Wesołych świąt
W oczekiwaniu na lepsze jutro...
#41
Napisano 22.04.2011 - |22:41|
Wesołych świąt
Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:
KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!
#42
Napisano 28.04.2011 - |16:07|
-Dodzwoniłeś się do Hammonda?- zapytał Daniel, jego przyjaciel kiwnął głową.
-Tak. Wytłumaczyłem mu całą sytuację. Oznajmił, że porozmawia z doktor Carter.
-Świetnie. Pete nadal nie odbiera. Zostawiłem mu wiadomość na automatycznej sekretarce, wątpię jednak, że ją odsłucha.- odparł. Tym razem jego przyjaciel mu nie odpowiedział. Wstał tylko z kanapy i udał się z założonymi na plecach rękami do okna. Spojrzał na pogrążoną w mroku ulicę.
Samantha przeciągnęła się wstając z łóżka. Rozglądnęła się po swojej kwaterze zatrzymując swój wzrok na zegarku. „Za dwie godziny odprawa.” Wymamrotała i położyła swoją dłoń na brzuchu. Delikatnie go pogładziła, następnie chwyciła telefon komórkowy i wybrała numer przyjaciela.
-Daniel? Emilly jest z tobą?- zapytała jak tylko usłyszała głos zaspanego archeologa.
-Nie. Pete odebrał ją jakąś godzinę temu.- pauza. Sam głęboko westchnęła.- Sam jak się czujesz? Jak dziecko?
-Dobrze.
-Musimy porozmawiać o pewnych sprawach, najlepiej jeszcze dzisiaj.
-Jasne Daniel, tylko nie teraz. Mam za nie długo odprawę. Porozmawiamy później. Pa.- odłożyła słuchawkę zanim lingwista zdołał zaprotestować i skierował się do szafki. Wyciągnęła czyste ubrania, a następnie udała się pod prysznic.
Umyta i przebrana nałożyła na siebie biały fartuch, który zazwyczaj nosiła w laboratorium. Miała kilka raportów do napisania, a do odprawy zostało jej trochę czasu. Wyszła z szatni i skierowała się do swojego laboratorium, po drodze zatrzymując się na stołówce. Chwyciła tacę ze śniadaniem i pośpieszyła do pracy. Weszła do laboratorium i postawiła tacę na biurku, następnie włączyła sprzęt i wyciągnęła ze specjalnie zabezpieczonej szafki urządzenie, które od jakiegoś czasu czekało na swoją kolej do przetestowania. Następnie włączyła pole siłowe otaczające jej laboratorium i zabrała się do testowania urządzenia.
Pół godziny później siedziała na odprawie i słuchała raportu z misji. Nie uważała jednak tak jak powinna, co chwilę spoglądała na zegarek. Po odprawie miała wrócić do domu, do córeczki. Nie mogła się doczekać , aby ją zobaczyć. Godzinę później drużyny rozeszły się, Sam powoli stała z krzesła i pozbierała swoje notatki. Skierowała się do wyjścia, gdy usłyszała za sobą głos generała.
-Doktor Carter, możemy porozmawiać w moim gabinecie?
-Oczywiście.- odparła i podążyła do pomieszczenia obok. Generał zamknął za nią drzwi i wskazał na krzesło. Sam kiwnęła głową i usiadła, podczas gdy Hammond zajął swój fotel za biurkiem.- Czy coś się stało?
-Wezwałem cie tutaj, aby porozmawiać o tym.- odparł i wyciągnął z szuflady szarą teczkę z napisem poufne. Podał ją Sam. Kobieta nie otworzyła jej, doskonale wiedziała co znajduje się w środku.
-Gwarancja bezpieczeństwa Emilly? Coś z nią nie tak? Nie rozumiem.- odparła trochę zmieszana. Po co generał chciał rozmawiać z nią o bezpieczeństwie jej córki.
-Pozwól więc, że ci wytłumaczę. Podpisałaś te dokumenty zaraz po urodzeniu się Emilly i ona nadal obowiązują, jednak teraz parę rzeczy się zmieniło.- Carter posłała mu niepewne spojrzenie. Była zmieszana, zupełnie nie wiedziała o co chodzi generałowi. Ten tylko westchnął, a następnie kontynuował.- Jack powrócił.
Jej usta uformowały się w wielkie ‘o’. Jej ciało jakby w samoobronie wcisnęło się w krzesło. Jej palce zacieśniły się jeszcze mocniej na dokumentach, które trzymała. Wspomnienia wróciły, wszystkie. Jakby w przyspieszonym tempie przewijały się przez jej głowę. Moment, w którym się poznali. Pierwsza misja, pierwszy pocałunek, a potem tamta planeta. Tamta noc. Gdyby nie to, iż wiedziała że Jack żałował tego co się stało, byłby to najpiękniejsza noc jej życia. Doskonale pamiętała jak próbowała powstrzymać spływające po policzkach łzy w łazience, zaraz po tym jak wyskoczyła z łóżka. Widziała jego wyraz twarzy, nie był zachwycony, że obudził się przy niej. Nadal słyszała w głowie jego słowa, wypowiedziane tym zimnym protekcjonalnym tonem, bez żadnych uczuć. „Carter byliśmy pijani. Zapomnijmy o tym. Jesteśmy przyjaciółmi, pracujemy razem. To była pomyłka, która nie powinna się zdarzyć.” Może i darzył ją jakimiś uczuciami, ale na pewno nie wtedy. Dal niego była to tylko pomyłka, co oznaczało, że ich córeczka była i jest dla niego pomyłką.
-Sir, pan wie, że ja i Ja… pułkownik, że my… my nigdy… tamta noc nie powinna się zdarzyć, byliśmy pod obcym wpływem, nie wiedzieliśmy co robimy. Dla pułkownika to była zwykła pomyłka… ja…
-Wiem Sam, ale dla ciebie to nie była pomyłka, prawda?- zapytał, chociaż nie oczekiwał odpowiedzi, wiedział, że była zakochana w O’Neillu. Nie mógł na to poradzić. Ona nie mogła na to poradzić. Przez tyle lat Hammond obserwował tych dwoje i widział jak się męczą, jednak nigdy żadne z nich nie przekroczyło granicy. Zachowywali się bardzo profesjonalnie wobec siebie. – Samantho nie jestem ślepy. Wiem, jak bardzo go kochałaś. Zawsze fascynowało mnie to, że nie rzuciliście wojska, aby być ze sobą. Wiem także jak bardzo kochasz Emilly.
-Nie mogłam usunąć ciąży, to…
-Rozumiem cię.-przerwał jej.- Fakt, że kazali ci usunąć ciąże, był karygodny. Cieszę się, ze tego nie zrobiłaś. Mimo, iż doszliśmy z nimi do porozumienia, to dobrze wiemy, że jest wielu ludzi, którzy najchętniej postawiliby was przed sądem polowym. Nawet jeżeli wasz związek nie polega regulaminowi, gdyż nie jesteś już w wojsku. Ludzie są jednak mściwi i zazdrośni, nie rozumieją tego, że nie zrobiliście tego celowo. Ale wracając do tematu. Jak już mówiłem kilka rzeczy się zmieniło. Jack wrócił i zaproponowałem mu dowództwo SG-1. W prawdzie nigdy nie przestał dowodzić drużyną.
