonanym.” Przełknął ślinę wstając z fotela. Wyprostował się i spojrzał kobiecie w oczy.

- No wiesz, każde dziecko raz w życiu musi odwiedzić zoo.- nieśmiało się uśmiechnął. W tej kobiecie było coś takiego, co sprawiało, że czuł się jak młokos, a nie dojrzały mężczyzna.
- Zoo?- zapytała powoli wstając, następnie uśmiechnęła się.- Fajnie! To kiedy jedziecie?
- A kiedy masz wolne?
- Słucham?- zapytała się.
- Chyba nie myślałaś, że pojedziemy bez ciebie, Sam.- odparł spoglądając na kobietę, która opuściła głowę dół czerwieniąc się.- Myślałaś.
- Hm… To kiedy jedziemy?- uśmiechnęła się.
- Chciałem jechać jutro, ale pewnie pracujesz, więc…
- W prawdzie to nie. Generał dał mi kilka dni wolnego. Możemy pojechać jutro, jeśli chcesz…
- Świetnie!- odparł. Sam zrobiła krok do przodu i skierowała się do kuchni zapraszając go na obiad. Jack wyszczerzył zęby i podążając za nią przypomniał sobie jedną z ich wspólnych misji, na który Sam zabrała własnoręcznie pieczone ciasto z zakalcem. Do tej pory pamiętał minę Daniela po zjedzeniu wypieku.- Hej, to ty umiesz gotować!?- Sam tylko odwróciła się z poważną mina skierowaną w jego stronę.
- Bardzo śmieszne, sir!

Jack tylko się uśmiechnął, a następnie podążył za ukochaną do kuchni, gdzie już czekała na nich ich córka. Usiedli przy stole, a Samantha podała im talerze z zupą. Zaczęli jeść.

- Daniel jest jeszcze w bazie?- zapytał kończąc posiłek.
- Nie. On i Teal’c „wyjechali” na parę dni. Wykopaliska.- odparła spoglądając na Jacka. Mężczyzna wydawał się rozczarowany jej odpowiedzią. „ Czyżby nie chciał ze mną przebywać? Hm… to jasne Sam. On jest tutaj tylko z powodu córki!” Kobieta opuściła głowę.
- Szkoda, bo za parę dni będzie już za późno.- odburknął Jack wstając od stołu. Chwycił talerz odniósł go do zlewu. Odwrócił się i spojrzał za okno, unikając wzroku Sam, który był przepełniony smutkiem.
- No cóż. Może ja mogłabym pomóc?- zapytała z nadzieją, jednak po jego minie wiedziała, że popełniła błąd. Kiedy Jack się odezwał była już tego pewna.
- Nie! No cóż muszę sobie poradzić sam.- uśmiechnął się, a po chwili milczenia znowu odezwał.- No dobra, ja wychodzę, jestem umówiony na mieście. Nie masz nic przeciwko, prawda?
- Nie oczywiście, że nie.- odparła starając się ukryć swoje rozczarowanie i smutek pod nieśmiałym uśmiechem.

„Jack wychodzi, jest umówiony na mieście. Czego ty się w ogóle spodziewałaś, że będzie wspaniałym ojcem dla Emilly i poświęci swoje życie dla ciebie!? Ma kogoś, to oczywiste. Chce być szczęśliwy i ma do tego prawo. Jest tylko człowiekiem! A ty jesteś TYLKO matką jego dziecka! Może i go kochasz, ale on nie widzi w tobie kobiety, z którą mógłby być. Zresztą sam spójrz prawdzie w oczy. Kto chciałby się wiązać z tobą! Jesteś w ciąży, żaden mężczyzna nie chce takiej odpowiedzialności.”

- Świetnie. Nie wiem kiedy wrócę. Cześć!- krzykną z przedpokoju, kolejną rzeczą którą usłyszała, było zamknięcie drzwi. Samantha westchnęła i opuściła głowę w dół. Po krótkiej chwili zadumy zabierając talerze wstała od stołu. Zaniosła je do zlewozmywaku nie przestając myśleć o tajemniczym spotkaniu Jacka. Kobieta odkręciła kurek z ciepłą wodą, następnie nalała płynu na gąbkę i zaczęła zmywać, wyglądając przez okno.

