Zgodnie z obietnicą ciąg dalszy
tym razem bardzo długa część
podkreślone i kursywom wypowiedzi AtanalaMinął tydzień od jego powrotu, mimo to Daniel i Teal’c nadal odmawiali dłuższej rozmowy o wydarzeniach ostatnich pięciu lat. Pułkownik spędzał czas albo na stołówce i siłowni albo w swojej kwaterze w towarzystwie fotografii Samanthy. Nie miał ochoty nigdzie wychodzić, poza tym nie miał też pozwolenia na opuszczenie bazy. Dzisiejszy dzień nie różnił się niczym od pozostałych. Po zjedzonym w towarzystwie Daniela i Teal’ca śniadaniu, Jack udał się do swojej kwatery. Już miał otworzyć drzwi, kiedy usłyszał za sobą znajomy damski głos. Odwrócił się i ujrzał Anise . „Świetnie, a ta czego tu szuka?” powiedział do siebie. Atanal skrzywił się, a następie odpowiedział
„Bądź miły. Nie wiem czemu jej tak nie lubisz, ona jest naprawdę wspaniała!”-Anise! Co cię tutaj sprowadza?- zapytał Jack, a następnie w myślach odpowiedział swojemu symbiontowi. „Wspaniała? Albo oszalałeś, albo cię omotała! Ale z tego co widzę w twoich wspomnieniach to zakładam to drugie. Wężogłowy się zakochał!” Antal oblał go zimnym prysznicem. Jack skrzywił się i spojrzał na Tok’ra, która chyba mu coś tłumaczyła.
-… i na tym kończąc musze ci powiedzieć, że to naprawdę wspaniały mężczyzna. W każdym razie jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem to dzisiaj dokonamy przeniesienia Atanala do jego ciała, jeśli ci to oczywiście odpowiada.- zakończyła. Jack czekał na te słowa cały tydzień i ostanie piętnaście minut jej monologu.
-Słodko! Powiedz mi tylko na którą mam być gotowy.- odparł i wszedł z uśmiechem na ustach do pokoju pozostawiając Anise za drzwiami.
„Nie musiałeś jej tak potraktować, ona naprawdę…” zaczął symbiont, jednak Jack mu przerwał.
-Tak, tak. Wiem. Jest wspaniała. Dla ciebie, ale nie dla mnie, ok. Nie lubię jej i mam swoje powody! Wiec daj mi już spokój, dostaniesz, mam nadzieję, że jeszcze dzisiaj nowego przyjaciela i na miłość boską będę mógł zacząć normalne życie.- odparł i usiadł na łóżku. Sięgnął ręką do kieszeni koszuli, znajdującej się przy sercu i wyciągnął fotografie. Wtedy drzwi się otworzyły. Jack schował zdjęcie zanim jego gość zdążył je zauważyć, a następnie odwrócił się i ujrzał Anise. „Myślałem, że zostawiłem ją za drzwiami!” powiedział do siebie, na co Atanal tylko westchnął. Jack wymusił na sobie uśmiech. Tok’ra podeszłą bliżej. Kiedy znajdowała się w zasięgu ręki, położyła swoją dłoń na ramieniu Jacka. Atanal zadrżał, na co pułkownik przewrócił oczami. Anise uklęknęła przy nim i złapała kontakt wzrokowy.
-Ja wiem, że nasze stosunki są napięte od ostatniego hm… wydarzenia.- wspomniała aferę z przed kilku lat, którą spowodowała.- Ale może mogłoby to ulec zmianie? O’Neill możesz wrócić z nami. Tok’ra znajdą miejsce dla ciebie, będziesz mógł się przysłużyć. Tutaj…- urwała. Wzięła głęboki oddech.
-Tutaj co? Nie ma dla mnie miejsca?- zapytał ironicznie Jack, a następnie zrzucił jej rękę ze swojego ramienia. Nie chciał, aby go dotykała, chociaż jego symbiontowi wyraźnie się to podobało.
-Ja… znaczy…. Chodzi mi o to, że pięć lat to spory okres czasu. Wszyscy, którzy coś dla ciebie znaczyli, teraz mają własne życia.