-Więc chodzi o mój transfer do strefy 51, tak?- zapytała. Wiedziała, że jeśli jakimś sposobem Jack powróci, ona zostanie przeniesiona do strefy 51, aby uniknąć spotkania z nim oraz wydostania się na światło dzienne prawdy o Emilly.
-Nie.-odparł.
-Ale przecież jeżeli pułkownik O’Neill wrócił i ma ponowienie objąć dowództwo SG-1 to według tego dokumentu…- pomachała szarą teczką.-… nie może dowiedzieć się prawdy o Emilly.
-Tak racja, jednak Jack zastanawia się nad emeryturą, poza tym zdążył już się dowiedzieć, że ma córkę.
-O boże! Daniel!
-Obawiam się, że nie tym razem. To Pete zawiózł ją do Minnestoty, ale spokojnie doktor Jackson i Teal’c zabrali ją wczoraj popołudniu.- odparł i spojrzał na Sam, która siedział na krześle z twarzą ukrytą w dłoniach.- Nie miałaś się o tym nawet dowiedzieć, ale skoro Emilly poznała już swojego prawdziwego ojca, to wątpię, że zostawi tą kwestię. Nie chciałem, abyś dowiedziała się od niej, wiec powiedziałem ci osobiście.
-Dziękuję, sir. Doceniam to.
-Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, iż lepiej będzie jeżeli nie będziesz się z nim kontaktować, a tym bardziej próbowała spotkać! Sprawy i tak zaszły już za daleko. Porozmawiam jeszcze z przełożonymi, zobaczę co mogę zrobić w tej sprawie.
-Oczywiście, sir. Dziękuję, za wszystko. Wiem, że to nie jest łatwa sytuacja i zapewne kosztuje pana karierę.- Samantha wstała kiedy generał zaczął się podnosić z fotela. Podeszła do drzwi i już miała je otworzyć, kiedy ponownie usłyszała głos Hammonda.
-Powinienem ci chyba złożyć gratulacje, Sam! Jacob się ucieszy, kiedy się dowie, gdyż zakładam, że twój ojciec jeszcze nie wie, prawda?
-No cóż, nie miałam kiedy mu powiedzieć. –wyznała i opuściła głowę. Hammond podszedł do niej i serdecznie uściskał.
-Gratuluję moje dziecko. Zobaczysz wszystko się ułoży.- odparł i oderwał się od niej.- Który to miesiąc?
-Trzeci.- odpowiedziała.
-Długo tego nie ukryjesz. Zaczyna już być widoczny.-wskazał na jej brzuch i uśmiechnął się. Ona tylko kiwnęła głową i odwzajemniła uśmiech wychodząc. Kiedy zamknęła za sobą drzwi jego biura, oparła się o ścianę. Musiała pozbierać myśli. „Jack wrócił. Emilly wiedziała o swoim ojcu. Jack wiedział, że Emilly to jego córka. A ja jestem w ciąży z Petem. Jack wrócił! Na miłość boską on żyje!” Łzy spłynęły po jej policzkach. Otarła je zanim ktokolwiek zdążył zauważyć, a następnie udała się do domu, do swojej córeczki i męża.
TBC
Użytkownik Madi edytował ten post 28.04.2011 - |16:08|
#43
Napisano 28.04.2011 - |17:33|
oczywiście, że super... Zastanawia mnie skąd Ci wysoko postawieni wiedzieli, że Emily jest córką Jacka...(jeśli pisałaś już o tym przepraszam chemia wypaliła mi mózg)
#44
Napisano 28.04.2011 - |21:45|
powodzenia na maturze
#45
Napisano 28.04.2011 - |21:51|
Myślałam, że tylko Hammond był wtajemniczony w ich tajemnicę. Byłby głupi gdyby się nie zorientował... Ale ma rację. Jeśli inni o tym wiedzą, mogą to wykorzystać przeciwko nim.
Kawałek bardzo dobry.
Czekam na następny
Użytkownik cooky edytował ten post 01.05.2011 - |09:14|
Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.
F. Nietzsche
#46
Napisano 01.05.2011 - |10:07|
-Pete musimy porozmawiać!
-Eha… -odburknął nawet na nią nie spoglądając.
-Mówię poważnie.
-Taa… jasne. Nie teraz, jestem zajęty.- zgłośnił telewizor. Sam podeszła do niego bliżej i stanęła przed nim.
-Nie mam siły się kłócić, wróciłam dopiero z misji. Proszę cię wyłącz telewizor i chodź do kuchni. Porozmawiamy, a potem będziesz mógł oglądać co tylko zechcesz.- poprosiła spokojnym głosem. Jej małżonek podniósł się z kanapy i odłożył piwo na stolik, potem posłał jej groźne spojrzenie. Uniósł rękę i spoliczkował.
-Nigdy. Więcej. Mi. Nie. Przerywaj. Jestem zajęty, nie dociera to do ciebie!? Zajmij się czymś pożytecznym, jak już wróciłaś. Won mi stąd!- rozkazał wskazując jej drzwi. Nie czekał, aż wyjdzie. Ponownie opadł na kanapę i wrócił do oglądania meczu.
Sam protekcjonalnie położyła swoje dłonie na brzuchu i szybkim krokiem wyszła z salonu. Rozejrzała się po domu, a następnie weszła po schodach na górę, gdzie znajdowała się sypialnia jej córeczki. Stanęła pod drzwiami i zapukała. Nie usłyszała jednak głosu Emilly, więc zaniepokojona weszła do środka, zamykając za sobą drzwi. Dziewczynka leżała skulona na łóżku ze zdjęciem SG-1 przyciśniętym do swojego malutkiego serduszka. Sam usiadła na łóżku i pogłaskała dziewczynkę po włosach. Jej córka podniosłą wzrok i spojrzała na matkę, jednak nic nie powiedziała. Samantha zauważyła, że dziewczynka płakała. Przysunęła się więc do niej i mocno przytuliła, całując ją po blond główce.
-Co się stało skarbie?- zapytała nie odrywając się od dziewczynki. Emilly podniosła wzrok znad zdjęcia i spojrzała w niebieskie oczy matki.
-Chcę do tatusia! Obiecał mi opowiedzieć historie.
-Jaką historię?
-Jak cię poznał, mamusiu.- wyrzekła dziewczynka i wypuściła Samanthę z uścisku.
-Ja mogę ci ją opowiedzieć.- wyrzekła głaszcząc córkę po włoskach, jednak ta przecząco kiwnęła głową.
-Nie! Ja chce do tatusia!- jej wilgotne od płaczu oczy ponownie się zaszkliły. Emilly przewróciła się na drugi bok i cicho pociągnęła nosem. Sam położyła swoja dłoń na jej ramieniu, jednak dziewczynka potrząsnęła nim i zrzuciła dłoń matki.- Chce do tatusia!