Jack wyszedł z budynku i skierował się na parking, rozglądnął się dookoła. Wtedy ujrzał czerwone Ferrari. Uśmiechnął się pod nosem kierując w stronę samochodu. Zobaczył jak drzwi się otwierają i wychodzi z nich młoda brunetka w czarnych szpilkach. Kobieta miała oliwkową skórę, która zakryta była pod czarnymi spodniami oraz zielonkawą bluzeczką. Na szyi zawiązaną miała apaszkę. Jej zielone oczy przykryte były dużymi okularami przeciwsłonecznymi z ostatniej kolekcji Dolce & Gabbana. Gdy tylko zobaczyła Jack szeroko się uśmiechnęła i pomachała w jego stronę. Chwile późnej Jack stanął przed nią, wymienili się buziakami w policzek.

- Donna, wyglądasz zabójczo.- odparł ze swoim charakterystycznym urokiem pilota.
- Ty tez się nieźle trzymasz Jack. To co jedziemy? Przygotowałam coś specjalnego na dziś. Mam nadzieję, że ci się spodoba.
- Pewnie.- uśmiechnął się w jej kierunku, a następnie oby dwoje weszli do samochodu. Chwilę później Donna zapaliła silnik i ruszyli w stronę skrzyżowania.

Sam otwarła usta ze zdziwienia, gdy zobaczyła właścicielkę samochodu. „Piękna, młoda, bogata i pewnie samotna. Kto chciałby ją ,doktor Samanthę Carter z brzuchem, gdy obok była taka piękność? Sam kogo ty oszukujesz, dlaczego posłuchałaś Daniela!?Jack cię nie kocha, owszem kocha Emilly, ale nie ciebie. Musisz się z tym pogodzić. Już zawsze będziesz sama, z dziećmi.” Wyszeptała pod nosem, i zakręciła wodę. Schowała czyste, wcześniej wytarte naczynia do szafki i odwróciła się robią kok do przodu stanęła przy stole, gdzie jej córeczka rysowała. Spojrzał przez ramię dziewczynki na rysunek, a następnie pogłaskała ją po główce. Emilly odwróciła wzrok i spojrzała na matkę.

- Mamusiu dlaczego płaczesz?- zapytała dziewczynka. Wtedy dopiero Sam zorientowała się, że ma wilgotne oczy, a po jej policzkach spływają łzy. Kobieta szybko je otarła i ucałowała córeczkę w czoło. Nic nie powiedziawszy udała się do sypialni.


TBC :) no nie wiem kiedy, ale na pewno. Kolejna część się pisze, moim iż trochę zamieszania się zrobiło z innym moim fanfickiem.
  • 1

#73 Michalina

Michalina

    Szeregowy

  • Użytkownik
  • 67 postów
  • MiastoOstróda(Mazury Zach.)

Napisano 09.06.2011 - |10:58|

Madi Madi :) uwielbiam ten fic pisz, pisz dalej.
Zastanawiam się co ten Jack kombinuje...
Czekam na cd i weny życzę:)
Pozdrawiam
  • 2
Ubi dubium ibi libertas.

#74 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 09.06.2011 - |11:12|

Tak,wiem że będą razem, obawiam się jednak że do tego
czasu nie wytrzymam nerwowo.
Po co ci ta Donna ja się pytam???
  • 1

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#75 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 12.06.2011 - |11:13|

Oj, bo wpędzisz tą biedną Sam w depresję.
Już i tak jest w nie najlepszej formie psychicznej. :(
Czy Jack tego nie widzi? Ma klapki na oczach? I jeszcze ta laska w super bryce...
Czekam co będzie dalej, bo tak to ja nie chcę! :D
  • 1

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#76 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 12.06.2011 - |20:28|

Madi Madi :) uwielbiam ten fic pisz, pisz dalej.


dziękuję bardzo :)

Zastanawiam się co ten Jack kombinuje...


