+ Stargate: SG-1 i Stargate: Atlantis od nowa +
Moja ocena jest trochę niższa niż poprzedniego odcinka, czyli
7Poruszono tu dość ważne tematy. Zaczęliśmy się zastanawiać, kto wybiera ludzi na członków drużyn SG. Poznaliśmy kilka szczegółów z historii Sam (i jej okropny gust :/ ). Ale, co najważniejsze, wreszcie ujrzeliśmy to, nad czym się nie zastanawialiśmy w poprzednich odcinkach, a mianowicie: Co by się stało, gdyby jakiejś drużynie SG zachciało się NAPRAWDĘ grać bogów, za jakich uważa ich miejscowa ludność?
Muszę zganić kapitan Samanthę Carter za jej wręcz odrzucający gust. Jonas Hanson jest brzydki, nieciekawy, do tego ma przejawy wariactwa, zadufania w sobie i zachowuje się jak psychopata. I to chyba wcale nie tylko wina słoneczka, ale jego charakteru. I gdzie tu ten jego "urok", o którym mówiła? Chyba, że za urocze zachowanie bierze zmuszanie bezbronnych ludzi do niewolniczej pracy w zabójczym upale...
Daniel za to znów mnie rozśmieszył swoją degustacją makaronu z serem.

"Smakuje jak kurczak" - deja vu z Stargate: The Movie. To dobrze, że twórcy serialu często wplatają tam zabawne "smaczki", nawiązujące do innych wydarzeń lub wręcz innych seriali (np. nazwa dla Prometeusza - Enterprise, ale więcej nie będę mówiła, bo spoilerować nie chcę

).
Smaczek tego odcinke to też całokształt Teal'ca. Jego wręcz olśniewający uśmiech i lekcja plastyki rozbawiły mnie do łez. Nasz Jaffa potem okazał się deprawatorem wyznawców Wszechmogącego Jonasa i rozwalił w sposób iście O'Neillowski podłogę, za którą znajdowało się urządzenie Goa'uldów

. Tu naprawdę było go dużo i za to plus.
Jack akurat pokazał nam się właściwie tylko z jednej strony: żołnierza, który nie pozostawia nikogo za sobą i wyrusza, by uratować od śmierci oparzeniem Connora.
To tyle o postaciach. A co o fabule i reszcie?
Odcinek trochę mniej podobał mi się niż poprzedni, dlatego też ocena ciut niższa. Fabuła dość oklepana, wielokrotnie powtarzana przez innych twórców, za to plus za nowe urządzenie Goa'uldów, kilka smaczków, wzmocnienie więzi przyjaźni w drużynie SG-1 i klimat odcinka. Dość fajnie zrobiony początek. Noc, gonitwa, rytualna muzyka, ludzie w zwierzęcych strojach, palenie Frakes'a. Mrocznie. Później spotykamy się trochę z religijną moralizacją, którą wygłasza nam na końcu Jack, choć niezbyt zna się na przykazaniach

. Sam też okazuje się bardziej miękka, niż mogłoby się wydawać. Powinna zastrzelić Jonasa, kiedy miała okazję, ale z drugiej strony byłby to niepomyślny zwrot akcji dla fabuły (czyt. tak miało być).