-Kochanie, dobrze wiesz, że go tutaj nie ma. A ja nie mogę cię do niego zabrać.- odparła spokojny tonem, jednak jej słowa nie uspokoiła małej.
Dziewczynka zaczęła płakać głośniej. Sam westchnęła. Nienawidziła kiedy jej córeczka płakała. Chciał jej zapewnić szczęśliwe dzieciństwo, jednak ostatnio miała z tym problem. Emilly zamknęła się w sobie, nie chciała się bawić z innymi dziećmi, unikała wszystkich. W dodatku jeszcze Pete…. I wszędzie chodziła z tym zdjęciem. „Jak mam powiedzieć czterolatce, że nie może zobaczyć ojca, bo grozi mi sąd polowy? Jak mam jej wytłumaczyć, że musi o nim zapomnieć, że to Pete ma być dla niej ojcem? Jak?” zapytała siebie w duchu i ukryła twarz w dłoniach, następnie westchnęła i położyła się na łóżku. Przytuliła córeczkę do siebie i pozwoliła jej się wypłakać, nawet nie zauważyła kiedy jej własne oczy przepełniły się łzami.
-Kochanie, nie możesz teraz zobaczyć twojego… twojego ojca.- wypowiadanie tych słów było dla niej nowym doświadczeniem, nigdy wcześniej nie zastanawiała się nad tym, ale Jack faktycznie był i zawsze będzie ojcem dla jej córki, a to zmusiło ją do przemyśleń jakim faktycznie byłby ojcem, czy byli by dobrą rodziną i jak to jest z nim być. Byli związani, czy tego chcieli czy nie. Sam przełknęła ślinę i uścisnęła Emilly jeszcze mocniej, umiejscawiając całusa na jej czole.- Ale obiecuje ci wszystko będzie dobrze, musisz być dzielna i cierpliwa. Obiecasz mi to, skarbie?
Dziewczynka odwróciła się i wtulając w pierś matki pokiwała głową. Sam uśmiechnęła się do niej i otarła jej łzy. Następnie pocałowała w czoło.
TBC szykuję malutką niespodziankę w następnym rozdziale
#47
Napisano 01.05.2011 - |11:50|
Ale z niego Kretyn
Mam nadzieję, że wkrótce dostanie za swoje.
Na miejscu Sam rozważyłabym jednak ten sąd polowy...
Czekam niecierpliwie co będzie dalej.
Pozdrawiam
Użytkownik cooky edytował ten post 01.05.2011 - |11:51|
Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.
F. Nietzsche
#48
Napisano 01.05.2011 - |16:57|
Dlaczego ona się nie broni? Ja rozumiem ciąża i te problemy, ale wystarczyłoby żeby
Teal'c sobie z nim pogadał
Niecierpliwie czekam na ciąg dalszy.
Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:
KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!
#49
Napisano 02.05.2011 - |20:58|
Usiadł na krześle w biurze Hammonda. Walter oznajmił mu, że generał za chwilę przyjdzie. Jack uśmiechnął się tylko i postanowił wykorzystać ten czas na dokładniejsze przyjrzenie się pomieszczeniu. Kiedy przyglądał się zdjęciom zawieszonym na ścianie, drzwi otworzyły się i do biura wszedł George. Przywitał się z Jackiem, a następnie usiadł w swoim skórzanym fotelu, za biurkiem. Kazał spocząć pułkownikowi.
Jack krążył po korytarzach SGC szukając Daniela. Umówili się, kiedy tylko ten zakończy rozmowę z generałem, spotkają się i razem wyjdą z bazy. Właśnie wyszedł z biura generała Hammonda, gdzie złożył rezygnacje. Rozstawał się z programem „Gwiezdnych wrót” po tylu latach. Zwolnił kroku. Niby zwykły szary korytarz, a jednak przywoływał tyle wspomnień, dobrych wspomnień. „Będzie mi tego brakować. Wypadów poza Ziemię, akcji, przyjaciół, wszystkich wieczorków integracyjnych z obcymi ziomkami. Oh… tak będzie mi tego brakować. Ale z drugiej strony, jestem już na to za stary.” Odparł pod nosem i rozglądnął się. Kilku nieznajomych mu z twarzy oficerów minęło go, Jack nałożył na swoje usta nieśmiały uśmiech, włożył ręce do kieszeni wojskowych spodni i ruszył dalej. Nie było mu wcale do śmiechu, tęskniła za Emilly. Ta mała dziewczynka w ciągu kilku godzin sprawiła, że zrobiłby dla niej wszystko, a teraz już jej nie ma, przynajmniej nie w jego życiu. A wszystko za sprawką Daniela i Teal’ca. Mimo, iż wybaczył im co zrobili, to ból nadal pozostał. Opuścił głowę i skręcił w korytarz po jego lewej stronie, wtedy usłyszał ten głos. Niebiański głos, którego nigdy nie mógłby zapomnieć. Delikatny i zmysłowy, który sprawiał, że kolana miękły. Uniósł głowę i wtedy ją zobaczył. Stała jakieś siedem, może osiem metrów przed nim i tłumaczyła coś jakiemuś żołnierzowi. Ubrana w ciemne jeansy i dość luźną bluzkę w kolorze niebieskim, na to biały fartuch. W ręce trzymała jakieś dokumenty. Wytężył wzrok i spostrzegł lśniącą na palcu lewej ręki, złota obrączkę. Westchnął. Od momentu kiedy zobaczył ich córeczkę na swoim tarasie, zapominał, że Sam była mężatką. I to nie poślubiona jemu, tylko Pete’owi Shanahanowi. Odłożył te myśli na bok i wrócił do dalszego eksplorowania swojej ukochanej major, a teraz doktor Carter. Jej blond włosy, kiedyś krótkie ułożone w artystyczny nieład, teraz długie, spięte w kucyk. Przesuwając swój wzrok dalej, zauważył że kąciki jej ust wykrzywiają się w delikatny uśmiech. Wtedy zorientował się, że jej towarzysz pożegnał się i odszedł. Samantha wyprostowała, zrobiła krok w przód i wtedy się zatrzymała. Załapała kontakt wzrokowy z Jackiem.
-Sir?
-Carter?
Cisza. Nie był w stanie powiedzieć nic więcej, mimo iż miał tak wiele pytań. Nie wiedział od czego zacząć.