Po co ci ta Donna ja się pytam???


Obawiam się, że w tym rozdziale mogę odpowiedzieć tylko na jedno z tych pytań :P


:) :)


Kiedy czerwone Ferrari stanęło na parkingu przed jedną z ulubionych restauracji Jacka w mieście był już wieczór. Donna wygasiła silnik i wyszła z samochodu, mężczyzna zrobił to samo. Kiedy kobieta zamknęła samochód na kluczyk, oboje skierowali się do środka restauracji. Jack uprzejmie otworzył przed nią drzwi, na co ona odpowiedziała promiennym uśmiechem. Weszli do środka i usiedli przy stoliku, który zaproponował im kelner, następnie otworzyli menu.

- A więc co teraz porabiasz Jack?- zapytała kobieta jednocześnie słodko trzepocząc rzęsami w jego kierunku.
- Jestem na emeryturze.
- Ty i emerytura, proszę cię. Jesteś na nią stanowczo za młody.- odparła. W tym samym czasie do stolika podszedł kelner. Kobieta uśmiechnęła się w jego stronę i złożyła swoje zamówienie.
- Ta… wiesz jak to jest. Misje za granicą, akcja, więzienia, tortury, itp. Jakoś nie będę za tym specjalnie tęsknić, a tutaj z drugiej strony jestem potrzebny.
- Potrzebny? Możesz jaśniej?
- Uwierz mi lub nie, ale właśnie się dowiedziałem, że mam pięcioletnią córkę.- odparł z dumą i sięgnął po szklankę z Martini, którą kilka minut wcześniej przyniósł kelner, razem z bezalkoholowym drinkiem dal Donny.
- Właśnie się dowiedziałeś? Pięcioletnią? Jack!- mężczyzna rozłożył ręce i przewrócił oczami. Donna upiła napoju, a po krótkiej chwili ponownie się odezwała.- To dlatego się ze mną spotkałeś.
- To był jeden z wielu powodów.- wyrzekł z uśmiechem.- A co tam u ciebie?
- Oh wiesz, nie jest źle. Praca, praca i praca.
- Ty i praca? Donna zadziwiasz mnie.
- Ludzie się zmieniają, poza tym nie jestem już małą dziewczynką. Umiem o siebie zadbać- odparła ukradkiem spoglądając na barmana.
- Taa… w to nie wątpię.- powiedział biorąc do ręki widelec i robiąc sobie miejsce na stole na talerz, który właśnie przyniósł kelner. Podziękował mu i spojrzał na swoją towarzyszkę, która wyraźnie zaciekawiona była siedzącym przy barze mężczyzną w garniturze.- Niektóre rzeczy się jednak nie zmieniają. A tak przy okazji, ten facet do którego się ślinisz, jest żonaty.- dodał z uśmieszkiem. Donna zmarszczyła brwi i zwróciła swoją całą uwagę na kelnera, który właśnie podawał jej owoce morza. Kiedy przytłoczony zainteresowaniem klientki młody kelner odszedł, Donna słodko uśmiechnęła się do Jacka.- Naprawdę stać cię na więcej!
- Nie ważne, wróćmy do interesów.- odparła potrząsając głową i wyciągnęła z torebki białą teczkę na gumce. Otworzyła ją i podała Jackowi razem z długopisem.