-O co ci do cholery chodzi?- zapytał trochę zbulwersowany i spojrzał na kobietę. Nie odpowiedziała. Zamiast tego zamknęła mu usta w słodkim pocałunku. Jack zamarł na jej zbliżenie. Nie chciał, a by go dotykała, nie chciał aby żadna kobieta z wyjątkiem Sam go dotykała. Już miał ją od siebie odciągnąć, kiedy jej język zaczął domagając się wejścia do środka. Zdezorientowany sytuacją rozchylił swoje wargi i ich języki splotły się. Jack objął ja jedną ręką w pasie, a drugą położył na szyi. „Całował Sam, jego Sam.” Z jej ust uciekł cichy jęk rozkoszy, jakby przeżywała coś więcej niż tylko zwykły pocałunek. Oderwali się od siebie, aby nabrać powietrza. Jack zamknął oczy. Chciał aby ten moment trwał wiecznie. Nie liczyło się nic innego. Tylko on i Samantha. Powoli otworzył oczy i ujrzał nie Carter, lecz Anise. Utworzył usta, by coś powiedzieć, jednak Atanal go uprzedził. Przejął jego ciało. Jack przeklął i jego i siebie w myślach.
„Wiem co chciałeś zrobić i nie pozwolę ci na to.” Odparł symbiont, następnie uśmiechnął się do Anise. Tok’ra oderwała się od niego i spojrzała mu w oczy.
-Chce, żebyś wiedział, ze zawsze będziesz mieć do czego, lub do kogo wracać. Ja będę to osobą. Przemyśl to, zanim Atanal dostanie nowego nosiciela.- odparła. Wyszła z pokoju pozostawiając osłupiałego Jacka samego.
-Co to do jasnej cholery miało być?- zapytał Jack. Wykorzystał chwilę nieuwagi Atanala i przejął swoje ciało. Mężczyzna chwycił się za głowę i zaczął chodzić po pokoju. Nie rozumiał „wężogłowej”, ani jej zachowania. O ile sobie dobrze przypominał dawno temu ustalił z nią pohamowywanie uczuć wobec niego. „ A teraz ten pocałunek i tekst, że mam do kogo wracać? O co chodziło!?”
Jego dalsze przemyślenia przerwało głośne pukanie. Pułkownik podszedł do drzwi i otworzył je na oścież. Po drugiej stronie stał młody porucznik, którego nie znał. Porucznik wyprostował się, wziął głęboki oddech i powiadomił Jacka o spotkaniu w biurze generała. O’Neill wyszedł ze swojej kwatery i udał się za żołnierzem do biura Hammonda. Porucznik zasalutował przed samymi drzwiami i oddalił się. Tymczasem Jack zapukał. Kiedy usłyszał „wejść” otworzył drzwi.
-Jack.- powitał go stary przyjaciel i wskazał ręką na krzesło. Usiadł, zamykając wcześniej drzwi, aby nikt nie przysłuchiwał się rozmowie. – Wezwałem cię tutaj, zaraz po rozmowie w Anise.
-Domyśliłem się. Była u mnie. Wspomniała coś o pozbyciu się węża z głowy.- uśmiechnął się. Atanal przewrócił oczami, a następnie „uszczypnął” Jacka. Pułkownik lekko skrzywił się.
-Tak. Właśnie co do tego… hm… zabiegu. Myślałeś już co zrobisz potem?- zapytał.
-Nie. Nie bardzo. Założyłem, że wszystko co do mnie należało przepadło, prawda? Więc, chyba nie ma już dla mnie miejsca.
-Nie zgodzę się Jack. Zawsze będzie tutaj dla ciebie miejsce. W prawdzie nie było cię pięć lat, ale nadal jesteś dowódcą SG-1.
-Myślałem, że oddałeś drużynę Carter.- opuścił głowę.
-To skomplikowane, ale zapewniam cię, że będę szczęśliwy jeśli przyjmiesz pracę w SG-1, ponownie. Dr Jackson i Teal’c zapewnie będą zadowoleni, a poza tym porucznik Kaleb będzie mógł się wiele od ciebie dowiedzieć.