Sam ujrzała go i zamarła. Pięć lat czekania. Pięć lat pracy i rozwikływania tajemnicy dlaczego i jak. Pięć lat nieobecności. Narodziny ich córeczki, jej ślub z Petem, a teraz kolejna ciąża. Pięć lat. Jej serce zabiło mocniej. Po raz kolejny od momentu, kiedy trzymała małą Emilly w swoich ramionach, kiedy ta się urodziła. Wiele razy wyobrażała sobie ten moment. Chwilę, w której on przejdzie przez wrota, cały i zdrowy, moment w którym ona rzuci mu się w ramiona i powie co do niego czuje, jak bardzo za nim tęskniła. A teraz? Teraz kiedy ta chwila nadeszła, nie potrafiła zrobić kroku, jakby nogi wrosły jej w ziemię. Zamiast tego stała naprzeciw niego i gapiła się. Po prostu się gapiła, w dodatku z lekko uchylonymi ustami. Zbadała go wzrokiem od stóp do głowy, i musiał przyznać, że wyglądał całkiem dobrze. Ubrany był w czarne buty i wojskowe, spodnie w kolorze khaki. Do tego czarna bluzka i jasno niebieskawa koszula w kratę oraz czarna skórzana kurtka. Stał przed nią, z rękami w kieszeni ,około ośmiu metrów, jednak widział go bardzo wyraźnie. Kilka nowych blizn i siniaków, jednak to wciąż był ten sam pułkownik Jack O’Neill, mimo iż jego włosy trochę osiwiały. Zauważyła, że on także się w nią wpatruje. Nie wiedziała ile czasu upłynęło, ale w korytarzu zaczęło robić się trochę ciasno. Przechodzący ludzie zatrzymywali się by zobaczyć, co się teraz stanie. Jakby wszyscy czekali na emocjonujące spotkanie po latach. Tymczasem Sam i Jack nadal stali w tych samych miejscach, żadne z nich, ani nic nie powiedziało, ani się nie odważyło zbliżyć. Po prostu stali tak i wpatrywali się w siebie. „Pięć lat nieobecności, pięć lat tęsknoty. A teraz kiedy spotykasz go żywego, jedyne co potrafiłaś powiedzieć to ‘Sir?’. Nie no brawo Sam, po porostu oklaski na stojąco. Na miłość boską, ile razy wyobrażałaś sobie tą chwilę? Jest rozkojarzony, szczególnie teraz. Myślałaś, że co zrobi? Padnie ci do stóp prosząc o wybaczenie, że zniknął? Weź się w garść! Powiedz coś!” Sam przygryzła dolną wargę i zerwała kontakt wzrokowy spoglądając na ziemie, następnie podniosła wzrok i zrobiła dwa malutkie krok na przód, jakby się czegoś obawiała. Spojrzała w jego czekoladowe oczy, te same które odziedziczyła po nim Emilly. Jednak teraz wydawały jej się jeszcze bardziej czekoladowe, niż kiedykolwiek.
Jack zobaczył niepewność w jej oczach. „Czego się spodziewałeś? Że rzuci ci się w ramiona? Jest mężatką, na miłość boską! To, że masz z nią dziecko, nie oznacza zaraz, że masz także jej serce.” Wymamrotał do siebie. Zauważył, że Sam opuszcza wzrok na ziemię. „Nawet nie chce cię znać. Nic dziwnego, po tym co jej powiedziałeś tamtej nocy. Ma własne życie, do którego ja nie należę.” Samantha zmniejszyła odległość między nimi dwoma małymi krokami. Jack podświadomie także ruszył z miejsca, jednak nadal byli od siebie dość daleko. Mężczyzna otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, wtedy na usłyszał głośny głos Daniela. Odwrócił się i ujrzał przyjaciela.
Doktor Jackson stanął jak wryty, kiedy zorientował się co się dzieje. Korytarz pełen ludzi a po dwóch jego końcach Sam i Jack, wpatrujący się w siebie.
-Nie, nie, nie!!! To się nie dzieje! Powiedzcie, że ja śnię! To się nie dzieje!- złapał się za głowę, a następnie wziął głęboki oddech i posłał mordercze spojrzenie gapiom.- Rozejść się, no już. Nic się nie dzieje. Nie macie się czym zająć!?
Ludzie marudząc pod nosem zaczęli się rozchodzić, tymczasem Jack spojrzał na Daniela. Doktor chwycił go za ramię i pociągnął w kierunku windy. Nic nie powiedział, po prostu jak najszybciej się dało przeszedł razem z przyjacielem obok nadal milczącej Sam i zniknęli za zakrętem, udając się do windy.
Sam stała tak jeszcze przez chwilkę, musiała zebrać myśli. Przed chwilą zobaczyła Jacka, a teraz stała całkiem sama. Dwie samotne łzy spłynęły jej po policzkach. Spojrzała w dół i głęboko westchnęła, czekała na to spotkanie tyle lat. Tyle samotnych wieczorów, wypełnionych płaczem jej córeczki i zapewnianiem jej, że wszystko się ułoży. Tyle lat znoszenia irytujących uwag Peta i jego pijaństwa. Czasami nawet jego ręki, która ją uderzała. Tyle lat pracy i próby znalezienia Jacka. Tyle lat wypełnionych bólem i żalem, że mu nie powiedziała. Tyle wizji jak mogłoby wyglądać ich spotkanie. Tyle lat. Tyle myśli. A teraz pustka, zwykła pustka, po której będzie musiała wrócić do tej nieszczęsnej rzeczywistości. Pustka, która nastała zaraz po tej magicznej chwili, w której go ujrzała. Teraz już rozumiała co przeżywa Emilly, pragnąc wrócić do Jacka. Jej córeczka chciał mieć rodzinę, prawdziwą rodzinę i ojca, który by ją kochał, nie tak jak Pete. Sam też tego zapragnęła, zapragnęła rodziny, kochającego domu, który mogłaby dać córeczce i kogoś, kto mógłby ją przytulic w nocy. Ponownie westchnęła, przypominając sobie słowa Jacka. „Carter byliśmy pijani. Zapomnijmy o tym. Jesteśmy przyjaciółmi, pracujemy razem. To była pomyłka, która nie powinna się zdarzyć. Ty masz kogoś, ja mam kogoś. Nie psujmy tego”
Czy naprawdę tak uważał? Czy naprawdę jej nie chciał? Nie potrafiła sobie odpowiedzieć na te pytania. Przetarła dłońmi twarz i spojrzała na swoją obrączkę ślubną. „Mam męża, za nie długo urodzę jego dziecko. Jest jeszcze Emilly. Jack mnie nie potrzebuje, ani moich problemów. Ma swoje życie i ja do niego nie należysz. Gdzieś tam jest kobieta, którą zostawił pięć lat temu, kiedy wyruszał na misję. Kobieta, która teraz na niego czeka z otwartymi ramionami. Czeka na powrót swojego ukochanego! Jedyne co możesz zrobić, to pozwolić mu widywać się z jego córką. To wszystko. Dla niego jestem tylko i wyłącznie pomyłką, Może i kiedyś byłam jego przyjaciółką, ale te czasy minęły i już nigdy nie powrócą.” cicho wyszeptała, następnie udała się do swojego laboratorium.
Jack i Daniel wyjechali na powierzchnię i spacerkiem szli do samochodu Jacka. Mężczyzna nadal analizował jego spotkanie z Carter.
-Jack! Jack! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?- zapytał Daniel spoglądając spod okularów na przyjaciela.