Sam krzątała się po mieszkaniu Daniela i zbierała zabawki Emilly do wiklinowego koszyka, aby zabić czas i nie zastanawiać się co robi Jack. Było już dość późno. Starła się nie zerkać na zegarek, ale jakoś nie potrafiła się oprzeć pokusie. Chciała się dowiedzieć gdzie poszedł i kim była tamta kobieta. „Co ja robie? Czekam na niego, nie powinnam. To jego życie i może robić co chce oraz spotykać się z kim chce! Ale dlaczego Jack chce się spotykać z innymi?” Samantha odłożyła kosz na bok i usiadła w fotelu, skuliła bose stopy pod siebie i oparła głowę o oparcie. Zamknęła oczy, mimo iż nie była zmęczona, zdrzemnęła się. Chwilę później obudziło ją ciche dreptanie. Otworzyła oczy i zobaczyła przed sobą Emilly w piżamce. Dziewczynka wdrapała się na kolana matki, a następnie wtuliła swoje małe ciało w jej.

- Kochanie dlaczego jeszcze nie śpisz?- zapytała Sam głaszcząc córkę po główce.
- Chce zaczekać na tatusia z tobą! Nie chce mi się spać.- odparła ziewając. Sam tylko westchnęła. „O tak Emilly to wykapany Jack.” Usadowiła się jak najwygodniej się dało i przytuliła do siebie Emilly, nakrywając ją kocem, który leżał obok.- Mamusiu?
- Tak skarbie?
- A gdzie poszedł tatuś?

„On się zabawia z jakąś lafirynda, a ja czekam na niego z dzieckiem ramionach. I co ja mam jej powiedzieć, kiedy o niego pyta? Przecież nie powiem jej, że jej tatuś ma „przyjaciółkę”, z którą spędza czas.”

- Nie wiem skarbie, o to musisz zapytać jego.- odparła Sam czując ukucie zazdrości o tamtą kobietę. „Z drugiej strony nie mogę go za to winić. Ma prawo do własnego życia, a ja nie mam żadnych podstaw, a by czekać na niego i wypytywać gdzie i z kim był. Nie jestem jego żoną, na miłość boską!” pogrążona w własnych myślach nie usłyszała co mówiła do niej jej córeczka. Spojrzała na nią pytającym wzrokiem, a mała tylko westchnęła, a następnie powtórzyła szepcząc.
- Kocham cię mamusiu i tatusia też. Chce, aby tatuś mieszkał już z nami na zawsze.
- Ja ciebie też kocham.- odparła całując jej czoło. – Emilly? Chciałabyś mieć młodszego braciszka lub siostrzyczkę? Mogłabyś się z nim lub nią bawić.
- Chce braciszka. Siostrzyczka zabierałaby mi zabawki.- odparła dziewczynka, następnie pytająco spojrzała na swoją matkę.- A dlaczego się pytasz mamusiu?
- Bo widzisz kochanie.- Sam chwyciła malutką dłoń córeczki i położywszy ją na swoim brzuchu, przykryła swoją dłonią.- W moim brzuszku teraz mieszka twój młodszy braciszek lub siostrzyczka i za pół roku się urodzi.
- Naprawdę?- oczy Emilly przepełniła iskierka nadziei, którą Sam zauważyła jak tylko dziewczynka na nią spojrzała swoimi dużymi, czekoladowymi oczami.
- Naprawdę, skarbie.- wyszeptała uśmiechając się do swojej pociechy.
- Fajnie.- odpowiedziała dziewczynka i przyłożyła swoje ucho na brzucho Samanthy. Kiedy jednak nic nie usłyszała, pocałowała brzuszek mamy.- Kocham cię młodszy braciszku lub siostrzyczko. Chciałabym już się z tobą bawić. Bądź grzeczny dla mamusi i tatusia.

