Witam ponownie po ponad miesięcznej przerwie i mam dla Was niespodziankę – właśnie dostałam zgodę na publikację fragmentu mojej książki! Zdziwi Was dlaczego teraz. Otóż kiedy poprosiliście mnie o to, napisałam do pana Nowackiego, ale moja wiadomość widocznie do niego nie dotarła, bo nie dostałam odpowiedzi. Przez jakiś czas nic nie robiłam, bo zakładałam, że może być na przykład na urlopie, ale w końcu ta możliwość przestała wchodzić w grę i właśnie przed chwilą do niego zadzwoniłam. Dowiedziałam się, że mogę bez żadnych konsekwencji opublikować kilka stron, więc zamieszczam pierwszą scenę. Aha, pierwszą albo i nie, bo czekając na decyzję wydawnictwa, napisałam kilkustronicowy wstęp, który dołączę do książki, jeśli tylko mi pozwolą

A więc oto początek pierwszego rozdziału...
– Kree hol – powiedział mistrz Bra’tac i trzech młodych wojowników podążyło za nim. Byli bardzo przejęci jak na Jaffa, choć wcale tego nie okazywali. W milczeniu szli za mistrzem. Dostąpili wielkiego zaszczytu – za wyjątkowe czyny w zakończonej właśnie bitwie mieli zostać przedstawieni swemu bogu.
Kilka pochodni rozjaśniało nieco pel’tak. Z tyłu, w cieniu za tronem stało nieruchomo dwóch gwardzistów w hełmach wyobrażających głowę węża.
Mistrz Bra’tac przyklęknął przed Apophisem, jak przystało na pierwszego przybocznego, a młodzi wojownicy uklękli za nim w dużo bardziej uniżonej postawie; każdy z nich, klęcząc na prawym kolanie ze skłonioną głową, opierał trzymaną w lewej ręce lancę o ziemię, a prawą dłonią dotykał do podłogi, pochylony w przód.
– Mój panie, twój wróg został pokonany. Zwyciężyłeś dzisiejszą bitwę – powiedział mistrz.
– Shal met, Bra’tac – odrzekł Apophis, po czym popatrzył z zainteresowaniem na wojowników, których przyprowadził mu pierwszy przyboczny. – Powstańcie – rzekł. Trzej Jaffa usłuchali natychmiast w idealnym zgraniu, trzymając jednak oczy spuszczone i nie patrząc na niego. Mistrz Bra’tac również się podniósł, a Apophis podszedł do niego, wstawszy z tronu i kładąc dłoń na jego ramieniu, dodał: – Dobrze się spisałeś i poznasz moją wdzięczność.
– To dla mnie zaszczyt – odpowiedział Bra’tac i skłonił głowę w geście pokory, a następnie odwrócił się w stronę młodych wojowników i rzekł: – Wykazując się wielką zręcznością i sprytem, tych trzech najbardziej uczciło w bitwie twe imię.
Apophis zmrużył lekko oczy i podszedł do pierwszego w rzędzie wojownika. Przyglądając mu się, rozkazał:
– Opowiedz mi o tym.
– Na imię mu Teal’c, panie, to mój uczeń. I, z twoim błogosławieństwem, mój następca.
Apophis patrzył na Jaffa przenikliwym wzrokiem, podczas gdy on wciąż nie podnosił oczu, na ostatnie słowa mistrza zerknąwszy tylko na niego na moment i zaraz znów spuściwszy wzrok.
– Kto był twoim ojcem? – zwrócił się do niego.
Źrenice wojownika poruszyły się niespokojnie na te słowa. Był bardzo zdenerwowany. Jego bóg stał tuż przed nim i wpatrywał się w niego. Jaffa czuł jego spojrzenie, chociaż sam nie śmiał oczywiście podnieść wzroku. Jego bóg patrzył na niego i zadał mu pytanie, co zwiększało tylko zdenerwowanie wojownika, bo nie wiedział, czy to oznacza, że ma odpowiedzieć. Nie spodziewał się, że będzie miał przemówić do boga i choć Apophis wyraźnie zwrócił się do niego, nie był pewien, czy wolno mu to uczynić. Poza tym już sama treść jego słów wzbudzała w Jaffa silne emocje.
Kto był ojcem? Dobrze sformułowane pytanie. „Był”, bo przecież już nie żyje. Teal’c pamiętał ojca doskonale, a także jego śmierć. Śmierć za wycofanie się z bitwy niemożliwej do wygrania. Najboleśniejszą śmierć, jaką może ponieść Jaffa – przez zmiażdżenie jego prim’ta. I dlatego Teal’c przysiągł sobie zostać pierwszym przybocznym Apophisa – największego wroga Kronosa.