-Huh? Co? Mówiłeś coś?
-Wiesz w sumie to już nieistotne.- odparł otwierając drzwi samochodu.- Wsiadasz?- zapytał i wszedł do auta. Jack kiwnął głową, a następnie usadowił się za kierownicą, nadal nie przestając zastanawiać się nad spotkaniem z Samanthą. Minęło pięć lat, w ciągu tego czasu dużo się wydarzyło. Jack odpalił samochód i razem z przyjacielem uda się do jego mieszkania, gdzie mieli się spotkać z Teal’cem.
TBC
#50
Napisano 02.05.2011 - |21:34|
#51
Napisano 03.05.2011 - |20:54|
I te niedomówienia... Cały serial był ich pełen.
Czekam kiedy wreszcie wszystko się wyjaśni.
Pozdrawiam
Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.
F. Nietzsche
#52
Napisano 15.05.2011 - |09:06|
-Wyrzuć to w końcu z siebie.- odparł Daniel.
-Co? Nie wiem o czym mówisz.
-Dobrze wiesz. Chcesz zapytać o Sam i małą. No dalej, pytaj.- Jack westchnął.
-Czy Sam jest szczęśliwa z Petem?- Daniel umilknął. Nie spodziewał się takiego pytania. To brzmiało bardziej jakby Jack chciał się poddać niż walczyć o córkę. Archeolog opuścił głowę.
-No wiesz, czy są szczęśliwi.- zaczął, wtedy napotkał wzrok przyjaciela.- Sam spodziewa się jego dziecka…
Jack wstał, nie zważając na dalsze słowa przyjaciela podszedł do drzwi wyjściowych. Otworzył je i wyszedł zostawiając Daniela samego. Przeszedł długi korytarz i wyszedł na wieże powietrze. Następnie rozglądnął się po dość ruchliwej ulicy. Skręcił w prawo i udał się wprost na plac zabaw, który jak dobrze pamiętał był tam jeszcze pięć lat temu. Po krótkim spacerku Jack usiadł na ławce z oddali obserwują dzieci i ich rodziców. Sam był ojcem, już drugi razem. Nie chciał, aby Emilly wychowywała się dalej bez niego. Kochał tą małą dziewczynkę, jednak wieści o ciąży Samanthy zmusiła go do przemyśleń o jego ukochanej. Co jeżeli ona nie chciała, aby jej ich córka znała ojca, co jeśli to Pete był dla jego córeczki jak ojciec. O’Neill westchnął, a następnie pokiwał przecząco głową. „Nie, nie mogę tak myśleć. Emilly mnie kocha, ja kocham ją. Jeżeli Sam nie chce mieć ze mną kontaktu, trudno. Złamie mi to serce, ale po pięciu latach nie mam prawa integrować w jej życie. Chcę tylko mieć kontakt z moim malutkim skarbem.”
Jack wstał z ławki i ruszył przed siebie. Do mieszkania przyjaciela wrócił kilka godzin po zmroku. Zapukał do drzwi, a kiedy nikt mu nie otworzył, nacisnął klamkę. Drzwi otwarły się, a on wszedł do środka. Ściągnął swoją czarną skórzaną kurtkę i odwiesił na wieszak. Następnie wszedł do salonu. Wtedy usłyszał czyjś. Wytężył słuch i zrobił kilka kroków do przodu, wtedy ujrzał śpiącą na kanapie przyjaciela Emilly. Serce zaczęło mu bić mocniej. Uklęknął przy córeczce i pogłaskał ją po włosach. Nie był pewien, co ona tutaj robi, ale jej widok momentalnie go uszczęśliwił.
-Oh moja droga, wszystko będzie dobrze. Zobaczysz, wszystko się ułoży. Pomyśl o swojej karierze, o córce. Nie możesz zniszczyć jej życia.- Jack usłyszał głos Daniela, który od czasu do czasu był przerywany przez ciche pociągnięcia nosem. Spojrzał na swoją córeczkę, a potem skierował się w stronę kuchni, skąd dochodziły głosy.
-Daniel zniszczyłam jej życie, próbując ją bronić. Nie mogę tak dłużej. To już postanowione. Rozwodzę się z Petem.- odpowiedziała Sam i przyłożyła sobie mrożonkę do podbitego oka, ostatniego prezentu od Pete’a. Daniel westchnął i spojrzał na przyjaciółkę. Już chciał coś powiedzieć, kiedy zauważył stojącego w drzwiach O’Neilla.
-Jack.- odparł cichym głosem, jednak Sam go usłyszała.
Powoli odwróciła się i ujrzała swojego pułkownika. Wstrzymała oddech, a następnie opuściła głowę w dół. Nie chciała, aby ujrzał ją posiniaczoną i z przebita wargą. Jack jednak zauważył. Krew w jego żyłach się zagotowała. Ktoś miał czelność uderzyć jego Sam, matkę jego córeczki, jego ukochana kobietę. Wyciągnął ręce z kieszeni i podszedł w ich stronę. Daniel nadal milczał. O’Neill stanął przed Sam i zbadał ją wzrokiem. Pierwsze co rzuciło mu się w oczy, oprócz siniaków oczywiście, to lekko wypukły brzuszek. Jack delikatnie chwycił ja za podbródek i zmusił, aby spojrzała na niego.
-Kto to zrobił?- zapytał, a ona tylko opuściła wzrok.- Kto?
-Pete.- po krótkiej chwili odpowiedz padła z ust Daniela. Archeolog spojrzał na Jacka, a następnie na Sam.- Wybacz, ale najwyższy czas, aby coś z tym zrobić. Jesteś w ciąży, nie możesz mu na wszystko pozwalać.
Jack puścił podbródek ukochanej, a następnie wyszedł z kuchni. Daniel za nim. Przeszedł przedpokój i salon, złapał go, kiedy ten otwierał drzwi frontowe.
-Jack co ty robisz? Gdzie idziesz?
-Chyba najwyższe czas, abym sobie porozmawiał z tym draniem, Daniel. Zajmij się nimi, dopóki nie wrócę.- odparł i wyszedł cicho zamykając za sobą drzwi. Mężczyzna stał samotnie i wpatrywał się w drzwi, dopóki nie poczuł ręki na swoim ramieniu. Odwrócił się i ujrzał Samanthę.
-Poszedł do Pete’a, prawda?- Daniel tylko kiwnął głową.- Cholera! On nie ma prawa…
-Mylisz się! Jesteś matką jego córki, Jack nie pozwoli cię traktować jak rzecz. A teraz się nie denerwuj. Musisz dbać o siebie i dziecko.- kobieta tylko westchnęła.
-Może lepiej będzie jeżeli pojadę z nią do hotelu. On u ciebie mieszka, Daniel.