-Porucznik Kaleb?- zdziwił się. „Co stało się z Carter?”
-Poznałeś go jak mniemam. Eskortował cie do mojego gabinetu.- wytłumaczył, a Jack tylko kiwnął twierdząco głową. Generał kontynuował swoją przemowę, jednak Jack go nie słuchał. Zastanawiał siec o stało się z Carter. „Daniel wspominał coś, ze wyruszyła na misję. Czyżby dostała własny zespół? Jeśli tak, to wspaniale. Była dobrym żołnierzem. Należało jej się.” Był z niej dumny.- … w każdym razie, dostałeś pozwolenie na opuszczenie bazy.
Z zamyślenia wyrwał go głos generała. Jack spojrzał na Hammonda i uśmiechnął się.
-Świetnie.
-A wiec co masz zamiar zrobić z moją propozycją?
-Musze to przemyśleć, dobrze. Nie wiem czy chce wracać do czynnej służby, emerytura z drugiej strony, była by miła, ale…
-Będzie ci tego wszystkiego brakować.
-Właśnie.- „Szczególnie widoku blond major i jej techno bełkotu.” Dodał w myślach.- Poza tym dlaczego nie możesz oddać drużyny Carter?
- Major Carter, a raczej Dr Carter odrzuciła moją ofertę. Teraz jest głównym naukowcem bazy. Nie chciała narażać życia przechodząc przez wrota, wiedząc, że w domu czeka na nią wa…- ugryzł się w język. Mało brakowało, a zdradziłby mu tajemnicę, której nie było wolno mu znać. Jack nie mógł się dowiedzieć, że Emilly to jego córka. Ani od Sam, ani od Daniela, ani od generała. Tak ustalono, kiedy Samantha dowiedziałaś się o ciąży, po zniknięciu Jacka. To był warunek, dla którego mogła zostać w programie i nie postawiono jej, a teraz także i jego przed sądem polowym.-… rodzina.
-Słyszałem, że ma córkę. Z tym gliną, jak mu tam leciało.-pauza.- Pete, chyba.
Generał kiwnął głową. Musiał porozmawiać z Danielem. Jeśli Jackson cokolwiek mu powiedział, będzie źle.
- Doktor Jackson wspominał mi wczoraj, że jeśli zdecydujesz się na wakacje i upuszczenie bazy, to mam ci to przekazać.- powiedział Hammond i podał mu dużą szarą kopertę. Jack natychmiast otworzył ją i wyciągnął dwie pary kluczyków.- Jedne są do twojego domku w Minnesocie. Sam i Daniel nie pozwolili go sprzedać ,zaopiekowali się nim. Z tego co wiem cała drużyna jeździ tam przynajmniej trzy razy do roku. Teraz to jest ich samotnia. Ostatnio zabrali mnie ze sobą, na ryby.- Jack uśmiechnął się. „Sam, Daniel i Teal’c zajęli się jego ulubionym miejscem, w dodatku jeździ tam na ryby, mimo iż w stawie nie było ryb. To było miłe z ich strony. Miłe, tak jasne, to było więcej niż miłe.” Cieszył się, że o nim pamiętali, podtrzymywali ich spotkania, mimo iż nie zawsze udawało im się spotkać w Minnesocie całą drużyną. Zazwyczaj Carter była nieobecna, szczególnie kiedy poznała Peta.
-A drugie?- zapytał wracając do rzeczywistości.
-To twój nowy samochód. Stary został sprzedany, ale myślę, że ten także ci się spodoba. To prezent od twojej drużyny i ode mnie.- odparł George.
-Dzięki. Doceniam to co dla mnie zrobiliście. Pomyślę nad twoją propozycją i dam ci znać. Teraz jeśli pozwoli pan, generale.- Jack przybrał ton, którym powinien mówić podczas rozmowy z dowódcą. Lecz prawda była taka, ze on i Hammond przyjaźnili się, poza tym generał nigdy nie kazał zwracać się do siebie per sir, kiedy byli sam na sam.- Udam się do swojej kwatery, spakować swoje rzeczy i przygotować się do pozbycia „wężogłowego” z mojego ciała.