Jack wszedł do mieszkania spowitego mrokiem z ogromnym uśmiechem na twarzy. Donna właśnie odwiozła go po ich wspólnym, pełnym wrażeń „wypadzie na miasto”, który zakończył się kolacją i kilkoma drinkami. Mężczyzna zamknął drzwi i po cichu rozebrał buty oraz skórzaną kurtkę, odwieszając ją na wieszak. „Świetnie się bawiłem. To niesamowita kobieta i pomyśleć, że praktycznie się nie zmieniła przez te kilka lat.” Pomyślał Jack przypominając sobie zadowoloną twarz Donny. Znali i przyjaźnili się od dawna, w prawdzie poznał ją nawet wcześniej niż Sam. Kobiety były praktycznie w tym samym wieku, ale znacznie różniły się od siebie. Podczas gdy Samantha była uporządkowaną, skromną i pełną współczucia panią doktor, która potrafiła poświęcić nawet własne zdrowie dla pracy i innych, to Donna była słodką idiotką, która uwodziła każdego mężczyznę w okolicy, lubiła imprezować do rana i niezbyt zastanawiała się co pomyślą inni. Kiedy w wieku dwudziestu dwóch lat jej dużo starszy, bogaty małżonek zmarł po półtorej roku małżeństwa, odziedziczyła po nim wszystko. Majątek, samochód, dom oraz firmę. Nikt nigdy nie brał jej poważnie, ale mimo tego potrafiła sobie poradzić. Jack wcale nie był zaskoczony, kiedy stanęła na wysokości zadania i poprowadziła firmę zmarłego męża, udowodniając wszystkim niedowiarkom, że potrafi jednak coś zrobić. Donna była silna, umiała przetrwać, to jedynie łączyło ją z Sam.

„ Ten sam błysk w oku i to samo zachowanie. Jakby mogła to poszłaby do łóżka z wszystkimi tymi facetami z klubu. Ha! Nawet mnie próbowała uwieść. Na szczęście te lata mamy już za sobą, poza tym nie byłby to trochę dziwne, kiedy przyrodnia siostrzenica starego przyjaciela próbowałaby cię zaciągnąć do łóżka!? O tak co najmniej dziwne, chociaż z moim doświadczeniem nic mnie już nie zdziwi. Wsysacz wiedzy Starożytnych przebił wszystko, nawet Donnę.” skierował się do salonu. „ Oh kiedyś to były czasy, beztroskie zabawy do rana, kobiety no i dobre samochody. Pomyśleć, że za tym nie tęsknie. Teraz mam rodzinę, kolejną rodzinę i nie mogę ich zawieść.”

Jack przeszedł przez salon i wszedł do swojego pokoju, zamknął za sobą drzwi, a następnie wrzucił białą teczkę do szufladki. Następnie wyciągnął z kieszeni małe, granatowe pudełeczko, które przez krótką chwilę uważnie się przyglądał. „Mam nadzieję, że ci się spodoba.” Ostrożnie włożył pudełko do szufladki i dokładnie ją zamknął siadając na łóżku. Rozebrał koszulkę oraz spodnie. Wyciągnął spod poduszki koszulkę i bokserki, w których spał i udał się do łazienki. Gdy wszedł do pomieszczenia rozebrał się z reszty rzeczy, odkręcił kurek wody pod prysznicem, a kiedy woda uzyskała odpowiednią temperaturę, wszedł pod jej strumień. Ciepła woda natychmiast rozluźniła jego spięte mięśnie. Mężczyzna chwycił swój żel pod prysznic, którym namydlił całe ciało oraz włosy.

Dziesięć minut później zakręcił kurki z wodą i wytarł się w duży biały ręcznik. Wciągnął na wilgotne miejscami ciało szary T-shirt i bokserki. Odwiesił ręcznik na suszarkę i podszedł do lustra, przeczesał swoje szpakowate włosy placami głęboko wzdychając. Nie robił się coraz młodszy, tylko coraz starszy. A Sam, spójrzmy prawdzie oczy była piękną, inteligentną kobietą. Jeśli miał się starać o jej uwagę musiał coś zrobić. Zbyt długo kochał ją z ukrycia, aby teraz kiedy może otrzymać szansę powiedzenia jej prawdy, po prostu stchórzyć. „Nie to bez sensu, dlaczego miałaby mnie pokochać. Jest wspaniałą kobietą oraz matką. Ideał, anioł. Dlaczego miałby mnie zechcieć, nie jestem dla niej nikim więcej, niż ojcem Emilly!” głęboko westchnął, a gdy umył zęby, wyszedł z łazienki. Przechodząc w ciemności przez przedpokój usłyszał cichy dźwięk dochodzący z salonu. Jack odłożył swoją kosmetyczkę na blat kuchenny i na palcach zakradł się do pokoju. Gdy tylko wszedł do pomieszczenia oświetlił go małą lampką, znajdującą się na stoliczku. Mimo to musiał się porządnie rozglądnąć, aby dojrzeć dwie skulone postacie śpiące w fotelu. Uśmiechnął się pod nosem, wpatrując w dwie najpiękniejsze kobiety w jego życiu. Po chwili jednak przestał się tylko wpatrywać. Podszedł bliżej i wsunął swoje ręce pod ciało córeczki, podnosząc ją. Gdy dziewczynka była bezpiecznie usytuowana w jego ramionach ostrożnie, by nie przewrócić się w ciemnościach, zaniósł ją do łóżka.