-Nawet o tym nie myśl. Jack tutaj nocuje tylko dzisiaj. Jutro rano wraca do Minnesoty, a ty przecież i tak nie cofniesz już czasu. Widziałaś go. Nie musicie się unikać, poza tym Emilly się ucieszy. Nawet nie wiesz jak bardzo za nią tęsknił. Jak ją zabierałem Sam, widziałem ból w jego oczach.- odparł Daniel i spojrzał na śpiącą na sofie małą dziewczynkę. Samantha usiadła obok niej i pocałowała ją w czoło.- Nie musisz przecież zaraz z nim rozmawiać, wystarczy, że pozwolisz mu widywać dziecko.
-To nie takie proste, jak myślisz…
-To bardzo proste, Sam. Nie odbieraj mu szansy, proszę. Emilly…
-…zasługuje na ojca. Masz rację Daniel. Pułkownik jest jej ojcem, mimo iż… mimo iż nie chciał wtedy brać… brać odpowiedzialności, za swoje czyny…
-Słucham? Sam czy ty słyszysz co ty mówisz? Nie chciał wziąć odpowiedzialności? On cię chronił. Już wtedy groził wam sąd wojskowy. Za bardzo cię kochał, aby zniszczyć ci karierę!- wytłumaczył jej mężczyzna.
Sam otwarła usta, by coś powiedzieć, jednak żadne słowa nie przeszły jej przez gardło. Była w szoku. „Jack ją kochał? Nie, to nie mogła być prawda. Zawsze była dla niego tylko drugo-dowodzącą, nigdy kobietą.” Potrząsnęła przecząco głową, a następnie wstała z kanapy, udając się do sypiali, którą zazwyczaj zajmowała. Daniel pozwolił sobie na nieśmiały uśmiech. Wziął śpiąca dziewczynkę na ręce i zaniósł ją do pokoju swojej przyjaciółki.
TBC
okres matur chyli się ku końcowi, więc teraz znajdę trochę więcej czasu na pisanie
#53
Napisano 15.05.2011 - |09:54|
Oj! to będzie ciekawa konfrontacja
A Sam nareszcie zaczęła myśleć logicznie. No cóż, jak to mówią : Lepiej późno niż wcale.
Czekam na C.D.
Pozdrawiam.
Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.
F. Nietzsche
#54
Napisano 15.05.2011 - |14:11|
Pozdrawiam.
#55
Napisano 16.05.2011 - |10:44|
Czekam niecierpliwie na następną część.
Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:
KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!
#56
Napisano 20.05.2011 - |17:44|
Co słychać u moich ulubionych bohaterów?
Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.
F. Nietzsche
#57
Napisano 20.05.2011 - |21:15|
ostatnio jakoś nie mam żadnych pomysłów, jakieś zaćmienie weny czy coś :< więc jeśli macie jakiś pomysł jak mogę uprzykrzyć życie Sam i Jacka, to piszcie... oczywiście możecie się spodziewać starcia Jack-Pete
na razie pozdrawiam i życzę miłego, słonecznego weekendu
#58
Napisano 21.05.2011 - |19:02|
Jack nawet nie zorientował się kiedy dojechał pod dom policjanta. Zaparkował auto zaraz za innym pojazdem, który zajmował podjazd i wyszedł z samochodu. Mimo, iż było dość ciemno, a jedynym światłem jakie oświetlało mu drogę był blask latarni to Jack rozejrzał się wokoło. „Miła okolica.” Pomyślał. Rzeczywiście tak było. Jednorodzinne domki z czerwonymi dachami, w około ogrody z kwiatami i dziecięcymi zabawkami porozrzucanymi na trawnikach. Jack mógł sobie wyobrazić bawiącą się na trawniku córeczkę, a niedaleko niej odpoczywającą Sam w jego ramionach. Skarcił się jednak dość szybko za te myśli. „Skup się stary idioto. Przyjechałeś tu w konkretnym celu.” O’Neill schował kluczyki do kieszeni, a następnie przeszedł przez trawnik na skróty i stanął przed drzwiami. Zapukał trzy razy, jednak nikt nie otworzył. Włożył więc ręce do kieszeni i odwrócił się tyłem do drzwi. Zrobił krok do przodu, kiedy usłyszał cichy dźwięk. Odwrócił się i ujrzał jak drzwi się otwierają, stała w nich wysoka brunetka owinięta tylko w czerwone prześcieradło. Jack otworzył usta chcąc coś powiedzieć jednak nic nie przeszło mu przez gardło. Przełknął więc ślinę i spojrzał w dół, starając się nie spoglądać na tajemniczą kobietę. „Chyba pomyliłem domy. Jezu wyciągnąłem ją…”
- Mogę w czymś pomóc?- zapytała uśmiechając się.
- Eee… szukam Pete’a Shanahan’a.- odparł.- Czy może mi pani powiedzieć gdzie go znajdę?
- Proszę wejść. Zaraz go zawołam.- odparła otwierając drzwi na oścież.
Jack otworzył usta i wykrzywił je w ‘o’. Był w szoku, kobieta, która stała przed nim nie była jakąś tam mieszkanką okolicy, tylko kochanką Pete. Zawahał się, a następnie podążył za kobietą. Wszedł do salonu, a ona zniknęła na schodach prowadzących na górę. „A jednak nie pomyliłem domów. Pete nie tylko uderzył Sam to jeszcze ją zdradza. Świetnie, po porostu świetnie.” Jack usiadł na fotelu rozglądnął się po mieszkaniu. Jasna tapeta i kremowe zasłony w oknach. Kasztanowe meble: stolik i pólka na książki. Telewizor, obok którego wsiadły zdjęcia. Mężczyzna wytężył wzrok, by przyjrzeć się im bliżej. Jedno z nich przedstawiało Sam i Peta podczas ich ceremonii ślubnej. Kolejne natomiast ukazywało… Nie zdążył się mu nawet przyjrzeć, bo usłyszał za sobą głos policjanta.
-Proszę, proszę. Któż to nas odwiedził. Troskliwy tatuś, który powstał z martwych.- wyrzekł drwiącym głosem Shanahan i zszedł ze schodów. Jack szybko stanął naprzeciwko niego i zmierzył wzrokiem. Mężczyzna w niczym nie przypominał, tego z fotografii, czy tego, którego Jack znał pięć lat temu. Nie był to już postawny i reprezentacyjny policjant, tylko zwykła kupa tłuszczu. W dodatku można było wyczuć od niego tytoń i alkohol. „Co ta gorąca brunetka w nim widzi? Co Sam w nim widzi?” Zapytał się w myślach, nie uważając co mówi do niego policjant. – Po co tutaj przylazłeś? Ta idiotka cię przysłała? Co? Hm… nie musisz odpowiadać, widzę to po twojej minie. Ledwo powróciłeś, a znowu wskoczyła ci do łóżka…
Nie dokończył, gdyż pięść Jacka wylądowała na jego policzku. Pete zmarszczył brwi, a gdy tylko spojrzał na O’Neilla, ten wycedził przez zęby.
- Nigdy więcej nie waż się tak o niej mówić. To twoja żona na miłość boską, a ty zamiast być przy niej to gzisz się z jakąś dziwką.