-Udzielam pozwolenia.- odparł, a Jack mu zasalutował, a następnie wyszedł z gabinetu swojego szefa.
Gdy tylko zniknął, Hammond wezwał do siebie Daniela i Teal’ca. Panowie usiedli naprzeciwko biurka. George spojrzał na nich, a następnie powiedział.
-Panowie jak dobrze wiecie, Jack powrócił. Rozmawiałem z nim przed chwilą. Po usunięciu symbiontu ma zamiar udać się do Minnesoty. Zaproponowałem mu objęcie ponownego dowództwa nad SG-1.
-Niech zgadnę, nie przyjął oferty.
-Nie. Znaczy nie do końca. Powiedział, że się zastanowi. Co nas stawia w jeszcze trudniejszej sytuacji. Dr Carter wraca za kilka dni. Nie może spotkać się z Jackiem. Nie może nawet się dowiedzieć, że wrócił.
-Dlaczego?- zapytał do tej pory milczący Teal’c.
-Z powodu Emilly, prawda? –wtrącił Daniel i pytająco spoglądnął na generała.
-Po części doktorze Jackson. Dziewczynka ma ojca i nie możemy wprowadzać zupełnie obcej osoby w jej życie, poza tym jest jeszcze sprawa sądu polowego, który wisi nad nimi oby dwoma.
-To nie znaczy, że…
-Dosyć tego. Staram się ich chronić, a to nie jest łatwe. Wiele osób chętnie widziało by ich za kratkami!- odparł lekko zdenerwowany Hammond. Rozmowy z Jacksonem zawsze tak na niego działały. Lingwista miał tendencje do naprawiania całego zła we wszechświecie, lecz nie zawsze rozumiał, że najprostsze rozwiązania nie są takie dobre, przynajmniej nie tym razem.- I oczekuję od was pomocy. Postawię sprawę jasno. O’Neill nie może dowiedzieć się, ze dziewczynka jest jego, a dr Carter nie może się z nim spotkać dopóki nie otrzymam innych rozkazów. Odmaszerować.
Jack resztę dnia spędził na pakowaniu kilku swoich rzeczy. Normalnie spakowanie torby zajęłoby mu dziesięć minut, jak przykładnemu żołnierzowi, ale teraz, teraz sprawy miały się inaczej. Jego myśli nadal okupowała Carter i pocałunek Anise. Pułkownik w końcu skończył pakowanie torby. Spojrzał na zegarek. To był ten moment. Punkt 16.
-„Za chwilę się pożegnamy” -powiedział Atanal.-
„Mimo, iż jesteś nieznośny i praktycznie najgorszym nosicielem jakiego miałem, to musze przyznać, że cię polubiłem.”-Taa… będę mógł wyjechać do Minnesoty i zapomnieć o wszystkim.- odparł Jack i podszedł do drzwi. Jego eskorta już na niego czekała. Zaprowadzili go do jednego z laboratorium. Było znajome, jednak nie potrafił sobie przypomnieć dlaczego. Wszedł do środka, jego ochrona została na zewnątrz. Ujrzał Daniela, Teal’ca i Hammonda za szyba w pomieszczeniu obserwacyjnym powyżej. Uśmiechnął się do nich, wtedy do pomieszczenia weszła trójka osób. Rozpoznał Anise i Jacoba. „Ten ostatni najwyraźniej był nowym nosicielem Atanala.” Pomyślał.
-Zaczynajmy.- oznajmił Jacob i razem z Anise rozpoczęli procedurę przeniesienia Atanala do ciała nowego nosiciela.
Jack umyty i przebrany w cywilne ubrania z torbą na ramieniu czekał na poziomie 11 na druga windę, która miała go zabrać na powierzchnię. Wczoraj pozbył się Atanala, na rzecz Markusa. Tak nazywał się jego nowy nosiciel. Jack ponownie przycisnął przycisk, gdyż winda nie nadjeżdżała. W tym samym momencie otworzyły się drzwi drugiej windy. Z niej wyszli Daniel i Teal’c. Podeszli do niego.
-Jack jesteś pewien?
-Tak Daniel. Musze pobyć sam. Przemyśleć kilka spraw. Poza tym świetnie się bawiliście beze mnie przez pięć lat, więc tydzień nie zrobi wam żadnej różnicy.- odparł z uśmieszkiem na twarzy.
-A więc będzie mi cie brakować O’Neill.- odparł Teal’c a następnie uściskał przyjaciela.
-Dzięki T.- Jack poklepał go po plecach, a następnie skierował się do Daniela.
-Dziękuję wam za wszystko. Mam nadzieję, że się zobaczymy za jakiś czas.- pułkownik uściskał go, w tym momencie wina przyjechała druga winda.
Jack pożegnał się z nimi i wszedł do windy. Kiedy był na powierzchni wypisał się z księgi i powędrował na parking. Wyłączył alarm w samochodzie, który stał przed nim. „ Czarny SUV! Nieźle. Jest jeszcze lepszy, niż ten którego miałem.” Uśmiechnął się i wszedł do auta. Odpalił silnik i ruszył. Nie zorientował się, że jak tylko przejechał bramę wyjazdową ruszył za nim zielony Mustang.
-Co? Nie. Jestem teraz w Minnesocie. „Ems” marudziła, a wiesz jaki ten bachor potrafi być nieznośny. Wiec zabrałem ją do tej rudery. Zamknęła się w głównej sypialni i nie pozwala się zbliżyć do drzwi. Co mówisz? Czekaj nie słyszę. Mam jakieś…. Problemy z zasięgiem.- odparł do telefonu otwierając drzwi i wychodząc na werandę.- O teraz słyszę cię lepiej.
W tym momencie zaczął dzwonić jego telefon komórkowy.
-Poczekaj chwilę, mam drugi teflon.- oznajmił swojej rozmówczyni. Spojrzał na wyświetlacz. To był Dex, jego partner oraz przyjaciel. Uśmiechnął się i odebrał połączenie przychodzące.- Shanahan, słucham. Jesteś pewien, że to on opuścił bazę?
-Tak całkowicie. Porusza się czarnym SUVem w kierunku autostrady. Mam dalej go śledzić?
-Nie. Wiem, gdzie zamierza się udać. Dzięki. Mam u ciebie dług.- odparł Pete, a następnie rozłączył się. Wszystko szło zgodnie z planem, pomyślał. Spojrzał na jezioro, na jego twarzy pojawił się uśmieszek, wtedy zorientował się, że prowadził rozmowę. Przyłożył słuchawkę do ucha.- Jesteś jeszcze tam, skarbie? To świetnie. Oczywiście, że przyjadę. Nie mogę się doczekać, aż w końcu znajdziemy się sami w twojej sypialni. Nie martw się, „Ems” sobie poradzi, zresztą za niedługo przyjedzie tu ktoś, kto się nią zajmie, a Sam wyjechała. Ja też cię kocham diablico, pa. Nie mogę się doczekać.
Rozłączył się, a następnie spojrzał na domek. Wszedł do środka. Odłożył telefon na stolik i chwycił kluczyki od samochodu. Przeszedł przez salon i zapukał do drzwi sypialni, kiedy nikt mu nie odpowiedział, wszedł do środka. Emily leżała skulona na ogromnym łóżku. Przytulała do siebie zdjęcie. Jedyne zdjęcie jakie znajdowało się w sypialni. Fotografie przedstawiającą drużynę SG-1. Pete upewnił się, że dziewczynka śpi, a następnie wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Chwycił swoją nierozpakowaną od przyjazdu torbę i wyszedł z domku. Udał się do swojego samochodu. Otworzył tynie drzwi i wrzucił torbę do środka, następnie zajął miejsce kierowcy. Odpalił samochód i ruszył wąską droga przed siebie, zostawiając za sobą domek nad jeziorem i Emily, całkiem samą.
TBC
teraz czeka mnie trudny okres w szkole, przed maturą
wiec na następną część będzie trzeba troszkę poczekać