Ode mnie 8. Nie przesadzajcie z tym "koszmarnym odcinkiem". Bardzo zły nie był.
Na pewno plusem tego epizodu był wielki "zoom" na przeszłość Jacka i Daniela. Dowiedzieliśmy się, że O'Neill jakiś czas temu brał udział w tajnej akcji w Niemczech, coś nie wyszło i w trakcie jej zginął jego przyjaciel pułkownik John. Jackson za to jako dziecko razem z rodzicami odwiedzał Muzeum Sztuki w Nowym Jorku i w tymże miejscu kamienne bloki i słupy przygniotły jego matkę i ojca. Perspektywa oglądania śmierci kolegi i rodziców raz po raz rzeczywiście przeraża, więc nie dziwię się, że chcieli wyjść z automatu Keepera.
A sam Keeper... Postać trochę komiczna, po sposobie składania rąk i częściowo z zachowania podobna była do Harlana z Tin Man. Jego makijaż i ubranie:
W odcinku prawdziwymi delicjami były szczególiki i smaczki. Jednym z nich niewątpliwie jest Teal'c po raz pierwszy z włosami na głowie (ci, co są po 10 sezonie, wiedzą o czym mówię). Drugim jest też kichający Daniel - twórcy serialu wreszcie przypomnieli sobie, że ma alergię i wykorzystali to w jednej dość zabawnej scenie traktującej o nadmiarze kwiatów na planecie odwiedzanej przez SG-1. Trzecim jest oczywiście Hammond, a raczej - Keeper "przebrany" za Hammonda i cała akcja z nim związana. A więc - jego komentarze zachwalające powrót na tamtą planetę i podłączenie się do sieci symulatora, Jack "ściągający" maskę z naszego generała, klepiący go beztrosko po łysinie... Uśmiałam się do łez
Pierwszy raz "pośmiertnie" pojawił nam się tu Kowalski. Pojawiać będzie się stosunkowo dość często (ale nie powiem w jakich sytuacjach, kiedy i jak, żeby nie spoilerować), ale już to pierwsze spotkanie po The Enemy Within jest sentymentalne. Jego rozmowa z SG-1 o tym, jak się lubili i jak mogliby być szczęśliwi w symulacji Keepera poruszyła mnie i choć Kowalski jest dla mnie postacią całkowicie obojętną, jakoś dziwnie mi się zrobiło (żeby nie powiedzieć, że wzruszyłam się co nieco
Przed podsumowaniem odcinka chciałam poruszyć jeszcze jedną kwestię na temat jego treści. Nikt tego pewnie nie zauważył, ale pojawił nam się tu motyw wolności i woli. Rezydenci, jak Keeper nazywał gości swego symulatora, mogli wyjść z niego kiedy tylko chcieli. Może i usprawiedliwia ich fakt, że nie wiedzieli o istnieniu portalu, dzięki któremu mogliby opuścić przytrzymujące ich przy życiu krzesła. A może nie. Może po prostu nie chcieli wyjść, nie chcieli szukać ucieczki z alienowego automatu rozrywkowego. Przecież gdyby nie zgodzili się uczestniczyć w tej nieustającej zabawie, gdyby obudziło się w nich takie uczucie jak niechęć do przeżywania raz po raz swoich wspomnień, na pewno odnaleźli portal do rzeczywistości. Ale oni nie chcieli tego. Szli jak ślepe owieczki za Keeperem. Ich zniewolenie więc nie było tylko jego winą, ale i ich samych.
Tak więc humoru było wystarczająco, akcji też trochę spotkaliśmy, a napięcie również było. Dla niektórych osób mogła to być totalna klapa, jednak gdyby patrzy się na odcinek głębiej, poprzez pryzmat smaczków, pomysłu scenariuszu, jakim była maszyna rozrywkowa potrafiąca stworzyć obraz tego, co przeżyliśmy lub co potrafimy sobie wyobrazić oraz tego ukrytego znaczenia roli Keepera i Rezydentów. Oprócz tego poznaliśmy kilka szczegółów z bolesnej przeszłości Jacka i Daniela, potwierdziliśmy kolejny raz teorię, że umysły, których ciała mają w sobie Goa'uldy, są niedostępne i trudno w nich grzebać. Dowiedzieliśmy się, że Sam ma pamiątkę po Jolinar z Malk-shur (i to niejedną, wierzcie mi

Logowanie »
Rejestracja








