+ Stargate: SG-1 i Stargate: Atlantis od nowa +
Odcinkowi daję
7,5, choć przedtem typowałam go na 8 (wiele się zmienia, gdy za sobą ma się już 10 sezonów).
No i cóż mamy?
Hammonda w kaftanie, Sam rzucającą się na Jacka, Daniela wyrywającego jakąś zdziczałą panienkę, Teal'ca popisującego się swoimi zdolnościami negocjacji (

), SG-3 jako czubków strzelających do wszystkiego dookoła, pojawienie się dr. Fraiser (Brawo! Ważna i miła postać.), mocny ship Sam i Jacka, tekst o Danielu: "Daniel, ty skubańcu"

, kulturę minojską i wiele innych rzeczy.
Pierwszy raz przynosimy chorobę z innej planety, pierwszy raz też generał Hammond urządza ogólnobazową kwarantannę. To dobrze, bo wreszcie ukazane jest, że nie wszystko zawsze idzie całkowicie zgodnie z planem "wycieczek" za Wrota.
Mówicie, że zdziwiło was zachowanie Daniela, kiedy miał strzelać. Hm. W młodszych sezonach popisuje się nie tylko inteligencją, ale też mięśniami i celnością strzału, nie waha się strzelać i zabijać z zimną krwią (i chwała mu za to). Jednak (w początkowych sezonach) normalne jest przecież, że naukowiec, spokojny archeolog i lingwista, dość delikatny (później już mniej

) i wrażliwy, który (zauważcie w odcinku "Emancipation") nie wyciąga broni, nawet kiedy cała pozostała trójka mierzy w kogoś. Nie umie strzelać, bo kto go miał nauczyć? Jest naukowcem, nie wojskowym. No i trzyma na rękach Meloshę, którą otacza opieką, traktując ją prawie jak Sha're, za którą przecież tęskni. Myślę więc, że już to wyjaśniłam

.
O Boziu, czy Daniel nie jest przystojny? Sami to przyznajcie. Jaki on piękny... :*