- Tatusiu?- usłyszał cichy szept, zaspanej dziewczynki. Jack spojrzał na nią i zauważył, że powoli otwiera zaspane oczka.
- Shh… idź spać Emilly.- odparł wchodząc z nią do pokoju. Ostrożnie położył ją do łóżka i przekrył kołderką, następnie pocałował w czoło i mówiąc, że ją kocha, wyszedł. Emilly ponownie zasnęła.

Tymczasem Jack kucał już przy fotelu, w którym spała Samantha i delikatnie, by jej nie obudzić, gładził ją po jej długich, blond włosach. Po raz pierwszy widział jej w innej formie niż spięte. Teraz swobodnie opadały na jej szyję oraz barki i plecy. Jack zanurzył w nich swoje palce. Były miękkie, delikatne, prawie jak puch. Były wspaniałe. Jack odgarnął niesforny kosmyk za ucho i umiejscowił szybki pocałunek na jej odsłoniętej szyi. „Nawet nie zdajesz sobie sprawy jaka jesteś teraz piękna.” Uśmiechnął się i wstał, tylko po to, aby się nachylić i wziąć ją w swoje ramiona. Mężczyzna zarzucił sobie jej ramią wokoło szyi i podniósł ją z fotela. Sam instynktownie wtuliła swoją głowę w jego klatkę piersiową, ciężko przy tym wzdychając. Momentalnie zrobiło mu się gorąco, Sam zawsze tak na niego działała, a teraz jeszcze była w jego ramionach. Uśmiechnięty od ucha do ucha zgasił lampkę i udał się do sypialni, którą zajmowała ich córeczka. Kiedy tylko tam dotarli, Jack oparł się plecami o drzwi, otwierając je. Gdy się obrócił zauważył, że Emilly leży w poprzek łóżka, zajmując całą przestrzeń Sam dla siebie. Westchnął. „ No cóż, wygląda na to, że musimy zmienić kwaterę!” Ponownie się odwrócił, tym razem jednak wychodząc z pokoju i kierując się do siebie.

Z trudem otworzył, szczelnie wcześniej zamknięte drzwi, ale kiedy mu się to wreszcie udało z zadowoleniem wszedł do pokoju. Obszedł łóżko i położył Sam na jej ulubionej, prawej stronie. Gdy kobieta ułożyła się w jego pościeli, Jack usiadł przy niej i nachylił się, aby pocałować jej wargi.

- Śpij kochanie, musisz wypoczywać.- zbadał ją wzrokiem, wtedy jej oczy utkwiły w miejscu, gdzie jej koszulka podwinęła się i pokazywał trochę nagiego ciała na brzuchu. Jack instynktownie położył tam swoją dłoń, tak delikatnie, jakby bał się dotknąć jej skóry, aby jej nie skrzywdzić.- Nawet nie mogę sobie wyobrazić jak piękna musiałaś być, kiedy byłaś w ciąży z moją, naszą córeczką. Przepraszam, że to wszystko mnie ominęło.- Samantha uśmiechnęła się przez sen, zupełnie jakby słyszała co do niej mówił.- Kocham cię i już nigdy cię nie opuszczę. Nigdy! Jesteś na mnie skazana do końca życia.