Milczał, stojąc nieruchomo, wciąż niepewny, czy Apophis rzeczywiście oczekuje od niego odpowiedzi. Nie śmiał do niego przemówić.
Mistrz Bra’tac również wiedział, że Teal’c nie powinien się odzywać, więc sam zaczął w jego imieniu:
– To syn…
– Niech przemówi – przerwał Apophis, unosząc rękę, lecz wciąż wpatrując się badawczo w Teal’ca. – Jeżeli ma pewnego dnia zająć twoje miejsce jako mój pierwszy przyboczny, muszę wiedzieć, że ma język.
Mistrz Bra’tac miał nadzieję, że jego uczeń wie, jak się zachować i co powiedzieć.
– Moim ojcem był Ronac, pierwszy przyboczny Kronosa, który został zamordowany za przegranie bitwy niemożliwej do wygrania – powiedział Teal’c szybko i cicho, nie podnosząc wzroku. – Moja rodzina została wygnana na Chulak. – Nie była to odpowiedź, o jakiej marzył mistrz Jaffa.
– Zawiódł swego boga – rzekł Apophis, wbijając wzrok w młodego wojownika. Oczy Teal’ca zaczęły poruszać się jeszcze szybciej i bardziej nerwowo, co gorsza – w górę.
– Nie – powiedział jeszcze ciszej, spoglądając na moment aż na Apophisa i natychmiast opanowując się. Przestraszony, pospiesznie wlepił oczy w ziemię i spuścił głowę jeszcze niżej.
– Shek kree, Teal’c! – skarcił go Bra’tac ostro.
Teal’c sam zdał już sobie sprawę, że zaprzeczył słowom swego boga, ale przecież nie mógł przyznać mu racji.
– Panie, mówię tylko prawdę – rzekł. – Bitwy nie dało się wygrać.
– Twój ojciec powinien był zginąć, próbując – orzekł Apophis, świecąc oczami, a widząc, że na te słowa Jaffa zmieszał się jeszcze bardziej i zdenerwowany uniósł nieco głowę, spojrzał na niego z wyższością. – Był tchórzem.
– Panie, mój ojciec nie był tchórzem – powiedział Teal’c, niespodziewanie podnosząc wzrok i patrząc prosto w oczy swego boga. Tego było już dla Apophisa za wiele i natychmiast podniósł kara kesh do jego czoła. Przestraszony Jaffa sam nie wiedział już, gdzie patrzy, ale dostrzegł bardzo dobrze ruch ręki swego pana i zrozumiał, co się zaraz stanie. Poczuł niewyobrażalny ból, który zamknął mu oczy, a otworzył usta. Nie wiedział, czy krzyczy. Nie widział twarzy Apophisa, na której malowała się już raczej satysfakcja niż gniew. Nie widział zaniepokojonej twarzy Bra’taca. Nie widział nic i nie czuł nic poza bólem. Kolana zaczęły uginać się pod nim, a po chwili, która trwała tyle, co wieczność, padł nieprzytomny pod nogi swego pana.
Nie ma tu wcięć w akapitach, więc zrobiłam zamiast nich podwójne entery, ale i tak wygląda okropnie, więc lepiej skopiujcie sobie do Worda, zamieńcie podwójne entery na pojedyncze i zróbcie wcięcia.
Nie ma też przypisów („kree hol”, pel'tak, „shal met”, „shek kree”, kara kesh), ale Wam nie są chyba potrzebne

Aha, właściwie to to nie jest całkiem reprezentacyjny fragment, jeśli chodzi o narrację, bo ona się potem znacznie rozwija i zmienia wraz ze zmianą sposobu myślenia Teal'ca. Bo jak już mówiłam, jest prowadzona niemal przez cały czas z jego punktu widzenia, a tu dopiero łagodnie w niego wchodzi, tak jak widać. Przede wszystkim jest to goa'uldzki punkt widzenia, a że między tymi dwoma pojawia się rozdźwięk, to dopiero się okazuje. Tak czy inaczej, w tej rzeczywistości... jak to powiedzieć – nie wypada zacząć od takiego młodego wojownika, jakim jest w tym momencie Teal'c. Po prostu byłoby to nienaturalne. Ale spokojnie – później wchodzimy w niego głębiej i robi się ciekawiej
Użytkownik Mary777 edytował ten post 10.08.2011 - |10:48|