- Dziwką? Ja ci zaraz dam dziwką.- odparł widocznie zdenerwowany słowami Jacka. Pete wyprostował się i szturchnął niespodziewającego się tego byłego pułkownika. O’Neill jednak tylko się zachwiał, a kiedy odzyskał równowagę wymierzył policjantowi kolejny cios.
- To za to, że zdradzasz Sam z inną.- cios.- To za porzucenie dziecka.- kolejny cios.- To za znęcanie się nad ciężarną.- cios.- A to za… za to że miałeś czelność się zbliżyć do mojej rodziny.- po tym ciosie Pete musiał przytrzymać się ściany, a by nie upaść.- A teraz będziesz na tyle gościnny i wskażesz mi pokój Emilly. Nie pozwolę ci się zbliżyć do mojego dziecka i Samanthy nigdy więcej, zrozumiałeś śmieciu!?
Pete starał się bronić. Atakował Jacka, jednak na nic mu się to nie zdało. Już jakiś czas temu stracił swoją formę, teraz był jak kaczka na tacy. Nie potrafił się obronić, a kiedy próbował kończyło się to dla niego jeszcze gorzej. Jack tylko się zaśmiał. Lata w wojsku, ostanie pięć lat w więzieniu Ba’ala zrobiło swoje. Miał kondycję, dobry cios i nie był ślamazarny. Mimo iż wymierzał bardzo lekkie ciosy, to Pete zachowywał się tak jakby zaatakowało go przynajmniej z tuzin Jaffa. Nawet nie kiwnął głową, kiedy Jack wymierzył mu ostatni cios i potrząsnął nim sprowadzając go do rzeczywistości. W tej samej chwili do pokoju wkroczyła ubrana w jeansy i zielony top brunetka, która wcześniej otworzyła mu drzwi. Gdy zobaczyła swojego kochanka posiniaczonego i lekko pokrwawionego, natychmiast podbiegła do telefonu ogłaszając, że dzwoni po policję. Jednak Jack ją powstrzymał.
- Na twoim miejscu nie zbliżałbym się do niego nigdy więcej. Ma żonę w ciąży, która teraz posiniaczona wypłakuje sobie oczy. Chcesz takiego życia? Jeśli nie to spakuj się i wyjdź.- kobieta tylko kiwnęła głową i szybko opuściła mieszkanie, nawet nie spoglądając na Peta.
Tymczasem Jack minął go i udał się na górę do pokoju Emilly. Kiedy był już na górze krzyknął tylko do znajdującego się wciąż w tym samym miejscu policjanta.
-Za chwilę wpadnie Teal’c, bądź tak miły i mu otwórz, chyba że chcesz, aby wyważył ci drzwi.
Jack nie czekał na odpowiedź, otworzył drzwi jednej z sypialni znajdującej się na górze i wszedł do środka. Pokój był mały, ale przytulny, udekorowany tapetą w misie i kwiatki. Na środku stało łóżko, wokół którego leżały zabawki. Jack nie rozglądał się dalej. Podszedł do szafy i otworzył ją. Następnie zlustrował jej zawartość. Wyciągnął z samego dna dużą walizkę, a potem spakował wszystkie ubrania dziecka oraz niektóre jej zabawki. Kiedy torba była gotowa położył ją na łóżku i naszykował resztę zabawek do pudła, które znalazł pod łóżkiem.
Gdy skończył zszedł z pudłami na dół. Położył je przy schodach i ponownie wszedł na górę po walizkę córki. Kiedy wszystkie rzeczy Emilly był na dole, Jack zabrał się za spakowanie rzeczy Samanthy. Wszedł do jej sypialni, którą najwyraźniej zajmowała z Petem. Nawet się nie rozejrzał. Od razu podszedł do szafy i wyciągnął z niej ubrania. Wrzucił wszystko do torby i razem walizką zszedł na dół. O’Neill postawił torbę obok reszty rzeczy, kiedy do mieszkania wszedł Teal’c. Jaffa uniósł tylko brew, spoglądając na posiniaczonego Peta, a następnie zabrał się za wynoszenie spakowanych walizek i pudeł.
Po dwudziestu minutach samochód Jacka był zapakowany rzeczami Emilly oraz Sam. Teal’c wsiadł do środka, na miejsce pasażera i czekał na pułkownika, który tłumaczył coś Peteowi. Przestraszony policjant, tylko kiwał głową, a następnie zamknął drzwi. Jack skierował się do samochodu. Usiadł za kierownica i ruszył.
- Czy Samantha Carter wie, że tutaj przyjechałeś, O’Neill?- zapytał czarnoskóry mężczyzna.
- Tak jakby. Zresztą T, co miałem zrobić? Pozwolić, aby ten [beeep] ją maltretował? Na miłość boską ona jest w ciąży.
- Postąpiłeś słusznie, O’Neill.
- Ta… ale to że do ciebie zadzwoniłem, nie oznacza, że wybaczę wam porwanie mojego dziecka.- powiedział ostrzegająco Jack.
- Rozumiem O’Neill. Dostaliśmy takie rozkazy, dla twojego bezpieczeństwa, ale zdaję sobie sprawę, jak musiałeś się czuć. I za to przepraszam.- odparł Jaffa. Jack poklepał go po ramieniu, nie odrywając wzroku od jezdni.
- Wiem T, wiem.
Przez dalszą część drogi do mieszkania Daniela milczeli. Gdy przybyli na miejsce w ciszy opuścili samochód razem z walizkami. Wnieśli je na górę, gdzie czekał na niech doktor Jackson. Otworzył im drzwi i pomógł we wnoszeniu rzeczy do mieszkania. Kiedy postawili w salonie ostatnie pudło, Teal’c i Jack opadli na sofę, natomiast Daniel przyniósł im napoje.
- Co masz zamiar teraz zrobić?- zapytał przyjaciela Daniel siadając obok niego i popijając kawę.
- Przede wszystkim muszę się dowiedzieć wszystkiego, dokładnie wszystkiego. Wystarczy już tych tajemnic. Odkąd tylko wróciłem każdy coś przede mną ukrywa.
- No dobrze, co chcesz wiedzieć?- odparł archeolog po uprzedniej wymianie spojrzeń z czarnoskórym wojownikiem.
- Może zacznij od początku. Bez pomijania jakichkolwiek informacji.- wyrzekł starszy mężczyzna i wygodnie ułożył się na sofie. W końcu miał poznać cała prawdę.
- Sam dowiedziała się o ciąży na kilka dni przed twoim zniknięciem, była wtedy zaręczona z Petem. Nie powiedział nam o dziecku, sama zastanawiała się co z nim zrobić. Jak mi potem wspominała, powiedziałeś jej, że tamta noc, była dla ciebie błędem. Wiem, że chciałeś ratować jej karierę, ale ona się załamała. Stwierdziła, że nie chcesz tego dziecka. Była bliska usunięciu ciąży. Zmieniła zdanie, gdy powiedzieliśmy jej, że nie wróciłeś z misji. Jack musiałbyś zobaczyć łzy w jej oczach.- tłumaczył Daniel.
- Nie widziałem doktor Carter jakiś tydzień po tym wydarzeniu.- wtrącił Teal’c.
- W każdym razie. Poszła do Hammonda i powiedziała mu co się stało, że spodziewa się twojego dziecka. On zapewnił ją, że pozostanie w programie, ale nikt nie może się dowiedzieć, że ty jesteś ojcem. Inaczej groziłby jej sąd polowy. Wszystko było dobrze do momentu, w którym nie dowiedział się Pete. Wpadł w szał, zaczął ją oskarżać. Zerwali ze sobą.
- To były ciężkie chwile dla doktor Carter. W dodatku musiała jeszcze przejąć po tobie SG-1, O’Neill.
-No dobra, rozumiem. Ale co to ma do tego, że nie mogę się widywać z Emilly.
- Jack nie przerywaj. Kiedy Emilly się urodziła Sam podpisała umowę z Hammondem. Nie znam dokładnie jej szczegółów, ale pamiętam tą okropną aferę z tym pułkownikiem co trzymał z MacKenziem. Nie pamiętam nazwiska, zresztą nieistotne. Ktoś sypnął o całej sprawie i dowiedzieli się wasi zwierzchnicy. Zagrozili jej sądem polowym jeśli nie usunie ciąży. Sam się nie zgodziła i wyrzucili ją z wojska. Mało brakowało, a opuściłaby jeszcze SGC, ale Hammond pociągnął za sznurki narażając siebie i własne stanowisko. Ten dokument praktycznie uratował jej karierę. Zawarto w nim klauzulę, że jeśli kiedykolwiek powrócisz na Ziemię, Sam zostanie przetransferowana do strefy 51. Nie miałeś się dowiedzieć o córce, ani spotkać z Sam. Inaczej postawiono by ją przed sądem polowym…
- Mimo iż jest teraz cywilem i nie mogą tego zrobić?- zdziwił się Jack.
- Tak. Dlatego zabraliśmy małą jak tylko do mnie zadzwoniłeś, aby Sam nie stanęła przed sądem za coś czego tak naprawdę nie zrobiła umyślnie.
- Nie rozumiem.- odparł, a Daniel westchnął.
- Jeśli Sam zostanie postawiona przed sądem, Emilly może trafić do domu dziecka, w najgorszym wypadku. Ani Samantha ani ty nigdy więcej nie zobaczycie córki. Mimo, że uniewinniono ją z zarzutu „sypiania ze zwierzchnikiem”, to biurokracja wymyśliła sobie nowe, niczym nie poparte zarzuty, których żaden adwokat nie potrafi obejść. Hammond doszedł z nimi do porozumienia, ale bacznie obserwują każdy ich ruch.
- Ok, no dobra i tak dużo z tego nie rozumiem, ale ok… wiem do czego zmierzasz. Ale to nadal nie wyjaśnia sprawy, dlaczego wyszła za mąż za tego boksera!
- Dla bezpieczeństwa.- Jack zakrztusił się piwem. Daniel złapał aluzję i dał mu chwilkę na uspokojenie się, następnie kontynuował. – Jej ojciec nie ma pojęcia, że Emilly nie jest córką Peta, tylko twoją. A wiesz, jak bardzo się cieszył jak Sam się zaręczyła.
-Tak, wiem. Gdyby się dowiedział, tortury Ba’ala przy jego, byłby bułką z masłem.- Zażartował.
- To był jeden z powodów. Drugi dotyczy tego dokumentu. Pete i Sam są małżeństwem, więc dopóki nim zostaną ona i mała są bezpieczne… ale tak jak ci mówiłem, nie znam całości tej umowy. Jest na ściśle strzeżona przez generała, a Sam nie chce mówić.
Daniel urwał, kiedy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. Spojrzał na Teal’ca oraz Jacka. Oni tylko westchnęli, następnie Jaffa wstał i mówiąc, iż musi wrócić do bazy, pożegnał się w resztą przyjaciół.
Kiedy tylko Teal’c opuścił mieszkanie archeologa, Jack wstał z kanapy i podszedł do akwarium. Schylił się i zaczął obserwować rybki.
- A więc kosmiczna małpo, Sam i mała tu jeszcze są, czy mieszkasz z duchami i tymi śmiesznymi figurkami? - zapytał wskazując na półkę, gdzie znajdowały się posążki ze starożytnego Egiptu, prawdopodobnie pochodzące z XIV dynastii faraonów.
- Samantha poszła się położyć, źle się czuła, a Emilly już dawno śpi.- odparł. – Ty też powinieneś się położyć.
- Nie dzięki, nie jestem zmęczony.- odparł ziewając.
-Jack, proszę cię, przecież widzę. Mnie nie okłamiesz.
- Daniel.
-Jack.
- Daniel!- odparł poirytowany mężczyzna. Archeolog już miał otworzyć usta, kiedy usłyszał cichy dziewczęcy głosik. Obrócił się i ujrzał Emilly. Dziewczynka stała i trzymała w ręce fotografię, miała zaspane i zapłakane oczy.
-Wujku boję się. Pod moim łóżkiem jest potwór. Powiedział, że mnie zje, a mamusia śpi. Była smutna i płakała.- odpowiedział cichutko i podeszła bliżej, wtedy dopiero zobaczyła Jacka. Dziewczynka przetarła oczy, a kiedy upewniła się że nie śni, że jej ojciec naprawdę stoi przed nią, odłożyła fotografię na sofę i wyciągnęła ręce w górę.- Tatuś!
Jack chwycił ją w ramiona i mocno przycisnął do siebie całując w czubek główki. Po raz kolejny jego córeczka była przy nim, niczego więcej nie potrzebował do życia. Ta chwila go uszczęśliwiła.
- Shhyy…- uciszył ją kiedy ta zaczęła po cichutku łkać.- Tatuś jest przy tobie, nic ci się nie stanie. Nikt cię nie skrzywdzi, Emilly. No już cichutko skarbie.
- Kocham cię tatusiu. Nie chcę, abyś mnie zostawiał.- Emilly wtuliła się w jego szyję.
- Ja ciebie też kocham, księżniczko. Wszystko będzie dobrze. Nie pozwolę nikomu cię zabrać, ani skrzywdzić. A temu potworowi zaraz powiem, aby sobie poszedł, dobrze.- kiwnęła głową i uśmiechnęła się, a potem ponownie wtuliła się w jego szyję. Jack zabrał ją do pokoju, który zajmowała razem z Sam.
TBC
#59
Napisano 21.05.2011 - |19:28|
A potem zrobił dokładnie to, co powinien.
Temu fiutkowi się należało.
Pozdrawiam
Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.
F. Nietzsche
#60
Napisano 22.05.2011 - |15:22|
Chociaż mógł go bardziej stłuc
Życie to ostry miecz, na którym Bóg napisał:
KOCHAJ, WALCZ, CIERP!!!
Użytkownicy przeglądający ten temat: 1
0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych

Logowanie »
Rejestracja