Jack ponownie przejechał swoja dłonią po jej brzuchu, a następnie umiejscowił tam kolejny pocałunek. Westchnął ciężko, przykrywając ukochaną. Kiedy upewnił się, że wszystko jest w najlepszym porządku, skierował się do drzwi. „Nieważne jak kusi mnie, aby się położyć obok ciebie, kochanie i wziąć cię w ramiona, niestety prawda jest taka, że rankiem byś mnie za to zabiła. Kocham cię całym sercem, ale muszę się liczyć z twoimi uczuciami, a wiem, ze do mnie ich nie żywisz. Bo zresztą jak mogłabyś pokochać, kogoś takiego jak ja?” Jack ostatni raz spojrzał na śpiącą w jego łóżku ukochaną i wyszedł z pokoju, kierując się do sypialni Daniela.



TBC

obiecałam wam jeszcze gościa spoza planety :P i coraz bliżej mi do tego rozdziału w pisaniu :P a no i mogę powiedzieć, ze za jakiś czas powróci wasza ulubiona postać :P więcej szczegółów nie zdradzam :) dziękuję za wsparcie i komentarze, to wiele dla mnie znaczy
pozdrawiam B)

  • 2

#77 cooky

cooky

    Sierżant

  • Użytkownik
  • 718 postów
  • MiastoPolska centralna

Napisano 12.06.2011 - |21:29|

Przyrodnia siostrzenica starego przyjaciela? A ja myślałam, że jest z CIA.
Kawałek po prostu słodki...
Czyżby Pete znów pojawił się na horyzoncie?
Mam nadzieję, że znowu natknie się na Jacka. ;)
Pozdrawiam.
  • 3

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.

F. Nietzsche


#78 Palek21

Palek21

    FANKA WSZYSTKIEGO

  • Użytkownik
  • 354 postów
  • MiastoMykanów

Napisano 13.06.2011 - |15:51|

Ale mnie wystraszyłaś tą Donną :blink:
Może olej Peta, niech zginie w wypadku czy coś.
Kosmita i w dodatku ulubiony ??? Ball?
Czekam niecierpliwie na następną część. :D
  • 0

Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:

KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!


#79 Madi

Madi

    Starszy kapral

  • Użytkownik
  • 270 postów
  • MiastoChorzów

Napisano 13.06.2011 - |15:57|

Może olej Peta, niech zginie w wypadku czy coś.
Kosmita i w dodatku ulubiony ??? Ball?


haha nie... to jest shipper, żadnej akcji... chodzi mi raczej o kogoś przyjaźniej nastawionego :)
a ulubiona postać :) jak mogłabym olać Pete, mam dla niego jeszcze jedno zadanie :P
pozdrawiam
  • 1

#80 igut214

igut214

    Kapral

  • Użytkownik
  • 244 postów
  • MiastoKraków

Napisano 13.06.2011 - |20:57|

No to może Jonas? Sama już nie wiem. Znalazłam parę błędów, ale jestem już zmęczona i nie chce mi się ich wypisywać. Może zrobię to jutro. Jeśli wróci Pete, to niech Jack nieźle obije mu tę przebrzydłą gębę, albo przynamniej trochę poszantażuje. Zaskoczyłaś mnie z tą bratanicą. Także myślałam, że to ktoś z CIA lub FBI. Ciekawa jestem, czy Sam będzie pamiętać, to co powiedział jej Jack. Ale byłoby wtedy słodko :).
Pokochałam ten fragment - jest [beeep]iaszczy, cytując Anusiaka ;).
Pozdrawiam - igut214:)

Użytkownik igut214 edytował ten post 13.06.2011 - |20:58|

  • 1
"Tęsknię za lasem, uświadomił sobie Leiard. Tęsknię za życiem w spokoju. Za sercem i umysłem, których nie drąży zamęt. Za bezpieczeństwem" -- ("Kapłanka w bieli" - str. 363).




Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych